paris-texas-warsaw
10.12.15, 22:42
Chciałabym się Was spytać, czy macie podobne odczucia, albo jakieś przemyślenia w temacie, który mnie ostatnio czasem nurtuje i który postaram się pokrótce nakreślić, choć nie wiem, czy dobrze oddam jego specyfikę.
W jakiejś rozmowie dziecko mnie spytało o coś z mojego dzieciństwa, i odpowiedziałam zgodnie z prawdą, ale bez specjalnych emocji. Z odpowiedzi wynikało, że czegoś nie robiłam z rodzicami i moje dziecko zdziwiło się i powiedziało, że chyba musiało mi być smutno, ale żebym się nie martwiła, bo teraz mogę to robić z nimi (tzn. ze swoją rodziną). I to mi uświadomiło, że bardzo mało opowiadam o swoim dzieciństwie, w zasadzie ciężko by mi było teraz znaleźć jakieś opowieści z dzieciństwa, które nie byłyby jedynie epizodami, a w zasadzie większość bardziej znaczących dla mnie historii jest pewnie w rozumieniu dzieci smutna, jeśli nie drastyczna i generalnie z tego względu nic nie opowiadam. Takie przemilczanie jest jednocześnie zakłamywaniem całej mojej historii, jakimś może też ograniczeniem ekspresji, choć nie jest dla mnie do końca problemem, że nie dzielę się tą swoją przeszłością z uwagi na mnie samą, przynajmniej w kontakcie z dziećmi. Ta kwestia też do mnie jakoś wróciła, jak sobie czytałam biografię A. Miller, którą rekonstruował jej syn, który od matki nie wiedział dosłownie nic o jej dzieciństwie. I też sobie przypominam różne historie dotyczące wojny, które opowiadali mi dziadkowie (choć nie jest to do końca analogia, bo nie dotyczyło to ich dzieciństwie). I te opowieści w jakimś zakresie były wybiórcze – np. obóz z czasów wojny znam głównie jako miejsce zapełniania masy wolnego czasu, gier, nauki, grup, odczytów, wymyślania metod przechytrzania Niemców etc. Jaki czas temu sprawdziłam w literaturze historycznej, że rzeczywiście były to zapewne prawdziwe historie, ale też masa drastycznych szczegółów (oprócz jedzenia) była pominięta. I też pewne kwestie wojenne poznawałam w szerszym zakresie, jak byłam starsza, ale nie znałam ich wszystkich (cześć drastycznych i bardzo osobistych poznałam po śmierci dziadków – też nie „spotkaliśmy” się do końca w mojej dorosłości, więc nie było przestrzeni by spotkać się jako dorosłe osoby z obu stron). I się zastanawiam, czy kiedyś będzie taki czas, że będę mogła własne życie „skomentować” dzieciom własnymi słowami. Podobne wątpliwości mnie nachodzą, gdy czasem widzę pewne kwestie, które ogólnie odradza się komentować dzieciom – np. jak babcia coś zrobi miłego, to pewnie większość osób powie, że jak najbardziej można to skomentować, ale jak coś niemiłego (mogłoby to nie dotyczyć osobiście dziecka), to raczej zachować komentarz dla siebie (nie obarczać dzieci). I jest taki obszar, w którym człowiek jakoś reaguje (negatywnie – choć może to być pozornie niezauważalne) i pomija komentowanie tego, co czasem daje być może wrażenie niespójności (a ta podobno najgorsza;)).
Może ktoś coś na ten temat myśli i zechce się podzielić.