Dodaj do ulubionych

młot i kowadło

19.11.12, 12:37
klasyka gatunku - mam problem, ponieważ mój narzeczony nieustająco żre się z moją mamą.Jest to dla mnie na tyle uciążliwe, że oni żrą się podprogowo - to znaczy, moja mama denerwuje mojego narzeczonego jakimiś duperelami - że nie tak się odezwała, że wzięła dziecko na ręce, nie tak rozwiązała jakiś konflikt. To są drobiazgi, naprawdę. Ale ja moją mamę kocham i mi te drobiazgi nie przeszkadzają. Widzę, że się stara, że dogadza nam, że nie wtrąca się do naszego życia. Boli mnie, że mój narzeczony, za przeproszeniem "dopier...ala" się dosłownie do niej. Kiedy mówię, proszę go, żeby może spróbował jakoś przestać zwracać na to uwagę, mówi, że trzymam jej stronę, że ona mnie nastawia przeciw niemu - normalnie koszmar. Z drugiej strony rozumiem, że czuje się źle, gdy ktoś robi czy mówi coś w sposób który go denerwuje (u nas problemem jest mieszkanie, na które moi rodzice wzięli kredyt i który my spłacamy i czasem mojej mamie czy babci wymsknie się, że np "nie kupię ci (do mojej córki) czegoś tam bo mama ma w mieszkaniu mało miejsca". I o to jest afera - że powiedziała mama a nie rodzice. Rodzice trochę nam jeszcze pomagają, nie dużo, ale bez tej pomocy nie byłoby nas stać na opiekunkę. Jednocześnie mojemu narzeczonemu to bardzo przeszkadza. Jednak kiedy pokazałam mu, jak wygląda nasz budżet, stałe wydatki - okazało się, że na jedzenie i artykuły higieny dzieci zostanie nam 450zł. Nikt za to nie przeżyje. Jedynym wyjściem byłoby zrezygnować z dojazdów do pracy autem, co pochłania 500zł naszego budżetu. Ale tak mu wygodnie, nie zrezygnuje. Jednocześnie wścieka się na mnie, że biorę od rodziców te kilka stów miesięcznie. Czyli co mam zrobić? Nie jeść?

Nie wiem już co mam zrobić, jak z nimi rozmawiać. Nie chcę być pośrednikiem, nikomu nic nie zrobiłam, nic nie powiedziałam, a zbieram baty z obu stron. Boje się jechać do domu rodzinnego, boję się czy zaraz nie będzie znowu jakiejś sytuacji, po której w niedzielę wieczorem będę miała aferę znowu, bo mój narzeczony nie mówi nic moim rodzicom. On potem mówi to mnie i do tego wymaga, że mam być cicho i zaakceptować to, że on nie lubi mojej mamy, patrzeć jak skaczą sobie do oczu, kąsają się między słowami i znosić to z godnością. Mam dość. Powiedziałam dzisiaj, że zabieram dzieci i idę do przyjaciółki, a oni mają porozmawiać i sobie sami wyjaśnic o co im chodzi, bo ja mam tego po dziurki w nosie. Ale nie wiem czy to dobry pomysł...
Obserwuj wątek
    • asia.sthm Re: młot i kowadło 19.11.12, 12:55
      Bardzo dobry pomysl i tego sie trzymaj.
      Albo dojda do porozumienia albo ty kategorycznie odmawiasz wysluchiwania pretensji, a tym bardziej posredniczenia. Powiedz, ze juz nie wytrzymasz nawet najmniejszego grymasu, a jesli ktores zacznie to zatykaj uszy i sobie spiewaj. Owszem, jak dziecko albo kobieta na granicy szalenstwa. Szalencow naogol ludzie, szczegolnie najblizsi, sie boja ;)

      Koniec mlota i kowadla!
      Powodzenia.
    • zuzann-a Re: młot i kowadło 19.11.12, 13:16
      Hmm, z tego co napisałaś wygląda na to, że związałaś się z pospolitym burakiem, sorry.
      Aha, jeszcze jedno- nie mieści mi się w głowie jak dwoje zdrowych, dorosłych ludzi może brać od rodziców pieniądze na życie.
      • verdana Re: młot i kowadło 19.11.12, 14:32
        A mnie sie mieści , jak najbardziej. Lepiej zagłodzić dziecko? To nie są czasy, gdzier można swobodnie zmienić pracę na lepszą, czy dorobić - trudno, czasem bywa tek, zę lepsza pomoc rodziców, niż życie pod mostem.
        Ale są tego koszty - na przykład nie wypada dokuczać rodzicom, którzy pomagają. Jak sie bierze kasę, to sama wdzięczność powinna powstrzymać faceta od dogryzania. Powinien też pomyśleć o Tobie, że to Ci sprawia przykrość - ale nie myśli. Jedyną ważna osobą w rodzinie ma być najwyraźniej on.
        Tak wynika z Twojego opisu. Tyle, ze mnie w tym opisie coś zaniepokoiło - jednoznaczne stanie po stronie matki, tak, jakby ona była absolutnie i całkowicie bez winy, a narzeczony czepiał sie świętej kobiety dla samego czepiania. I tu moze byc pies pogrzebany - bo albo narzeczony jest zwykłym chamem, albo problemem jest to, zę widzisz tylko jego wady, a matkę idealizujesz.
        • aqua48 Re: młot i kowadło 19.11.12, 14:46
          Sytuacja nie do pozazdroszczenia, mylę, że narzeczonego to dołuje, że musicie brać te pieniądze od rodziców, choć z drugiej strony jest mu tak wygodnie. Cóż, jak w reklamie - od banku pożyczasz wyłącznie pieniądze, od rodziny coś więcej. Dopóki nie przestaniecie być zależni finansowo, dopóty będą pretensje. Ale TY nie musisz wysłuchiwać tego co narzeczony, albo Twoja mama, czy babcia mają do powiedzenia o sobie nawzajem - jeśli spróbują w Twojej obecności sobie dopiekać to po prostu ubieraj się i wychodź z domu. Natychmiast. Na półgodzinny spacer, w czasie którego popodziwiasz przyrodę, odetchniesz świeżym powietrzem, kupisz sobie coś. itp..
          • paris-texas-warsaw Re: młot i kowadło 19.11.12, 22:17
            Bardzo lubię zastanawiać się nad takimi problemami – wiele płaszczyzn, w tym pieniądze i uwarunkowania socjologiczne i ekonomiczne:) A do tego tak ładnie użyte słowo „podprogowo” – sama czasem je używam w podobnych kontekstach;) Więc dla własnej przyjemności się wypowiem i jeśli mogę, udzielę oczywistej dla wielu rady:)
            Więc najpierw rada – odetnijcie się od finansowego wsparcia osób z zewnątrz. Jak najszybciej. Ja bym to zrobiła kosztem nawet tańszych i trudniejszych dojazdów do pracy, dorabianiem po godzinach albo zwykłym kredytem w banku, jeśli wiedziałabym, że będę go w stanie spłacić, a moja sytuacja finansowa poprawi się na tyle, że będę w stanie utrzymać się w pełni za swoje pieniądze w bliskiej przyszłości.
            A teraz moje rozważania. Zastrzegę, że tak do końca z Twojej wypowiedzi nie wynika, czy tarcia na linii narzeczony-Twoja matka odbywają się rzeczywiście „podprogowo”, tzn. wiadomo, że oni się nie znoszą, lub (tak to bardziej z postu rozumiem), że nie znosi Twojej matki narzeczony jednocześnie jawnie jej tego do końca nie okazując i swoje negatywne emocje uzewnętrzniając przy Tobie jedynie. Ja tak przynajmniej domyślam się z opisanej sytuacji. Jawne walki w postaci awantur oczywiście wymagają zapewne dodatkowo innych kroków do przedsięwzięcia. Ale jeśli rzeczywiście narzeczony tak jej nie znosi, to niech oprócz jak najszybszego zrezygnowania z jej pomocy finansowej, stara się ograniczać widzenia z nią, bo ewidentnie mu/ Wam one nie służą.
            Jednocześnie podejrzewam, że sprawa otrzymywania stałej i koniecznej do utrzymania pewnego oczekiwanego przez niego/Was standardu życia „zapomogi” finansowej (rozumiem, że macie co najmniej dwoje dzieci, może małe bliźniaki?), rodzi wiele napięć. Stałe pieniądze, to co innego, niż jednorazowy, nawet bardzo znaczny, „prezent” finansowy, np. na Święta, ślub, etc. To tez co innego, niż danie mieszkania dziecku/rodzinie dziecka (chociaż znam przypadek, że dane mieszkania dziecku tuz przed jego ślubem było źródłem wielkich napięć). Stała „zapomoga” może być odbierana przez osobę – dorosłego mężczyznę jak Twój narzeczony, jako stałe przypomnienie, że:
            a) Zarabia za mało,
            b) Nie jest w stanie utrzymać siebie, Ciebie, dzieci,
            c) jest na częściowym utrzymaniu obcej kobiety – nota bene zupełnie nie spokrewnionej ani nawet z rodziny, w którą „by się wżenił” – Twoja matka nie jest nawet jego teściową;).
            To jest zapewne sprawa, do której mało który facet przyznałby się nawet najlepszemu przyjacielowi;) Zauważ jakie zazwyczaj konotacje budzi facet, którego utrzymuje własna żona, a co dopiero facet którego utrzymywać / dokładać do jego utrzymania musi teściowa in spe.
            Dziś w „Newsweeku” jest wywiad z synem Skolimowskiego (dość dramatyczny zresztą, nie miałam czasu całego jeszcze przeczytać), i tam mężczyzna opowiada m.in. o sobie i bracie, którzy tworząc jakieś artystyczne dzieła nagle sobie zdali sprawę, że mimo, że byli już dorośli, nadal byli uzależnieni finansowo od swojego ojca. WŁASNEGO OJCA, a nie obcej kobiety, której dodatkowo można nie znosić. I to był dla nich problem. Zauważ, jak w wątku obok, mężczyzna 28-letni opisuje jakiś problem małżeński i dodaje, że powodzi im się finansowo. Nie poprzestaje jednak na tym, opisuje, co ostatnio kupili – mieszkanie, i że fajnie je urządzili, że mają dobry samochód. Zwyczajnie – kasa jest dla wielu mężczyzn (i kobiet oczywiście) bardzo ważna, nie tylko jako środek nabywczy. To cała „psychologia pieniądza”. Kwestia porównywania się z innymi i wiele innych kwestii. Tak zwyczajnie jest.
            Pojawia się też pośrednio kwestia autonomiczności rodziny, chronienia pewnych informacji, których nie każdemu chce się udzielać. Pośrednio rozumuję, że Twoja matka pewnie jest dobrze zaznajomiona z poziomem Waszych dochodów/wydatków. Z jakichś względów, to m.in. ona brała kredyt na Wasze mieszkanie, a nie Wy. Jednocześnie zapewne terminowość spłaty tego kredytu też może wpływać na jej sytuację finansową. Takie naczynia połączone pomiędzy Wami a Twoimi rodzicami w zakresie finansów, na tak długo, aż kredyt się spłaci. Podejrzewam, że bardzo możliwe, że o Waszych zarobkach/sytuacji doskonale wiedza osoby zaprzyjaźnione z Twoją matką albo np. jej rodzina. Wątpię natomiast, żeby to był ulubiony temat rozmów z rodziną i znajomymi męża. To bardzo mało komfortowa sytuacja.
            Pomieszanie ról społecznych (jak tu – rodzice nie są w stanie w pełni utrzymać siebie i rodziny, robi to „babcia z dziadkiem” - i pytanie "to mam nie dać jeść dzieciom"? - nie pamiętam, czy Twoje czy autora jakiegoś tu komentarza) często wprowadza wiele zamętu, bo nie liczy się tylko ta kwota, którą się dostaje (można by się w zasadzie cieszyć, że nic nie trzeba robić, a kaska co miesiąc wpada, np. „karolinakarolinawroc” z innego wątku obok, pewnie byłaby uszczęśliwiona;), ale właśnie te wszystkie „podprogowe” obciążenia, o których wszyscy wiedzą, nawet jak nikt tego nie mówi.
            To ja podwyżki życzę:) Albo innego rozwiązania:)
            • agibubu Re: młot i kowadło 20.11.12, 10:59
              Dziękuję, pokazało mi to inny punkt widzenia. Serdeczne dzięki za ten post.
        • velluto Re: młot i kowadło 19.11.12, 22:46
          verdana napisała:

          > A mnie sie mieści , jak najbardziej. Lepiej zagłodzić dziecko? To nie są czasy,
          > gdzier można swobodnie zmienić pracę na lepszą, czy dorobić - trudno, czasem b
          > ywa tek, zę lepsza pomoc rodziców, niż życie pod mostem.

          Bzdura, ZAWSZE można dorobić, jak się chce. Stać ich na 500 zł na wygodne dojazdy do pracy, więc to nie jest kwestia głodu.
      • agibubu Re: młot i kowadło 20.11.12, 10:59
        > Aha, jeszcze jedno- nie mieści mi się w głowie jak dwoje zdrowych, dorosłych lu
        > dzi może brać od rodziców pieniądze na życie.

        mi się też wiele rzeczy nie mieści w głowie - na przykład jak można w tak prostacki sposób oceniać poczynania i chęci do pracy innych ludzi mając bardzo zdawkowe informacje na ten temat

        Mój narzeczony nie zarabia bardzo mało, raczej więcej niż inni znani mi ludzie - pracuje jednak od siódmej rano do siódmej wieczorem. Może w Twojej głowie zmieści się teraz jakiś pomysł kiedy ma wziąć drugą pracę i jak dorobić? Może w nocy?

        Ja dopiero zaczynam karierę zawodową, niedawno skończyłam studia. Moja sytuacja zmieni się w marcu, bo wtedy podejmę lepszą pracę. Póki co nie ma najmniejszego sensu, żebym szukała czegoś dodatkowego, bo - być może to zmieści się w Twojej głowie - są rodziny, którym nie dane jest mieszkać w poblliżu babci/dziadka/cioci/wujka. Chętnych do pomocy - wymiernej, na której niektórzy rodzice oszczędzają mnóstwo kasy, nie zatrudniając opiekunek na etat czy choćby godziny. Mieszkamy sami, najbliższą rodzinę mam kilkaset km od domu. Za każdą godzinę, którą miałabym poświęcić innej, drugiej pracy muszę zapłacić opiekunce. Nie będę się widziała z moimi dziećmi (niemowlak i trzylatek), żeby pracować na opiekunkę? Widzisz w swojej głowie, w której tak wiele się nie mieści jakiś sens w tym?

        Powiecie, że zdecydowaliśmy się na dwójkę dzieci, nie mając możliwości ich pełnego samodzielnego utrzymania. To też od razu wyjaśnię, zanim mi dowalicie. Moje pierwsze dziecko zmarło. Nie było czasu się zastanawiać, istniało ryzyko, że jeśli poczekamy jeszcze kilka lat, możemy nie mieć żywego potomstwa. Tyle gwoli wyjaśnień.
        • ola33333 Re: młot i kowadło 20.11.12, 14:19
          Piszesz:
          Mieszkamy sami, najbliższą rodzinę mam kilkaset km od domu.
          Czyli twoj maz z twoja mama widza sie rzadko i mimo takiego duzego dystansu sa spiecia?
          • agibubu Re: młot i kowadło 20.11.12, 16:05
            Tak - widzą się rzadko. Po prostu jest zgrzyt na niektórych płaszczyznach. U mojego narzeczonego występuje kompleks ubóstwa, w którym się wychował i braku ojca. Mojego ojca traktuje dobrze. I mogłabym po prostu prawie na 100% powiedzieć, że uwziął się na moją matkę w taki jakiś zwierzęcy sposób - bo tak i już. Bez w sumie żadnego powodu. Tak jak czasem nauczyciel na ucznia. Bo ja naprawdę nie widzę, żeby działo się coś bardzo nagannego. Moja mam też przyjęła postawę kozła ofiarnego i pozwala po sobie jeździć. On się jej nie boi, mojego taty natomiast tak, bo ze względu na brak ojca, bardziej mu na nim "zależy" - na jego opinii i na tym co myśli. Mam też problem z teśiową - ktoś mi napisał, że idealizuję matkę. Nie idealizuję, widzę jej wady, ale mam do niej dużo szacunku. Natomiast dokładnie tak mogłabym opisać postawę mojego narzeczonego wobec jego matki - jest to kobieta bardzo zdziwaczała, zamknieta w sobie, do granic smutna, nigdy się nie odzywa, nie dba o siebie, nie zależy jej na kontakcie z wnukami. Przez cały okres naszego życia razem (już prawie 15 lat) praktycznie ze mną nie rozmawiała. Kiedy do niej przychodzimy (rzadko ma to miejsce) w ogóle nie interesuje się naszymi dziećmi, nie bawi się z nimi, nic do nich nie mówi. Patrzy w telewizor. Moja mama ma natomiast z moimi dziećmi świetny kontakt, jest z zawodu pedagogiem, pracuje z przedszkolakami. Zna dużo zabaw, wierszyków, piosenek. Dzieci ją bardzo lubią. I myślę sobie, że poza tymi pieniędzmi (bo może to tylko pretekst) problem leży też tutaj - mój narzeczony po prostu nie umie zaakceptować faktu, że moje dzieci lgną do mojej matki, a od jego matki uciekają. Nie są z nią związane. Tylko to nie jest wina mojej mamy. A na niej kumuluje się jego złość i zazdrość. Nic jednak nie daje, że ja mu mówię jak to widzę. Doszło do tego, że moja mama, choć widzi wnuki 2 razy w miesiącu, nie może wziąć ich na ręce, żebym potem nie usłyszała komentarza. Za to jego mama jak najbardziej, wręcz ma dzieci wyrywane ode mnie i wpychane w swoje ramiona przez mojego narzeczonego. Jest to po prostu ewidentne odgrywanie się, a kartą przetargową są dzieci. Trudna jest dla mnie ta sytuacja.
        • zuzann-a Re: młot i kowadło 20.11.12, 14:45
          > Powiecie, że zdecydowaliśmy się na dwójkę dzieci, nie mając możliwości ich pełn
          > ego samodzielnego utrzymania. To też od razu wyjaśnię, zanim mi dowalicie. Moje
          > pierwsze dziecko zmarło. Nie było czasu się zastanawiać, istniało ryzyko, że j
          > eśli poczekamy jeszcze kilka lat, możemy nie mieć żywego potomstwa. Tyle gwoli
          > wyjaśnień.
          A to jest jakiś przymus posiadanie dwójki dzieci? Ja właśnie dlatego mam jedno, że na drugie zwyczajnie mnie nie stać a jak już wyżej pisałam nie mieści mi się w glowie abym mogła żerować na swoich rodzicach tylko dlatego, że miałabym kaprys posiadania drugiego dziecka.
          • agibubu Re: młot i kowadło 20.11.12, 15:55
            > A to jest jakiś przymus posiadanie dwójki dzieci?

            Ja swoich dzieci nie POSIADAM. Taka różnica. Ja swoich dzieci PRAGNĘŁAM ponad wszystko, pragnęłam być matką, nie kalkulowałam i nie rachowałam czy mnie stać na jedno czy na dwoje. Nie czułam się jeszcze spełniona jako matka, gdy urodziłam moje pierwsze żywe dziecko. Mój instynkt nie został zaspokojony do końca. Nie jest to żaden przymus. Nie mam dzieci, bo ktoś mnie do tego zmusił i tak wypada. Chore jest dla mnie myślenie takimi kategoriami - to cwaniactwo, gdy się uważa, że ze zdrowego rozsądku ma się tylko jedno dziecko. I żaden niestety to rozsądek. Bo jak Twoje dziecko ciężko zachoruje na ten przykład i będziesz wywalać okręgłe tysiące na leczenie to może Twoje rachunki niestety weźmie w łeb. Brałaś to pod uwagę, gdy decydowałaś się urodzić dziecko? Pewnie nie. Nikt tego nie zakłada - gdy ja decydowałam się na kolejne dziecko, też jakoś nam z kalukulacji wychodziło, że powinno starczyć - niestety życie podrożało o jakieś 30% do tego czasu. Stało się. Nie wszystko można zaplanować - może i Ciebie spotka kiedyś sytuacja, gdy będziesz musiała wyciągnąć rękę po pomoc. Co wtedy z Twoim zdrowym rozsądkiem? Nie ma co cwaniakować. Karta szybko się odwraca.
            • sabciasal Re: młot i kowadło 20.11.12, 16:26
              nie tłumacz się, bo nie ma z czego. na forum jest kilka takich idealnych, co to nigdy od matki nawet złotówki nie wzięły, a prezenty przyjmują ze łzami zażenowania w oczach,. oczywiście nigdy nie oczekują pomocy przy dzieciach, nawet im przez myśl nie przejdzie, ho ho. już to widzę w realu.

              a w kwestii merytorycznej doradzam postawienie facetowi granic, może skorzystanie z jednorazowej pomocy mediatora, psychologa? ty dobrze diagnozujesz problem, trzeba tylko zastanowić się nad metodami postępowania.
            • zuzann-a Re: młot i kowadło 20.11.12, 17:54
              Ty mi piszesz o cwaniactwie?? Kobieto chyba coś Ci się popierniczyło, cwaniactwem to jest brać od kogoś pieniądze na utrzymanie swojej rodziny bo paniusia nie czuła się spełniona.
              • sabciasal Re: młot i kowadło 20.11.12, 18:39
                nie bulwersuj sie tak, bo za przeklinanie wytną ci wpisik.

                nie dyskutuję z tobą, a z założycielką wątku. poza tym pomyliły ci się chyba odpowiedzi, nie wspominałam o cwaniactwie, tylko o fałszu:)
                • zuzann-a Re: młot i kowadło 20.11.12, 18:48
                  sabciasal napisała:

                  > nie bulwersuj sie tak, bo za przeklinanie wytną ci wpisik.
                  >
                  > nie dyskutuję z tobą, a z założycielką wątku. poza tym pomyliły ci się chyba od
                  > powiedzi, nie wspominałam o cwaniactwie, tylko o fałszu:)

                  Jeśli spojrzysz na drzewko to zobaczysz, że odpisałam na post autorki.
                  • paris-texas-warsaw Re: młot i kowadło 20.11.12, 22:26
                    Oczywiście, że do uwarunkowań ekonomiczno-socjologicznych dochodzą uwarunkowania psychologiczne:) To wszystko razem się splata w tej sytuacji. Jak sobie czytałam Twój pierwszy post, to sobie myślałam, jaka jest różnica w odniesieniu do pieniędzy u Ciebie i męża, i nawet zdziwił mnie Twój spokój w tej wydawało by się mało komfortowej sytuacji. I dopiero Twoje kolejne posty to odsłoniły - Twoja motywacja była na znacznie wyższym, że tak powiem "poziomie" pragnień, niż coś tam sobie więcej kupić, lub utrzymywać dzieci, które są studnią finansową:).
                    Jasne, że jeśli ktoś pochodzi z chorej rodziny, to te wszystkie rany z rodziny pierwotnej dadzą o sobie znać. W tym kompleks w odniesieniu do pieniędzy/ich braku, do opieki, którą się otrzymywało od własnych rodziców i więzi, która się z nimi ma lub wręcz nie ma. Wydaje mi się, że dla Twojego męża wskazana byłaby terapia, by mógł się z tym uporać. Sama jestem z "pokopanej" rodziny i wiem, że samemu pewnych spraw sie nie przeskoczy, bo to są zachowania wbudowane od lat i sprawy, które się po latach odreagowuje. To rzeczywiście może być bardzo ciężkie dla partnera, nawet najbardziej wyrozumiałego i nabardziej wyrozumiałej teściowej in spe;). Pewnie Twoja pomoc/stawianie granic tez radykalnie nic nie zmieni. To sa często chore reakcje, które żmudną terapią się "naprawia". Z tego, co piszesz mąż bardzo długo pracuje w ciagu dnia, dzieci sa malutkie, a Ty niedługo zaczynasz nową pracę. Ale jak tylko będziecie mieli czas/pieniądze/możliwości, to ja bym bardzo takiego męża zachęcała do zajęcia się jego problemami. Jak to ktoś ma tu na forum w podpisie "najtrudniej kochać tego, kto najbardziej tego potrzebuje" - i tak jest własnie z ludźmi z chorych rodzin. Ma Twój mąż wielkie szczęście, że trafił na kogoś takiego jak Ty - osobę z ciepłej rodziny;). To jak wielka szansa dla niego:)))
                    Jesli chodzi o te wypowiedzi, które oskarżają o "żerowanie" na czyichś pieniądzach, to zawsze trzeba pamiętać, że:
                    1) są osoby, którym trudno brać pieniądze, w tym pieniądze od rodziców, przez pewne kompleksy lub złe relacje z ludźmi/rodzicami,
                    2) nie maja od kogo dostać pieniędzy w sytuacjach awaryjnych,
                    3) piszą coś, by racjonalizować swoje wybory, bo przecież czyjeś nie krzywdzące ich wybory powinny byc dla nich dość obojętne,
                    4) i ostatnie - zapominają, że każdy jest panem własnych pieniędzy - rodzice mogą je dać na tacę w kościele, wydać na operacje plastyczną, wysłać anonimowo na rzecz gazety wyborczej lub dać własnym dzieciom. I to jest ich wolny wybór! A prosić o pieniądze i o wszystko inne ma tez każdy prawo! (najwyżej nie dostanie;)).
                    Napiszę jeszcze, że chociaż Cię nie znam, to - może to głupio zabrzmi - bardzo się cieszę, że macie te dzieci:) Bo to jest dla mnie przykład, że właśnie sa wartości znacznie ważniejsze niż kasa, a pewne rzeczy osiąga się czasem wiele ryzykując. Nawet nikt nie wie, czy dożyje jutra, a co dopiero o innych sprawach mówić. I to wspaniale, że w tak dramatycznej sytuacji był ktoś, kto Wam pomógł zrealizować marzenie o dzieciach, a Wy tę pomoc przyjęliście (nawet za cenę dyskomfortu, że nie jest sie do końca na swoim utrzymaniu). Nikt, kto kocha własne dziecko i dobrze mu życzy, pewnie nie zastanawiałby się, czy dać pieniądze na jego leczenie, lub pomógł w tak dramatycznej chwili, gdy być może więcej wnuków się nie doczeka. Nie mieć dzieci mimo, że się ich pragnie, tylko dlatego, że nie ma się kilkaset złotych więcej przez jakiś niedługi w sumie okres, to byłoby naprawdę smutne.
                    To jest w życiu wg mnie wspaniałe - że realizuje się pragnienia i korzysta z tego, do czego ma się dostęp na świecie - w tym do pieniędzy:)
                    • zuzi.1 Re: młot i kowadło 21.11.12, 00:38
                      w pelni zgadzam sie z opinią paris-texas-warsaw a szczególnie z tą częscią:
                      "Jasne, że jeśli ktoś pochodzi z chorej rodziny, to te wszystkie rany z rodziny pierwotnej dadzą o sobie znać. W tym kompleks w odniesieniu do pieniędzy/ich braku, do opieki, którą się otrzymywało od własnych rodziców i więzi, która się z nimi ma lub wręcz nie ma. Wydaje mi się, że dla Twojego męża wskazana byłaby terapia, by mógł się z tym uporać. Sama jestem z "pokopanej" rodziny i wiem, że samemu pewnych spraw sie nie przeskoczy, bo to są zachowania wbudowane od lat i sprawy, które się po latach odreagowuje. To rzeczywiście może być bardzo ciężkie dla partnera, nawet najbardziej wyrozumiałego i nabardziej wyrozumiałej teściowej in spe;). Pewnie Twoja pomoc/stawianie granic tez radykalnie nic nie zmieni. To sa często chore reakcje, które żmudną terapią się "naprawia". Z tego, co piszesz mąż bardzo długo pracuje w ciagu dnia, dzieci sa malutkie, a Ty niedługo zaczynasz nową pracę. Ale jak tylko będziecie mieli czas/pieniądze/możliwości, to ja bym bardzo takiego męża zachęcała do zajęcia się jego problemami. Jak to ktoś ma tu na forum w podpisie "najtrudniej kochać tego, kto najbardziej tego potrzebuje" - i tak jest własnie z ludźmi z chorych rodzin. Ma Twój mąż wielkie szczęście, że trafił na kogoś takiego jak Ty - osobę z ciepłej rodziny;). To jak wielka szansa dla niego:)))"
                    • agibubu Re: młot i kowadło 23.11.12, 12:08
                      Dziękuję za odpowiedź. Ja też się cieszę, że mamy te dzieci :) bo te dzieci uratowały całe moje popieprzone życie.
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: młot i kowadło 22.11.12, 16:09
      agibubu napisała:
      . Mam dość. Powiedziała
      > m dzisiaj, że zabieram dzieci i idę do przyjaciółki, a oni mają porozmawiać i s
      > obie sami wyjaśnic o co im chodzi, bo ja mam tego po dziurki w nosie. Ale nie w
      > iem czy to dobry pomysł...

      Dobry pomysł, choć może okazać się nie od razu skuteczny. Dobry, bo pozostawia konflikt na jego miejscu, czyli między mamą a narzeczonym. Jego brak natychmiastowej skuteczności nie jest jego wadą.
      Tak naprawdę powinna Pani zmusić się do tego aby w ten konflikt się nie wtącać w żaden sposób. Niech radzi sobie mama i wyjdzie wreszcie z roli kozła ofiarnego. A jeśli nie chce czy nie umie tego zrobić, trudno. Pani w tym wypadku nie musi być jej obrońcą, co nie znaczy, że jej Pani nie rozumie. Trudno, to jest sprawa między dwoma dorosłymi osobami.
      Jeśli na tym tle ma Pani konflikt z Narzeczonym to tylko o tym rozmawiajcie czyli kłócicie się we dwójkę. Nie o mamę, tylko o zachowania agresywne narzeczonego. Tak niech Pani zdefiniuje Wasz kłopot.
      Agnieszka Iwaszkiewicz

    • kozica111 Re: młot i kowadło 22.11.12, 17:40
      A co mówi narzeczony na propozycje uniezależnienia się finansowego, rozmawialiście o tym?
      Jak było wcześniej, skoro jesteście 15 lat razem?
      • agibubu Re: młot i kowadło 23.11.12, 12:13
        > A co mówi narzeczony na propozycje uniezależnienia się finansowego, rozmawialiś
        > cie o tym?

        Tak - nastąpi to mniej więcej w marcu, o ile do tego czasu się nie pozabijamy ;)

        > Jak było wcześniej, skoro jesteście 15 lat razem?

        Wcześniej ja studiowałam dziennie, więc dostawałam pieniądze od rodziców na studia. Na studiach urodziłam dziecko i wtedy nasz budżet się bardziej uwspólnił. Rodzice jednak do końca studiów mi pomagali. Po studiach zaczęłam pierwszą pracę, ale nie jest ona bardzo dochodowa, niestety - wiedziałam jednak, że to okres przejściowy, dlatego zdecydowałam się na kolejne dziecko ze względów zdrowotnych i organizacyjnych (na kolejnym stanowisku pracy, którą zmienię w marcu, nie będę miała już szansy na taki krok, świadomie nie podejmę takiej decyzji).
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka