simone-balbina
23.08.07, 13:00
Witajcie,
w pierwszych słowach zaznaczam, że nie domagam się żadnych rad,
ponieważ
każdy przypadek z teściową to raczej ciężki przypadek i trzeba go
rozpatrywać raczej indywidualnie, a poza tym to moja świekra ma
problem, a nie ja :)
Mój teściu zawsze był i jest o.k. jak każdy człek ma swoje zagrywki,
ale nigdy nie był w stosunku do mnie nieprzyjemny, zresztą jeśli
chodzi o dziewczynę szwagra (brata mojego męża) to też od razu ją
zaakceptował i jest zadowolony, że ma takie ładne i fajne synówki,
jak to on mawia. Teściowa natomiast ma problem - lubi rządzić i jest
przekonana, że wszystko potrafi najlepiej. Skąd tak pewnie o tym
piszę? ponieważ sama się do tego nie raz przyznawała, nie wprost,
ale w opowieściach o sobie, jaka to ona gospodarna, jaka zaradna,
jaka samodzielna, jaka lubiana.
Zamieszkaliśmy razem z mężem jakiś niecały rok przed ślubem, który
był dwa lata temu. Dodam, iż zaplanowaliśmy tak wspólną przyszłość,
bo oboje wykluczyliśmy mieszkanie wspólnie z moimi, czy jego
rodzicami. Nigdy więc nie musiałam znosić zagrywek teściowej z tak
bliskiej odległości, ale mimo tego nie ominęły mnie. Od początku
zauważyłam, że moja teściowa to typ "ko-ko-ko" (kwoka na jajach).
Zresztą częsty typ, tym bardziej, że ma dwóch synów. Nie zraziło
mnie to bo wiedziałam, że mój mąż to nie jest typ mamin-cyca (taki
przy moim charakterze odpada). Jestem osobą, mimo wszystko,
cierpliwą, przymykałam oko na mniejsze (teściowa kupowała niektóre
drobne akcesoria, jak deska do krojenia, tarka, odbierając mi tym
samym tą przyjemność, która może niewielka, ale ważna na nowej
drodze życia) lub większe zagrywki teściowej (na świadków zawarcia
małżeństwa wybraliśmy moją mamę i teścia; teściowa nie bardzo to
przyjęł mówiąc, że na świadków bierze się młodych, a przed samym
ślubem okazało się, że świadkiem będzie brat męża, bo podobno teściu
zapomniał dowodu, a dziwnym trafem brat męża wziął dowód ze sobą -
wtedy pierwszy raz nogi się pode mną ugięły). Nie muszę tu chyba
wspominać o zupkach w słoiku, poszewkach na poduszki, porady jak co
gotowć, jak gospodarowć itp. Niektóre porady wręcz bez sensu, nie
czasowe. Kiedyś jak nic nie było na półach, to tarło się suchą
bułkę, ale teraz ona mi doradza, żebym tarła bułkę, a jak nie umiem
to żebym przyniosła, to ona mi zetrze hahaha, bo tu cyt."...nie ma
tak..." czego do tej pory nie rozumiem, co nie ma tak?
Wszystko, bez zapytania, czy chcemy, bo to przecież ona wie
najlepiej, co dobre. Dodam, iż kuchnia mojej teściowej nie jest za
specjalna, raczej tłusta, warzywa jeśli są to rozgotowane. Nic
specjalnego.
Jak tak sobie o tym pomyślę, to najbardziej denerwuje mnie to, iż
teściowa za wszelką cenę chce udowadniać, że to ona jest naj. Tylko
komu to chce udowodnić? Prowokuje jakąś chorą rywalizację, której ja
nie zamierzam się podejmować, bo nie jestem zakompleksiona. I
Jakiś tydzień temu przesadziła. Byliśmy z teściami na weekendowym
wypadzie na wsi. Robiłam kanapki dla siebie i męża. W świekrę jakby
diabeł wstąpił; zaczęła, ale tak natrętnie jak tylko można,
nakłaniać mnie abym mężowi zrobiła kanapki z konserwą, mimo iż on
sam chciał z inną wędliną. Przyniosła tą konserwę i otworzyła ją,
mimo , iż powiedziałam jej, że już położyłam na kanapki to z czym
mąż chciał. Nie pomogło, jak ten złośliwy chochlik, dalej
powtarzała, że on wybrał tamtą wędlinę, tylko dlatego, że była na
wierzchu, a ona jest dla niego za delikatna, bo to mężczyzna i musi
se pojeść i żebym ściągnęła z tych kanapek tą wędlinę i położyła
konserwę. Jak już widziała, że nie mam zamiaru wykonać jej
polecenia, to sama zaczęła ściągać tą konserwę i wypieszczała
kanapeczki konserwą. Mowę mi odjęło, wyszłam. Może powinnam była od
razu jej coś powiedzieć, ale nie mam zamiaru, ani ochoty walczyć do
pierwszej krwi o to kto wie lepiej co smakuje mojemu mężowi. I tak
wiem, że najbardziej smakuje mu to co ja zrobię. Tym bardziej, że
naprawdę zaskoczyła mnie tym zachowaniem. Zauważyłam też, że ten
atak zaczął się z chwilą kiedy zostałyśmy same, bo ona dobrze wie,
że zarówno mój mąż jak i teściu ucieliby temat. Ten jej wybryk dał
mi do myślenia, że od początku trafia ją, że nie ma już wpływu na to
co jej synek je, czy ma czyste. A ten synek ma już 28 lat. Później
udawała, że niby nic się nie stało i pytała mnie czego taka dziwna
jestem, ale w chwilę później jak widziała, że nie mam zamiaru robić
kanapek na drogę (wybieraliśmy się z mężem na taką imprezę na
powietrzu) to nie omieszkała wyniosłym tonem zaznaczyć: "...no jak
ty wolisz kupić, a nie zrobić...", na co ja jej:"no", bo już
wystarczająco dała mi w kość tym przekładaniem z kanapek. Zresztą ta
zagrywka to znak, że nie jest wobec mnie szczera, wręcz fałszywa,
Kiedyć w lużnej rozmowie mówi do mnie: ...ja się martwię o B. bo nie
wiem co on je... (B. to mój mąż) albo przyznała mi się, że
wieczorami podchodzi pod nasz blok i patrzy czy się świeci, bo jak
się świeci to o.k. Mogę zrozumiec troskę matki, ale bez przesady, to
nie jest już kajtek tylko dorosły mężczyzna.
Jak ktoś chce pogadać to mój adres to simone@onet.eu
A tera spadam bo muszę coś jeszcze kupić.