Dodaj do ulubionych

Na pierwszej linii frontu

28.03.20, 20:58
Na forach lekarskich trwa wymiana przepisów na urządzenia do wentylacji pacjentów chałupniczo przerabiane z masek do nurkowania i wzorów krawieckich odzieży ochronnej do szycia przez matki i żony. Lekarze są kneblowani - coraz więcej jest nacisków, by nie mówili publicznie o sytuacji w szpitalach. Priorytet dla personelu medycznego w dostępie do testów na koronawirusa pozostaje kompletną fikcją. Lekarze i pielęgniarki własnymi siłami próbują uchronić system przed załamaniem.

Kiedy prezydent, premier i ministrowie mówią o „pierwszej linii frontu”, na której w walce z koronawirusem mają stać lekarze i personel medyczny, opowiadają nam bajki o żelaznym wilku. Pierwsza linia frontu może bowiem istnieć tam, gdzie walczy regularna, dobrze zorganizowana, zaopatrzona i dowodzona armia. Tymczasem w ogarniętej epidemią Polsce mamy do czynienia z wojną partyzancką.

Chaos w dowodzeniu, niewydolność struktur i przecięte linie zaopatrzenia systemu ochrony zdrowia usiłują w niej równoważyć własnymi siłami ci, w których rękach jest dziś nasze zdrowie. Niezależnie od tego, czy pracują w jednoimiennym szpitalu zakaźnym czy w prowincjonalnej przychodni z kilkoma podstawowymi gabinetami specjalistów, lekarze i pracownicy medyczni każdego dnia narażają się na zakażenie koronawirusem SARS-CoV-2. W razie gdy dojdzie do kontaktu z wirusem, oczekiwanie na test i jego wyniki będzie mogło trwać i ponad tydzień. To samo dotyczy pacjentów – co bez przerwy zwiększa ryzyko zakażenia podczas zwykłej medycznej pracy. Niebezpieczeństwo paraliżu kolejnych placówek medycznych nie maleje.
Dziwne rozmowy, czyli knebel

Lekarzom i pracownikom medycznym nie wolno już o tym jednak mówić. Całą Polskę obiegły wiadomości o dyscyplinarnym zwolnieniu ze szpitala w Nowym Targu Renaty Piżanowskiej, położnej, która napisała o prowizorycznych maseczkach wykonywanych z ręcznika papierowego i zamieściła zdjęcie swych rąk podrażnionych po nieustannym kontakcie z płynem dezynfekującym.
Czytaj także

Nowy Targ. Szpital zwolnił położną za wpis o braku maseczek

Niestety, to nie odosobniony przypadek, tylko wycinek z domykania systemu. Lekarze mają milczeć. 20 marca Józefa Szczurek-Żelazko, wiceminister zdrowia, rozesłała do krajowych konsultantów medycznych pismo, w którym żąda od nich zakazania konsultantom wojewódzkim wyrażania w mediach opinii związanych z epidemią COVID-19. Szczurek-Żelazko oczekuje zarazem, że o sytuacji epidemicznej będą informować jedynie konsultanci krajowi – uwaga, po uprzedniej konsultacji z resortem zdrowia i GIS.

To samo dzieje się niżej – także na poziomie poszczególnych placówek. Lekarze i pracownicy medyczni mają milczeć – dotyczy to zarówno kwestii związanych z samą epidemią, jak i aktualnych warunków pracy.

Lekarka z południa Polski:

- U nas już kilka osób ma za sobą mocno dziwne rozmowy z dyrekcją szpitala – po paru postach na Facebooku i po kilku publikacjach w prasie lokalnej. U nas od takich nieprzyjemnych pogawędek jest zastępca dyrektora. Straszył już przepisami o stanie epidemii, groził postępowaniem w izbie lekarskiej.

Niezależnie od prób narzucania embarga informacyjnego, fakty są takie, że w całej Polsce lekarze, ratownicy, pielęgniarki i pielęgniarze, jak również salowe zostali w obliczu epidemii pozostawieni sami sobie. Brakuje im absolutnie elementarnego sprzętu ochrony osobistej, przez co w swej pracy są nieustannie narażeni na zakażenie koronawirusem. Luksusem bywają nawet maseczki z fizeliny i zwykły płyn do dezynfekcji, taki sam, jak ten, którego Polacy bezskutecznie poszukują na stacjach Orleniu, nie mówiąc już o specjalistycznych ubraniach ochronnych.
Wojna partyzancka

Lekarze i pracownicy medyczni i tak jednak próbują łatać dziury w systemie, własnymi siłami starają się wyręczać państwo, które ich zawiodło. Samodzielnie – albo przy pomocy rodzin - szyją maseczki, montują przyłbice z plexi, zakładają rękawiczki, które sami kupili i ruszają do boju. Ba, okazuje się, że lekarze mogą nawet więcej - wymieniają się bowiem również schematami samodzielnych przeróbek masek do nurkowania na maski do wentylacji pacjentów intensywnej terapii albo dyskutują o samodzielnie zebranej dostępnej wiedzy na temat tego, przy jakich objawach pacjent musi zostać zaintubowany, a przy jakich można spróbować jedynie podać mu maskę tlenową. Szpitale i inne placówki medyczne masowo apelują w sieci o pomoc. Proszą o maski, fartuchy ochronne, kombinezony, płyny dezynfekujące. Część szpitali prowadzi też zbiórki na dokupienie po kilku respiratorów na oddziały intensywnej terapii.


cdn
Obserwuj wątek
    • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 28.03.20, 20:59
      Co piszą lekarze na Facebooku?

      Lekarska grupa na Facebooku. Dziesiątki ogłoszeń w rodzaju „Znajomy ma drukarnię 3D, jest gotów produkować takie przyłbice (zdjęcie), czy ktoś ma kontakt do producentów PCV, bo potrzeba surowca?”, „Szwalnia spod miasta XXX oferuje pomoc, potrzebna fizelina na maseczki”. „Oto przepis na działającą maskę do wentylacji NIV poniżej 100 zł na bazie maski do nurkowania, trzeba wydrukować adaptery” (chodzi o maskę dla pacjentów wymagających intensywnej terapii). I tak dalej.
      Samoorganizacja, samopomoc, imponujące pomysły i innowacje służące wyręczaniu niewywiązującego się ze swych zobowiązań państwa.Na publicznych profilach w mediach społecznościowych dziesiątki i setki apeli szpitali, oddziałów, przychodni.
      Wszystko po to, by podjąć próby minimalizowania ryzyka zakażenia i zapewnić właściwą opiekę pacjentom. A także po to, by utrzymać wydolność systemu. Tak, o to też muszą walczyć lekarze.
      W kotle okrążenia

      Każde zagrożenie zakażeniem, każde podejrzenie, że mogło do niego dojść to dla lekarzy i personelu medycznego natychmiastowe wyłączenie z pracy na okres do 14 dni. Może temu oczywiście towarzyszyć również kwarantanna ich współpracowników i pacjentów – a nawet całej placówki, co zdarza się coraz częściej i o czym za chwilę. Lekarze zarażają się, bo nie mogą doprosić się o przeprowadzenie testów u swych pacjentów leczonych na inne choroby w ogólnodostępnych placówkach zdrowotnych, ale zdradzających objawy zakażenia koronawirusem.

      Priorytet w dostępie do testów wykrywających obecność koronawirusa, który miał zostać przyznany lekarzom i personelowi medycznemu pozostaje kompletną fikcją.

      Lekarz Tomasz Rynkiewicz opisuje na Twitterze swoje doświadczenia po możliwej ekspozycji na wirusa. Po 9 dniach w kwarantannie nadal nie pobrano od niego nawet próbek do testu.

      Kolejne telefony do sanepidu nic nie wnoszą, jestem ciągle odsyłany z wojewódzkiej do powiatowej stacji i z powrotem. Kadry brakuje, już nie ma obstawy dyżurów na dziś i najbliższe dni. Nie mogę wrócić do pracy przez opieszałość i bałagan, jaki panuje w sanepidzie.

      Rynkiewiczowi Pozostaje najpewniej czekanie do końca 14 dniowego okresu kwarantanny. Nawet, jeśli ktoś w końcu pobierze od niego próbki, szanse na wynik przed końcem kwarantanny są niewielkie.

      - Od piątku czas oczekiwania to 4-5 dni. Będzie tylko gorzej, bo liczba pacjentów z podejrzeniem koronawirusa tylko się zwiększa – pisze mi lekarz z Wielkopolski. - Zrobiono mi test w czwartek, wyniki miały być na wtorek – potwierdza jedna z pacjentek skierowanych do kwarantanny.

      Pięciodniowe oczekiwanie na wynik testu oznacza, że polski system ochrony zdrowia w zderzeniu z epidemią traci wydolność już na etapie samej diagnostyki. W większości innych krajów najmocniej doświadczonych epidemią – jak Włochy, Hiszpania czy Francja - dochodziło do tego dopiero wtedy, gdy liczba pacjentów wymagających wspomagania oddychania przekraczała liczbę dostępnych miejsc na oddziałach intensywnej terapii.
      Tymczasem w Polsce już nawet nie wiemy, ilu realnie mamy zarażonych. Według ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego polskie laboratoria są w stanie przeprowadzić około 3000 testów na dobę. Te realne liczby są nieco niższe. Pięciodniowa kolejka oznacza więc, że oczekuje w niej w tej chwili nawet jakieś 15 tysięcy pacjentów do przebadania. To wąskie gardło w diagnostyce sprawia, że nawet ogólnokrajowy lockdown nie może być w pełni skuteczny. Zgodnie z zaleceniami WHO mogłoby tak być dopiero wtedy, gdyby ograniczeniom w przemieszczaniu się ludzi towarzyszyło realizowanie strategii „test, test, test” po to, by jak najszybciej wychwycić, odseparować i leczyć jak największą liczbę zakażonych.

      Tymczasem w Polsce są i tacy pacjenci, którzy czekają dopiero na samo miejsce w kolejce.

      – Mojego kolegę z podejrzeniem koronawirusa najpierw odsyłano po infoliniach od Annasza do Kajfasza. W końcu wysłali go do szpitala zakaźnego. Czekał w namiocie, był ostatnim, któremu tego dnia zrobili test, bo robią ich 150 dziennie. Inne osoby odesłali na jutro. On akurat mógł przyjechać swoim autem, ale inni przyjeżdżają taksówkami i komunikacją.

      – opowiada jeden z naszych czytelników. Ci, którzy nie załapali się na test, a nie wykazują poważniejszych objawów choroby wracają do domu i próbują szczęścia następnego dnia.

      - Prędzej czy później okaże się, że ktoś z nas jest chory, a szpital razem z pacjentami zostanie objęty kwarantanną. W najlepszym razie może skończy się na jednym skrzydle – mówi mi lekarka z jednego z większych warszawskich szpitali. To nie jest szpital zakaźny. To jeden z setek tych polskich szpitali, które próbują nam wciąż zapewniać ogólną i specjalistyczną opiekę medyczną. Epidemia COVID-19 nie sprawiła przecież, że ludzie nagle przestali chorować.
      Gumka pęknie

      Publiczna ochrona zdrowia działa od dłuższego czasu na granicy wytrzymałości. Niczym gumka od majtek, która lada moment pęknie. W obliczu zbliżającej się pandemii muszę was zmartwić – ta gumka pęknie. Z gołą dupą będziemy walczyć z koronawirusem

      – napisała na Facebooku Maria Skotniczuk, lekarka na stażu w szpitalu w Grójcu, który właśnie przestał funkcjonować ze względu na masowe zakażenie koronawirusem.

      Na skutek zakażeń koronawirusem zamknięto na okres kwarantanny już niejeden polski szpital. we Wrocławiu zamknięto odział onkologiczny w Szpitalu Wojewódzkim przy ul. Kamieńskiego – tam chora okazała się jedna z pielęgniarek. W Warszawie trzeba było zamknąć część ogromnego szpitala przy Banacha wraz z Izbą przyjęć – nosicielem wirusa okazał się szef personelu pielęgniarskiego. W szpitalu powiatowym w Grójcu doszło do zarażenia jedenaściorga pacjentów i siedmiorga lekarzy – kilkadziesiąt innych osób trafiło na kwarantannę. Dziennikarze Onetu opublikowali materiał będący jedną wielką listów błędów popełnionych przez kierownictwo szpitala.
      Kolejka narasta
      Coraz więcej jednak przypadków, w których do paraliżu całych placówek dochodzi na skutek zatorów w diagnostyce – czyli za sprawą pacjentów, którym nie można było zrobić na czas testów.

      We Wrocławiu trzeba było przeprowadzić ewakuację w Dolnośląskim Centrum Chorób Płuc przy ul. Grabiszyńskiej. Od pacjenta zaraziło się tu aż 16 pielęgniarek i salowych i kilkoro pacjentów – reszta personelu medycznego i jego podopiecznych jest w kwarantannie, cześć z nich oczekuje na wyniki testów. W Nowym Mieście nad Pilicą przy pomocy m.in. żołnierzy WOT trzeba było ewakuować cały szpital, wielu jego pacjentów trafiło do szpitali jednoimiennych. Tam źródłem zakażenia również była pacjentka. Z kolei szpital pulmonologiczny w Wolicy objęto kwarantanną po tym, jak leczona tam na zapalenie płuc pacjentka okazała się chora na COVID-19. Pacjentkę przewieziono do odpowiedniej placówki w Poznaniu, gdzie niestety mimo wysiłków lekarzy zmarła.

      W warunkach, w których testów nie starcza dla wszystkich, a kolejki do badania i uzyskania wyników trwają nawet tydzień, lekarze i personel medyczny w każdej placówce są nieustanie narażeni na zakażenie. Wystarczy, że pacjent nie powie całej prawdy podczas wywiadu epidemicznego, wystarczy że ma nietypowe objawy, wystarczy wreszcie, że trafi do szpitala z zapaleniem wyrostka, przechodząc jednocześnie bezobjawowo COVID-19.
      Bardziej boję się o pana

      Pyta pan, czy się boję? Zależy czego. Nie jestem w żadnej z grup ryzyka. Miałabym zdecydowanie najwięcej szans na bezobjawowy lub bardzo łagodny przebieg choroby. Statystycznie śmierć mi w zasadzie nie grozi. Ale moja mama już jest w grupie ryzyka. Moi pacjenci też. I o nich już jak najbardziej się boję. Tak samo jak o pana. A wie pan dlaczego?

      Raczej się domyślam, ale i tak proszę o wyjaśnienie.
      - Otóż, gdybym się zaraziła, nasz oddział natychmiast zostałby zamknięty – w najlepszym razie na 14-dniową kwarantannę, gdyby okazało się, że jakimś cudem skończyło się tylko na mnie. To ponad czterdzieści łóżek, łącznie kilkanaście osób personelu. Przez te czternaście dni moglibyśmy pomóc jakiejś setce pacjentów – lekko licząc, bo równie dobrze mogłoby to
      • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 28.03.20, 21:01
        równie dobrze mogłoby to być i ponad 150 osób. Ja z kolei byłabym poza grą przez jakiś miesiąc. Jestem urolożką i nefrolożką, mogłabym być w pełnej zgodzie z własną specjalizacją być potrzebna również na – jak to określacie w mediach – pierwszej linii frontu, bo część pacjentów z koronawirusem w stanach ciężkich doświadcza uszkodzeń nerek. Ale na tym nie koniec. Przecież zakaźnictwo to relatywnie rzadka specjalizacja. Od pewnej liczby chorych będzie ich po prostu za mało a do bezpośredniej walki z epidemią potrzebni będą lekarze innych specjalizacji, mobilizowani niczym na front. Tymczasem zakażonego lekarza nikt do niczego nie zmobilizuje. – tłumaczy lekarka.

        To wszystko prawda. Możliwość kierowania lekarzy do określonego rodzaju pracy dopuszcza i specustawa o epidemii i regulacje stanu zagrożenia epidemicznego i stanu epidemii. Z kolei aktywnych zawodowo lekarzy zakaźników jest w Polsce nieco mniej niż tysiąc. Dotąd mimo wszystko względnie odpowiadało to codziennym realnym potrzebom. W obliczu epidemii to jednak wielokrotnie za mała liczba lekarzy specjalistów, by można było się oprzeć tylko na nich.
        Na front wschodni

        W walce z epidemią w pierwszej kolejności wspierają ich koledzy anestezjolodzy i specjaliści intensywnej terapii z OIOM-ów oraz lekarze medycyny ratunkowej i zabiegowcy. Bardzo potrzebni są również pulmonolodzy – bo jednym z najcięższych powikłań COVID-19 o możliwym śmiertelnym przebiegu jest obustronne śródmiąższowe zapalenie płuc, wtedy specjaliści od ciężkich chorób układu oddechowego mogą najbardziej pomóc.

        W konsultacjach części stanów ciężkich z kolei pojawia się pole między innymi dla kardiologów, nefrologów oraz lekarzy kilku rożnych specjalności zaprawionych w bojach z sepsą – ona również bywa przecież jedną z bezpośrednich przyczyn zgonów pacjentów z COVID-19. Zgodnie z prawem o stanie epidemii wszyscy ci lekarze mogą dziś dostać nakazy stawienia się w szpitalach jednoimiennych czy na oddziałach zakaźnych od wojewody. I dostają je. Wojewoda mazowiecki wydał już ich sporo, by zapewnić funkcjonowanie nieszczęsnego szpitala w Grójcu, część lekarzy tak bardzo obawiała się wylądowania w placówce, w której kadra zarządzająca popełniła tyle błędów, że po prostu zignorowała pisma od wojewody. Część jednak udała się na ów front wschodni.

        Polski system ochrony zdrowia osiągnąłby próg swojej wydolności mniej więcej wtedy, gdyby liczba pacjentów wymagających intensywnej terapii z powodu COVID-19 oscylowała gdzieś między jednym a dwoma tysiącami. Na tyle bowiem możemy szacować obecną realną dostępność miejsc z dostępem do urządzeń wspomagających oddech. W całym systemie jest oczywiście więcej – niespełna 8 tysięcy (nie licząc respiratorów z karetek, które uporczywie dolicza do ogólnej liczby resort zdrowia) – ale większość z nich jest stale w użyciu z powodu innych niż COVID-19 chorób.

        Spłaszczanie krzywej zachorowań, by nie doprowadzić do załamania systemu, to w tym momencie nasze być albo nie być w naszej wojnie z wirusem. Prowadzimy ją jednak metodami partyzanckimi, w w realiach, w których lekarzom i personelowi medycznemu pozostała rola zdanych na samych siebie żołnierzy wyklętych.

        źródło Polska
            • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 29.03.20, 10:40
              CHCECIE WIDZIEĆ DLACZEGO ZABRONILI LEKARZOM MÓWIĆ?
              TO CZYTAJCIE:
              "Dzisiaj za własne pieniądze kupiłem 130 płaszczy przeciwdeszczowych, 2,5 m kw. tkaniny filtracyjnej na prowizoryczne maski, trzy kombinezony, dwa opakowania rękawiczek”. „Robimy zrzutki na oddziałach na środki do dezynfekcji”. „U mnie w oddziale psychiatrii dziecięcej brak środka dezynfekcyjnego”. Piszą w sieci lekarze. Pan też sobie szyje maseczki, kupuje rękawiczki?
              Też złożyłem zamówienie na kombinezon, bo nie wiadomo, czy wkrótce nie zostanę skierowany do pracy przy zwalczaniu epidemii. Nie będę liczył na państwo, które da mi jeden egzemplarz na 12 lub 24 godziny dyżuru. W Bydgoszczy jest pewna firma krawiecka, która skupiła się teraz na szyciu kombinezonów. Sprzedaje je po niskiej cenie. Moi koledzy sami szyją sobie maseczki, wykorzystują do tego różne materiały, inni drukują przyłbice na drukarce 3D. To obraz głębokiego smutku i niemocy.
              Lekarz z Bydgoszczy: W walce z wirusem służymy za mięso armatnie...

              Z netu
              • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 29.03.20, 10:45
                DŁUGI TYDZIEŃ W PIEKLE CZYLI W POLSCE

                Piątek: Rano przywożę matkę z warszawskiego szpitala-widmo na ul. Banacha, gdzie miała „prosty zabieg” bronchoskopii w związku z komplikacjami choroby nowotworowej. W szpitalu wybuchła epidemia, lekarze jednak nie używali maseczek. Dowiaduję się za to, że pomimo jej zerowej odporności kazano jej długo czekać w Izbie Przyjęć oraz przechodzić przez salę z brudną pościelą. Po powrocie do domu dostaje wysokiej gorączki. Myślimy, że to może być reakcja organizmu po zabiegu, choć wzbudza to w nas niepokój.
                Sobota: Matka rano ma 40 stopni. Dochodzi uporczywy kaszel. Próbuję dodzwonić się do przychodni, nikt nie odbiera. Pojawia się we mnie myśl, że należałoby sprawdzić, czy nie zarażono jej koronawirusem. Wydzwaniam też do Wojewódzkiej Stacji Epidemiologicznej, również bez skutku. Telefoniczny konsultant Narodowego Funduszu Zdrowia twierdzi, że należy uderzać do WSE lub do szpitala zakaźnego. Dzwonię więc na Wolską, nikt nie odbiera. Próbujemy zbić temperaturę paracetamolem. Obniża się o kilka stopni by po kilku godzinach rosnąć do 40. Kaszel się nasila.
                Niedziela: Matka rano ma 40,5 stopni. Dzwonimy na pogotowie. Dowiadujemy się byśmy „nie blokowali linii”, ponieważ „jak ktoś ma białaczkę i chłoniaka, to nie jest powód dla wzywania pogotowia, zajmujemy się tylko koronawirusem”. Przychodnia milczy. Instytut Hematologii, w którym przechodziła chemioterapię, również milczy. Lekarz kontaktowy z Banacha jako jedyny odbiera telefon. Mówi, że bardzo mu przykro, ale system jest niewydolny i dopóki u matki nie wykluczą koronawirusa, nie przyjmą jej do Instytutu Hematologii. Sugeruje jak najszybsze wezwanie karetki do zakaźnego, ponieważ przejazd samochodem wiąże się z dłuższą ścieżką oczekiwania, której może nie przeżyć. Ponieważ na Wolskiej ani Wołoskiej nikt nie odbiera, piszę mail do Wojewódzkiej Stacji Epidemiologicznej. Matka kaszle i ledwie łapie oddech.
                Poniedziałek: Matka niknie w oczach. Raz jeszcze dzwonię na pogotowie i mówię o dusznościach. Bardzo niechętnie, ale przyjmują zlecenie. Przyjeżdża wóz pancerny. Ratownicy ubrani w potrójne mundury najpierw rozmawiają ze mną przez megafon, potem opieprzają za to, że mój 95-letni ojciec i zatrudniona opiekunka nie noszą maseczek, w końcu zaś po bardzo niemiłej rozmowie zabierają matkę do szpitala na Szaserów, gdzie robią jej test na koronawirusa. Po półtoragodzinnym oczekiwaniu na powrotny transport medyczny, wraca do domu. Temperatura rośnie do 41 stopni, a mnie gotuje się krew i pęka serce.
                Wtorek: Czekamy na wyniki testu, które obiecano nam przedstawić w ciągu jednego lub dwóch dni. W międzyczasie dodzwaniam się do lekarza rodzinnego i proszę o jakąkolwiek pomoc, ponieważ matka tak koszmarnie się czuje, że może nie doczekać wyników badań. Słyszę, że nie może narażać swojego zdrowia oraz innych pacjentów, a poza tym to, wbrew temu co mówią w telewizji, nie jest zobowiązana do całodobowego dyżuru pod telefonem, tylko pracuje do 14. W radiu słyszę głos kogoś z rządu o wielkich sukcesach w walce z epidemią oraz o tym, że warto być cierpliwym, ponieważ „cierpliwość to dobro”. Jestem zły, jestem wściekły, jestem wkurwiony. Patrzę na zegar, jak klik, klik, minuta po minucie ucieka życie, nie dzwoni nikt z wynikami testu. Nie mam już serca rozmawiać ze „służbą” zdrowia. Telefon chwyta Samuela. Dzwoni od instytucji do instytucji, od lekarza do lekarza. Słyszymy dziesiątki pustych słów o procedurach, niemocy, wyższej konieczności. Zapisujemy kolejne numery telefoniczne. Nie sposób dociec, gdzie można otrzymać wyniki testu.
                Środa: Nad ranem dzwoni pani z WSE. Trzy dni od zgłoszenia. Prosi o nasze dane i mówi, że zostaniemy objęci kwarantanną. Pytam, czy mogą nam dostarczyć jakąś pomoc? Słyszę, że oni nie są od tego. Dziękuję pięknie za rozmowę. Kolejne telefony. Kolejne puste słowa. Zbywanie, ignorowanie, zabawa w gorący kartofel. Opiekunka rodziców ucieka na Ukrainę. Matka już niemal kona.
                Czwartek: Ostatecznie udaje się nam dodzwonić na Oddział Dermatologii szpitala na Szaserów przerobiony na punkt badań zakaźnych. Słyszymy, że matka nie ma wirusa. Możemy więc działać dalej. Tylko że nikt nie odbiera telefonów. A matka niknie. W końcu dodzwaniamy się do Instytutu Hematologii. Jeśli otrzymamy potwierdzenie na piśmie, że matka nie ma wirusa, przyjmą ją do siebie… w poniedziałek. Czy was do reszty porąbało, przecież moja matka może nie dożyć poniedziałku? Nasze argumenty zostają wysłuchane. Po dość trudnej rozmowie ze szpitalem na Szaserów i tekstach o procedurach, wyższej konieczności i niemocy, okazuje się, że jednak można wydrukować dany dokument i ktoś może go podpisać. W szpitalu nie ma skanera, więc jedziemy i odbieramy go sami.
                Piątek: Matka na w pół przytomna trafia do Instytutu Hematologii. Muszę zawieźć ją sam, gdyż karetka mogłaby ją zawieźć tylko do najbliższego szpitala. W drodze, co kilka minut, spoglądam na nią, czy jeszcze oddycha. Przetaczają jej krew. Podłączają pod aparat tlenowy. Trzymają na pustym oddziale. Robią kolejny test na obecność wirusa.

                Z netu

                Co za niewdzięczne żydolewactwo szkalujące rzond Wolski!
                    • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 29.03.20, 11:09
                      Kochani.
                      Wszystko wskazuje na to, ze nasze okręty płyną we mgle informacyjnej. Obawy o to ze mamy głębokie niedoszacowanie osób chorych na Covid w Polsce są w pelni uzasadnione. Rzetelne raportowanie wszystkich przypadków jest utrudnione i daleki jestem od spiskowych teorii - bardziej chodzi o fatalne przygotowanie systemu do nadciągającego sztormu .
                      Wszyscy znani mi zdroworozsądkowo myślący lekarze nie maja wątpliwości, że czaka nas BARDZO TRUDNY CZAS.

                      Za około 7-10dni najprawdopodobniej - wzorem innych krajów zobaczymy gwałtowny przyrost zachorowań i zgonów i tego juz nie będzie się dało ukryć.

                      Co możemy robić? To co dotąd - siedzieć w domach, wyjście na spacer z rodziną tylko samochodem i daleko od ludzi. Ci co mieszkają w domkach mają łatwiej ale blokersi MUSZA założyć, że Covid czeka na Was na klatkach schodowych a szczególnie w windach. Każde wyjście z bloku przy braku odpowiedniego zabezpieczenia i odruchów nie dotykania niczego dłońmi i palcami - jest realnym zagrożeniem. Po wyjściu z windy od razu odkaźcie dłonie zanim czegokolwiek dotkniecie.

                      Jeśli musicie wyjść lub nie wytrzymujecie juz w domu to ZAPLANUJCIE WYJŚCIE ale ZAPLANUJCIE całą drogę krok po kroku JAK SAPER NA POLU MINOWYM. Stosujcie maseczki i okulary i rekawiczki. Pilnujcie dzieci żeby niczego nie dotykały na klatkach i w windach. Odkażajcie im dłonie po wyjściu z windy.

                      Na zewnątrz, na wolnym powietrzu - jesteście bezpieczni ale tylko z dala od ludzi. Noście maseczki nawet jeśli jesteście zdrowi / bezobjawowi.

                      Co jeszcze mozecie zrobic? :

                      Ano nie liczyć na CUD ze może się uda - tylko rzetelnie PRZYGOTOWAĆ WASZE CIALA NA UDERZENIE CHOROBY.

                      Organizm wypoczęty, dobrze nawodniony, wyspany, prawidłowo odżywiony, z prawidlowym poziomem witamin i elektrolitow oraz z WYROWNANYMI CHOROBAMI towarzyszacymi - zniesie chorobe ZDECYDOWANIE lepiej i pozbiera się nawet z ciężkiego zapalenia płuc.

                      A zatem

                      PAMIETAJ O PRAWIDLOWYM NAWODNIENIU ORGANIZMU WYPIJAJ OKOLO 10-12-15 szklanek wody na dobę - unikaj zimnej i gorącej wody, pij przyjemnie cieplą wode.

                      POLICZ DOKŁADNIE JAKIE JEST TWOJE ZAPOTRZEBOWANIE DOBOWE NA WODE za pomocą internetowych kalkulatorów.

                      Zabezpiecz sie w leki przeciwgorączkowe i przeciwzapalne ale nie wykupuj calej apteki kup po max 2 opakowania tabletek - apteki beda czynne.

                      Uzupelniaj witaminy w diecie - jedz umyte i sparzone warzywa (nie gotowane) oraz owoce najlepiej cytrusy i kiwi (uwazaj na cukier w owocach).

                      Uzupełnij witaminę D

                      Przyjmuj regularnie probiotyki naturalne - kefiry jogurty zsiadle mleko, kiszonki

                      Zrezygnuj teraz zupełnie na 3-4 tyg alkoholu (max mala lampka wina do obiadu) żeby nie powodować odwodnienia organizmu. Bezwzględnie unikaj teraz upojenia alkoholowego. Kac to skutek zatrucia alkoholem - to stan odwodnienia, zaburzenia elektrolitowe, ryzyko zawalu i udaru oraz zakrzepicy, obniżenie odporności

                      Zrezygnuj teraz zupełne papierosów (wirus atakuje PLUCA) jeśli musisz palić to zredukuj do 2-3 papierosow typu elektronicznego i bez substancji smolistych

                      Ogranicz teraz płyny zawierające kofeinę kawę i mocną herbatę do 1dziennie - kofeina ,teina i guaranina to jak ostatnio udowodniono - chemicznie ta sama substancja (kofeina nalezaca do metyloksantyn która stymuluje wydzielanie wazopresyny a ta powoduje zwiększona utrate wody (odwodnienie ).

                      Jeśli pijesz dużo mocnej kawy i herbaty to uzupelnij koniecznie potas i magnez

                      Codziennie wykonuj proste ćwiczenia ogólnokondycyjne przez 5-7-10minut. Najlepiej doradź się trenera z siłowni - chłopaki teraz nie maja z czego żyć, poproś o konsultacje na skype.

                      W najbliższych 8 tyg tygodniach unikaj przemęczenia fizycznego i psychicznego.

                      Pracuj w dzień w nocy spij. Spij ok 8 godzin dziennie przy tym bardzo ważne ZEBY sen obejmowal na pewno godziny 23.00 a 3.00. Brak snu w tych godzinach może mieć związek ze zwiększonym ryzykiem nadciśnienia tętniczego i związanego z tym, zawalu i udaru. Udowodniono również zwiększoną częstość zachorowań na raka piersi u kobiet wykonujących pracę zmianową - więc praca nocna najprawdopodobniej ma niekorzystny wpływ odporność.

                      Przygotuj swoje ciało na uderzenie choroby najlepiej jak możesz

                      Pamietaj ze ucisk w klatce piersiowej może mieć związek ze stresem ale także z chorym sercem i pamietaj z w COVID19 jest późnym a nie pierwszym objawem. Zachowaj spokoj. Dusznosc ktora ustepuje po zmienie pozycji jest najpewniej zwiazana z dyskopatia kregoslupa i napieciem miesni klatki

                      ZAWCZASU NAUCZ SIE SKUTECZNYCH TECHNIK RELAKSACYJNYCH - żebyś umiał/a się samodzielnie uspokoić kiedy zrobi się nerowowo. Jeśli leczysz się na nerwice lub depresje zabezpiecz się w leki i badz w kontakcie online swoim psychologiem/terapeutą. Skontaktuj się z nim i poproś o spotkania via skype/messenger itd.

                      Przygotuj w domu prostą DMUCHAWKE do ćwiczeń oddechowych w razie zapalenia płuc. Najprostsza dmuchawka to 1l butelka pet po wodzie mineralnej. Butelke napełnić do 3/4, zakręcić. W nakrętce zrobić dziurkę która w miarę szczelnie obejmie rurkę - w razie zapalenia płuc wykonujcie ćwiczenia oddechowe okolo 10 wydechow do rurki co godzine. Dla osoby zdrowej to bardzo męczące a co dopiero dla chorej. Ale im szybciej się nauczycie tym lepiej dla was. Nauczcie tego osoby starsze i wytlumaczcie po co to (ZEBY ROZPRĘZAC PLUCA.

                      Nie dla wszystkich wystarczy miejsca w szpitalach. Szpitale Wojewódzkie maja po 20-30 miejsc OIOMOWYCH podczas gdy może być potrzeba 2000-3000....

                      To oznacza, że przy czarnym scenariuszu co setna osoba potrzebująca będzie miała dostęp do OIOMU dlatego zróbcie wszystko żeby nie zachorować ciężko i reagujcie na objawy.

                      Gaście gorączkę dopiero od 38,6- do 38,5 pozwólcie organizmowi powalczyć w tej temperaturze są najbardziej aktywne układy enzymatyczne w leukocytach. (Wyjątki od tej reguły to anergia - „nigdy nie miewam goraczki” , oraz drgawki goraczkowe w wywiadzie)

                      Pamietajcie o lekach na wasze choroby przewlekle - nie może Wam ich braknąć w trakcie uderzenia choroby.

                      Upewnijcie się, że macie namiar na lekarza, który do Waszych rodziców przyjedzie w razie choroby i podłączy im kroplówkę nawadniającą w domu jeśli nie będzie już miejsc w szpitalach.

                      Kochani wszystko mija nawet najdłuższa zmija. Zadbajcie o siebie i swoich najbliższych. Nie wpadajcie w panikę. Bądźcie przygotowani.

                      Wszystko zacznie sie za około 7-10dni i może potrwać 2-3 miesiące zanim nadejdzie spokój.

                      Musimy się NAUCZYĆ ŻYĆ z Covidem19 za plecami. Nauczyć się nowych nawyków higienicznych. Myć nie tylko ręce ale myć jedzenie i myć nawet zakupy na które ktos mógł nakaszleć!

                      A jednocześnie... trzeba nie popaść w bakteriofobię czyli chorobliwy lęk przed drobnoustrojami.

                      Żeby pokonać wroga trzeba przede wszystkim poznać jego język.

                      Język naszego wroga jest szczególnie trudny bo MEDYCZNY ale ma plusy - wszystko na tego temat JEST W INTERNECIE a wielu medyków na swoich profilach stara Wam tlumaczyć medycznego na polski...

                      Powodzenia kochani i trzymajcie się mocno, bo będzie bujało. Mamy jeszcze około 7-10dni ciszy przed burzą. Przygotujcie Wasze żaglowce i Wasze załogi na ten sztorm. Nie wiemy jak potężny będzie ten sztorm bo płyniemy we mgle informacyjnej - może z wielkiej chmury będzie mały deszcz ale bardziej prawdopodobne, ze oberwiemy wszyscy i to mocno.

                      Dr n. med. Maciej Jędrzejko
                      • wscieklyuklad Re: Na pierwszej linii frontu 29.03.20, 11:16
                        Opowieść jak z piekła rodem
                        Złapała mnie jakaś infekcja. Ból głowy, gardła, kaszel, katar. Normalnie podratowałabym się Gripexem, jakimiś tabletkami do ssania o owocowym smaku czy paracetamolem, ponieważ jednak należę do grupy wysokiego ryzyka, postanowiłam podejść do sprawy bardziej odpowiedzialnie. Chodziło mi nie tylko o samą siebie, ale głównie o moich współtowarzyszy niedoli, którzy wraz ze mną są dializowani, a ich odporność, podobnie jak moja, bardzo kiepska.
                        Najpierw wykonałam więc telefon na infolinię 800 590 190, dowiedziałam się, że jak nie gorączkuję to spokojnie mogę jechać transportem sanitarnym na dializę i przejść cały zabieg, jednak przed wejściem na stację poinformowałam pielęgniarkę o infekcji i się zaczęło. Zostałam natychmiast odseparowana od reszty i karetką, na sygnale przewieziona na SOR szpitala zakaźnego.
                        I tutaj zobaczyłam, jaki to horror. Okazuje się, że od momentu pojawienia się na oddziale do zakończenia całej procedury czyli wejście – wypełnienie ankiety – pobranie krwi i wymazu – zdjęcie rtg – oczekiwanie na wynik – przejście na oddział szpitalny lub oczekiwanie na karetkę, która odwiezie do domu na domową kwarantannę, to kilka a nawet kilkanaście godzin. Rekordzista siedział 25 godzin!! Bez jedzenia i bez picia!!
                        Jedni chorzy posłusznie siedzieli na swoim miejscu, inni ściągali maseczki, bo „im duszno”, łazili w tą i z powrotem, wychodzili na zewnątrz, choć było to surowo zabronione. Tak naprawdę to każdy powód był dobry, by wpaść na SOR i się przebadać. Ktoś tam miał od tygodnia katar, ktoś inny ból głowy, ktoś czuł po prostu, że jego niewielka infekcja to na bank koronawirus. Nikomu personel medyczny nie odmówił przyjęcia. Każdy poddany został testowi na obecność wirusa.
                        Poza nami, w stanie ogólnym dość dobrym, byli jeszcze i ci, których karetka dowoziła pod inne wejście. Na noszach i naprawdę kiepscy. Nie mam pojęcia, ilu ich przywieziono przez te 7 godzin mojego tam siedzenia, ale musiało ich być sporo.
                        No i teraz to, co mnie najbardziej uderzyło, zaszokowało, wręcz zabolało czyli… służba medyczna, zapakowana w kombinezony, z maskami na twarzach. Dwoiła się i troiła, by „przerobić” nas wszystkich. Wymęczona, zlana potem, bo przecież kombinezony nie przepuszczają powietrza, w foliach na stopach, doklejonych do reszty taśmą klejącą. Cierpliwie tłumacząca nam, co i jak, ale widać było, że ci ludzie ciągną ostatkiem sił. Jeden z pielęgniarz przeprosił mnie za ostry ton, ale jak przyznał, jest wykończony, u granic wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Nie daje już rady, bo panuje straszny bajzel, są ogromne braki, a on i jego koledzy lawirują między tym wszystkim, starając się utrzymać poziom i dotrzeć do każdego z pacjentów profesjonalnie, uczciwie, rzetelnie.
                        Rozmawiałam chwilę z jednym z kierowców karetki, która przywozi i odwozi każdego z pacjentów. Część jego kolegów siedzi na L-4 lub urlopach, więc pozostali zasuwają jak mrówki. On miał na liczniku 72 godziny pracy!! 72 godzin za 17 zł brutto za godzinę!! Facet naraża swoje życia za 17zł brutto na godzinę!! Dlaczego sobie nie odpuści? Popatrzył na mnie bezradnie i tylko powiedział, że nie ma wyjścia, że musi, bo jeśli pozostałby w domu, to kto by o nas, pacjentów zadbał?
                        Przyszedł taki moment, że gdybym miała tylko możliwość, to przytargałabym za łeb tych z rządu, co to pieją na prawo i lewo, jak jest dobrze, jak świetnie wszystko działa. Wrzuciłabym ich na SOR, bez maseczek i rękawiczek, by zobaczyli te swoje kłamstwa i manipulację ludźmi. Bo nie jest świetnie! Służba Zdrowia została pozostawiona w tym wszystkim sama sobie. Zero wsparcia ze strony władz! Wszystko na zasadzie, my walimy w naród pięknymi słówkami, a lekarze, pielęgniarki i cały personel medyczny odwali swoją robotę i jakoś to będzie. Pochwali się ich, może coś tam obieca na przyszłość i po problemie. A to, że borykają się oni z brakami podstawowego sprzętu, duszą się w tych kombinezonach, nie mają już sił, nie wyrabiają fizycznie, choć to dopiero początek i apogeum zarazy przed nami, to niewiele tych panów w garniturkach obchodzi. Ci panowie staną przed kamerą, wcisną nam kit, jak jest wspaniale, zrobią współczującą minę, ale tak naprawdę mają w dupie tych, którzy są na pierwszej linii frontu i już padają na twarz, walcząc o nas i zapewnienie nam pewnego poczucia bezpieczeństwa w tym wszystkim. Ilu z nich nie przetrwa psychicznie i fizycznie tego koszmaru? A co po zarazie? Znowu zaproponują naszym dzisiejszym bohaterom, że jak im się coś nie podoba, to niech sobie wyjadą? Nadal nie będą chcieli porozmawiać o godziwych pensjach, poprawie warunków pracy, bo przecież ważniejsza jest kasa na telewizję reżimową i rozdawnictwo zapewniające poparcie społeczne?
                        Wczoraj zobaczyłam snujących się na nogach bohaterów. Wczoraj przekonałam się na własnej skórze jak ta władza kłamie.
                        Ps. Nie mam koronawirusa, to tylko zwykła infekcja
                      • 1agfa Re: Na pierwszej linii frontu 29.03.20, 16:01
                        Bardzo cenne wskazówki, zwłaszcza dla ludzi, którymi prawdopodobnie niewydolne państwo nie zainteresuje się. Lekarze, mimo najlepszej dobrej woli, pomóc im nie zdołają. Są tu "przepisy" ważne dla ludzi pozostających w izolacji, którzy będą musieli sami sobie radzić.
                        Czy byłbyś tak uprzejmy, WU, przenieść ten post na oddzielny, samodzielny wątek z odpowiednio wyeksponowanym tytułem (wielkie litery?), aby tam pozostał jako instrukcja do prędkiego odnalezienia?
                        Inaczej utonie wśród innych postów, a jest nad wyraz potrzebny dzięki precyzyjnej formie przekazu.

                        forum.gazeta.pl/forum/w,92813,169653964,169653964,Na_pierwszej_linii_frontu.html?p=169655859
                        --
                        Trzeba czynić wszystko, by Polska była tym, czym jest dziś Turcja. O niej mówi się, że to poważne państwo.(...) Ten rodzaj wielkości jest do zdobycia. To wymaga najpierw zmiany władzy, a potem przebudowy polskich elit. I to we wszystkich dziedzinach. JK
                        • 1agfa Re: Na pierwszej linii frontu 30.03.20, 01:54
                          lekarski.blog.polityka.pl/2020/03/28/covid-19-w-polsce-cenzura-i-ograniczenia-pracy-lekarzy-potencjalnie-mordercze-mieszanie-medycyny-z-polityka/

                          Ciekawe czy w osobie Szumowskiego górę weźmie lekarz, czy polityk jakim został.
                          Kiedy się to stanie i dlaczego. Czy zwycięży przysięga Hipokratesa, czy względy na ogólną postawę rządową; przecież do tego rządu przystał znając jego "styl" postępowania i cele tak bliskie jak dalsze, oraz znając osobę zarządzającego rządem, osobę o nieodpartych ciągotach autorytarnych.
                          Jego ministerialne decyzje, zakładając że będzie zdolny zdobyć się na decyzje samodzielne (mogłyby nie być zgodne z linią partii i co jeszcze ważniejsze Najdroższego Posła Wszech Czasów, rzecz niebywała!), mogą być może ważyć i decydować o losach naszego społeczeństwa, dosłownie: o losach - zdrowiu i życiu - teraz i w najbliższej, a także nieco dalszej przyszłości.
                          Fakty nakazu cenzury, karkołomne decyzje o ograniczaniu miejsc pracy lekarzy (których tak dotkliwie brakuje i pracują ponad siły - bo muszą, z konieczności systemowej) wskazują, że na tę chwilę polityk bierze górę, o ile już tej cienkiej czerwonej linii nie przekroczył.
                          Postawa wobec przepychanej na siłę, wbrew zdrowemu rozumowi, wbrew wskazaniom wszelakich autorytetów decyzji o wyborach, decyzji o egzaminach ósmoklasistów, decyzji o maturach - wszystko to w dobie pandemii wskaże czy Przysięga jeszcze coś znaczy dla tego ministra.
                          Ministra Zdrowia, jakby nie było.



                          --
                          Musicie baczyć aby nie wyzyskiwali Waszej wiary ci, co Boga i Ojczyznę mają wciąż na ustach, ale sam fałsz i obłudę w duszy, co dla swoich prywatnych celów gotowi są nadużyć Kościoła i ambony. Wincenty Witos
                          • 1agfa Re: Na pierwszej linii frontu 30.03.20, 02:42
                            Warszawska stacja dializ unieruchomiona. Jak jest ważna i potrzebna - wiadomo.
                            Chora pracownica stacji.

                            TESTY, TESTY, TESTY (WHO)

                            "....Dziś wykryto #koronawirus u pracownicy stacji dializ w Miasto Stołeczne Warszawa. Rząd musi jak najszybciej zapewnić testy pracownikom służby zdrowia! Bez testów jesteśmy zmuszeni wysłać dziś pielęgniarki i lekarzy na kwarantannę, a stacja przestaje działać. Apeluję o natychmiastowe działania – sytuacja staje się dramatyczna! ..."
                            (strona prezydenta Warszawy).

                            TESTY, TESTY, TESTY (WHO)



                            --
                            Musicie baczyć aby nie wyzyskiwali Waszej wiary ci, co Boga i Ojczyznę mają wciąż na ustach, ale sam fałsz i obłudę w duszy, co dla swoich prywatnych celów gotowi są nadużyć Kościoła i ambony. Wincenty Witos

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka