Dodaj do ulubionych

Degradacja wiary

02.01.16, 19:36
Zarzut bezkarnego naigrywania się z czyjejś wiary, to zarzut poważny.
Nietolerancja religijna zawsze wiodła na manowce.

W ub. tygodniu zmarł dominikanin ojciec Góra.
Oto wspomnienie o nim autorstwa Stanisława Zasady. Kilku takich charyzmatyków a Kościół (jako instytucja, a nie synonim religii) miałby pewnie tak inną opinię, jak i innych wyznawców.

To msza dla młodzieży! Można stracić wiarę! - długowłosy dominikanin przepędza staruszki z kościoła. Mijają lata, dominikanin już nie ma długich włosów, za to na msze przychodzi 20 tys. ludzi. A potem 40, 70, 160. Większe tłumy gromadzi tylko papież.
Ksiądz Józef Tischner jest umierający - nie może mówić, porozumiewa się za pomocą długopisu i kartek. Poznańscy studenci jadą się pożegnać. "A ojciec Góra wciąż opowiada o sobie?" - Tischner zapisuje gościom pytanie.
Po chwili kolejna kartka: "On już taki jest. Jeden taki musi być".
W połowie lat 80. zostaje duszpasterzem akademickim. W jego zagraconym kantorku zawsze pełno ludzi, dużo ładnych dziewczyn. Góra chce być dla nich jak ojciec. Zmienił go dramat "Promieniowanie ojcostwa" Karola Wojtyły. - To Jan Paweł II nauczył mnie, jak być ojcem dla młodych, nie będąc samemu ojcem - powtarzał.
W 1991 roku pomaga ze studentami zorganizować światowe spotkanie młodzieży z papieżem w Częstochowie. Rok później na wzgórzu Jamna zakłada Dom Świętego Jacka. To jakby powrót do korzeni - poniżej wzgórza leży Paleśnica, gdzie proboszczem był stryj Jan.
Mówi, że nie interesuje go to, co doraźne. Ma wielkie plany: - Ja jestem ciężki samolot bombowy, potrzebuję długiego pasa startowego i długiego pasa do lądowania.

Jest po czterdziestce, dzieło życia jeszcze przed nim.
- Ja nie mówię o sobie, ale o swoim spotkaniu z Panem Bogiem - prostował.
Dla jednych charyzmatyczny duszpasterz i wizjoner. Dla drugich: enfant terrible polskiego Kościoła, zapatrzony w siebie bufon. Jedni poszliby za nim w ogień, innych złościł.
Ojciec Roman Bielecki, naczelny miesięcznika "W Drodze": - Każdy ma swojego ojca Jana.
Byłby dziś na Jamnej, w ośrodku duszpasterstwa akademickiego dominikanów koło Tarnowa. Co roku organizował sylwestra. O północy msza, potem zabawa z tańcami do białego rana.
A za pięć miesięcy witałby tłumy na Lednicy. Ta miała być wyjątkowa: już dwudziesta, w 1050-lecie chrztu Polski, 800-lecie dominikanów.
Będzie wyjątkowa - pierwszy raz bez niego.
W przedświąteczny poniedziałek odprawiał wieczorem roraty. W kaplicy było ze 30 osób. Poczuł się źle, wyszedł zaczerpnąć powietrza. Już nie wrócił.
Ojciec Jan Góra zmarł na zawał. Miał 67 lat.

- Pan Bóg powołał mnie do zakonu, bo jestem życiowy nieudacznik - lubił kokietować. - Gdybym odszedł z klasztoru, na drugi dzień umarłbym z głodu i zimna.
Powołanie wyrabia w nim stryj. Ksiądz Jan Góra siedzi na wiejskim probostwie w Paleśnicy koło Tarnowa. Mały Jaś jeździ tam w wakacje z rodzinnego Prudnika, pomaga paść plebańskie krowy. Proboszcz Jan ma nadzieję, że bratanek pójdzie w jego ślady.
24 sierpnia 1966 roku 18-letni Jan Wojciech Góra robi stryjowi na przekór - puka do furty klasztoru Dominikanów w Poznaniu. Zamiast czarnej sutanny dostaje biały habit i zaczyna nowicjat w jednym z najbardziej intelektualnych zakonów. Osiem lat później zostanie kapłanem.
Marzą mu się dalsze studia i wielki świat, a przełożeni wysyłają go do zapyziałego Tarnobrzega. Długowłosy, w prawdziwych wranglerach i czerwonym szaliku uczy religii.
Włosy obetnie - jakaś parafianka poskarżyła się proboszczowi. Za to młodzież go ubóstwia. - Ekstrawaganckim wyglądem wyróżniał się na tle peerelowskiej szarzyzny - wspomina dominikanin Andrzej Chlewicki, wtedy licealista, dziś gospodarz Jamnej.
Chlewicki chodzi na wieczorną mszę do Góry, bo ma krótkie kazania. Słyszy, jak Góra przegania z kościoła starsze kobiety: - To msza dla młodzieży! Można stracić wiarę!

Więcej nabroić nie zdąży: przenieśli go do Warszawy, robi doktorat.
Ledwo odżył intelektualnie, a już każą mu zajmować się w Poznaniu młodzieżą. "Do duszpasterstwa z małolatami zrazu się nie paliłem" - wyzna. Ma ambicje literackie: pisze do "Tygodnika Powszechnego", myśli o książce. Minie kilka lat i za "Mój dom", osobistą opowieść o powołaniu i kapłaństwie, dostanie prestiżową Nagrodę Kościelskich. W nie byle jakim towarzystwie, ze Stefanem Chwinem i Janem Polkowskim.
Pisze do prowincjała, żeby zmienił decyzję - duszpasterstwo to "zaniżenie lotu" i "degradacja". Nawet nie dostaje odpowiedzi. Do Poznania jedzie jak na skazanie. Za kilka lat młodzież stanie się pasją jego życia.
8 maja 2002 roku, ładna sobota - to musiał być jeden z najpiękniejszych dni w życiu Jana Góry. Na Polach Lednickich koło Gniezna morze głów. Przyjechali z całej Polski. Modlą się, tańczą, śpiewają. Temat spotkania: Wesele w Kanie Galilejskiej. Każdy dostaje ampułkę z białym winem. - Kocham was! - rozpromieniony Góra wita wszystkich.

Ma powody do radości. Dwa lata wcześniej było ich 50 tysięcy, rok temu 70, ale lało. Teraz jest 100 tysięcy. W Polsce większe tłumy gromadzi tylko papież.
Wychodzi z siebie, żeby Lednica była atrakcyjna: nabożeństwa urozmaicają skoczkowie na spadochronach i pokazy samolotów. Kusi młodych gadżetami: rozdaje pierniki, mosiężne krzyżyki, pierścienie, brewiarze. Cała Polska przepisuje dla niego ręcznie Pismo Święte. Starego prymasa Józefa Glempa wsadzi do chybotliwej łódki, żeby przewiózł pochodnię z ogniem z Ostrowa Lednickiego. U papieża co roku stara się o przemówienie.
Nie ma rzeczy, której nie może załatwić. Gdy do buteleczek z winem potrzebuje 100 tys. korków, sprawdza, gdzie jest zagłębie dębu korkowego, i pisze śmiało do biskupa Porto: "Nie jest moją winą, że w Polsce nie rośnie dąb korkowy". Portugalski hierarcha załatwi sprawę od ręki.
Niektórzy śmieją się z lednickich nabożeństw: że płytki show, że duszpasterska tandeta. - Do młodych trzeba przemawiać współczesnym językiem - broni się Góra. - Ja daję młodzieży entuzjazm wiary, resztę muszą robić księża w parafiach.
Trafił w sedno: koszulki z lednicką rybą noszą młodzi ludzie od Suwałk i Szczecina po Wrocław i Przemyśl. Chory na raka Tomek ze Śląska ma marzenie: chce doczekać kolejnej Lednicy. Przyjedzie z pielęgniarką, będzie w siódmym niebie.
A dopiero co szydzono, że Góra zawiśnie na lednickiej Rybie. Jan Paweł II kibicował mu, ale w Polsce miał za sobą tylko paru biskupów. Teraz przyjeżdżają tabuny księży i zakonnic. W vipowskich ławkach politycy, biznesmeni, celebryci. Bycie na Lednicy jest w dobrym tonie.
To najbardziej kultowa msza w całym Poznaniu. Przełom lat 70. i 80., co niedziela o piątej po południu kościół Dominikanów pęka w szwach. Młodzi wpatrzeni jak w obrazek w stojącego za ołtarzem bruneta, który nie strofuje i nie poucza, o wierze mówi z entuzjazmem, ludzkim językiem, sypie dowcipami. A jak wymaga - to tak, że od razu chciałoby się zmieniać świat. Tylko arcybiskup Jerzy Stroba kręci nosem, że dominikanin odciąga mu młodzież z parafii.
Na "siedemnastki" przychodzą licealiści: Paweł Kozacki, Tomasz Dostatni i Wojciech Prus. Pierwszy jest dziś przełożonym polskich dominikanów, drugi - znanym duszpasterzem i publicystą, trzeci szefuje dominikańskiemu wydawnictwu. Nie kryją, że to dzięki duszpasterstwu ojca Jana noszą białe habity. - Poszedłem do zakonu, żeby być jak Góra - przyznaje się ojciec Prus.
Dominikanin pamięta, jak Góra tryskał pomysłami. Ogłosił, że w adwencie przed świtem będzie odprawiał roraty. Zatrwożone matki dzwoniły do klasztoru i skarżyły się na wariata, który namawia ich pociechy, żeby w nocy zrywały się do kościoła. Na pierwsze nabożeństwo przyszło osiem osób, pod koniec adwentu miał cały kościół. - Specjalnie rozpowiadałem, że to będzie w nocy, żeby wywołać zainteresowanie - będzie się śmiał Góra.
W połowie lat 80. zostaje duszpasterzem akademickim. W jego zagraconym kantorku zawsze pełno ludzi, dużo ładnych dziewczyn. Góra chce być dla nich jak ojciec. Zmienił go dramat "Promieniowanie ojcostwa" Karola Wojtyły. - To Jan Paweł II nauczył mnie, jak być ojcem dla młodych, nie
Obserwuj wątek
    • wscieklyuklad Re: Degradacja wiary 02.01.16, 19:45
      To Jan Paweł II nauczył mnie, jak być ojcem dla młodych, nie będąc samemu ojcem - powtarzał.
      W 1991 roku pomaga ze studentami zorganizować światowe spotkanie młodzieży z papieżem w Częstochowie. Rok później na wzgórzu Jamna zakłada Dom Świętego Jacka. To jakby powrót do korzeni - poniżej wzgórza leży Paleśnica, gdzie proboszczem był stryj Jan.
      Mówi, że nie interesuje go to, co doraźne. Ma wielkie plany: - Ja jestem ciężki samolot bombowy, potrzebuję długiego pasa startowego i długiego pasa do lądowania.
      Jest po czterdziestce, dzieło życia jeszcze przed nim.
      aj 1983 r. Tomek Dostatni właśnie ma wyjść na egzamin maturalny, kiedy w pokoju znajduje mamę. Nie żyje. Pyta Górę, co robić. - Idź pisać, a ja pomodlę się za twoją mamę - słyszy.
      Dostatni zostanie jednym z najwierniejszych przyjaciół ojca Jana: uczestnik poważnych intelektualnych debat co roku będzie przyjeżdżał na ludyczną Lednicę.
      "Święty i błazen" - tytułuje swoją książkę o Janie Górze pisarz Jan Grzegorczyk. Zdjęcie na okładce: stareńki Jan Paweł II siedzi w fotelu, Góra klęczy przed nim z szelmowską miną, jak Stańczyk przed Zygmuntem Starym.

      Papież co roku przygotowuje przemówienie na Lednicę, błogosławi gadżety. Ale Górze wciąż mało - podczas obiadu w Watykanie wypala, że chciałby mieć odlew... papieskiej dłoni. Wieczorem Jan Paweł II zanurza prawą rękę w misce z sylikonem, a lewą puka się po głowie. I śmieje się do Dziwisza: - Stasiu, po co z tym facetem zaczęliśmy się zadawać?
      Czym wytłumaczyć słabość Wojtyły do pełnego szalonych pomysłów zakonnika i jego dziwacznych zachcianek?

      - Jan Paweł II widział, że Jan Góra jest cały dla innych, zwłaszcza młodych - tłumaczy ojciec Dostatni. - I rozumiał go bardziej niż ci, którzy mieszkali z nim w klasztorze. Oni najpierw dostrzegali jego wady i silny charakter, a nie zawsze umieli go przyjąć jak "charyzmatyka", który szedł inaczej niż zakonne dyscypliny.
      Rok 1997. Polska szykuje się do kolejnej pielgrzymki Jana Pawła II. A Jan Góra chwali się papieżowi, że nad Jeziorem Lednickim, gdzie Mieszko miał przyjąć chrzest, stawia żelazną bramę w kształcie ryby, znaku pierwszych chrześcijan. Ma propozycję: a gdyby tak papież zawitał na Lednicę? I wprowadził symbolicznie młodzież w trzecie tysiąclecie chrześcijaństwa?

      "Ja bym się bardzo chętnie tam wybrał, ale dadzą to?" - odpisuje Jan Paweł II.

      Góra kuje żelazo, póki gorące: napuszcza media, żeby nagłośniły sprawę. Gazety, telewizja trąbią, że papież zmieni oficjalny program pielgrzymki, bo chce się spotkać z młodzieżą na Lednicy.
      Złoszczą się kurie w Gnieźnie i Poznaniu. Jan Paweł II ma odwiedzić oba miasta, a biskupi boją się, że dominikanin odciągnie młodzież i w czasie wizyty będą pustki. Episkopat wydaje oświadczenie: żadnych zmian w programie nie będzie.
      W rześki wieczór 2 czerwca Jan Góra czeka przy Rybie. Towarzyszy mu 15 tys. osób, zaraz dołączy prymas Glemp. Słychać huk helikopterów - o tej porze Jan Paweł II miał lecieć z Gorzowa Wielkopolskiego do Gniezna. Jeden śmigłowiec kołuje nad Polami Lednickimi. - Jest! Jest Ojciec Święty! - Góra cieszy się jak dzieciak. W oczach ma łzy.
      Papieski helikopter nie wylądował, ale Górze to wystarcza. Po pielgrzymce Jan Paweł II mówi mu: - Jak ryba chwyciła haczyk, to trzeba ciągnąć.
      Teraz już żaden biskup nie śmie go krytykować. A on nie będzie pamiętliwy. - Nie można wymagać od normalnych ludzi entuzjazmu dla idei, które nie zyskały sobie jeszcze obywatelstwa na naszym rynku duszpasterskim - komentuje dystans hierarchów. W swoim stylu: na pół dyplomatycznie, na pół złośliwie.
      - Jak to się dzieje? Ojciec porządny, matka porządna, a syn skurwysyn? - zapytał w kościele młodzież.
      Ojciec Chlewicki pamięta, że po tym spotkaniu wrócił do domu tak radosny, że matka nabrała podejrzeń. Myślała, że nie był w kościele, tylko na randce. - Lubił prowokować - mówi. - Tym przyciągał.
      Czasem krzyczał. Ale to nie było takie księżowskie biadolenie, że młodzież jest zła. Tłumaczył: - Ja krzyczę z miłością.

      Przyciąga nie tylko młodych. Przychodzą profesorowie, ludzie sukcesu, artyści. Jedni wątpią, inni szukają, niektórzy ot tak, porozmawiać. Niektórzy po latach odzyskują wiarę. Co ich tak pociąga? Wyliczają: humor, entuzjazm, wiara, prostota.
      Do każdego umie podejść. Kilkanaście lat temu na Jamną przyjeżdża Dominika Kulczyk, córka najbogatszego Polaka.

      - Nasze warunki to nie standard - mityguje się Góra.

      - Ojcze, standard mam gdzieś indziej. Tu przyjeżdżam po ducha.

      ***

      "Są cztery osoby, które mogą stworzyć coś z niczego: Trójca Święta i Jan Góra" - taki dowcip ukuli współbracia. W jego gabinecie wisi akwarela - skruszony mężczyzna wyznaje księdzu w konfesjonale grzech: "Nie pomagałem ojcu Janowi".
      Powtarza, że jest z zakonu żebraczego i żebractwo to jego charyzmat. Opanował go do perfekcji. O jego zdolnościach pozyskiwania sponsorów krążą legendy. Gdy spotyka biznesmena, rzuca swoje ulubione powiedzonko: "Czy mogę się z panem zaprzyjaźnić?".
      Lubi opowiadać, jak Lednicę kupił za... damskie majtki. Było tak: przyszła do niego pogubiona duchowo kobieta. Pokazał jej list z papieskim błogosławieństwem dla swoich planów. - Mam błogosławieństwo, ale nie mam pieniędzy - pożalił się. - A ja mam pieniądze, a nie mam błogosławieństwa - kobieta na to. Wyjawiła, że ma firmę produkującą damską bieliznę. Zapytał standardowo: "Czy mogę się z panią zaprzyjaźnić?".
      36 godzin później podpisali akt notarialny.

      Nie rozpala go polityka, jak ognia unika komentowania bieżących wydarzeń. Ale na Lednicę nie boi się zaprosić Szewacha Weissa, Marka Kotańskiego i prezydenta Bronisława Komorowskiego. Lech Kaczyński też miał być, zrezygnował, bo zbliżały się wybory.
      Nie zważa na polityczną poprawność. Gdy wychodzi na jaw, że dominikanin Konrad Hejmo mógł współpracować z SB, zostaje jego wielkim obrońcą - w imię starej przyjaźni.
      Potrafi rozbroić każdego. Agata Młynarska w programie na żywo pyta o pedofilię księży, przekręty w banku watykańskim, komunię dla rozwodników. Góra wyciąga buteleczkę ze świętym olejem, który dostał od papieża Franciszka, i smaruje jej czoło. - Agato, namaściłem cię, by dobro zwyciężało nad złem.
      Ma dystans do samego siebie. Gdy się roztyje, stwierdzi: - Wyglądam jak rozdeptana żaba.
      Wieść gruchnęła wiosną 2012 roku: ojciec Góra przestaje być duszpasterzem akademickim, zajmie się organizacją spotkań z młodzieżą.

      Sprawa dojrzewała od dawna. - Sprowadził duszpasterstwo do Lednicy - tłumaczą współbracia. - Nie wszyscy studenci się w tym odnajdowali. Istotnie: Lednica stawała się coraz bardziej spotkaniem gimnazjalistów, fajerwerki zdominowały treść. Podobno księża przyjeżdżali już z mniejszym entuzjazmem.
      Pożegnanie zrobiono z pompą. Przyjechał prowincjał, nadeszły telegramy. - Nie idę na emeryturę - Góra stara się pokazać, że nic się nie stało. Ale chodzi smutny. Czuje się odsunięty. - Nie umie odejść - komentują współbracia.
      W adwencie nie zrywa się już przed świtem i nie przychodzi na roratnie msze. Roraty przejęła młoda gwardia dominikanów - w poznańskim klasztorze to domena duszpasterzy akademickich. Góra odprawia swoje - wieczorami w maleńkiej kaplicy. Przychodzi garstka najwierniejszych.
      Miesięcznik "W Drodze", na którego łamach publikował przez 40 lat, przestaje zamawiać felietony. Kiedyś pisał o swoim kapłaństwie, zakonie, filozofii i teologii. Pod koniec głównie o Lednicy i spotkaniach z papieżem. Gdy redakcja rezygnuje ze współpracy, Góra mocno to przeżywa. - Nikt mnie już nie chce - wypłakuje się przyjaciołom.
      Bartłomiej Dobrzyński, rzecznik Lednicy: - Na zewnątrz był jak czołg, a w środku bardzo wrażliwy.

      Napisał kiedyś, jak chciałby umrzeć:

      "Ażeby i o mnie kiedyś moi współbracia mogli powiedzieć tak, jak powiedzieli o jednym średniowiecznym zakonniku, że nie lękał się chwili ostatniej, bo spełnił życie jeszcze przed śmiercią, i nie przerażał go zgon, bo umiał cieszyć się życiem. Odszedł z tego świata, nie trzaskając drzwiami"


      Tyle...
      • ulisses-achaj Re: Degradacja wiary 02.01.16, 20:59
        Osoba uczestniczy w niewyczerpalnej pełni bytu, z którego sama się
        wyłania. W tym tkwi głęboka przyczyna, dla której nie można pojąć osoby ani porządku osobowości w oderwaniu od tego, co jest poza nią i poza nim – w oderwaniu
        od rzeczywistości ponadosobowej, która kieruje wszystkimi jej poczynaniami i jest
        zarazem jej początkiem i jej końcem

        G. Marcel "Homo viator"

        Jedynie rozpoczynając od drugiego albo drugich jedynie rozpoczynając od nich, możemy zrozumieć samych siebie [...]. Jedynie pośrednictwo kogoś drugiego może dawać podstawy do miłości samego siebie, jedynie ono może uodpornić tę miłość na niebezpieczeństwo egocentryzmu i zapewniæ jej rozumny charakter, który w przeciwnym razie nieuchronnie traci .

        Właściwością wartości jest w istocie rzeczy spełnianie pewnej funkcji w stosunku do życia i jak gdyby wyciskanie na nim swego piętna [...]. Jeżeli poświęcam życie służbie dla jakiejś sprawy, w której jakaś wyższa wartość wchodzi w grę, , tym samym moje życie otrzymuje od tej wartości uświęcenie wyłączające je spod zmiennych kolei historii.

        G. Marcel "Tajemnica bytu"


        • ulisses-achaj Re: Degradacja wiary 02.01.16, 21:12
          Zarzut naigrywania się z wiary musi zostać udowodniony. Jestem agnostykiem, ale znam katolicyzm i jego myśl lepiej niż niejeden wierny. Rozgraniczam jednak - jak to np. czynił Luter - to o czym pisze np. zacytowany przeze mnie Marcel (jego "Dziennik metafizyczny" przeczytałem na I roku studiów i wracam do niego do dzisiaj, podobnie jak do Gilsona, Ricouera, Merleau-Ponty'ego i innych) od hierarchii oraz politycznego, społecznego i obyczajowego wymiaru instytucji.
          To nie jest jedno i to samo.
          Voltaire był zaciekłym krytykiem KK i kleru, podobnie jak wielu innych myślicieli, ale nie oznacza to, że utożsamiali je z wiarą i jej wymiarem egzystencjalnym.
          • ulisses-achaj Re: Degradacja wiary 02.01.16, 21:16

            Skok pod wszystkimi postaciami, w boskie albo wieczne, poddanie się złudzeniom codzienności, każdy z tych ekranów przysłania absurd. Ale są tacy, co nie uznają ekranów

            Albert Camus

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka