flesh_bone
25.09.16, 16:41
Jesteśmy po kolejnej awanturze.
Zanim cokolwiek zrobię (a zagrzebanie się w sobie też jest robieniem czegoś, tak myślę), to chciałabym zapytać was, może p.psycholog też coś napisze...?
Jesteśmy małżeństwem 10lat, mamy dwójkę dzieci.
Nigdy nie było łatwo.
Ja byłam obciążona matką zaburzeniami osobowości, on był dzieckiem zaniedbywanym.
Przez ten czas przeszłam swoją terapię, długą, męczącą, ale bardzo skuteczną.
Wiele konfliktów zakończyło się, ponieważ mam o wiele więcej siły, cierpliwości, nie biorę wszystkiego osobiście. Moje poczucie wartości ma się nieźle.
Postaram się napisać najbardziej obiektywnie jak się da, ale pewnie i tak będzie to opowieść z mojej strony, trudno.
Na początku miałam tendencję do nadodpowiedzialności, więc bez piśnięcia brałam na siebie wszystko, umiałam nie umiałam, robiłam. A jak nie wychodziło (starszy syn ma zesp.Aspergera, łatwo nie jest), brałam winę na siebie.
Mąż jest modelowym intelektualistą. Najchętniej czytałby, oglądał publicystykę, rozprawiał o wyzszych tematach. Dorosłe obowiązki przychodzą mu z trudem. Normalnie zaczął zarabiać dopiero 2 lata temu, całe małżeństwo to ja byłam bardzo głównym żywicielem rodziny.
Różne zadania, które są niezbędne do funkcjonowania rodziny wykonuje, ale zazwyczaj w niezadowoleniu i byle jak (10 lat! Nadal nie przywykł), choć i tak jest to zazwyczaj odwożenie dzieci do szkoły, przywożenie i mycie naczyń.
Do tego jest nadwrażliwy na jakiekolwiek uwagi. Nie mam prawa niczego wypomnieć, przypomnieć, bo najpierw słyszę wiązankę - to ty ciągle pracujesz i masz w dupie dzieci, nie rozkazuj mi, odwal się ode mnie itd. A potem nie odzywa się albo nagle zaczyna wrzeszczeć na dzieci. Nastrój zmienia mu się niespodziewanie. Wystarczy, że wejdę do domu, a on uzna, że wchodzę "z miną" (NIEPRWDA!) i wtedy wrzeszczy na dziecko, ja mówię - nie wrzeszcz, nie cierpię tego. Wtedy on ma pretensje, że upominam go przy dzieciach i ma pretekst, żeby godzinę bulgotać na mnie, a potem tydzień się nie odzywać. Potem znowu jest milutko.
Powodem jestem zawsze ja. Bo mam minę, bo go skrytykowałam, bo zawsze ja zaczynam.
Nienawidzę tych humorów, dla dzieci staram się o miłą atmosferę w domu, ogólnie - jestem osobą wesołą, ale albo muszę znosić jego udawaną wrogą uprzejmość albo frontalny atak albo czekac na następny wybuch.
Czasem nie mogę znieść tej wrogości i wybucham, ale to błąd, bo wtedy jestem nazwana wariatką (jak twoja matka) i agresorem.
Już dzieci mówią - mama, nie rób tego, bo tata powie, że to twoja wina.
Coraz gorzej to znoszę. Miewam myśli u ucieczce z własnego życia.
Nie robię tego, bo dzieci. A z nimi też nie jest dobrze. Starszy - strasznie pyskuje, ciągle są uwagi w szkole. Oczywiście - to moja wina, bo krytykuję mężowskie metody wychowawcze (krytykuję wyłącznie jego wrzaski, przysięgam), nawet przez sekundę nie pomyśli o swom udziale. Młodszy całymi dniami jest poza domem.
Od października przechodzę na 1/4 etatu, żeby ich odbierać ze szkoły (mąż odbiera ze swietlicy tuż przed zamkięciem szkoły), pilnowac lekcji, nakarmić, być z nimi po prostu.
Bo przypomnienie o lekcjach, ciepłej bluzie to atak i krytyka. Wolę nie szukać okazji.
O terapii nie ma mowy. Od 10 lat go namawiam, ale od jakiegoś czasu spasowałam, bo wyobraziłam sobie, że i tak nie przyjmie niczego co się do niego mówi albo gorzej - będzie jeszcze bardziej wrogi wobec dzieci i mnie.
Czy w ogóle cokolwiek da się zrobić bez terapii?
Co ja mogę zmienić? Nie mieć żadnych uwag? Bezwarunkowo akceptować? Boje się, że to za mało, bo przecież mogę mieć nie tą minę...
Czy terapia moja i dzieci bez męża ma jakiś sens?
Zawsze chciałam mieć rodzinę, a czuję wielką porażkę, wielki smutek, lęk o dzieci.
Jesteśmy ostatnia parą, wsród naszych znajomych, która się nie rozpadła. W 5/8 historii odeszły kobiety. Naprawdę je rozumiem... Ale to byłaby ostatnia z ostatnich rzeczy, które bym zrobiła. Czy da się ratować relację, spokój mój, dzieci, bez odchodzenia od męża?