maryska60
12.05.15, 01:38
Ponownie do Was zaglądam z prośbą o obiektywne spojrzenie na mój problem i poradę, jak się powinnam zachowywać w mojej sytuacji.
W styczniu zostałam babcią. Niestety, rodzice malucha rozstali się kilka miesięcy przed jego urodzeniem. Trudno mi oceniać dlaczego, bo domyślam się, że nie wiem wszystkiego. Syn w zasadzie nic nie mówi, niedoszła synowa za to nawijała bez przerwy, wyciągając wszystkie jego grzechy od samego początku ich znajomości. Niestety, nie dało się nie zauważyć, że wszystkie te grzechy popełnił na długo przed ich decyzją o wspólnym życiu. Długo też miał nadzieję, że to wszystko da się jeszcze naprawić, podejmował wiele wysiłków w tym kierunku. Niestety, nic to nie dało. Jeszcze raz podkreślam, że nie chcę poddawać ocenie całej tej sytuacji, która zaistniała między nimi. To ich sprawa.
Chodzi mi teraz o moje relacje.
Zawsze byłam serdeczna wobec jego wybranki. Nawet jak mi coś nie do końca "grało", powtarzałam sobie, że to jego życie i jeśli jemu jest z tym dobrze, to nieważne są moje odczucia. Wydawało mi się, że trwa między nami idylla. Załatwiałyśmy sobie nawzajem różne zakupy, służyłyśmy sobie (nawzajem) radami, gadałyśmy godzinami przez telefon, spotykałyśmy się na babskie plotki. Traktowałam ją jako współgospodynię w swoim domu, przed czym ona się zresztą nie wzbraniała. Niestety, im bliżej do porodu, nasze stosunki stawały się coraz bardziej chłodne. Okazało się, że już nie chce mojej pomocy, wsparcia, nawet tak chwalone kiedyś przez nią moje umiejętności w szyciu i dzierganiu nie są mile widziane. Jedyne, czego oczekiwała, to pieniądze (bo ona sama chce sobie całą wyprawkę kupić). Więc nie wpychałam się z podrzucaniem jej kaftaników, śpioszków, ciuszków, zabawek. Bo wszystko, co jej pokazywałam, było nie takie. A jeśli chodzi o finanse, to akurat nam się ostro posypały, więc nie bardzo byliśmy w stanie pomóc jej w ten sposób. Mimo wszystko wysupłaliśmy jakąś sumkę z przeznaczeniem na wózek i jakieś tam specjalne krzesełko (które sobie zażyczyła sama).
Kiedy mały się urodził i zadzwoniłam z gratulacjami, usłyszałam, że jak się ogarnie, za jakiś tydzień-dwa, to nas zaprosi, żebyśmy poznali wnuka. Przystałam na to. Ale kiedy kilka godzin później zobaczyłam zdjęcia na fejsie z koleżankami, bratem, kuzynkami itp, po prostu zadzwoniłam, że wpadnę dziś wieczorem do szpitala. I poszłam. Razem z synem. Był chłód i warczenie (głównie na syna), na przyniesione kwiaty nawet nie spojrzała. I tak już było dalej. W sumie zaprosiła nas (razem z mężem) raz, jakieś 3 tygodnie po urodzeniu małego, kilka razy prawie na siłę się wprosiłam (sama, już bez męża). W końcu na każdą propozycję przyjścia słyszałam "nie dzisiaj". W końcu przestałam pytać. Uznałam, że skoro raz i drugi odmówiła rzeczywiście z jakiegoś ważnego powodu, to powinna później zadzwonić i powiedzieć: to proszę dzisiaj przyjść. Nie zrobiła tego nigdy. Kiedy dowiedziałam się o chrzcinach, znów zapytałam, czy mogę jakoś pomóc. Usłyszałam, że nie, wszystko już gotowe. Więc się znów nie narzucałam. Po chrzcie pożegnała się z nami i ze swoją rodziną poszła w swoją stronę. My z synem poszliśmy na obiad. I znów na fejsie zobaczyłam zdjęcia z hucznego przyjęcia, na którym była jej rodzina i przyjaciele. Nie chodziło o uczestnictwo w imprezie, ale przynajmniej mogła słowo powiedzieć, choćby o tym, że niestety, przeprasza, ale... no coś mogła wymyślić. A jeśli już to miała być tajemnica, to się nie przechwalać publicznie. Poczułam się w tym wszystkim źle. Nie widzę w sobie grama winy, żeby mnie traktować jak kogoś obcego, separować od wnuka. Przestałam się odzywać, czekam na gest z jej strony.
Czy słusznie? Może jednak powinnam do upadłego zabiegać o spotykanie się z małym?
Poradźcie, bo sama nie wiem czy robię dobrze? A jeśli źle, to jak powinnam się zachować. Liczę, że spojrzycie na całą tę sprawę bardziej obiektywnie niż ja i pomożecie mi znaleźć dobre rozwiązanie.