Dodaj do ulubionych

Co to za problem? Jego, czy mój?

06.03.21, 16:55
Mój mąż, dojrzały, a nawet już starzejący się powoli facet ma problem. A może ja mam. Nie wiem tylko, czy mam z nim, czy ze sobą. Zawsze lubił ład i porządek. Ja też. Tu nie ma problemu. Dbam o dom, bo lubię. Jest zawsze czysto, wszystko ma swoje miejsce chociażby dlatego, że mamy malutkie mieszkanie. Przyzwyczaiłam się do niektórych jego akcji. Jedną z nich jest potrzeba, by zlew był suchy. Tak, suchy. Kiedy pozmywa, wyciera go do sucha. Też tak robię. Mąż jednak jest zdenerwowany, kiedy po osuszeniu zlewu ja idę do kuchni i niemal w tej samej chwili myję jabłko. Nie lubi, kiedy położę mały drobiazg na półce, którą uznaje za swoją. A miejsca jest mało, tak jak już pisałam, i czasem kładę coś w jego rewirze tylko tymczasowo. Kiedy odwieszę na chwilę na haczyk płaszcz na wieszak w przedpokoju, zawsze załadowany, bez wieszaka drucianego, bo ten jest w szafie w pokoju, nie poczeka. Zaraz pojawia się komentarz, że ten płaszcz mi zaraz spadnie. Ostatnio przesadził, podwójnie. Śpimy na sofie, rozkładamy ją przed snem. Jest nowa. Mąż ,,opracował" w głowie sposób jej rozkładania, układania poduszek. Jedną z nich kładziemy na ławie, drugą pod jej blatem. super. Ale? Ja kładę poduszkę sofy na ławie spontanicznie, wypada, że stroną wyższą z przodu. Mąż uważa, że trzeba by strona wyższa była z tyłu. Wiem, wiem, w głowie się nie mieści. Ale on tak woli. Właśnie się dowiedziałam. Obserwowałam kilka dni jak poprawia moje ułożenie, kieda sama rozkładam sofę. Zapytałam,dlaczego tak robi, nie mieści ci się telefon na blacie? Czy jest inny powód, bo irytuje mnie to poprawianie tego, co zrobiłam. Odpowiedź - tak mi pasuje. Wkurzyłam się, bo wysiadam już psychicznie. Raz mam to gdzieś, raz dostaję szału. A on też szału dostał i palnął, że lepiej, by nie żył, skoro nic nie może, skoro mi takie rzeczy przeszkadzają. I urażony powiedział bym go nie wku.... Na codzień nie zwraca się tak do mnie. Zabolało.
Obserwuj wątek
      • verdana Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 06.03.21, 18:34
        To, co ma twój mąż się leczy. Najwyrażniej wszystko, co nie jest ułożone w takim porzadku, jaki sobie wymyślił, nie pozwala m normalnie egzystować, dokucza mu, coś jak kamyk w bucie. Wobec tego, ze się to nasila, proponuję wysłać go do lekarza, albo psychologa, zanim rozwali życie i sobie i Tobie.
        • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 06.03.21, 19:12
          Nie pójdzie. Ma 50 lat, zeżyje tak do końca. Twierdzi, że nie robi nic złego. Kiedy przystępuje do układania czegokolwiek, zmienia mu się twarz, jest tak przejęty, jakby układał sztabki złota. Wciąż boi się, że coś się wtedy uszkodzi, obłęd. Ja też jestem poukładanym człowiekiem, dbam o przedmioty ponad przeciętność, ale to co on wyprawia! Gorzej jest jednak z wyszorowaniem okien, podłogi, łazienki, chęcią zmiany pościeli. To go nie intersuje. Podłogi nie umyje, ale kiedy coś się mu rozleje jest dramat. Leci po mikroskopijny kawałek paperowego ręcznika i szoruje ten kawałek, cały czas ględząc, że będzie się teraz lepić. Pomieszanie z poplątaniem.
        • heniek.8 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 12:17
          Z drugiej strony, autorka też może pewne rzeczy odpuścić. On poprawia poduszki tak jak sobie wymyślił, a ona "wysiada psychiczne, dostaje szału"? Po co, niech se gość układa jak chce.

          Tak że tego, jej też by pomogło "leczenie"
    • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 06.03.21, 23:34
      OCD (nerwica natręctw) jak się patrzy, a ty to jeszcze podsycasz ulegając jego absurdalnym rygorom domowym.
      Jakim cudem twój mąż w ogóle funkcjonuje poza domem, w wielkim świecie, gdzie inni z pewnością nie dopasowują się do jego oderwanych od rzeczywistości wymogów? Jak w pracy rozleje kawę, to też robi z tego dramat na miarę trzeciej wojny światowej?
      • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 17:59
        Chorzy z OCD paradoksalnie poza domem funkcjonują często nieźle i ktoś z boku nie powiedziałby że mają jakiś problem. Nerwica lękowa objawia się w domu. W miejscu w którym czują się "u siebie" i w którym nie muszą nad objawami tak bardzo panować. Z tego też powodu mogą zachowywać się w stosunku do domowników agresywnie, wyzywać, przeklinać lub nawet bić gdy czują się bezsilni wobec narastającego problemu nieuporządkowanej wg ich "zasad" przestrzeni i ogromnego lęku spowodowanego przez to nieuporządkowanie a co za tym idzie przymusu porządkowania, liczenia, mycia, wycierania, lub czyszczenia do granic absurdu, odprawiania dziwacznych rytuałów (jak ten z "prawidłowym"ułożeniem poduszek) ubierania się w odpowiedniej "właściwej" kolejności itp..Jeśli chory człowiek nie wypełni wymogów stawianych przez jego umysł, lub choćby pomyli kolejność (ktoś go wytrąci ze skupienia nad tym) zaczyna czynność od samego początku i jeszcze raz, jeszcze raz i tak w ostrych przypadkach niekiedy godzinamico uniemożliwia normalne życie.
        To bardzo, bardzo trudne dla chorego o jego otoczenia i trudno uleczalne zaburzenie lękowe.
        Zatem migusiem do dobrego lekarza znającego i specjalizującego się w problemie OCD, ZANIM mąż całkowicie i kompletnie zniszczy Wam obojgu życie.
        • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 18:31
          Coś w tym jest. Poza domem jest z nim lepiej. Wciąż nie mam pewności, mimo przeszło 20 lat wspólnego życia, czy to na pewno nerwica natręctw. Brak wielkorotnych czynności, przymusu mycia rąk do przesadny, liczenia kratek chodnika i innych klasyków. Może to słaby wariant? A może jednak paskudny charakter. Tych jego świrów jest kilka. Od lat te same. To coś, co się rozleje i lepi, kosz ze śmieciami, tu ma największe pole do popisu. Jak włożyć worek, zawiązać, czy nie cieknie, czy pełny, uklepany , czy coś tam popakował w oddzielne woreczki blablabla. Równo ułożone płyty i gazety tematyczne, które zbiera, swoje ciuch w szafie, tam ma dostęp tylko on, zlew i szał, kiedy widzi resztkę paperu toaletowego na wieszaku, bo ktoś tak zostawił, syn. A jeszcze układanie zakupów do toreb w sklepie, tylko on kiedy robimy zakupy razem. On zrobi najlepej, choć ja też nie wsadzę na spód delikatnych pomidorów i śmietany w kubeczku. Fakt robi to dobrze, ale ja stoję i wtedy tylko pachnę. Jednak chyba coś jest na rzeczy. I nie znosi nawet jednego włosa po fryzjerze na ciele, ubraniu.Każdy tak ma, ale on wyjątkowo to przeżywa. Ale podsumowałam mężczyznę, z którym żyję od wieków.
          • lumeria Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 08.03.21, 11:17
            >Brak wielokrotnych czynności, przymusu

            Jak to brak? Ok, zlewu nie osusza 10 razy, ale musi być osuszony, bo się udusi. Cokolwiek wylane musi byc natychmiast wytarte. Przymus kładzenia rzeczy na miejsce według pewnych schematów. Tych schematów nie wolno zaburzać. I to, ze natychmiast trzeba naprawić jeśli schemat jest zaburzony.

            Ale jak 20 lat tak sie bujacie, to raczej będzie trudno cos z tym zrobić, bo to mocno utrwalone obsesje. Ale często leki (np. antydepresanty, czyli szeroko wypróbowane) bardzo pomagają, są tez skuteczne terapie na OCD.


    • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 02:34
      Wiedz, że nieleczone OCD będzie się pogarszać z wiekiem, no i wychodzi na to, że u was tak się już dzieje, skoro właśnie zaczął sobie pozwalać wobec ciebie na wulgaryzmy. Nie licz na to, że bez długotrwałej terapii behawioralnej kombinowanej z lekami będzie u was lepiej. Nie będzie. A skoro mąż odmawia terapii, ty będziesz musiała się na bieżąco dopasowywać do pogarszającego się stanu zaburzonego męża. Masz kilka strategii:
      - możesz nadal naginać się do absurdalnych żądań, czyli nauczysz się, jak należy rozłożyć tą cholerną sofę do spania/wycierać zlew/wieszać płaszcz itd. lub
      - zaczniesz od dziś całkowice olewać jazdy męża, jego jęki, wulgaryzmy, dziwne wyrazy twarzy i co tam jeszcze mąż w zanadrzu dla ciebie ma i będziesz traktować to wszystko w kategorii waszego rodzinnego folkloru, coś jak babcię z demencją, która nad sobą nie panuje i nie wie, co mówi. I zainwestuj w porządne zatyczki do uszu albo słuchawki wyciszające.
    • bene_gesserit Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 19:39
      Myślę, że warto, żebyś poczytała na ten temat. Według mojej naiwnej wiedzy zaburzenia obsesyjno-kompulsywne to nie jest to samo, co nerwica natręctw i to nie to samo, co osobowość kompulsyjno-obsesyjna. Podejrzewam też, że dlatego jesteś sceptyczna co do od razu przyklejonej tutaj metki 'ocd'. Chociaż ta trudność może też wynikać z tego, że sama masz osobowość typu C. Nie jestem psycholożką ani psychiatrą - nikt z tego fora też nie, więc lepiej odkleić się od wydanej już diagnozy z tego wątku i poszperać samej. Podejrzewam, że mnóstwo wskazówek znajdziesz w necie, tylko wybieraj wiarygodne strony.

      Tacy ludzie jak twój mąż bardzo kiepsko reagują na krytykę ich zwyczajów. One się wtedy najczęściej nasilają. Ta awantura, którą opisałaś, to całkiem normalna reakcja. W sensie zespołu tych przez ciebie opisanych zachowań.

      Nic dziwnego, że mąż nie chce słyszeć o leczeniu - każda zmiana (nawet jej perspektywa), nawet na lepsze, może wywołać u niego lęk, nasilenie zachowań. Prawdopodobnie nie znosi zmian, wszystko ma być tak, jak było. Ma być doskonale - według wymyślonego przez niego schematu - i bez zmian. Wszystko poza budzi lęk, czasem nawet coś więcej.

      To wszystko nie oznacza, że masz porzucić swoje oczekiwania czy nadzieje na zmianę. Raczej należałoby je po prostu przeformułować. Czyli nie dostajesz szału, ale mówisz łagodnie, z miłością i stanowczo. Jeśli się kochacie, oboje, to jest nadzieja, że on odważy się na zmianę, a ty będziesz mu w tym dzielnie towarzyszyć (bo to - chcesz czy nie - będzie też twoja zmiana). Bądź cierpliwa. Dopinguj, wyrażaj uznanie, motywuj, dostrzegaj nawet małe zmiany i małe wysiłki. Ale trzeba też omówić warunki, na jakich wasz związek ma trwać. Uświadomić mu, ile razem tracicie (czasu, energii) z powodu jego - to też powinien uznać - problemu. Powolutku pokazuj mu terapię (przecież nie musi trwać latami) jako światełko w tunelu.
      • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 19:50
        Tak jest. Nie ma nic groszego jak krytyka tego, co robi. Tak było teraz. Poniosło mnie i powiedziałam, że jest nienormalny, albo, że to co robi jest nienormalne. Już nie pamiętam i wtedy on mi tak ,,pięknie" odpowiedział. Byłam w szoku, bo tak się nigdy do mnie nie odezwał. Nie wiem, czy mam wpływ na jego zachowania, czasem, kiedy ma lepszy dzień podchodzi do mojego zwrócenia mu uwagi spokojnie. Czasem nie. Czasem sam mówi, że ta głupta z presadnym suszeniem zlewu nie ma sensu i smieje się z własnego zachowania. Zauważam, że kiedy ma zły nastrój, to wtedy te szajby bardziej go dopadają.
        • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 20:56
          Serdecznie współczuję. Wyobrażam sobie, jaki to musi być koszmar, żyć na bombie zegarowej, która co jakiś czas wybucha. I tak w koło Macieju. Rozważasz poszukanie profesjonalnej pomocy dla siebie? Bo na męża diametralną zmianę na lepsze raczej nie ma co liczyć, prawda? Jak długo masz zamiar te zachowania męża znosić kosztem swojego zdrowia psychicznego i komfortu?
      • panna.nasturcja Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 07.03.21, 23:05
        Zaburzenie obsesyjno kompulsywne (OCD) to jest dokładnie to samo co nerwica natręctw, po prostu stare nazewnictwo.
        Natomiast faktycznie jest to coś innego niż obsesyjno kompulsywne zaburzenie osobowości (OCPD).

        I, niestety, tego nie leczy miłość i cierpliwość tylko dobra terapia, najlepiej poznawczo behawioralna plus leki.
        Pomysł by to ona była jego „terapeutką” jest świetnym pomysłem na zniszczenie im obojgu życia oraz związku.
        • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 08.03.21, 08:49
          Większość ludzi przejawia pojedyncze zachowania z pogranicza obsesji lub kompulsji. może to być potrzeba natychmiastowego wytarcia rozlanego płynu z obawy przed wdepnięciem, konieczność natychmiastowego umycia lepiących się rąk, lub przekonanie o tm, że zakupy w sklepie muszą być zapakowane w określony "najlepszy" sposób.
          Ale jednak gdy okazuje się że przerwanie takiego zachowania, jego krytyka po fakcie lub nawet stwierdzenie,że dla kogoś takie zachowanie jest męczące skutkuje agresją (choćby tylko słowną) robi się niefajnie. I to moim zdaniem jest alarmujący sygnał do zasięgnięcia porady lekarza.
        • bene_gesserit Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 08.03.21, 19:16
          panna.nasturcja napisał(a):

          > Zaburzenie obsesyjno kompulsywne (OCD) to jest dokładnie to samo co nerwica nat
          > ręctw, po prostu stare nazewnictwo.
          > Natomiast faktycznie jest to coś innego niż obsesyjno kompulsywne zaburzenie os
          > obowości (OCPD).

          OK. Mi raczej chodziło o to, żeby nie zapadł wyrok, bo tak orzekło foro. Autorka postu powinna zweryfikować wydaną tu diagnozę.

          > I, niestety, tego nie leczy miłość i cierpliwość tylko dobra terapia, najlepiej
          > poznawczo behawioralna plus leki.
          > Pomysł by to ona była jego „terapeutką” jest świetnym pomysłem na zniszczenie i
          > m obojgu życia oraz związku.

          A kompletnie tego nie sugerowałam. W żadnym miejscu.
          Chodziło mi raczej o to, żeby oswoić temat, który na razie budzi żywiołową niechęć, podszytą pewnie paniką.
          I wskazówki nt tego, jak z jego zaburzeniem czy czym tam żyć, bo przecież jest tu potrzebne pewne bhp.
          • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 08.03.21, 22:45
            bene_gesserit napisała:

            > Chodziło mi raczej o to, żeby oswoić temat, który na razie budzi żywiołową niechęć, podszytą pewnie paniką.

            Wątpię. Pani nie wyszła za mąż wczoraj, tylko ponad dwadzieścia lat temu. I tyle samo lat miała na oswojenie tematu, poszukanie pomocy oraz podjęcie decyzji, co z tym fantem zrobić. Zrobiła dokładnie to, co ty jej poradziłaś. I właśnie teraz, mając 50-tkę na karku budzi się z ręką w nocniku zdziwiona, że jej od zawsze specyficzny mąż robi się z wiekiem jeszcze specyficzniejszy (skoro tak boisz się słowa zaburzony). Doprawdy nie rozumiem, czego ona oczekuje? Że forum poradzi jej, jak jeszcze skuteczniej schodzić z drogi czepiającemu się mężowi?
            • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 10:54
              Nigdy nie schodziłam mu z drogi. Wojuję z nim od samego początku. Czego oczekuję od forum? Pewnie niczego, bo przecież nikt tu mi męża nie uzdrowi. Może szukam odrobiny wsparcia, albo miałam dużą chwilę słabości. Terapia dla mnie nie wchodzi w grę. Nie umiem spokojnie żyć z czepliwym człowiekiem i nie chcę terapią uładzić się i stać się twardzielką, albo słupem soli stosującym sztuczne porady jak wytrwać i nie wybuchnąć. Albo mieć gdzieś zachowanie człowieka, z którym żyję. Jestem od lat w tym samym punkcie, bo innego nie ma. No chyba że odejdę. Ale, co to za wyjście.
              • ola_dom Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 10:57
                bryzabryza napisała:

                > Terapia dla mnie nie wchodzi w grę. Nie umiem spokojnie żyć z czepliwym człowiekiem
                > i nie chcę terapią uładzić się i stać się twardzielką, albo słupem soli stosującym sztuczne
                > porady jak wytrwać i nie wybuchnąć. Albo mieć gdzieś zachowanie człowieka, z którym żyję.

                Nie byłaś nigdy na terapii? Nie wiesz, na czym polega i po co w ogóle jest?
                • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 15:32
                  Przede wszystkim, o swojej terapii oraz tym, że od pierwszego dnia walczysz z mężem, napisałaś dopiero teraz. A mogłaś w poście startowym, wtedy nie byłoby nieporozumień.
                  Zaburzenia osobowości się leczy, jedne skuteczniej, inne mniej, ale się leczy. Męża, który uważa, że nic złego nie robi, choć widzi od dwudziestu lat, jak niszczące jest dla żony jego zachowanie, nie uleczy nic. A żona, która od dwudziestu lat bezskutecznie wojuje z mężem, może zrobić ze sobą dwie rzeczy: albo wojować dalej albo ewakuować się ze związku. Jeśli właśnie znudziło ci się wojowanie i nie tak chcesz spędzić kolejnych 20-30 lat życia, to odejdź. Co jest, twoim zdaniem, złego w rozwodzie z zaburzonym człowiekiem, który cię niszczy? Jakby cię lał, też byś pisała "co to za wyjście"?
                    • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 17:54
                      Czyli od bijącego cię męża odeszłabyś, a od takiego, który cię od dwóch dekad dręczy psychicznie już nie. Bo ma zalety i wiele dla ciebie zrobił. No to nie odchodź, siedź w tej kołomyji dalej, a w chwilach, gdy "odbija mu szajba" (twoje słowa), myśl ciepło o tych jego zaletach i dobrych uczynkach, które twoim zdaniem uzasadniają znoszenie tego cyrku. I, jeśli jesteś osobą religijną, módl się, żeby jego stan się nie pogarszał. Granicę z wulgaryzmami właśnie przekroczył. Ile takich granic już przekroczył przez te 20 lat?
                • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 15:43
                  Acha, i nie bardzo rozumiem, jakim cudem ty po swojej psychoterapii przychodzisz pytać ludzi na forum, czy to z tobą jest coś nie tak, czy z mężem. Naprawdę nikt, ze specjalistą włącznie, przez te 20 lat ci tego nie wyjaśnił? Może spytaj syna, który z wami mieszka?
                    • tt-tka Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 16:00
                      Jaki byl cel twojej terapii ?
                      Czy maz powinien lykac psychotropy, to sprawa lekarza. U ktorego nie wiem, czy maz byl lub sie wybiera, czy wrecz przeciwnie.
                      Oboje macie problem. Maz ze swoim nie zamierza sie zmierzyc, a ty ze swoim ?
                    • lumeria Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 16:01
                      Dlaczego nie miałby ich łykać, skoro by to mu pomogło sie uspokoić?

                      Ale to wygląda tak, ze siedzicie w błędnym młynku - on uważa, ze wszystko jest z nim w porządku, Ty cierpisz ale nie odejdziesz bo ma dobre cechy. Jeśli poszłaś na terapie w celu zmienienia jego, to to z góry było skazane na niepowodzenie, ale teraz uważasz, ze terapia jest nieskuteczna. Czyli jesteście tam gdzie zawsze byliście.

                      Skoro zrobiłaś sobie bilans i wyszło, ze facet jest wystarczająco dobry by z nim zostać, mimo, ze jest świrem, to pozostaje jedyna racjonalna opcja - robić dokładnie to, co pozwala być mu spokojnym. Nie walczyć o poduszki, nie stawiać przedmiotów na jego polkach, pic przez słomkę z butelki by nic się nie wylało. Jako sensowna, normalna osoba chyba możesz to zrobić by uzyskać spokój.
                      • tt-tka Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 16:17
                        lumeria napisała:

                        > Dlaczego nie miałby ich łykać, skoro by to mu pomogło sie uspokoić?

                        Bo psychotropow nie kupuje sie w kiosku. Recepte musi wystawic lekarz, i to nie zaocznie, a po kontakcie z pacjentem. A ja nie wiem, czy maz u lekarza byl/wybiera sie.
                      • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 17:39
                        lumeria napisała:

                        > Skoro zrobiłaś sobie bilans i wyszło, ze facet jest wystarczająco dobry by z ni
                        > m zostać, mimo, ze jest świrem, to pozostaje jedyna racjonalna opcja - robić do
                        > kładnie to, co pozwala być mu spokojnym.

                        Mogę się tylko podpisać. Skoro to fajny facet, który od czasu do czasu dostaje ostrego bzika, a ty nie bierzesz rozstania pod uwagę, to dopasuj się do tych bzików w zakresie, który jest dla ciebie akceptowalny. Co innego ci pozostało?
                        • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 18:55
                          Tak jest. To fajny facet, kiedy poza tymi chwilami. One jednak są. Nie przyszłam tu jednak po to, by ktoś, kto go na oczy nie widział nazwał świrem. Bywa trudny. Bywa też pomocny, wrażliwy, empatyczny, ma swoje pasję, sporą wiedzę i chyba mnie kocha. Momenty, w których jest taki , a nie inny nie są dobre dla naszego małżeństwa. Leki, o których tu piszecie też nie są dobre. Mają masę skutków ubocznych, nie każdy może je stosować, zwłaszcza, kiedy ma już swoje lata. I cudów nie czynią. wypaczeń osobowości nie naprawią. Nie było sensu tu pisać, świr, to słabe określenie Lumerio. Każdy pcha swój wózek. Mój mąż Świr mnie nie ,,leje" Enith więć może jakoś dotrwamy razem do końca. Chociaż bywa mi ciężko. Nie wszyscy żyją w idealnych związkach ja Wy tu forum.
                      • panna.nasturcja Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 18:28
                        Świrem?
                        Naprawdę osoba z zaburzeniami zachowania lub zaburzeniami osobowości to jest świr a nie człowiek, który powinien się leczyć?

                        To, ze autorka może odejść, jeśli mąż nie chce się leczyć to jest jedno.
                        Ale nazywanie osoby chorej świrem to jest jednak coś poniżej krytyki, zwłaszcza na takim forum.
                        • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 18:53
                          Wiesz, żona m. in. użyła słów "wredny charakter", "nienormalny" i szajby". W świetle tego "świr" jako ktoś, kto "świruje", ma "szajby", ma "odchyły", nie jawi mi się jakoś dużo gorszy. Zresztą z określeniem "zaburzony" też co niektóre osoby tutaj miały problem.
                          Ale zgadzam się, nie powinniśmy przyklejać łatek czy rzucać diagnozami. Od stawiania diagnoz jest lekarz. Tylko co zrobić, jak pacjent do lekarza nie pójdzie? Czy to oznacza, że problem nie istnieje?
                          • panna.nasturcja Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 19:05
                            Co chciałaś przeczytać?
                            Ze z Twoim mężem jest wszystko ok, będzie coraz lepiej, nie ma problemów, nie musi się leczyć a wobec jego odmowy leczenia Ty nie potrzebujesz zadanej terapii, bo mąż ma zalety?
                            Naści!
                            Tylko jakoś nie sądzę by od tego komukolwiek zrobiło się lepiej.
                          • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 19:17
                            Przyszłaś spytać o nasze opinie na temat zachowań męża. Opisałaś je dość detalicznie. I wszyscy tutaj (z wyjątkiem krokodil, która twojego męża nazwała pedantem) zgadzają się, że zachowania męża odbiegają od szeroko przyjętej normy (bo są nagminne i wpływają negatywnie na ciebie). Z czym ty się chyba zgodziłaś, prawda? Ty też uważasz, że te jego zachowania, które opisałaś, nie są normalne? Czy jednak uważasz, że są? Czy wolałabyś, żeby forumowicze zamiast pisać o zaburzeniach, napisali ci, że mąż wcale nie jest na nic chory, tylko ma po prostu wrodzony wredny charakter (sprawa z gruntu nie do zmiany)? Lepiej byś się wtedy poczuła? Mniej by cię zachowania męża dotykały? Stosowałabyś w stosunkach z mężem inną strategię, niż dotychczas? Z twojego punktu widzenia nie ma absolutnie żadnego znaczenia, czy mąż taki jest, bo ma paskudny charakter (czego się nie leczy) czy ma zaburzenia (które się skutecznie leczy), skoro i tak ani on, ani ty nie bierzecie żadnych takich rozwiązań pod uwagę. W takiej sytuacji, jak twoja, twoim priorytetem jest bronić siebie, swoich granic i swojego zdrowia psychicznego. I dzieci, jeśli je macie.
                            • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 19:24
                              Oczywiście, że uważam i odbieram jego zachowania jako nie do końca normalne. Na pewno męczące. Myślisz, że zabroniłabym mu iść na terapię? On jednak na nią nie pójdzie. Inną sprawą jest to, że wiara w terapię jest u mnie słaba. Zachowania męża bardziej niż bolą, denerwują mnie i męczą.
                                  • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 08:20
                                    Czyli nie będziesz działać, bo potrzebujesz mieć diagnozę męża? A diagnozy męża nie będzie, bo on sam z siebie problemu nie widzi i do lekarza nie pójdzie. Czyli chcesz tkwić w sytuacji, która jest następnych 20 lat.
                                  • lumeria Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 13:24
                                    >Nadal nie mam pewności, że to zaburzenia. A jeśli to charakter?

                                    Na Zaburzenia Obsesyjno-Kompulsywne (OCD) nie ma testu krwi czy moczu. Lekarz zdiagnozuje identycznie jak forum - z opisu symptomów. A forum w tym wypadku jest jednomyślne. Ani jedna osoba nie napisała "wredny charakter", za to z dziesięć napisało "Nerwica Natręctw/OCD" w taki czy inny sposób.

                                    Ale nie musisz brać diagnozy forum. Z tym tropem możesz poszukać fachowych artykułów w necie, a jak to nie odpowiada to do biblioteki i poczytać samej o symptomach i o rożnych metodach leczenia tego zaburzenia.

                                    Mam wrażenie, ze opcja "choroba umysłowa" tak was oboje rozwala, ze wolicie cierpieć niż leczyć. Wasz wybór.
                              • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 19:37
                                bryzabryza napisała:

                                > Inną sprawą jest to, że wiara w terapię jest u mnie słaba.

                                U mnie też słaba jest wiara w terapię, która ma nauczyć MNIE, jak znosić niszczące mnie zachowania człowieka, z którym postanowiłam spędzić życie. Dla mnie to będzie zawsze lukrowanie śmierdzącej kupy. Co z tego, że mniej śmierdzi i ładniej wygląda? To nadal jest kupa. I sobie wtedy poleciłabym ewakuację, zresztą tak postąpiłam w moim poprzednim związku.
                                Wierzę natomiast w terapię osoby chorej, która szuka pomocy i jest skłonna ją przyjąć. Ale to akurat nie jest twój przypadek. Bo mąż nie chce, a ty nie masz na niego żadnego wpływu. Stąd moja rada dla ciebie, żebyś ratowała w tym związku przede wszystkim siebie i dzieci.
                                  • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 19:55
                                    Ja z tego powodu zakończyłam związek praktycznie w przededniu oświadczyn.

                                    A gdyby mój kochany mąż po ślubie zaczął mieć takie jazdy, jak twój, tak niszczące mnie, jak ciebie, to po odmowie leczenia przez męża odeszłabym. Mam jedno życie i nikt mi medalu za wieloletnie znoszenie takich zachowań nie wręczy.
                                      • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 09.03.21, 23:18
                                        Partner, podobnie jak twój mąż, uważał, że on nic złego nie robi, a ja się bezpodstawnie czepiam. I to, że ja mam jakiś problem z jego zachowaniami, to jest właśnie to, MÓJ problem, więc to ja mam coś zrobić, najlepiej się dopasować. On nie miał sobie nic do zarzucenia. Walczyłam, aż uznałam, że walczę z wiatrakami i tracę w tej relacji czas, energię i zdrowie. Z osobą, która nie widzi swojego walnego wkładu w to, że rozpada się nam związek, nie da się na dłuższą metę żyć. I dlatego odeszłam. A po odejściu jeszcze przez jakiś czas sama sobie wyrzucałam, czemu tak długo pozwoliłam partnerowi na takie traktowanie. I czemu nie ewakuowałam się z relacji szybciej, choć miałam tyle sygnałów ostrzegawczych.
                                        Czy wiem, co było powodem takich zachowań? Nie i nie interesuje mnie to. Z chwilą zamknięcia za sobą drzwi po odejściu, powody zachowań partnera przestały być moim problemem. Ważne dla mnie było to, że udało mi się odejść. Późno, owszem, ale lepiej, niż wcale.
                                      • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 09:04
                                        bryzabryza napisała:

                                        > Rozumiem. Czyli wiesz o czym piszesz. I nie chciałaś dać mu szansy, by coś z ty
                                        > m zrobił, leczył?

                                        Przecież SAMA piszesz wielokrotnie, że Twój mąż leczyć się nie zamierza, a Ty też uważasz, że branie leków wyciszających jego lęki nie ma sensu.
                                        Słowo świr w kontekście zachowań męża było niefajne, jednak odzwierciedla dobitnie co postronni o nich (nie o mężu) myślą i jak je odbierają. Ty przyzwyczajona do nich od lat możesz tego w ogóle nie widzieć i uznać za krzywdzące dla człowieka który jak opisujesz jest dobry i pewnie cię kocha. Choć dla wielu osób z boku ranienie osoby którą się kocha jest znowu sprzeczne z logiką.
                                        Co możesz zrobić? Otóż wszelkie dostępne rozwiązania zostały już tu wypunktowane. Reasumując:
                                        - możesz grać z nim w jego grę i sama wkręcać się w nienormalne zachowania - susząc zlew, itp. czyli spełniając jego oczekiwania.
                                        - możesz robić swoje nie dając się zmuszać do kompulsji męża i starać się jak najczęściej schodzić mu z drogi by mieć w domu względny spokój
                                        -możesz z nim walczyć jak dotąd próbując stawiać tamę jego zachowaniom i ustanawiając ciągle od nowa własne granice by nie zwariować
                                        - możesz powtórzyć terapię własną tym razem u innego terapeuty, pracującego inną metodą skoro tamta nie odniosła spodziewanego skutku
                                        - możesz od męża odejść dla własnego spokoju i zdrowia psychicznego

                                        Moim zdaniem TYLKO dwa ostatnie wyjścia mogą przynieść jakąś zmianę w zachowaniu męża. Ale i to jest wątpliwe. Natomiast powinny zdecydowanie TOBIE przynieść ulgę i oczekiwany spokój.
    • baszkircef Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 10:20
      Ostatnio byłam świadkiem bardzo niemiłego zajścia kiedy mój dość pedantyczny teść naskoczył na teściową bo wyjęła z szuflady pewną rzecz nie tak ja trzeba. Sytuacja z gatunku absurdalnych, dosłownie siedziałam w szoku i myślałam jak można za taką bzdurę robić awanturę bo przykładowo wyjmiesz długopis z końcówką niebieską zamiast czerwoną. Dla osoby widzącej takie zachowania z boku to jest nie do pojęcia. Nie wyobrażam sobie życia z tego typu człowiekiem to jest wykańczające. To wycieranie zlewu, wieszanie ubrań, poprawianie poduszek... bierzesz pełny udział w chorobie męża i jesteś jej ofiarą bo ciągle musisz się pilnować, wykonywać jakieś idiotyczne czynności nie dlatego, że chcesz, ale musisz w obawie przed awanturą. Wzbraniasz się przed podjęciem jakiś środków zaradczych bo to naruszy względną równowagę w domu. Co się stanie jak przestaniesz wycierać ten zlew? jak poprosisz męża żeby poszedł do lekarza? kompletny rozkład obecnej "bezpiecznej" sytuacji. Bardzo Ci współczuję bo każda decyzja, którą podejmiesz, czy żyjesz jak dotychczas czy próbujesz coś zmienić będzie trudna.
      • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 12:56
        Jak nie wytrę zlewu nic się nie stanie. Mąż wyciera go tylko wtedy, kiedy z niego sam skorzysta. O położenie poduszki nie tak jak on uważa, że byłoby dobrze nie zrobi awantury. On nie robi awantur. On wykonuje te czynności. Awantura jest wtedy, kiedy ja mu zwrócę uwagę, że to nie jest normalne. To prawda, wolałby zebym w sekundę po osuszeniu przez niego zlewu, wcześniej zmywał, bym ja tego przysłowiowego jabłka nie myła, bo chciałby, by dłużej zlew był wysprzątany. Myślę, że chyba nie udało mi się tu opisać problemu. Trudno. Mąż nas nie terroryzuje, sam się męczy z tym, co tam ma. Nie znosi natomiast krytyki tego. I daltego zaczęłam myśleć, że może nie powinnam go strofować. Gdyby mnie wyzywał, że coś źle położyłam w sposób obrażający mnie byłoby inaczej. Odeszłabym od niego. Mnie męczy jego męka. O to mi chodziło i o tym piszę od pierwszego posta.
        • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 13:01
          I to, że napisałm, że on nie lubi, nie chce bym coś tam gdzieś stwiała, czy nie wieszała, nigdy nie znaczy, że wtedy krzyczy, obraża się. Czuję, że jest wtedy zdenerwowany, tak to odbieram, ale nie łaczy się to z emanacją złości.
          • baszkircef Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 13:16
            Wybacz, widocznie źle zrozumiałam. Najlepiej byłoby chyba jednak gdyby mąż poszedł do specjalisty, ciągle życie w takim napięciu musi być dla niego ciężkie. Poza tym w pewnym sensie jesteś sterroryzowana nie możesz powiedzieć nic złego na jego nawyki bo się złości. Starasz się brać udział w jego nawykach bo wiesz że w przeciwnym razie mąż jest zdenerwowany i starasz się mu tego oszczędzić. Nie twierdzę, że Twój mąż jest zły, a Ty niemądra, próbujesz się odnaleźć w bardzo trudnej sytuacji, ale bez pomocy z zewnątrz sobie nie poradzicie.
          • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 16:08
            bryzabryza napisała:

            > I to, że napisałm, że on nie lubi, nie chce bym coś tam gdzieś stwiała, czy nie
            > wieszała, nigdy nie znaczy, że wtedy krzyczy, obraża się. Czuję, że jest wtedy
            > zdenerwowany, tak to odbieram, ale nie łaczy się to z emanacją złości.

            Czyli 24 godziny na dobę TY musisz się kontrolować z każdą najmniejszą życiową pierdołą (wieszanie płaszcza, mycie jabłka, pakowanie śmieci (jezu!), żeby nie zrobić czegoś, co mogłoby potencjalnie zdenerwować męża. Czemu uważasz, że uleganie bzikom męża, to jest wyjście z sytuacji? Czemu uważasz, że to TY jesteś odpowiedzialna za samopoczucie męża, a nie on sam jest za nie odpowiedzialny? I powiedz, czy wasze dzieci też zostały wytresowane do niedenerwowania tatusia czy tylko tobie przypadł ten zaszczyt chodzenia wokół męża i jego bzików na paluszkach? Swoim zachowaniem od dwóch dekad podtrzymujesz chore status quo, rękami i nogami broniąc się przed postawieniem mężowi ultimatum: że jeśli chce mieć rodzinę, ma iść się leczyć. Kochający mąż, który, jak twierdzisz, sam doskonale widzi, jak źle jest kompulsje działają na wszystkich, z nim samym na czele, po prostu by poszedł. A jeśli odmawia, to widocznie mu nie zależy. I to też jest probierzem stanu waszego małżeństwa, że mąż odmawia walki o lepsze DLA WAS.
            • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 19:05
              Nigdy nie kontrolowałam się 24 godziny na dobę. Kładę wszystko gdzie i jak chcę. Gdyby tak było pewnie byłabym dawno w wariatkowie. Niczemu nie ulegam, jemu też i nie uważam, że mam coś wspólnego z tym, co mężowi przeszkadza. To jego problem. Natomiast, kiedy zwracam mu uwagę, że postępuje nienormalnie wtedy czuję, że może mogłam odpuścić. Pytasz jakie granice mąż przekroczył już. Niczego nie wykroił. Poza tym, co opisuję. Ten wulgaryzm, no cóż padł. Pierwszy raz po przeszło 20 latach. Zabolało. Też uważam, że o jeden raz za dużo. Dla mnie.
              • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 10:03
                bryzabryza napisała:

                > Ten wulgaryzm, no cóż padł. Pierwszy raz po prz
                > eszło 20 latach. Zabolało. Też uważam, że o jeden raz za dużo. Dla mnie.

                My tu na forum nie znamy Twego męża. Nie wiemy w jakim stopniu nasilone są jego kompulsje ani jak bardzo Ci one przeszkadzają,a w jakim stopniu je zaakceptowałaś i przechodzisz nad nimi do porządku dziennego. Jednak powiem szczerze, gdyby ktoś z moich domowników łaził za mną, obserwując co robię i powtarzał że zachowuję się nienormalnie, to choć nie używam wulgaryzmów zapewne doczekałby się mocnej odpowiedzi, Takiej żeby zabolało.
        • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 14:28
          bryzabryza napisała:

          > Awantura jest wtedy, kiedy ja mu zwrócę uwagę, że to nie jest normalne.

          Wobec tego w jakim celu zwracasz mu tę uwagę? Żeby go jeszcze bardziej zdenerwować, wytrącić z równowagi i wywołać jego agresję słowną? Bo sama zauważyłaś, że taki skutek powoduje to co robisz.
          • baszkircef Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 14:58
            Szczerze mówiąc to chyba normalne, że kiedy żona widzi, że coś się dzieje niedobrego z mężem zwraca na to uwagę. Jeżeli chłop np 10 razy myje jabłko zanim je zje to mówię: Ziutek coś jest nie tak. Problem w tym, że teraz na zwróconą uwagę, mąż się wścieka bo to zaburza jego dobrostan, który chroni myjąc to jabłko 10 razy. Żona chce go chronić, ale stosując się do jego potrzeb paradoksalnie podbija jego chorobę.
            • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 15:09
              baszkircef napisała:

              > Szczerze mówiąc to chyba normalne, że kiedy żona widzi, że coś się dzieje niedo
              > brego z mężem zwraca na to uwagę.

              Ale po co? W jakim właściwie celu? Co chce osiągnąć? Żyjąc tyle lat z mężem który tak postępuje "od zawsze" chyba nie ma nadziei że on ot tak, po zwróceniu uwagi że to co i jak robi jest "nienormalne" powie: tak kochanie, masz rację, już nie będę się wygłupiał.

              > Żona chce go chronić

              Przed czym? Przed nim samym? Żona wcale go nie ochroni, bo zwyczajnie nie ma takich mocy.
            • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 16:03
              A jak Ty się czujesz jak jesteś zdenerwowana i ktoś przychodzi i mówi "jesteś zdenerwowana, coś jest nie tak"? Jeśli będziesz bardzo zdenerwowana i nie gotowa rozmawiać to oczywiste jest, że taki komentarz tylko wywoła kłótnię, bo energię ze zdenerwowania w nią przekierujesz i o to chodziło aquie. Widzisz, przejdź obok, zostaw w spokoju. Jak czujesz porozmawiać to robisz to kiedy nie ma napięcia, bo wtedy są lepsze warunki do rozmowy. Zwracanie uwagi będzie wywoływać kłótnie i nic więcej.
              • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 16:18
                Zgadzam się, że zwracanie uwagi mężowi wzburzonemu faktem, że "ktoś znowu źle poukładał śmieci w koszu" tylko eskaluje konflikt. Pan wzburzy się jeszcze bardziej. A skoro pan ani na nich nie krzyczy, ani nie robi awantur, to może najlepiej zostawić męża samemu z jego zdenerwowaniem, niech se te śmieci segreguje choćby i do rana, a samej zająć się sobą? Przeczytać ksiażkę, wziąć ciepłą kąpiel, wyjść na spacer z psem? Czyli po prostu w końcu męża odchyły i bziki zacząć po tych dwudziestu latach olewać, zamiast dolewać oliwy do ognia zwracaniem mu uwagi? Skoro tak jest od zawsze, to widać czarno na białym, że żony strategia się nie sprawdza w ogóle. Może czas spróbować nowej?
          • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 19:27
            Mam wrażenie, że ona się wycofuje bo męża chroni. Żeby nie było, że zaburzony. Zobacz ile było sugestii w wątku autorki, że może to kwestia trudnego charakteru męża a nie problemu medycznego, od razu było że żadnych leków nie będzie brał, bo one szkodzą a nawet nie wie o jakie leki chodzi. Pewnie zadziałało hasło, że leki psychotropowe albo że leki od psychiatry.

            I tak szczerze mówiąc obserwując wątek i ten taniec: zaczynając od opisu problemu i potem wycofywanie się z niego rakiem chroniąc męża i potem opis tej nieskutecznej terapii tak się zastanawiałam jak ta terapia miała być skuteczna (już pomijam kwestie terapeuty, bo wiadomo, że są bardzo różni i profesjonalni i ci nie) jeśli ona cały czas zaprzecza problemowi? To co ten terapeuta miał zrobić jeśli ona się trzyma wersji, że to "trudny charakter"? Przecież terapeuta nie postawi diagnozy nieobecnemu i osobie, która nie chodzi do niego na terapię, więc mógł próbować radzić sobie jak umiał w tej sytuacji, więc skoro trudny charakter to uczyć jego akceptacji skoro żona nie chce odejść.

            Więc autorka zaprzeczając problemom wciąż robi koła: nie zrobi postępu w swojej terapii (w której na pewno by miała nad czym pracować) i nie zrobi żadnych postępów w kwestiach związanych z mężem, bo żeby problemy rozwiązać trzeba im stawić czoło a nie im zaprzeczać.
            • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 19:36
              Tym bardziej, że jaki jest sens iść na terapię z powodu zachowania męża, które ci nie przeszkadza a potem jeszcze wyrażać złość z powodu tego, że terapeuta kazał to zachowania akceptować? No to w końcu ono jest akceptowane i nie przeszkadza czy przeszkadza? Bo deklaracja jest inna a jednak zachowania pokazują co innego.
            • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 19:40
              O Jezu. ani się nie wycofuję, ani nie bronię. Trzeba czytać wszytkie wpisy. Bolało tak, ten wulgaryzm, parę minut temu o tym pisałam . O lekach wiem sporo. Skąd ten zarzut? Absurd. Nie zaprzeczam, że chłop ma problem, a ja z nim. Męża chronię? Przed kim, przed czym?
              • po-trafie Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 08:59
                Mysle, ze chronisz i meza i siebie przed zmiana, przed kims zewnetrznym (czy to terapeuta, czy forumka), kto moglby wyciagnac wnioski, o ktorych myslec nie chcesz.

                Mialam PTSD, mialam GAD (zespol leku uogolnionego). Na zewnatrz funkcjonowalam bardzo dobrze, w sytuacjach prywatnych troche mniej.. ale tez nienajgorzej.
                Niemniej, duza czesc mojej uwagi, moich sil i ogolnej pojemnosci mentalnej byla przez zarzadzanie tymi problemami konsumowana. Radzenie sobie z wewnetrznym dyskomfortem, reagowanie (np ukladanie rzeczy) - to pochlania uwage i sily.
                I z tego co mowisz, brzmi jakby Twoj maz tez sporo uwagi, czasu i skupienia poswiecal nie na bycie szczesliwym, nie na hobby, rodzine, czy nowe pomysly - tylko na radzenie sobie z tymi przymusami wewnetrznymi.
                Nie jest wazne, czy to charakter czy zaburzenie osobowosci. Terapia czesto jest po to, zeby nauczyc sie dzialac na sto procent swoich mozliwosci, byc tym, kim sie moze byc, nie byc obciazonym plecakiem pelnym kamieni.
                Zeby terapia pomogla, nie trzeba byc chorym w zaden sposob. Wystarczy chciec egzystowac i zyc latwiej.
                Takiego wlasnie, zycia i bycia „latwiej”, zycze i Tobie i mezowi
          • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 19:46
            Kobieto, prawda, prawda. Mąż nie używa wulgaryzmów, kiedy powieszę płaszcz nie po jego myśli, albo nie wytrę zlewu. Męża denerwuje zwracanie mu uwagi, że zachowuje się dziwacznie, nienormalnie. Przecież, by pisać na forum ładnie chyba by było czytać, co zakładający wątek pisze. Rozumieć, co pisze.
            • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 20:08
              To nie zwracaj mężowi uwagi. Dlaczego to robisz, skoro WIESZ, że efektem tego będzie awantura? Raz czy dwa można wyrazić zdziwienie zachowaniami męża, nazwać je nienormalnymi, ale ty to robisz od dwudziestu lat! I od dwudziestu lat mąż w odpowiedzi na twoje komentarze wywołuje awantury! Czemu więc ma służyć te twoje zwracanie uwagi? Bo zaczynam się zastanawiać, czy tobie przypadkiem nie musi się od czasu do czasu ulać z tego wiadra frustracji, więc wywołujesz awanturę. A po awanturze znowu masz spokój na jakiś czas, miodowy miesiąc itd., wszyscy znamy te schematy. Zastanów się więc dobrze nad swoimi motywami takiego traktowania męża.
                • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 10.03.21, 21:17
                  Eriu, nawiasem mówiąc, to ja się zastanawiam, jakim cudem facet dopiero po dwudziestu latach takiego traktowania przez żonę w końcu kazał jej przestać go wkurwiać. Mężowi należy się medal za cierpliwość, bo większość ludzi nie czekałaby dwóch dekad, żeby spuścić narzekaczkę po brzytwie. No ileż, do kurzej nędzy, można wysłuchiwać marudzeń żony?
                  Cofam moją radę, by pani zaopatrzyła SIĘ w zatyczki do uszu. Moja rada dla żony: kup, żono, MĘŻOWI zatyczki do uszu, żeby nie musiał słuchać twojego ględzenia.
                • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 11:35
                  I teraz będziesz obrażać po kolei forumki, bo Ci się nie podoba co ktoś pisze? Pięknie.

                  Moim zdaniem Dziewczyny pomóc da się tylko komuś kto chce pomocy. Autorka jej nie chce, nie jest na to gotowa i to od lat. I nic jej nie pomoże póki nie zmieni podejścia. Terapeuta też był skazany na porażkę.
                  • ola_dom Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 11:59
                    eriu napisała:

                    > Moim zdaniem Dziewczyny pomóc da się tylko komuś kto chce pomocy.
                    > Autorka jej nie chce, nie jest na to gotowa i to od lat. I nic jej nie pomoże póki nie zmieni podejścia.

                    Dlatego odpuściłam sobie udział w dyskusji.
                    Być może autorka liczyła na to, że dowie się, że wcale nie ma tak najgorzej, bo na przykład mnie chłop tłucze, jak tylko przesunę krzesło w złym kierunku, a Twój zaraz idzie chlać, bo go wkurwiłaś, kiedy dostał zupę na niebieskim talerzu, a przecież wiesz, że je tylko z żółtego.
                    A ona ma "tylko" jeden brzydki wyraz na 20 lat - więc nie ma powodu narzekać.
                    • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 12:30
                      Pudło. Autorka wie jak ma, miarą szczęścia i spokoju autorki nie jest brak lania i chlania męża. Pomocy chce i dla siebie i dla męża, ale tu jej nie dostanie. Co jest po części normalne. Autorka tym nie jest zdziwiona i rozczarowana, ani wytrącona z równowagi. Autorkę dziwi kąśliwość forumowiczów i ich totalne zafiksowanie, ale też porywanie się z motyką na słońce, bo kompetencji do pomocy brak, a ambicje, że hoho.
                      • lumeria Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 12:40
                        Nie zastanawia Cie, ze tyle osób reaguje identycznie? Oraz to, ze kolejny raz próba zasięgnięcia wsparcia kończy sie tak jak poprzednie - udowodnieniem, ze pomagierzy (terapeuta, forumki) nie umieją pomoc i ogólnie są do pupy. Wszyscy.
                        • ola_dom Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 12:48
                          lumeria napisała:

                          > Nie zastanawia Cie, ze tyle osób reaguje identycznie? Oraz to, ze kolejny raz
                          > próba zasięgnięcia wsparcia kończy sie tak jak poprzednie - udowodnieniem,
                          > ze pomagierzy (terapeuta, forumki) nie umieją pomoc i ogólnie są do pupy. Wszyscy.

                          Aaa... a może o to właśnie chodziło - o utwierdzenie się w poczuciu, że nic się nie da zrobić. Nic - i koniec, kropka.
                          I pozostaje z dumną wyższością nieść swój krzyż.
                      • tt-tka Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 12:40
                        bryzabryza napisała:

                        > Pudło. Autorka wie jak ma,

                        Rili ? Autorka nie wie nawet - bo z takim pytaniem przyszla na forum - co to za problem i kto go wlasciwie ma :P


                        Kompromis - PiS ma wypierdalac. Ale moze to zrobic nie w podskokach
                      • eriu Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 13:27
                        Dostałaś jasne informacje żeby się z problemem męża udać do lekarza i żebyś Ty się udała na terapię, ale żądna rada Ci nie odpowiada.

                        Jakich Ty kompetencji szukasz na forum? Magicznych? Że napiszesz na forum i problem się rozwiąże? Żeby rozwiązać problemy trzeba pracy i to ciężkiej. Nic się nie dzieje samo z siebie.

                        A jak ktoś przychodzi na anonimowe forum z problemem, którego specjaliści nie umieją rozwiązać (nieudana wg autorki terapia) i ma pretensje, że problem nie jest rozwiązany, bo "brak kompetencji ale ambicje są" to świadczy to o autorce, która nie potrafi właściwie dobrać środków do rozwiązania jej problemów i jeszcze się złości i obwinia osoby, które nie mają realnej szansy jej pomóc. Sama sobie świadectwo wystawiasz i nikt Cię nie obraża tutaj. To, że ktoś się z Tobą nie zgadza i widzi sprawy inaczej nie znaczy, że Cię obraża.
                        • bryzabryza Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 14:09
                          No naprawdę odkryłyście Amerykę. Czy Wy wierzycie, że tu przychodzą sami nieświadomi istoty rzeczy ludzie? Czy uważacie, serio, że rada, by iść na terapię, wysłać kogoś, kto dukucza innym na terapię, poradzić, że najlepiej się rozstać, albo bronić granic, albo tolerować, albo nie marudzić..... są na wagę złota i tylko Wy macie tę tejmną wiedzę?Po drodze jeszcze wytrząsacie się nad autorem wątku, kiedy Was irytuje, ale wszystko odwracając kota ogonem. On nie rozumie, on nie wie, on nie chce. blablabla. Wpuściłam Was na przestrzeni kilku lat w parę takich smakowitych dla Was kanałów. Wciąż Ci sami ludzie, wciąż te same rady i sos w jakim je podajecie. Co Wy tu robicie latami, komu pomagacie. Potrzeba tych Waszych wypocin, by ktoś dowiedział się, że jest coś takiego jak terapia? Bo tylko to płynie konstruktywnie z tego forum. Terapia oczywiście dla każdego. Ludkowie mili zajmijcie się swoim życiem, żyć na jakimś forum całe lata, to chyba mało normalne. Przeszliście swoje terapie, ale coś nadal nie gra w Waszym świecie? Długodystansowcy z Was. Myślałam na początku, że może chcecie pomagać, ale przekonałam się, że nie. Chcecie się lepiej poczuć. Kosztem innych, tych co dopiero są na początku drogi, którą sami przeszliście. Masakryczne. Dla ambitynych prawdziwie, może choć jedna osoba się znajdzie, zagadka. Które wątki pochodzą spod mojej klawiatury?
                          • ola_dom Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 14:28
                            bryzabryza napisała:

                            > Wpuściłam Was na przestrzeni kilku lat w parę takich smakowitych dla Was kanałów.
                            > Wciąż Ci sami ludzie, wciąż te same rady i sos w jakim je podajecie.

                            Henio...?

                            No ale przynajmniej Cię nie zawiedliśmy :)
                            • lumeria Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 14:42
                              >wciąż te same rady i sos w jakim je podajecie.

                              Czyli jesteśmy stabilne i konsekwentne. Dzięki za zauważenie tego. @-,'-

                              A ze te same rady. Hmm... No fakt. Właściwie opcji jest mało:

                              - Idź na terapie, ewentualnie na leczenie.

                              - Kochaj (akceptuj jaki/a jest) albo rzuć.
                            • panna.nasturcja Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 12.03.21, 02:03
                              ola_dom napisała:

                              > bryzabryza napisała:
                              >
                              > > Wpuściłam Was na przestrzeni kilku lat w parę takich smakowitych dla Was
                              > kanałów.
                              > > Wciąż Ci sami ludzie, wciąż te same rady i sos w jakim je podajecie.
                              >
                              > Henio...?
                              >
                              > No ale przynajmniej Cię nie zawiedliśmy :)


                              Ola, nie.
                              Ten wątek nie był żartem.
                              Był autentyczny.
                              Tylko autorka otrzymała odpowiedzi niemal wyłącznie nie po swojej myśli czego nie jest w stanie przyjąć jak dorosły człowiek.
                              Więc wymyśliła, że nam "dowali", że niby to wkręca nas od lat. Jak dziecko.
                              I nie widzi kompletnie o kim to świadczy.
                            • heniek.8 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 12.03.21, 06:31
                              ola_dom napisała:

                              > Henio...?
                              >
                              > No ale przynajmniej Cię nie zawiedliśmy :)

                              no cóż, mleko się rozlało
                              muszę to wyznać - to forum to wielka mistyfikacja

                              jest grupa starych forumowiczek z kontami założonymi 10-20 lat temu
                              które diagnozują przypadłości na odległość

                              i jestem ja, plus nowe konta które zakładam żeby "uzyskać pomoc"

                              ostatni mój projekt "bryzabryza" przyniósł mi tysiące odsłon, dziękuję :)

                              najbardziej rozczulające były te ludzkie odruchy kiedy przejęta swoją misją forumowiczka próbowała mnie "przegonić" od swojej podopiecznej z krzykiem że jej zaszkodzę

                              no i to zainteresowanie życiem łóżkowym jednego z moich projektów - no no, drogie panie, w starym piecu diabeł pali :D
                          • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 12.03.21, 03:11
                            bryzabryza napisała:

                            > Wpuściłam Was na przestrzeni kilku lat w parę takich smakowitych dla Was kanałów...

                            Jaaasne. A świstak siedzi i tak dalej :-D

                            Kobieto, nie obrażaj naszej inteligencji, a przy okazji swojej własnej. Szybko stało się oczywiste, że przyszłaś tu z z góry ustaloną tezą, że niedasie (nic zrobić ze stanem twojego małżeństwa). A teraz, gdy zorientowałaś się, że forumowicze tej twojej narracji nie kupują, próbujesz się w żenujący sposób wycofać. Nie trudź się. Tego też nikt nie kupi.
                    • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 13:58
                      bryzabryza napisała:

                      > A forumki mogą obrażać mnie?

                      To jest anonimowe forum na którym nie ma już specjalisty - psychologa. Forumki korzystają z własnego doświadczenia życiowego i doradzają najlepsze ich zdaniem rozwiązania. Noie mają szklanej kuli i dlatego dopytują o szczegóły, które były napisane niejasno lub są dla nich niezrozumiałe.
                      Wszelkie porady sugestie i ocena opisanych zachowań mogą nie odpowiadać założycielce wątku, też jest to jednak jakąś wskazówką. Dla niej.
                      - regularne opieprzanie męża nie daje pozytywnego skutku
                      - nie uzyskała pomocy od terapeuty
                      - nie otrzymała pomocy od forumowiczek
                      - boi się spróbować leków
                      Ok.
                      Może natomiast spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie - dlaczego? Dlaczego to wszystko nie zadziałało?
                      I czy w ogóle oczekuje jakiejś zmiany w dotychczasowym układzie. Czy to tylko działania pozorne.
                      • bene_gesserit Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 19:56
                        Jak dla mnie to jest gra w 'tak, ale'.

                        Mam taką przyjaciółkokoleżankę. Ma ciężkie życie i mnóstwo powodów do zmartwień, ale większość z nich dało by się rozwiązać. Ile razy ktoś próbuje podsunąć jakieś wyjście, słyszy to samo. 'Tak, ale...' i okazuje się, że pomysł jest do niczego.

                        A ona w spokoju i z pewną dumą ma nadal wygrywa każdy wyścig na najgorsze życie i ma najwięcej powodów do rozczarowań, złości i zawału serca za parę lat.
                • aqua48 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 14:02
                  bryzabryza napisała:

                  > Jezu drogi, bo mnie denerwują te zachowania. Ile razy mam to napisać.

                  Tego akurat nie pisałaś jeszcze ani razu. A czy Twoje działania i napominania odnoszą jakikolwiek skutek?

                  > Tragiczne to forum, chyba za długo tu jesteście i za bardzo uwierzycieliście, co niektor
                  > zy w swoje możliwości.

                  My nie mamy tu na forum ŻADNYCH, absolutnie żadnych możliwości naprawczych jeśli tego oczekiwałaś. Tak jak nie miał ich Twój terapeuta. Możliwości by coś zmienić w swoim życiu masz wyłącznie Ty sama.
    • evee1 Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 06:19
      Nie czytalam wszystkich wypowiedzi, tylko przelecialam wzrokiem, wiec przepraszam jezeli cos powtorze.
      To pewnie jest jakies OCD, i tak, to sie leczy, ale czy koniecznie trzeba? Takie zachowanie mozna po prostu traktowac jak dziwactwo i dopoki nie pojawilo sie ono nagle (sama piszesz, ze maz przejawia nadmierne przywiazanie do okreslonego lady rzeczy juz od dawna), albo znaczaco sie nie poglebia, i obu osobom nie przeszkadza za bardzo, to moze sobie zostac jak jest.
      Leczenie wdraza sie na ogol wtedy, kiedy sytuacja zaczyna przeszkadzac z normalnym zyciu lub wplywac negatywnie na zwiazek. Nie wiem jak akurat jest u Was.
      Jezeli maz porzadkuje wedlug swojego klucza, nie ma do Ciebie pretensji, ze ciagle cos zle kladziesz, ale czesto cos poprawia po Tobie, to ja bym dala spokoj. Co do motywacji, to napisze z pozycji takiego peedanta jak to dziala u nas.
      Ja tez mam swojego hopla na punkcie kladzenia roznych rzeczy, ale nie robie rodzinie awantur jak sie nie zawsze stosuja, bo uwazam, ze to ja mam swira i nie powinnam wymagac od rodziny, zeby w moim szalenstwie ukladania rzeczy brali udzial. Jak cos mi przeszkadza, to po prostu ukladam tak jak mi pasuje i juz. Ale z kolei rodzina nie ma do mnie pretensji, ze ja cos przekladam, bo zdaja sobie sprawe, ze ja nie przekladam tych rzeczy ostentacyjnie, zeby im zrobic przykrosc, tylko akceptuja to, ze ja mam takiego swira i po prostu musze, bo sie udusze. Zaleta takiego (mojego) stanu jest taka, ze praktycznie zawsze jestem w stanie powiedziec gdzie cos jest w domu i rzadko nam cokolwiek ginie ;-).
    • enith Re: Co to za problem? Jego, czy mój? 11.03.21, 14:10
      Moja osobista konkluzja po ostatnich postach autorki jest taka, że mąż owszem, może i ma zachowania powtarzalne, które irytują żonę (czy z powodu jego zaburzeń czy jego niefajnego charakteru), ale żona też nie zachowuje się w porządku.
      Bryzabryza, do twojej wiadomości: powtarzalne, wieloletnie, celowe prowokowanie małżonka do awantur, to jest forma przemocy. Twój chłop ma swoje bziki, z czym wszyscy się tu zgodziliśmy, ale to TY w czasie, gdy widzisz, że jest podminowany, choć w ogóle nie wchodzi z tobą interakcje, bo zanurzony jest w swoim świecie dziwactw, celowo naruszasz jego przestrzeń prywatną, żeby mu po raz setny czy tysięczny powiedzieć, że zachowuje się nienormalnie. To jest bierna agresja z TWOJEJ strony. Ty wiesz, bo dzielicie życie od dwóch dekad, jaka będzie reakcja męża na twoje naruszenie jego przestrzeni, widzisz te reakcje od lat i zawsze są takie same, a jednak z uporem, notorycznie stosujesz wobec męża działania zaczepne, by go sprowokować. Moim zdaniem zachodzi u was klasyczny cykl przemocy, najpierw narastające twoje napięcie, aż do twojego wybuchu (zaczepki wobec męża), efektem którego najczęściej jest jego wybuch (awantura), po czym spuszczasz pary z gwizdka, uspokajasz się i wchodzisz w etap tzw. miesiąca miodowego, gdzie przez jakiś czas macie względny spokój, bziki męża cię tak nie irytują i w miarę zgodnie sobie żyjecie. I tak do następnej eskalacji i wybuchu. Plus to, że podobnie jak tutaj wobec forumowiczów, zapewne uważasz, że to mąż cię do takich zachowań prowokuje. Bo przecież gdyby nie układał tych swoich gazet zgodnie z kolorami tęczy z miną, jakby układał sztabki złota, to nie musiałabyś mu mówić, że świruje, prawda? Mąż winny, mąż prowokuje, bo jakby nie prowokował, to byś się nie musiała czepiać. To są, w dużym skrócie, składowe przemocy. Pomyśl o terapii dla sprawców przemocy dla siebie. A męża i jego zachowania, zwłaszcza te, które z tobą nie mają nic wspólnego (jak to segregowanie książek czy śmieci, metodyczne układanie zakupów czy suszenie zlewu) zostaw jemu.

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka