Dodaj do ulubionych

My, dzieci przemocy

15.10.12, 15:56
Mama była DDA, dziadek pił, wcześnie zmarł. W naszym domu nie było alkoholu ale między rodzicami wytworzył się układ emocjonalnej przemocy.. Mama od lat okupuje pozycję ofiary... ojciec apodyktyczno pracoholiczny i niestety wychowali dzieci na ofiary i przemocowców - nie radzące sobie z relacjami w związkach, nie szanujące samych siebie, nie ceniące się w pracy ani związku. Matka tkwiła w wpojonych przez społeczeństwo ,kościół i własną despotyczną matkę przymusach - później co rok dziecko aż spłodzili spory tłum więc bez własnych pieniędzy uwiązana w pracy w domu matka czuła się w niewoli coraz bardziej nienawidząc tego kogo uznała za "sprawcę" czyli męza, a mąż z wzajemnością okazując jej pogardę i urazę. Dzieci wyszły z domu z chorymi emocjami. Całe dzieciństwo to strach przed ojcem,rozkazami, przymus pracy jak w kołchozie lub histerie nad szantażami emocjonalnymi matki i współuzależnienie od nieodpępowionych emocji, ból, łzy, nerwice, stresss,brak normalnych rozmów, dzielenia się problemami z obawy, że reakcją będzie tylko awantura. Obecnie - dorosłe; niektóre same popadły w nałogi, inne związały się z alkoholikami, inne nie wchodzą wcale w związki jakby bojąc się drugiej płci i nie ufając -na wzór rodziców płeć przeciwna to był wróg, a partner w związku to osoba którą z automatu zaczyna się nienawidzić.
Rodzice przeżyli ze sobą prawie 40 lat. Prawie pół wieku kłótni, chorych jazd emocjonalnych, przemocy, nienawiści, pogardy, poczucia niesprawiedliwości, kieratu, tłamszenia jakichkolwiek przejawów wolnomyślicielstwa i indywidualizmu u dzieci, rozkazów, nakazów i zakazów.
Rodzice nie zamierzają się zmienić. Każde z nich jest przekonane, że wina za zło jest nie w nim ale w tym drugim. Ojciec nie rozumie za co matka się go czepia. Matka jest potwornie sfrustrowana życiem, ciągle ma emocjonalne jazdy i szuka ich ujścia wyżywając się na innych.
Od kiedy dzieci dorosly i nie dają się rodzicom manipulować potrafią zwracać uwagę obojgu rodzicom na ich złe zachowania. (całe dzieciństwo wkodowywany przekaz był jasny: to ojciec jest ten zły despota z nikim się nie liczący a matka dobra i pokrzywdzona trzeba ją wspierać- teraz jak patrzę, to nic dziwnego że ojciec wybywał z domu do pracy tez bym z taką niestabilną kłótliwą osobą jak mama nie wytrzymała zbyt długo - więc wina ojca nie była taka jednostronna jak chce utrzymywać matka).
W momencie gdy dzieci zaczęły zwracać uwagę również na kiepskie zachowanie matki ona zaczęła głośno się upominać, że to jej się wyłącznie współczucie należy, podnosi ten temat na każdym spotkaniu rodzinnym nawet przy postronnych osobach, przy każdej okazji jest odwołanie "bo ojciec to był taki śiaki, traktował mnie tak i tak, co to za wstrętny człowiek!", do cioci "bo ty miałas dobrego męża a ja nie!", o innej "cóż jej się działo, że się rozwiodła! pieniądze mieli, pracę miała, dzieci tylko dwoje -nie to co ja- zachciało jej się rozwodu z fanaberii!" (to, że tamta miała męża despotę-pijaka zgrabnie przemilcza) ,
półsłówkami często sugeruje, że ojciec ciągle chciał seksu więc ni mniej ni więcej tylko jesteśmy dziećmi z gwałtów.
A ona by była szczęsliwsza jakby poszla do zakonu.
Chce rozmawiać tylko o swojej "krzywdzie" jakby nie pamiętała, że sama w tym systemie brała udział. Każde słowo o ojcu to jej tyrada, że znowu coś zrobił źle, znowu okazał się wg niej beznadziejny, znowu się na niej "wyżywa". Jesli wspomnieć, że ojciec coś dobrze zrobił to matka zaraz znajdzie inną rzecz którą zrobił źle, albo zacznie wspominać jak to 30 lat temu jej rozkazywał.
Szczerze mówiąc - nie chce mi się już słuchac tego.
My, dzieci płacimy całe życie za to co oni nam dali w dzieciństwie. Raczej nie było przemocy fizycznej, lecz pamiętam migawki z wczesnego dzieciństwa że ojciec przychodził z pracy, matka mu sprawozdawala które z dzieci co przeskrobało, nie słuchało, rozrabiało i wtedy ojciec brał na kolano i dawłał klapsy. A teraz matka ogłasza, że to ojciec wszystkich gonił do pracy i terroryzował, a jak się skarżyla że nie słuchamy to mówił, żeby bić-taki był okrutny. Jeśli to wiedziała to dlaczego dawała nas do tego "bicia"?
Teraz gdy przyjeżdzamy w odwiedziny to ona częsciej czeka z calą listą zajęć do zrobienia, upiec, ugotuj, posprzątaj, przynieś... Kontynuuje to co jako złe zarzuca męzowi.
Jak napisałam wcześniej problem mieliśmy z przemocą psychiczną. Przymusem, dławieniem inicjatywy, poczuciem zniewolenia i braku perspektyw. Jako liczna rodzina wszyscy od malego pracowali w polu, dzieki temu nie było biedy, ani głodu. Ale nie było też środków na przyjemności a corki szczególnie miały niewypowiedziany zakaz wychodzenia na dyskoteki, chodzenia do znajomych, .... obowiązków w domu byla cała masa i tylko one były ważne.
Obecnie ojca się dało częściowo utemperować gdy wyszliśmy z domu i wróciliśmy jako niezalezne jednostki, silni, nie potrzebujący pomocy, nie wiszący na rodzicach - to zaczął się liczyć i słuchać co kto ma do powiedzenia. Choć nadal czasem ma swoje jazdy i próby zagonienia wszystkich do pracy, którą akurat sobie wymyślił, bez pytania czy ktoś ma czas. Kwestia jak dana osoba zareaguje -tak ma. Z matką gorzej bo nie chce swojej pozy ofiary porzucić. Wieczna narzekaczka, oczekująca że ją będziemy bezkrytycznie wspierać bo przeciez jej się należy. Na propozycję psychologa dla siebie reaguje agresją i obrazą.
Znoszenie teraz fochów matki, że to ona jedna była cierpiąca w tym układzie i jej upominanie się by nadal gnoić ojca a głaskac ją, jest strasznie męczące. Jest tak zakalapućkana w swój współuzależnieniowy chorym egocentryzm, że mimo wielkiego współczucia i chęci wsparcia zaczyna się czuć niechęć i wstręt do jej kolejnych wypominek i narzekań. Lata temu nie chciała zaryzykować i odejść bo inne wartości niż dobry związek były priorytetem (zaspokojenie presji społecznej, rodziny, wiary, finanse, perspektywa straty majątku rodzinnego gdyby babcia się wściekła za rozwód). Ojciec nie pił, ciężko pracował by wyżywić liczną rodzinę, nie trwonił pieniędzy, ale był despotą. Więc to nie tak, że miał tylko wady. Czy z inną kobietą tez by był takim?
Wadą był ich związek, że zaistniał. Czy strach dzieci przed ojcem był uzasadniony czy to było przeniesienie strachu matki, wszak ona była z nami w domu i przekazywała nam swoje uczucia, emocje...kodowała. Nienawidząc ojca wysyłala nas do wykonywania zadań które on narzucał... Przez kilka lat rodzice nie odzywali się do siebie, w jednym pokoju będąc rodzice przekazywali sobie konieczne informacje ustami dzieci. 10 letnie dziecko musiało powiedzieć mamie stojącej przy kuchni co chce tata siedzący przy stole , i odwrotnie...
Rodzice-dwoje ludzi, którzy ze względu na swoje emocjonalno-psychiczne predyspozycje (kobieta uległa i podporządkowująca się mężczyźnie bardzo niepewna swojej wartości plus macho przyzwyczajony że żona to służąca) , nie powinni ze sobą żyć. Bo się niszczyli i gnębili zamiast wspierać i motywować co powinno być istotą małżenstwa.
Obserwuj wątek
    • 77qq Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 16:09
      Długie lata myślałam, że lepiej by było gdyby się rozwiedli. Potem, już dorosla, obserwując podobne małżeństwa znajomych i ich zachowania po rozwodach, doszłam do wniosku, że w niektórych przypadkach rozwód nie pomoże.
      Bo jeśli ludzie są gó...arzami, niedojrzałymi osobnikami, to zaraz zwiążą się z podobnym osobnikiem żeby ten sam problem nadal mieć. Odejdzie "kat" ze związku, a problem "ofiary" pozostanie... Albo zwyczajnie ofiara przestanie sobie radzić z życiem, bo jesli nie mąż ktory wymaga, to będzie powrót do rodzica który też się czepia i swoje narzuca i wejście w tę smą relację ... nie każdy umie żyć bez uzależnienia się od innych. Nie każdy ma kręgosłup by sam o sobie stanowić.
      Jednak - w niektórych przypadkach rozwod pomaga- bo osoba zostawiona samej sobie, ma wreszcie przestrzeń żeby pomyśleć co robi, oraz ma przymus wzięcia odpowiedzialności osobistej za to co robi, odpowiedzialności rzeczywistej nie takiej hipotetycznej rozmytej że niby jest, mądrzy się na ten temat, ale nie czuje się tego realnie -zanim nie zostanie samemu na pustyni - nie ma już kogo "winą" za swoje wybory obarczyć jestem tylko ja i moje "ja"- to na co mnie faktycznie stać...

      Nie powinni się pobierać ludzie niedojrzali emocjonalnie... a już na pewno, nie powinni mieć dzieci. Ale mają, bardzo często. I dzieci powielą w dużym stopniu ich los, może trochę inny z powodu np innych realów historycznych, społecznych ...ale najczęściej przepełniony złymi wyborami i cierpieniem.

      Czasem aż smutno jak wiele lat my dzieci straciliśmy, by zacząć być choć trochę normalnymi. Wyjsc poza dom rodzinny i zacząć się uczyć na czym polegają związki między ludźmi, na czym mają się opierać by były dobre. Nie na tym czego nauczyli rodzice swoim przykładem. Stracone co najmniej kilkanaście lat życia (a czasem dłużej gdy rodzice wiążą emocje by dziecko nie odchodziło za daleko) gdy rodzice uczyli nas zła, złych zachowań, kodowali traumami, nerwicami, przemocą, myśleniem jak ofiara... głupotą i niedojrzałością.
      Kolejne kilkanascie lat potrzeba by na własnych błędach zacząć rozumieć to wszystko, bo na ogół się ląduje w złym związku, z kłótniami, przemocą bierną lub czynną. Robi się lat 30-ci.. 40ci.. i staje się za późno by założyc rodzinę.... a jeśli się wpadło wcześniej to powieliło się zły związek na kolejne pokolenie...
      Wiele osób spotkałam które mają z tym problem.... 40letni znajomy, który bał się zakładać rodzinę bo "napatrzył się" na związek rodziców tak, że traumę miał do koca życia..., 30 letnia koleżanka zachowująca się dziwnie agresywnie z skłonnością do kieliszka przy tym..dopiero niedawno wspomniała jak żyli jej rodzice na wysokich stanowiskach .. powiela schemat... Można mnożyć przykłady.

      Więc co my, dzieci przemocy? Jesteśmy skazani na zafundowanie cierpienia kolejnemu pokoleniu w nieświadomości (mało kto zdąży się wyleczyć przed 30tką..) lub na wymarcie gdy rozwaga i próby uporządkowania najpierw siebie wezmą górę ?
      • sebalda Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 16:49
        Tak się zastanawiam, czy skoro od dorosłej osoby (na przykład matki) żąda się, żeby wzięła odpowiedzialność za siebie i skonczyła przemocowy związek, to czy nie powinno się też żądać od dorosłych "dzieci przemocy" tego samego, czyli wzięcia odpowiedzialności za swoje życie? Zamiast ciągłego obarczania odpowiedzialnością rodziców? Rozgrzebywanie przeszłości, rozdrapywanie ran, tłumaczenie każdego niepowodzenia traumatycznym dzieciństwem. Rozumiem taką potrzebę, ale to jest niekonsekwencja. Bo od innych zawsze łatwiej wymagać niż od siebie. Szczególnie od innych, bliskich.
        Moja mama często mnie krytykowała, miałam i mam przez to do dziś kompleksy. Czy robię to samo moim dzieciom, bo muszę nieść przez pokolenia te same błędy? Nie, od najmłodszych lat chwalę dzieci za co się tylko da, buduję ich poczucie wartości, podkreślam ich zalety. Kto każe nam powielać błędy rodziców???
        Wychowałam się w niepełnej rodzinie, ojciec odszedł od mamy. Nie miałam wzorców związku żadnych i to też mi nie pomogło, ale wybrałam męża sama i nie mam prawa nikogo obarczać tym wyborem ani wszystkimi płynącymi z tego wyboru konsekwencjami.
        Oczywiście mówię cały czas o dorosłych ludziach, nie o dzieciach.
        • krokodil123 Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 16:56
          Wiem że były na forum pewne "utarczki" w których nie było moja sprawa uczestniczyć.

          Ale to co teraz napisałaś przypomniało mi moją teściową.
          Ona miała męża palącego, sama całe życie paliła nałogowo w domu i na ulicy ale dzieciom/nam zawsze opowiadała jak to niedobrze jest palić, jakie skutki uboczne wywołuje palenie i że nam nie wolno robić tego.
        • noname2002 Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 18:22
          Sebaldo, tak jak w innych wątkach nie chciałam się przyłączać do nagonki na Ciebie, tak teraz mam ochotę zapytać czy nie boisz się, że Twoje dzieci będą miały takie problemy jak założycielka wątku?
          Bo to co napisałaś jest zwyczajnie wredne.
        • aqua48 Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 18:26
          sebalda napisała:

          > wybrałam męża sama i nie mam praw
          > a nikogo obarczać tym wyborem ani wszystkimi płynącymi z tego wyboru konsekwenc
          > jami.
          > Oczywiście mówię cały czas o dorosłych ludziach, nie o dzieciach.

          Ależ obarczasz tym wyborem własne dzieci. Wpływając nie tylko na ich dzieciństwo, ale także na późniejsze życie. Czy sobie zdajesz z tego sprawę, czy nie...
        • joanna35 Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 21:14
          Zgadzam się z Tobą, chociaż dojście do takiego rozumienia przeszłości dużo mnie kosztowało i długo trwało. Od lat kieruję się powiedzeniem "trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia a zobowiązuje".
    • meluzyna102 Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 20:16
      Uderzyłaś w stół a nożyce (sebalda) się natychmiast odezwały. Nie odpowiadaj jej. Ona jest Twoją matką, niestety.
      Fajnie, że opisałaś związek przemocowca i ofiary oczami dorosłego dziecka, że pokazujesz koszty. Na Twoją matkę to już nie zadziała, ale może na takie, które są w pół drogi- tak. Może zrozumieją, że unikając odpowiedzialności za siebie, strasznie krzywdzą dzieci. One, nie tylko ten jakże zły mąż.
      Dorosłe dzieci mogą jedynie - pamiętając, co robili im oboje rodzice - zrobić wszystko, co możliwe, by nie wejść ani w rolę ofiary, ani w rolę przemocowca. Bardzo trudne, zważywszy, że partnera znajdujemy wg kodu z domu. Ale możliwe, bo jest większa świadomość, bo można znaleźc pomoc psychologiczną.
      Poruszająco smutny Twój post. Ale dobrze, że wyszłaś już z fikcji: jeden rodzic zły, drugi ach jaki dobry. Pozdrawiam:-)
    • paris-texas-warsaw Re: My, dzieci przemocy 15.10.12, 21:13
      Kochana/Kochany 77qq (pozwól na to spoufalenie:))!

      Dziękuję Ci, dziękuje bardzo za ten post. Jakbym to ja napisała.To nieważne, że szczegóły sa inne, ale mechanizm ten sam. Tak samo odczuwam swoje dziecinstwo. Tak samo widzę te sprawy, o których tu piszesz (układ, źle, że związek zaistnial, itd.). Świetnie opisałaś/opisałeś tę przemianę w postrzeganiu matki, która jawila się pierwotnie jako ofiara, a po latach jako dorosly czlowiek, widzisz, że nie było tam podziały na rodzic lepszy- rodzic gorszy. Nawet ten ojciec-tyran wydaje się łatwiejszy w "dogadaniu" niż "dobra" "ofiarna" matka.
      Zarówno taki ojciec jak i matka to tyrani, rozwałkowujący psychikę dzieci. Zakłamanie matki, nazywanie spraw inaczej niż na to zasługują ("ofiara" a nie "ochotnik" może...), to dla dziecka może byc jeszcze gorsze niż zły ojciec, bo jego wszyscy wokół być może nawet postrzegali jako tego "złego" i może nawet za takiego poniekąd się uważał/uważa i dlatego łatwiej uporać się z tym, co od niego się dostało.
      Bardzo Ci dziękuję! Taki opis ze strony dziecka sytuacji, gdzie w układzie rodzinnym jednego rodzica nazywa się "ofiarą" a drugiego "przemocowcem", "tyranem", czy "prześladowcą" chciałam kilka dni temu napisać w wątku o cechach przemocowców (w tym nazywanych np. wyrafinowanymi:))- ha ha ha). Z lenistwa mi się jednak nie chciało, pewnie nie umiałabym tez tak trafnie jak Ty tego opisać! I w jakiś sposób nawet powiedziałabym PIĘKNIE - bo PRAWDZIWIE. W tym wątku wiele "ofiar" nakręcało się jakimi sa "ofiarami". W większości wątpię, niestety:(

      Świetnie poruszasz sprawę tych lekkich sugestii matki o tym, jakoby była prawie "gwałcona". Tak, u mnie podobny był w domu mechanizm. To strasznie rozwala psychicznie. Stąd moje pytanie w jednym z wątków o rzekomym mężu - przemocowcu: czy żona z nim sypia? czy on ja do tego zmusza? Ta sprawa seksu w związku takim jak opisujesz jest znamienna. I dałabym pod rozwagę osobom, które mówią, że dla dobra rzekomo dzieci w takim związku pozostają. CZY WY UPRAWIACIE SEKS Z KIMS KOGO NAZYWACIE SWOIM OPRAWCĄ? Jeśli tak, a nikt Wam pistoletu do głowy nie przykłada, to nie nazywajcie się ofiarami i nie piszcie, że roicie, bo religia tak Wam każe (nie znam takiej religii..). Bo ten wasz seks, może za zamknietymi drzwiami, wcale niedostrzegalny pozornie, epatuje na dzieci. I to jest bardzo dla nich bolesne. Tego dzieci Wam nie powiedzą, bo bardzo trudno o tym mówić, to jak rodzaj molestowania dziecka.
      PIĘKNIE 77qq pisze, że można się czuć jak dziecko z gwałtu.

      To tyle wtrętu emocjonalnego:) Bardzo mnie poruszył Twój opis.

      Jeśli mogę spytać, to bardzo bym była wdzięczna, jak doszłaś/doszedłeś do Twoich obecnych przemyśleń. Własną pracą, czy raczej na psychoterapii? I jak na to patrzy Twoje rodzeństwo i dalsza rodzina? Ja z rodzeństwem raczej nie mogę o tym rozmawiać, chyba taka obustronna blokada. Z jedną osoba z rodziny o tym rozmawiam, ta osoba jako jedyna w tym układzie jako ofiary widziała raczej tylko dzieci, a nie matkę, która przecież sama weszła w ten układ. Nie wierzę w anonimowość w sieci, więc szczegółów tu nie chcę pisać, choć one byłyby ciekawe i osobom postronnym pokazały właśnie patologie takiego układu pochodzącą z obu stron (bo taka "ofiara" to też "agresor", nawet jak wierzy w to, że chroni dzieci, itd). PIĘKNIE opisałaś/opisałeś, o tym jak w stosunku do dorosłych dzieci "ofiara" ma pretensje, że nie jest już postrzegana jako "ofiara". Wg mnie taka "ofiara" to taki sam agresor", tylko do tego bardziej manipulujący dziećmi i przez to właśnie groźniejszy.

      Jak chcesz pisz do mnie na maila gazetowego! O tym co przyjdzie Ci do głowy w tym temacie, jeśli nie chcesz pisać już na szerokim gronie!

      Dzięki!!! Życzę Ci wiele siły, tak jak sobie jej życzę, by z tym całym "dziedzictwem" rodziny się odnaleźć. Ja chodzę na psychoterapię, pewnie z kilka lat mi to jeszcze zajmie. I świetnie napisałaś/napisałeś - kto z czymś takim upora się przed trzydziestką? Raczej mało kto, z wielu względów...

      Kończę!!!! Kończę!!! Bardzo Ci dziękuję!!!
      • sebalda Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 10:12
        Oczywiście, że jestem w tym wątku nożycami, mam tego świadomość. Mam poczucie winy wobec dzieci, nie wypieram się tego. Na ile udały się moje wysiłki, by minimalizować skutki wychowywania się w "takiej" rodzinie, życie pokaże, niemniej nie mam zamiaru udawać, że tego problemu nie ma.
        Nie rozumiem matki autorki, bowiem o ile trwanie w przemocowym związku, gdy ma się wiele dzieci i nie ma możliwości samodzielnego życia, staram się jakoś zrozumieć, o tyle akcji z donoszeniem na własne dzieci przed ojcem tyranem jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe i tego nie da się usprawiedliwić. Bardzo autorce i jej rodzeństwu współczuję.
        Ale chodziło mi o coś innego. O to, że obarcza się matkę (choć przyznaje się, że jest DDA, ale nie usprawiedliwia się jej) odpowiedzialnością za swoje problemy, a jednocześnie ma się do niej pretensje, że ona z kolei obarcza odpowiedzialnością męża. Samemu nie chce się ponosić odpowiedzialności, a od matki tego właśnie wymaga. To wydaje mi się niesprawiedliwe. Skoro samemu rozumie się, jak ciężko jest nie obarczać odpowiedzialnością za swoje życie innych, to czemu robi się to właśnie wobec nich? Matka jest DDA, ale nie ma prawa mieć problemów, za to można ją obarczyć winą za własne. Coś się tutaj nie zgadza.
        Nigdy nie przyszło mi do głowy obarczać odpowiedzialnością za moje wybory i problemy ojca, który odszedł i matki, która była jednocześnie nadopiekuńcza i krytyczna wobec mnie. Męża wybrałam sama, życie z nim też, nikt nie kierował moimi krokami. Czy nie lepiej w tych kwestiach wziąć odpowiedzialność na siebie? Wiem, że lżej się żyje z poczuciem, że to nie moja wina, to ONI. Ale to tylko pozornie jest lżejsze. Mój obecny brak decyzyjności nie jest winą ani moich rodziców, ani nawet męża, ale mojej słabości i bezradności i nigdy się tego nie wypierałam. Za doznane krzywdy odpowiada mój mąż, za to, że nic z tym do tej pory nie zrobiłam, odpowiadam wyłącznie ja sama.
        • sorvina Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 10:37
          Myślę, że nie warto mieszać 2 rzeczy - rodzai odpowiedzialności:
          - DDA/DDD ma prawo stwierdzić np. że ma zerową samoocenę, brak umiejętności stawiania granic. lęk przed bliskością ponieważ wychowało się w dysfunkcyjnym domu a rodzice zachowywali się tak i tak. To są konsekwencje metod wychowawczych i atmosfery domu rodzinnego. Natomiast DDA/DDD MOŻE to przerobić na terapii, bo gdy dorośnie tylko ono jest odpowiedzialne za to co z tym bagażem robi. Natomiast doskonale rozumiem frustrację, że terapia trwa i człowiek mając la 30-40 jeszcze nie "naprawił" się na tyle by normalnie funkcjonować. Taki np. 25 letnie DDD wyprowadzające się z domu, jest odpowiedzialne za to co robi, jak potraktuje innych. Ale nie do końca odpowiedzialne za to jakie jest - bo dopiero zaczyna mieć możliwości i środki by coś z tym zrobić. Mówienie takiej młodej osobie, która dopiero co trafiła na terapię, że tylko ona jest odpowiedzialna za to, że np. panicznie boi się mężczyzn (po tym jak ojciec ją bił) bagatelizuje przeszłość i nie pozwala jej uzdrowić. W dodatku jest okrutne. Natomiast na pewno tylko ona jest odpowiedzialna za to co z tym zrobi, nikt nie przejdzie terapii za nią.
          - odpowiedzialność męża, rodzica za zniszczone życie - to już przerzucanie odpowiedzialności. Mąż może być odpowiedzialny za przemoc i awantury, kobieta za to, że po czymś takim z nim została. Natomiast wygodniej jest odwracać uwagę od własnych decyzji i obwiniać innych. Matka obwinia ojca, że był zły, a jednocześnie zachęcała go do krzywdzenia dzieci, za to jest realnie odpowiedzialna. Odpowiedzialna jest również za to, że nic ze sobą nie robi, tkwi w zaprzeczeniach, pielęgnuje toksyczność czym nadal rani i sprawia problemy otoczeniu. Otoczenie może się odciąć - to ich wybór i ich odpowiedzialność co z tym zrobią. Natomiast szczęśliwe być nie musi.

          Po uświadomieniu sobie skali toksyczności rodziców najczęściej jest taki moment, że ich zachowanie bardzo wkurza. Bo pielęgnują swoje chore wzorce i żądają by dzieci brały na siebie ich konsekwencje. Bo deklarują miłość, a zachowują się podle. Z czasem człowiek uczy się skupiać na sobie i swoim życiu, a rodzicom pozwolić żyć tak jak mają na to ochotę, z pozwoleniem im by to oni ponosili tego konsekwencje. Tylko trzeba wpierw pogodzić się z tym, że się nie zmienią i nigdy nie będą tak kochający, jak marzyliśmy.
        • noname2002 Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 10:48
          Sebaldo, ja jestem z rodziny takiej jak 77qq, jestem po terapii, od dawna nie czuję już żalu, rozgoryczenia czy pretensji, nikogo nie obwiniam. Moja mama była taką właśnie "ofiarą", "męczennicą" i kazała wiecznie dzieciom wybierać między sobą a ojcem(a że ojciec pił to jaki mieliśmy wybór?). Trwała w małżeństwie "dla dobra dzieci" a potem chciała, żebyśmy przez całe dorosłe życie się jej odwdzięczali. I podobnie jak Ty i jak matka 77qq się wszędzie dookoła uskarżała na złego męża, żądała podziwu za to, że wytrzymała i współczucia, że miała w życiu tak ciężko.Tylko dzięki terapii się z tego wyzwoliłam i zauważyłam że ciężko w życiu miała na własne życzenie-w każdej chwili mogła od ojca odejść, dobrze zarabiała i miała wsparcie rodziców.
          I nie obwiniam mamy za swoje błędne wybory, tylko wiem, że z powodu rodziców startowałam z gorszej pozycji niż Ci którzy pochodzą z niepatologicznych rodzin. To tak jakby rodzice wysłali zdolne dziecko do zawodówki a potem do bylejakiej pracy-pewnie w końcu sobie uzupełni wykształcenie i znajdzie lepszą pracę ale zajmie mu to lata i będzie dużo je kosztowało.
          • sebalda Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 11:19
            Noname, ja to świetnie rozumiem i też nad tym bardzo ubolewam, zastanowił mnie tylko brak symetrii w tamtej wypowiedzi. Ja cierpię przez matkę, matka cierpi na własne życzenie. Zrozumienie dla swoich problemów, a brak zrozumienia dla problemów innych osób.
            Nie wiem, dlaczego przypisuje mi się tutaj rolę użalającej się nad swoim losem. To, że opisuję swój związek, w moim zamierzeniu ma przestrzegać inne osoby w podobnych związkach, a nie służyć do głaskania mnie i współczucia. Nie wymagam też wspłczucia od własnych dzieci, nigdy nie ustawiałam ich sobie w opozycji do ojca, ba, do pewnego momentu próbowalam go jakoś usprawiedliwiać (przed sobą też) wrodzoną nerwowością i problemami zawodowymi. Dzieci nigdy nie nastawiałam przeciwko ojcu (bo robiła to moja mama i było mi z tym ciężko), one same wyrabiały sobie opinię na temat ojca na podstawie jego zachowań. Nie żądam też podziwu za to, jaka jestem dzielna, że wytrzymuję z takim mężem, wręcz przeciwnie - wstydzę się tego. I wiem, że odkąd uświadomiłam sobie problem (a Falka świetnie pisze, dlaczego to jest takie trudne i tak długo trwa), a potem (to znowu trwało) zrozumiałam, że nic już nie zmieni układu w moim małżeństwie (radzono mi zmiany w sobie, ktore miały szanse zaowocowac zmianami w układzie), powinnam podjąć odpowiednie decyzje. Paraliżuje mnie strach, ale naprawdę nie jestem z tego powodu dumna. Opisuje to tak dokładnie, by wykazać, że nie wszystkie ofiary i nie wszystkie ofiary-matki są takie same. Nie można przykładać do nich jednego wzorca i obarczać ich jednakową winą. Tak sądzę.
            • noname2002 Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 11:38
              A chodzisz na jakąś terapię? Mam koleżankę, która jest z charakteru podobna do Ciebie, też boi się zmian i samodzielności i jej bardzo pomogła terapia- jest silniejsza i zaczęła wreszcie dbać o siebie. A moje nieprofesjonalne wsparcie pomagało tylko na chwilę.
              • sebalda Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 12:19
                Byłam na terapii służącej raczej rozpoznaniu i upewnieniu się w tym, że to jest związek przemocowy, a nie moje fanaberie. Upewnić się pozwoliła, w zasadzie po pierwszej wizycie. Wygadać się, wyrzucić z siebie i uporządkować myśli też.
                Na pewno potrzebuję treningu asertywności i wzmocnienia, przy czym nie jest tak, że ja o siebie nie dbam. Na ile mogę w obecnych warunkach, na tyle dbam, mam swoje życie, funkcjonuję w miarę sprawnie. Jedyne, czego nie mam, to spokoju. Dziś jest świetnie, ale jutro.... I tak w kółko. Idę metodą małych kroczków, powoli, ale do przodu:) I choć na ogól to neguję, jak się zastanowić, pewne maleńkie zmiany w mężu też następują. Ale tylko maleńkie i to też nie na stałe:(
            • kropeczka455 Re: My, dzieci przemocy 18.10.12, 00:31
              sebalda napisała:
              > Nie wiem, dlaczego przypisuje mi się tutaj rolę użalającej się nad swoim losem.
              > To, że opisuję swój związek, w moim zamierzeniu ma przestrzegać inne osoby w
              > podobnych związkach, a nie służyć do głaskania mnie i współczucia.

              Nie odbieram Twych wpisów jako użalania ale jako Twą dzieciecą bezradność.
              W jaki sposób chcesz przestrzegać inne osoby?.
              Jakie ma znaczenie uswiadomienie ofiarą przemocy że zyją z tyranem?
              Jesli będa wzorcować się na Tobie nic w ich zyciu sie nie da się zmienić. Czytająć Twe smutne przeżycia uświadomią sobie ze nic z tym nie można zrobić. Wiec pozostaje tylko podwinąć ogon pod siebie i zyć potulnie w niszczacym zwiazku.
              Życie jest tylko jedno i szkoda je trwonić u boku przemocowca. Wolałabym zjeść suchy chleb i popić wodą ale w ciszy spokoju i zyć z godnościa na jaka zasługuje kazdy człowiek. Zycie z przemocowcem to godzenie sie na wypaczanie wizerunku kobiety, zony, matki. I żal dzieci wychowywanych w takiej rodzinie bo choćbyś nie wiem jak starała się i tak dzieci wyniosą złe wzorce małzeństwa. Córka w swym małzeństwie ma szanse na zostanie sie ofiarą a syn jak jego tata przemocowcem.
              Znasz zapewnie powiedzenie: jabłko niedaleko pada od jabłoni.



              • sebalda Re: My, dzieci przemocy 18.10.12, 16:11
                > Jesli będa wzorcować się na Tobie nic w ich zyciu sie nie da się zmienić.

                Są też przykłady odstraszające albo przestrzegające przed robieniem lub nierobieniem czegoś. Mój przykład może przestrzegać przed tym, że im dłużej się tkwi w takim związku, tym pozostaje mniej sił witalnych, determinacji i woli walki. Im kobieta wcześniej uświadomi sobie przemocowy charakter swojego związku, tym wcześniej ma szansę na odejście, gdy ma jeszcze w sobie do tego siły.
                Znam bardzo wiele kobiet, ktore odeszły, mój przypadek nie jest regułą, że w przemocowym związku się pozostaje, jest wyjątkiem albo przynajmniej tym rzadszym przypadkiem.
                A może jakaś młoda kobieta czytająca mnie pomyśli: "Nie chcę być taka jak sebalda"? Albo: "Nie chcę tak skończyć jak sebalada. Taki antyprzykład?
                • mamrot3 Re: My, dzieci przemocy 03.03.15, 12:39
                  sebalda napisała:

                  > A może jakaś młoda kobieta czytająca mnie pomyśli: "Nie chcę być taka jak sebal
                  > da"? Albo: "Nie chcę tak skończyć jak sebalada. Taki antyprzykład?
                  Dobrze powiedziane.
          • nalki Re: My, dzieci przemocy 02.03.15, 13:04
            Podobnie było u mnie. Mama wieczna męczennica biorąca na siebie jak najwięcej obowiązków by męczennicą móc być. Ojciec z rodziny mocno patriarchalnej. Nigdy się nie umieli dogadać. Mama zawsze mówiąca źle o swoim mężu, choć nie pił, dużo pracował, kasy nie trwonił, wszystko oddawał rodzinie. Odkiedy pamietam to go oskarżała o wszystko co złe, skarżyła się dzieciom że ją źle traktuje, zależało jej by też źle myślały o ojcu, ciągłe płacze, oskarżenia, narzekania, szantaże emocjonalne. Ojciec wyśmiewający, ustawiony w pozie oddawania biernej agresji. Pół życia straciliśmy na stanie między nimi jako rozjemcy. Teraz dopiero widzą, jak byliśmy zmanipulowani przez nich, ustawieni w obowiązku by ciągle wracać ich ratować przed sobą wzajemnie..
            Ojciec zmarł nagle. W mamie jej wyuczona postawa męczennicy została, przeniosła ją na zięcia i teraz on jest ten najgorszy, wredny, zły.. Córka uciekła od niej. A ona, już w zaawansowanym wieku będąc i schorowana, uparcie gotuje 3 daniowe obiady dorosłemu synowi, narzeka, krytykuje wszystkich wokoło i ma pretensje do corek, że na każdy weekend nie przyjadą tych obiadów za nią gotować by mogła odpocząć.. Nie umie przestać obsługiwać faceta. Ostatnio z satysfakcją ogłosiła "to ten patriarchat jest taki zły! to ci faceci tak to urządzili!" . A może jednak matriarchat?.... Jak nie widziała swoich mocno nieszczących zachowań tak nie widzi dalej. Zawsze to ten ktoś inny jest zły. Z tym, że coraz bardziej zostaje sama i zaczęła zauważać, że już nie może sobie na wszystko pozwolić, ona też mus się postarać jeśli chce by ktoreś dziecko ją chciało odwiedzać lub do niej zadzwonić.
    • scibor3 Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 13:54
      "Mama była DDA, dziadek pił, wcześnie zmarł. W naszym domu nie było alkoholu ale między rodzicami wytworzył się układ emocjonalnej przemocy.. Mama od lat okupuje pozycję ofiary... ojciec apodyktyczno pracoholiczny i niestety wychowali dzieci na ofiary i przemocowców - "

      Widzę, że już znalazłaś winnych swoich wszelkich niepowodzeń życiowych. To łatwe, tyle, że zupełnie nieproduktywne.
      • triss_merigold6 Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 14:00
        Ileż można to rozkminiać. Zdiagnozować - tak, warto. A potem się odciąć, niech się starzy męczą ze sobą skoro tak wybrali.
        • andevi Re: My, dzieci przemocy 16.10.12, 23:03
          triss_merigold6 napisała:

          > Ileż można to rozkminiać. Zdiagnozować - tak, warto. A potem się odciąć, niech
          > się starzy męczą ze sobą skoro tak wybrali.


          No dobra, zdiagnozowałam. Choć prosiłam o diagnozę w kierunku Zespołu Aspergera (mam autystycznego syna, i podejrzewalam u siebie też cos z autyzmu). Autyzmu u mnie nie stwierdzono, za to skutki krzywdzenia przez matkę. Zanim dostałam tę diagnozę, zerwałam kontakty zarówno z matką, jak i resztą toksycznej rodzinki. Wybieram się na terapię.
          I tu moje pytanie do ludzi, którzy terapię zrobili / robią/ mają zamiar robić. Ile sesji należy wykupić? Lepiej u psychiatry, psychologa czy psychoterapeuty? A może doradca rodzinny czy dobry spowiednik/kierownik duchowy wystarczy?
          Mieszkam w Holandii, moje ubezpieczenie nie pokrywa w całości konsultacji psychologicznych, rocznie mogę wziąć max. 9 sesji, dopłacając 20 euro do każdej, pod warunkiem, że psychoterapeuta ma umowę z moim ubezpieczycielem. Prywatnie godzinna sesja kosztuje ok. 80 euro. Czy jest sens? Czy 9 sesji wystarczy?
          • nammkha Re: My, dzieci przemocy 17.10.12, 15:41
            Zawsze warto po prostu zacząć. Z mojego doświadczenia wynika że skutki są dogłębne tylko po długoterminowej terapii. W polsce krótkoterminowa terapia to ok. 12 spotkań. Dla mnie stanowczo za krótko. Nie trzeba się bać terapii która trwa dwa trzy lata, choć brzmi to strasznie i pożera dużo pieniędzy, ale żeby zmienić coś co trwało wiele lat potrzeba czasu...
    • paris-texas-warsaw odpowiedź na pytanie Sebaldy 16.10.12, 22:15
      Sebaldo, Autorka wątku nie pisze w jakim celu opublikowała swój post. Jednak narracja wskazuje, że przyjęła w nim raczej swój punkt widzenia, nie starała się stworzyć „teorii wszystkiego”. I bardzo dobrze, bo jednak w miarę opisać wnętrze człowiek może tylko swoje. Może pisze, bo to jakaś jej praca z psychoterapii? Tak bez pytań do czytelników tego wątku i oczekiwań. Bardzo mi się ten opis spodobał, to tak na marginesie.
      Lubię Twoje posty, jak niektórzy piszą, rzeczywiście są zafiksowane na jednym temacie Daja trochę mi do myślenia….
      Piszesz „zastanowił mnie tylko brak symetrii w tamtej wypowiedzi. Ja cierpię przez matkę, a matka cierpi na własne życzenie”. Autorka nie pisze, że cierpi tylko przez matkę. Raczej ja rozumiem to tak, że na skutek działań OBOJGA rodziców ich dzieci mają jakoś tam ukształtowane charaktery – raczej niekorzystnie dla nich. Matka też na pewno ma swoje problemy, to przecież oczywiste, bo każdy je ma. I często przez to m.in. jak go rodzice wychowali, ale nie tylko przez to. Złe wzorce przechodzą z pokolenia na pokolenie. Ta matka jednak sama wybrała sobie męża i sama zdecydowała, że z nim będzie i jak z opisu wynika – nadal jest, mimo, że na to narzeka. Autorka wątku nie pisze, że jej ojciec też narzeka, że został z matką, że wolałby być w zakonie, może on uwielbiał seks z tą matką i ma żonę, której np. nogi mu się podobają i to było główne kryterium wyboru oprócz przyszłego spadku po teściowej. Jeśli by też narzekał, że wolałby odejść i tym dręczył wszystkich dookoła, zamiast to zrobić, to pewnie tez by ludzi wokół irytował po jakimś czasie i może byłby ofiarą, ale raczej „życia”.
      Co do „symetrii” opisu… Nie ma symetrii w relacji rodzic – dziecko. Od decyzji rodzica zależy fundamentalna sprawa – czy w ogóle to dziecko będzie żyło. I mniej fundamentalne – np. czy będzie w wieku lat dziewięciu jeść codziennie cukierki, tak, że jako być może dorosły i w pełni za siebie odpowiedzialny 20-latek nie będzie miał już zębów. Czy przez siebie taka osoba będzie szczerbata? Ale w drugą stronę to zazwyczaj nie działa – dziecko jak się rodzi, to zazwyczaj na swej drodze spotyka rodziców już ukształtowanych i na pewno to dziecko nie jest za nich odpowiedzialne i ma małe szanse by ich kształtować w zakresie, w jakim ono jest przez nich kształtowane. Stad pretensje dzieci nawet dorosłych wydają mi się bardziej naturalne (np. straszyłeś nie Babą Jagą, a teraz ja jako dorosły człowiek boje się spać po ciemku i od dwóch lat chodze na terapię i wydałem 20 tys. zł a wydam jeszcze więcej), niż ich rodziców (choć właśnie te matki „ofiary” jak widać pretensje maja i do dzieci, choćby za to, że … je urodziła). Bo to rodzice w optymalnych warunkach powinni być dojrzali, samodzielni psychicznie, społecznie, ekonomicznie (piszę o Polsce obecnej, nie o sytuacji historycznej bądź innych kulturach np. pigmejów, bo nawet nie wiem, jak tam jest).
      Inaczej jest w relacjach dorosłych ludzi, w tym w szczególnej relacji małżeńskiej/par. Tu symetria występuje o wiele widoczniejsza. Obie osoby już nie powinny od siebie zależeć „na śmierć- życie”, choć czasem tak bywa (np. choroby), ale wzajemnie od siebie czerpać i sobie coś dawać. Z różnym natężeniem pewnie w czasie. Zazwyczaj taki układ jest dobrowolny (pomijam ekstrema – wydawanie niepełnoletnich za mąż, czy tego typu przypadki). Im człowiek jest bardziej dojrzały, tym ten wybór jest bardziej świadomy i związek nastręcza mniej problemów, albo przynajmniej łatwiej go zakończyć dojrzałym osobom, które umieją realistycznie ocenić co dla nich lepsze i w ogóle wiedzieć, czego chcą i tego dokonać. Z tego, co piszesz, to raczej do osób dojrzałych nie należysz (stąd wg mnie ciągły temat winy, ofiary, zdania się na los na loterii, który zmieni Twoje życie, bezradność, brak odwagi, denerwowanie się, co ktoś napisał o Tobie, że jakieś nieprawdziwe rzeczy, że masz tu osoby, na których opinii Ci zależy, pisanie, że ciągle ktoś Ci każe odejść od męża i inne tematy, które przewijają się w Twoich ostatnich postach, które wydają się dla Ciebie istotne, zamiast żyć radosnym życiem chyba jeszcze nie starej kobiety w kraju o umiarkowanym klimacie, mających dzieci prawie „na wylocie”, z pracą, zdrowa pewnie na poziomie średniej i mogąca z problemami natury psychologicznej uporać się za pomocą sporej ilości specjalistów a także majaca wiele innych fajnych perspektyw, nawet bez wygranej w totka). Ja z dobrymi intencjami jako fan psychoterapii radzę Ci po prostu na nią iść (na tym forum to chyba większość osoby po, w czasie albo nadające się na psychoterapię – albo chorzy, albo jeszcze nie zdiagnozowani). Ta terapia, o której pisałaś dotycząca przemocy, to wg mnie raczej diagnoza, a nie terapia. Terapia to leczenie / wyleczenie, a potwierdzenie stanu to tylko diagnoza. Wygadanie się zaś, to tylko wygadanie – daje ulgę, nie przeczę, ale nie zawsze zmiany.
      Ja na Twoim miejscu przestałabym się przywiązywać tak kurczowo do tych terminów ofiara – przemocowiec. Jak widzisz od iluś tam lat ta diagnoza nie zmieniła wiele w Twoim życiu. Lepiej może byłoby się skupić na tym, co chcesz i jak to możesz to osiągnąć. I na własną terapię nie chodzi się oczywiście, żeby zmienił się ktoś inny, choć taki może być skutek (nie zawsze oczekiwany zresztą), ale żeby siebie zmienić, być dojrzalszym człowiekiem.
      Etykietki ofiara – przemocowiec mało Ci dają jak można odnieść wrażenie z Twich postów. Mało piszesz o swoim mężu tak naprawdę. Gdy jednak się złoży w całość o nim informacje, to nie jest to raczej też szczęśliwa osoba. Ma słaby kontakt z dziećmi, jest pracoholikiem, nerwową osobą, ma niedojrzałą żonę, która nie wiem, czy ukrywa przed nim, czy mówi mu wprost, że jest z nim tylko, bo nie ma pieniędzy. On tez ma swoja historię, to że może i stosuje przemoc psychiczną (jak to oceniasz), nie znaczy, że jest w lepszej sytuacji niż Ty. I gdyby opisał swoją historię życia, pewnie mogłaby być równie smutna jak Twoja. Ale tu na forum Ty piszesz posty, więc ludzie odnoszą się do Twoich opisów. I na pewno nie sa one „symetryczne”. Sprawa winny – niewinny to tez tylko etykietki, do tego z zakresu moralności bardziej niż psychologii.
      Czy wiesz, że wiele osób które wygrywają w totka i tak konczy w nedzy? Ciekawe czemu…
      • sebalda Re: odpowiedź na odpowiedź:) 17.10.12, 16:12
        Droga Paris-texas-warsaw, dziękuję za wyczerpującą odpowiedź:) W wielu punktach masz rację, w kilku trochę się mylisz, ale ogólna wymowa jest trafna i logiczna. Za dużo bym musiala pisać, by wyczerpać wszystko w jednym poście. Ale podoba mi się najbardziej to, że nie piszesz o mnie zbyt przychylnie, a mimo to nie czuję się urażona, bo a. masz rację, b. piszesz oględnie i Twoje słowa nie są raniące ani zapalczywie krytyczne, dzięki czemu mogę się do nich odnieść też bez emocji.
        To prawda, że nie jestem dojrzała, choć w moim wieku to naprawdę duża przywara. Złożyło się na to wiele przyczyn i tylko do mnie należy to, bym wreszcie coś z tym zrobiła. Nie ze wszystkim jestem zresztą niedojrzała, w niektórych kwestiach nie jest tak źle:( Moja niedojrzałość przejawia się przede wszystkim w lękliwości i bezradności, w paraliżu wobec perspektywy pełnej samodzielności i wobec czarnych myśli o braku poczucia bezpieczeństwa bytowo-socjalno-finansowego. O wygranej w tololotka napisałam tylko w kontekście wypowiedzi na fali wyznania Figury, gdy odezwalo się tyle krytycznych komentarzy na temat niewychodzenia z przemocy wielu kobiet. Ktoś kazał te kobiety zapytać, co by zrobiły, gdyby wygrały w totolotka. Bo w Polsce i na świecie są ogromne rzesze kobiet totalnie uzależnionych ekonomicznie od mężów. A kryzys nie ułatwia im sprawy. W moim otoczeniu jest wiele osób, które intensywnie i uporczywie, ale bezskutecznie szukają pracy:( To nie jest tylko mój wymysł.
        Pisałam o oczernianiu mnie na forum nie dlatego, że boję się negatywnych ocen, ale dlatego, że lubię to miejsce, jestem tu długo, nie czułabym się komfortowo, gdyby kompletnie nieprawdziwe informacje na mój temat się tutaj utrwaliły. Myślę, ze to normalny odruch obrony przeciwko pomówieniom, nie jakaś paranoja czy kompleksy.
        A forum jest mi drogie, bo kilka lat temu bylam podobna do Mokregoleona:) Przyszłam z problemem, ktory był tylko wierzchołkiem góry lodowej i tutaj dowiedziałam się, o co tak naprawdę chodzi w moim związku. Doradzono mi lektury, uświadomiono, wyniosłam stąd bardzo wiele ważnych informacji.
        A najgorsze w Twoim poście na mój temat jest to, że faktycznie etykietki i cała ta wiedza niewiele zmieniły w moim życiu. Do niedawna myślałam, że skoro tyle już wiem i rozumiem, sama sobie poradzę ze swoią sytuacją, ale chyba to było myślenie nazbyt optymistyczne. Chyba czas poszukać terapii z prawdziwego zdarzenia. Ale to też wychodzi częściowo dzieki czytaniu i pisaniu na tym forum.
        Pozdrawiam bardzo serdecznie:)
        • paris-texas-warsaw Re: odpowiedź na odpowiedź:) 17.10.12, 22:29
          Sebaldo, napisałam do Ciebie maila:) Jak chcesz, to przeczytaj - trochę moich przemyśleń o psychoterapii i nie tylko:)
          • lebara1984 Re: odpowiedź na odpowiedź:) 08.11.12, 10:38
            Mam prawie 28 lat,własną rodzinę,dziecko.Ojciec bił mnie i mamę,znęcal się również psychicznie-wyzywał od najgorszych.Tylko te najgorsze rzeczy pamiętam z dzieciństwa.
            Nie nawidzę go.
            ale tym samym mam problem z facetami-traktuje ich jak ludzi gorszej kategorii,zawsze jestem wyniosła,złośliwa,mądrzejsza,jakbym nie miała do nich szacunku.
    • 77qq Re: My, dzieci przemocy 20.11.12, 12:45
      Matka i ojciec całe małżeństwo się kłócili, obrażali na siebie, karali nieodzywaniem się, itd.
      Od lat żadne sobie dobrego słowa nie powie, obecnie - nawet jak by chciało coś dobrego o drugim powiedzieć, to się spotka z agresją i pogardą z drugiej strony, bo urazy są tak zapiekłe, że nie ma w nich wiary ani chęci nastawić się do siebie pozytywnie i stawiać granice z uśmiechem a nie z wrzaskiem i pogardą. Są dni, że matka wstaje już wkurzona, chodzi po domu szepcąc do siebie i niech tylko ojca spotka w kuchni.....! to zaczyna się wrzask i wyładowanie na nim swojej frustracji i zapiekłej agresji. Ojciec zaś nadal by chciał rozdzielac wszystkim zajęcia jak kiedyś, dyrygować licznym stadłem rodzinnym by pracowało, przyzwyczajony od lat że był osobą którą słuchano bez sprzeciwu, ze zawsze to on decydował, że matka wszystko co kazał robiła bez gadania i to samo nakazywała dzieciom, -ojciec zachowuje się nadal podobnie, przychodzi, mówi jej co jest do zrobienia i wychodzi. Matka nie umie powiedzieć normalnie-spokojnie "nie, nie zrobię tego, nie mam czasu, porozmawiajmy czy to potrzebne". Nie zaprotestuje słowem, wściekła wykonuje polecenia a potem oskarża ojca, że ją zmusił. I znowu powód do nienawiści. Matka zatrzymała się na poziomie "ja muszę". Nie używa słów "ja chcę". Zawsze jest "muszę"...i zawsze winny za to "zmuszenie" jest ktoś inny niż ona sama...
      Ojciec słysząc podniesiony głos, wychodzi z domu trzaskając drzwiami bo dla niego „matka jest markotna”. I tak nie rozumie o co matce chodzi, dla niego ich życie było normalne, a ona nigdy mu spokojnie nie powiedziała o co ma pretensje, bo nie umie rozmawiać bez przemocy, kumuluje się na przeżywaniu wewnętrznym swoich krzywd i wybuchaniu agresją gdy już nie może tego utrzymać. Lata rozmowy z nią i sugestii by chciała zauważyć swój problem kompletnego nieradzenia sobie z swoimi emocjami, problem z samą sobą, z fatalną komunikacją, nic nie dają, nie przyjmuje do wiadomości że ona musi się zmienić a nie ojciec oraz dzieci które bezczelnie budują z ojcem jakąś wspólnotę. Matka nie umie być samodzielna, musi się kimś podpierać, a jak inni się nią nie zajmują to ma poczucie krzywdy. Dla matki ojciec to wróg i póki miała koalicję z malymi dziećmi to miała satysfakcję, że dzieci wolą ją a ojca nie lubią. A gdy dzieci zaczęły myśleć samodzielnie to zaczął się problem. Bo ojciec nawiązał całkiem dobre relacje z jedną z córek. Rozmawiają ze sobą normalnym tonem, są w stanie się dogadać, porozumieć, coś wspólnie ustalać. I cóż się okazuje - matka jest zazdrosna! Zazdrosna o męża, o to, że ojciec z córką ma dobry kontakt, że dziecko normalnie gada z ojcem a nie jebie go tak jak ona, zazdrosna i oburzona że może nawet ta córka ojca lubi!zgroza. przecież powinna lubić wyłącznie ją-matkę i użalać się nad jej biednym życiem z złym ojcem. Zazdrosna jest o każdego kto się dobrze o ojcu wyraża, zaś cieszy się z obecności osób którzy ojca potępiają i nie lubią. To chore. Po co było to małżeństwo? Oczywiście co niedzielę w kościele ale najlepiej osobno dwoma samochodami dzieci, by nie musieć siedzieć koło siebie? I taki wzór związku dzień w dzień wpajany dzieciom.. Gdy druga córka przyjedzie w odwiedziny i też chwilę rozmawia z ojcem miło, to matkę szlag trafia. Chodzi naburmuszona z pozą "jakaż ja jestem skrzywdzona i nieszczęśliwa!". Całe jej życie kręci się wokoło tematu męża. Jest od niego absolutnie uzależniona i chce się tego uzależnienia trzymać. Samą siebie i wszystkie zdarzenia postrzega przez pryzmat męża. Sama zakochana w dorosłym synu, którego uczy braku odpowiedzialności, któremu wszystko pod nos podsunie i najchętniej by z domu nie wypuszczała by był blisko, robi z niego niezbornego życiowo pięciolatka byle mieć się kim zająć i nad kim się użalać, zaś nie doceniająca że to córki się nią opiekują, zajmują jej domem, wożą po lekarzach. Córki, która z nią mieszka i która nią się dzień w dzień opiekuje, nie lubi bo… bo córka opiekuje się też mieszkającym tam ojcem – a to ją dyskwalifikuje jako dobrą córkę matki…
      • aqua48 Re: My, dzieci przemocy 20.11.12, 13:17
        77qq napisała:

        Córki, która z
        > nią mieszka i która nią się dzień w dzień opiekuje, nie lubi bo… bo córk
        > a opiekuje się też mieszkającym tam ojcem – a to ją dyskwalifikuje jako d
        > obrą córkę matki…

        A czy ta córka MUSI być dobrą córką matki? MUSI z nimi mieszkać na kupie i opiekować się na co dzień, hodując w sobie takie samo poczucie skrzywdzenia jak już posiada matka?
        Matka i ojciec całkiem są niedołężni i nic koło siebie nie zrobią? Najlepiej pojawiać się u rodziców z doskoku, np z zakupami, wychodzić jak tylko zaczną "nadawać", żeby się nie zatruwać, nie gorzknieć i nie nasiąkać panującą w tym domu atmosferą i zacząć żyć własnym, normalnym życiem odcinając się od nich. Moim zdaniem to jedyne możliwe wyjście.
        • 77qq Re: My, dzieci przemocy 20.11.12, 14:30
          O tym, że najlepiej z oddali i wtedy jest się najbardziej kochanym i ma się dystans do toksycznych zachowań rodzicieli - to ja wiem. Jedna z córek dostała duży dom rodzinny z "dobrodziejstwem inwentarza" i zobowiązaniem opieki. Więc ona poniekąd jest już u siebie. Zostawiony dom popadł by w ruinę wszak rodzice nigdy ze sobą nie umieli współpracować więc jedno drugiemu nawet pleców nie natrze gdy któreś jest chore, bo chory się "uniesie honorem" i o to nie poprosi a drugie nie zaproponuje w obawie przed agresywną odpowiedzią. Ale oboje będą jęczeć dzieciom jak to "nie ma kto pomóc w chorobie".
          Niestety są już w tym wieku, że zaczynają się problemy z poruszaniem, chorobami kilka razy do roku. Choć też uważam, że dobrą dla nich "szkołą życia" by było zostawienie ich sam na sam w tym domu. I albo się zaczną normalnie komunikować ze sobą albo się pozabijają. Sami. Bez wiszenia całe życie na emocjach dzieci i obciązania ich swoją toksycznością i niedojrzałością. Poczucie obowiązku córki (a także realna ocena możliwości finansowych), mimo przedstawiania innych rozwiązań(nie przez rodziców bo ci dostają histerii gdy ktoś chce dom opuścić) typu "nic nie musisz, rób to co chcesz, bo możesz wyjechać na inny kontynent i też będzie dobrze" powoduje, że coraz bardziej "wchodzi w buty" zachowań rodziców. Mimo dużej świadomości sytuacji i genezy problemu. W tym domu wszystko jest przesiąknięte wysublimowaną emocjonalną przemocą i strachem przed otwarciem się na drugiego człowieka. Bo "wszystko co powiesz może zostać wykorzystane przeciwko tobie".
          Wchodząc z zewnątrz, można się postawić, zaznaczyć granice - i wtedy tak, sa na chwilę mili, pilnują się by nie przeginać, bo wiedzą, że się to spotka z ostrą dezaprobatą. Wystarczy jednak być tam kilka dni z rzędu a ich codzienne nawyki nakręcają spiralę coraz mocniej, przestają mieć hamulce, zaczynają być sobą. Nie dostrzegaja jak potwornie są męczący, zbyt sa skupieni na swoim ego by myśleć o innych. Myslą tylko o tym jak dzieci nakłonić by robiły to co oni chcą, jak im narzucić swój światopogląd, swoje widzi-mi-się, swoje normy. Matka wiecznie narzekająca i obgadująca, ojciec wiecznie kontrolujący gdzie kto z kim. Ktoś z zewnątrz zwyczajnie wychodzi, osłabia kontakt. Ktoś mieszkający tam na co dzień zamyka się w sobie by od nich odgrodzić, albo przestaje się odzywać i pytać o cokolwiek bo i tak do niczego rozmowa nie prowadzi, albo ostentacyjnie olewa dbanie o dom, albo w przypadku mężczyzn ucieka do baru bo dalej nie jest w stanie.
          Paradoks rodziciela który miłość do dziecka realizuje przez podcinanie mu skrzydeł by daleko nie odleciał, a gdy już staje się nielotem to okazywanie mu pogardy że nigdzie nie odleciał. Paradoks małżeństwa które niewydolne jako mąz i żona "wzięli" sobie na żony i na mężów własne dzieci drugiej płci, by od nich mieć miłość i zobowiązania do dbania, by z nimi realizowac związek bliskości której się od małżonka nie dostało i nie umiało wyegzekwowac.
          • aqua48 Re: My, dzieci przemocy 20.11.12, 14:54
            77qq napisała:

            > O tym, że najlepiej z oddali i wtedy jest się najbardziej kochanym i ma się dys
            > tans do toksycznych zachowań rodzicieli - to ja wiem. Jedna z córek dostała duż
            > y dom rodzinny z "dobrodziejstwem inwentarza" i zobowiązaniem opieki.

            A MUSIAŁA go przyjmować? Wolałabym zrezygnować z takiej "własności", która się potem odbija na całym życiu osoby "obdarowanej".

            Więc ona
            > poniekąd jest już u siebie. Zostawiony dom popadł by w ruinę

            U siebie nie jest dopóki mieszka z rodzicami, a moim zdaniem lepsza ruina domu niż ruina psychiki.
            Moja koleżanka w podobnej (nie aż tak poważnej jak opisujesz) sytuacji po prostu się wyprowadziła do innej miejscowości, znalazła pracę z mieszkaniem i zerwała kontakty, które dla niej były toksyczne. Stwierdzając, że własne zdrowie jest dla niej ważniejsze niż jakiś budynek.

            wszak rodzice nigdy ze sobą nie umieli współpracować
            > Choć też uważam, że dobrą dla nich "szkołą życia" by było zostawienie ich sam na sam w tym domu. I albo się zaczną normalnie komunikować ze sobą albo się pozabijają. Sami. Bez wiszenia całe życie na emocjach dzieci i obciążania ich swoją toksycznością i niedojrzałością.

            No dokładnie czas, aby dorośli.

            Poczucie obowiązku córki (a także realna ocena możliwości finansowych), mimo przedstawiania innych rozwiązań(nie przez rodziców bo ci dostają histerii gdy ktoś chce dom opuścić)

            Histeria rodziców nie jest przeciwwskazaniem do opuszczania domu przez dorosłe dziecko, raczej powinna być siła napędową.
            A poczucie obowiązku wobec kogokolwiek z rodziny nie może rozciągać się na niszczenie własnego życia, bo wtedy zamienia się w czysty masochizm. A dla takiego działania nie ma żadnego usprawiedliwienia oprócz chęci osoby go uprawiającej.
            • 77qq Re: My, dzieci przemocy 20.11.12, 15:29
              > A poczucie obowiązku wobec kogokolwiek z rodziny nie może rozciągać się na nisz
              > czenie własnego życia, bo wtedy zamienia się w czysty masochizm. A dla takiego
              > działania nie ma żadnego usprawiedliwienia oprócz chęci osoby go uprawiającej.

              I o tym właśnie jest ten wątek :) Matka całe życie wtłaczała dzieciom, ze "choć mi źle to robię bo inni oczekują". Czy "przemoc" ze strony ojca to jedyne i wyłączne usprawiedliwienie siebie i rozdanie ról na tę dobrą i tę złą osobę? Nie. Przemoc działa się w tym domu na styku dwóch głównych bohaterów męża-żony, a dla dzieci ojca-matki ;najbliższych sobie osób. Rodzice, uczyli dzieci nie tym co mówili (bądź uczciwy, kochaj bliźniego,itd) ale tym co robili. Komu z dzieci udało się "uciec" z domu (ja marzyłam o mieszkaniu w internacie w szkole średniej, więc fizycznie już wtedy mając 15 lat mogłam zaczynać się odcinać i uczyć się innego życia obserwując znajomych, ale jeszcze sporo lat upłynęło zanim emocje zostały poukładane tak, że czuję się z nimi dobrze i nie dotyka mnie osobiście to, co staruszkowie nadal wyrabiają) ten wygrał lepsze zycie emocjonalne. Kto nie miał aż tyle sił lub jego postrzeganie odpowiedzialności i poświęcenia jest na wzór rodziców, ten utkwił w sytuacji z swojego punktu widzenia-patowej. Patrząc na ten układ, i wiedząc o różnych szczegółach, wychodzi na to, że najmniej emocjonalnie się "pozbierali" ci, o których rodzice rywalizowali między sobą, dawali im sprzeczne komunikaty. Czyli syn, którego zawsze ojciec najbardziej strofował za bycie synusiem mamusi i np za popijanie już w szkole średniej - a matka tego brata całą sobą "broniła" przed ojcem i co on nakazał to ona odwoływała a pijanego opiekowała tym żarliwiej; i córka z którą ojciec wiele prac razem wykonywał, pracowała bardzo ciężko jako pomocnica ojca a matka milczała i nie oponowała by jej nie obarczał pracą ponad siły a miała do niej uraz i pretensje za to, że ojciec córkę lubi i mają dobry kontakt. Niechęć rodziców do siebie przysłoniła tu jakiekolwiek "dobro dziecka".
              Ani ten syn, ani córka nie zamierzają zakładać rodziny. Przykład rodziców okazał się zbyt traumatyczny.

    • amb25 Re: My, dzieci przemocy 03.03.15, 09:21
      W wielu punktach zgadzam sie z Sebalda. Trudne dziecinstwo nie moze byc powodem przerzucenia odpowiedzialnosci za walsne zycie na rodzicow. Idac tym tokiem myslenia mozna by spokojnie usprawiedliciw rodzicow i zrzucic wine na dziadkow, usprawiedliwic dziadkow i zrzucic na pradziadkow itp.
      Wzorce zachowania niestety sie dziedziczy i zrzucanie odpowiedzialnosci na kogos innego tez jest typowe - wtedy wchodzi sie w role ofiary, ktora nie ma mocy sprawczej. To wygodne usprawiedliwienie, mechanizm obronny, wyparcie prawdy, ucieczka przed dorosloscia.
      I o ile moglabym je przyjac w przypadku osoby, ktora nie zdaje sobie sprawy z wplywu srodowiska rodzinnego na pozniejsze zachowania,), o tyle jest dla mnie rzenujace zrzucanie winy za wlasne nieudane wybory na innych (potencjalnych sprawcow) przez np. DDA po terapiach i roznych lektorach. Dla mnie to oznacza, ze one nic z tych terapi/lektur i pogadanek nie wyniosly, ze byl to stracony czas i pieniadze.
      Kazdy jest odpowiedzialny za wlasne zycie i wlane wybory ale niektorzy sie tej odpowiedzialnosci po prostu boja.
      Przychodzi mi do glowy dosc drastyczny przykklad: udowodniono kiedys, ze geny moga miec wplyw na zachowania przestepcze. I na tej podstawie uniewinniono morderce w USA (byl dzieckiem adoptowanym i od malego sprawial problemy), bo majac takie geny nie mogl kierowac swoim postepowaniem w pelni swiadomie. Uniknal kary smierci. Zrzucono odpoeidzialnosc na rodzicow (siedzieli w wiezieniu) bo przekazali zle geny....
    • nalki Re: My, dzieci przemocy 05.12.17, 11:30
      Przypomniałam sobie o tym wątku. Terapia i odcięcie się emocjonalne i w dużej części też fizyczne od rodziny wyjściowej dużo dają i każdemu polecam. Szkoda marnować najlepsze lata i młodość na użeranie się z toksyczną rodziną albo proszenie się by pokochali inaczej niż do tej pory, warto się odwrócić i odejść, zadbać o nowe znajomości w innym środowisku. Taka refleksja.
      Ciekawa jestem w jakim miejscu swojego życia i emocji są inni z tego wątku po tych 5 latach.
      • nammkha Re: My, dzieci przemocy 07.12.17, 00:14
        Miło poczytać swoje stare wypowiedzi. Nie sądziłam że tak długo już zaglądam na forum. Kiedyś było tu na prawdę wiele wspaniałych osób. A moja sytuacja? Kiedyś była podobna do tej autorki, ojciec ten zły matka ofiara. Jestem parę lat po terapii a rodzice po rozwodzie. Jest lepiej. Wszystko mi się układa. Ale dużo musiałam w to włożyć wysiłku.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka