77qq
15.10.12, 15:56
Mama była DDA, dziadek pił, wcześnie zmarł. W naszym domu nie było alkoholu ale między rodzicami wytworzył się układ emocjonalnej przemocy.. Mama od lat okupuje pozycję ofiary... ojciec apodyktyczno pracoholiczny i niestety wychowali dzieci na ofiary i przemocowców - nie radzące sobie z relacjami w związkach, nie szanujące samych siebie, nie ceniące się w pracy ani związku. Matka tkwiła w wpojonych przez społeczeństwo ,kościół i własną despotyczną matkę przymusach - później co rok dziecko aż spłodzili spory tłum więc bez własnych pieniędzy uwiązana w pracy w domu matka czuła się w niewoli coraz bardziej nienawidząc tego kogo uznała za "sprawcę" czyli męza, a mąż z wzajemnością okazując jej pogardę i urazę. Dzieci wyszły z domu z chorymi emocjami. Całe dzieciństwo to strach przed ojcem,rozkazami, przymus pracy jak w kołchozie lub histerie nad szantażami emocjonalnymi matki i współuzależnienie od nieodpępowionych emocji, ból, łzy, nerwice, stresss,brak normalnych rozmów, dzielenia się problemami z obawy, że reakcją będzie tylko awantura. Obecnie - dorosłe; niektóre same popadły w nałogi, inne związały się z alkoholikami, inne nie wchodzą wcale w związki jakby bojąc się drugiej płci i nie ufając -na wzór rodziców płeć przeciwna to był wróg, a partner w związku to osoba którą z automatu zaczyna się nienawidzić.
Rodzice przeżyli ze sobą prawie 40 lat. Prawie pół wieku kłótni, chorych jazd emocjonalnych, przemocy, nienawiści, pogardy, poczucia niesprawiedliwości, kieratu, tłamszenia jakichkolwiek przejawów wolnomyślicielstwa i indywidualizmu u dzieci, rozkazów, nakazów i zakazów.
Rodzice nie zamierzają się zmienić. Każde z nich jest przekonane, że wina za zło jest nie w nim ale w tym drugim. Ojciec nie rozumie za co matka się go czepia. Matka jest potwornie sfrustrowana życiem, ciągle ma emocjonalne jazdy i szuka ich ujścia wyżywając się na innych.
Od kiedy dzieci dorosly i nie dają się rodzicom manipulować potrafią zwracać uwagę obojgu rodzicom na ich złe zachowania. (całe dzieciństwo wkodowywany przekaz był jasny: to ojciec jest ten zły despota z nikim się nie liczący a matka dobra i pokrzywdzona trzeba ją wspierać- teraz jak patrzę, to nic dziwnego że ojciec wybywał z domu do pracy tez bym z taką niestabilną kłótliwą osobą jak mama nie wytrzymała zbyt długo - więc wina ojca nie była taka jednostronna jak chce utrzymywać matka).
W momencie gdy dzieci zaczęły zwracać uwagę również na kiepskie zachowanie matki ona zaczęła głośno się upominać, że to jej się wyłącznie współczucie należy, podnosi ten temat na każdym spotkaniu rodzinnym nawet przy postronnych osobach, przy każdej okazji jest odwołanie "bo ojciec to był taki śiaki, traktował mnie tak i tak, co to za wstrętny człowiek!", do cioci "bo ty miałas dobrego męża a ja nie!", o innej "cóż jej się działo, że się rozwiodła! pieniądze mieli, pracę miała, dzieci tylko dwoje -nie to co ja- zachciało jej się rozwodu z fanaberii!" (to, że tamta miała męża despotę-pijaka zgrabnie przemilcza) ,
półsłówkami często sugeruje, że ojciec ciągle chciał seksu więc ni mniej ni więcej tylko jesteśmy dziećmi z gwałtów.
A ona by była szczęsliwsza jakby poszla do zakonu.
Chce rozmawiać tylko o swojej "krzywdzie" jakby nie pamiętała, że sama w tym systemie brała udział. Każde słowo o ojcu to jej tyrada, że znowu coś zrobił źle, znowu okazał się wg niej beznadziejny, znowu się na niej "wyżywa". Jesli wspomnieć, że ojciec coś dobrze zrobił to matka zaraz znajdzie inną rzecz którą zrobił źle, albo zacznie wspominać jak to 30 lat temu jej rozkazywał.
Szczerze mówiąc - nie chce mi się już słuchac tego.
My, dzieci płacimy całe życie za to co oni nam dali w dzieciństwie. Raczej nie było przemocy fizycznej, lecz pamiętam migawki z wczesnego dzieciństwa że ojciec przychodził z pracy, matka mu sprawozdawala które z dzieci co przeskrobało, nie słuchało, rozrabiało i wtedy ojciec brał na kolano i dawłał klapsy. A teraz matka ogłasza, że to ojciec wszystkich gonił do pracy i terroryzował, a jak się skarżyla że nie słuchamy to mówił, żeby bić-taki był okrutny. Jeśli to wiedziała to dlaczego dawała nas do tego "bicia"?
Teraz gdy przyjeżdzamy w odwiedziny to ona częsciej czeka z calą listą zajęć do zrobienia, upiec, ugotuj, posprzątaj, przynieś... Kontynuuje to co jako złe zarzuca męzowi.
Jak napisałam wcześniej problem mieliśmy z przemocą psychiczną. Przymusem, dławieniem inicjatywy, poczuciem zniewolenia i braku perspektyw. Jako liczna rodzina wszyscy od malego pracowali w polu, dzieki temu nie było biedy, ani głodu. Ale nie było też środków na przyjemności a corki szczególnie miały niewypowiedziany zakaz wychodzenia na dyskoteki, chodzenia do znajomych, .... obowiązków w domu byla cała masa i tylko one były ważne.
Obecnie ojca się dało częściowo utemperować gdy wyszliśmy z domu i wróciliśmy jako niezalezne jednostki, silni, nie potrzebujący pomocy, nie wiszący na rodzicach - to zaczął się liczyć i słuchać co kto ma do powiedzenia. Choć nadal czasem ma swoje jazdy i próby zagonienia wszystkich do pracy, którą akurat sobie wymyślił, bez pytania czy ktoś ma czas. Kwestia jak dana osoba zareaguje -tak ma. Z matką gorzej bo nie chce swojej pozy ofiary porzucić. Wieczna narzekaczka, oczekująca że ją będziemy bezkrytycznie wspierać bo przeciez jej się należy. Na propozycję psychologa dla siebie reaguje agresją i obrazą.
Znoszenie teraz fochów matki, że to ona jedna była cierpiąca w tym układzie i jej upominanie się by nadal gnoić ojca a głaskac ją, jest strasznie męczące. Jest tak zakalapućkana w swój współuzależnieniowy chorym egocentryzm, że mimo wielkiego współczucia i chęci wsparcia zaczyna się czuć niechęć i wstręt do jej kolejnych wypominek i narzekań. Lata temu nie chciała zaryzykować i odejść bo inne wartości niż dobry związek były priorytetem (zaspokojenie presji społecznej, rodziny, wiary, finanse, perspektywa straty majątku rodzinnego gdyby babcia się wściekła za rozwód). Ojciec nie pił, ciężko pracował by wyżywić liczną rodzinę, nie trwonił pieniędzy, ale był despotą. Więc to nie tak, że miał tylko wady. Czy z inną kobietą tez by był takim?
Wadą był ich związek, że zaistniał. Czy strach dzieci przed ojcem był uzasadniony czy to było przeniesienie strachu matki, wszak ona była z nami w domu i przekazywała nam swoje uczucia, emocje...kodowała. Nienawidząc ojca wysyłala nas do wykonywania zadań które on narzucał... Przez kilka lat rodzice nie odzywali się do siebie, w jednym pokoju będąc rodzice przekazywali sobie konieczne informacje ustami dzieci. 10 letnie dziecko musiało powiedzieć mamie stojącej przy kuchni co chce tata siedzący przy stole , i odwrotnie...
Rodzice-dwoje ludzi, którzy ze względu na swoje emocjonalno-psychiczne predyspozycje (kobieta uległa i podporządkowująca się mężczyźnie bardzo niepewna swojej wartości plus macho przyzwyczajony że żona to służąca) , nie powinni ze sobą żyć. Bo się niszczyli i gnębili zamiast wspierać i motywować co powinno być istotą małżenstwa.