Dodaj do ulubionych

Uwe a Wili

05.08.04, 19:03
je to myjglich coby te dwa karlusy niy szkryfnyli jeszcze nic ciekawego?

je to myjglich ize we Dziynniku Zachodnim odnich szkryflanie bouo lepsze?

narazie godom ja:

miasta.gazeta.pl/katowice/0,35068,921213.html
Obserwuj wątek
    • laband Warszawske elyty 12.08.04, 21:21
      No i doczekouch sie i niy zawiod. Kutz nareszcie juzas zdobou sie na konsek
      prowdy.

      Sprawy "chamów"




      Kazimierz Kutz 12-08-2004 , ostatnia aktualizacja 12-08-2004 16:28

      Górny Śląsk przez swój "chamski" charakter nigdy nie był i nie jest poważany
      przez polskie "dobre towarzystwo"

      czytaj dalej »
      r e k l a m a





      W ostatnim "Tygodniku Powszechnym", niejako na styku wielkich obchodów 60.
      rocznicy Powstania Warszawskiego, pojawił się artykuł prof. Jana Tomasza
      Grossa "Niepamięć zbiorowa", autora znanej książki o pogromie Żydów w
      Jedwabnem - "Sąsiedzi", która wywołała ogromne poruszenie i wielką debatę
      publiczną.

      Samo życie przedwojennej Polski

      W ogłoszonym artykule Gross stawia pytanie: dlaczego mord na jedwabieńskich
      Żydach i podobne mu tragiczne wydarzenia nie znalazły miejsca w pamięci
      zbiorowej społeczeństwa polskiego? Cytuję: "Przywódcy Państwa Podziemnego
      wiedzieli o zbrodniach dokonywanych przez Polaków na Żydach latem 1941 r.
      Dlaczego nie bili na alarm? Czy dlatego, że losy "Chamów" i "Żydów" były
      ówczesnej elicie obojętne?". Tego "przeoczenia" nie da się wytłumaczyć ani
      ignorancją, ani złą wolą podziemnych władz.

      Profesor Gross stawia bardzo ciekawą tezę i udowadnia, że przyczyn
      tej "wybiórczej ślepoty należy upatrywać w zhierarchizowanej, postfeudalnej
      strukturze polskiego społeczeństwa". "Dystans klasowy, pogarda dla tego, kto
      stał niżej w hierarchii społecznej, to w przedwojennej Polsce był nie
      tylko "Gombrowicz", ale samo życie. Idąc tym tropem, możemy sobie wyobrazić, że
      wymordowanie Żydów przez ludność chłopską i mieszkańców małych miasteczek -
      zdarzenie rozgrywające się pośród dołów społecznych - umknęło z pola widzenia
      wyższych warstw ziemiańsko-urzędniczych i inteligencji, które najprzód robiły
      podziemie, a potem pisały historię".

      Bo "tam, gdzie szło o honor, imponderabilia, racje stanu, Ojczyznę
      wreszcie, "Chamy" i "Żydy" nie miały nic do dodania". "O zbrodni popełnianej na
      Żydach przez "lud" nie wiedzieliśmy prawdopodobnie dlatego, że rozróby
      wśród "chamstwa" nie są dla ludzi z "lepszego towarzystwa" nazbyt interesujące.
      Nikt na temat nie kłamał ani niczego specjalnie nie ukrywał, bo nie było po
      co".

      Tekst J.T. Grossa jest fragmentem pracy zbiorowej pt. "Świat niepożegnany" ,
      która ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej RYTM i Instytutu Studiów
      Politycznych PAN, a redakcja TP zapowiada dyskusję nad tezami Grossa, z
      udziałem wybitnych intelektualistów.

      Pogarda skleja towarzystwo

      Dla mnie, "chama" z Górnego Śląska, tezy profesora wydają się być bardzo
      trafne. Stosowane są na Górnym Śląsku, jak długo on przy Polsce. I nadal
      doświadczamy ich na własnej skórze. Bo Śląskiem zawsze rządziło "dobre
      towarzystwo" , tyle że to przedwojenne - o którym pisze Gross - spod znaku
      Michała Grażyńskiego i jego sanacyjnej sitwy, po wojnie wymieniło się na sitwę
      komunistów rodem z Zagłębia, takich jak Zawadzki, Gierek czy Grudzień. Dziś
      Śląskiem rządzi sojusz sitw obydwu; połączyła ich magiczna dłoń wolnego rynku,
      czyli lewe interesy i szmal, które "wylicytowali" na przekształceniach
      gospodarki państwowej w prywatną. I władza. Tak, to pogarda dla tych, co na
      dole, czyli "lud", skleja to towarzystwo. "Ludem" są chłopi, robotnicy, Żydzi
      albo Ślązacy.

      Widać to było od pierwszej chwili śląskich starań - w traktowaniu powstań
      śląskich przez Józefa Piłsudskiego, osoby Wojciecha Korfantego czy traktowaniu
      przed wojną Ślązaków jak Indian.

      Milczenie o "chamach"

      W czasach dzisiejszych nie jest wcale inaczej, co uwidoczniło się przy okazji
      jednoczenia się największych śląskich organizacji w jedną - Jedność
      Górnośląską. Śląska prasa (poza GW), radio i TV całkowicie przemilczały tę
      sprawę. Zbojkotowały ją. W państwie demokratycznym, za które uchodzimy, fakt
      ten należy uznać za skandal. Ale stało się tak dlatego, bo media znajdują się w
      rękach dzisiejszego "dobrego towarzystwa". Mamy tu przykład drastycznej pogardy
      odziedziczonej i utrwalonej, ale i jawnej pychy z poczucia bezkarności. Dla
      nich Jedność Górnośląska to niezbyt interesująca - jak by powiedział J.T.
      Gross - przepychanka śląskiego "chamstwa". Choć dotyczy połowy obywateli
      województwa. "Nic, tylko w mordę lać" - powiedziałby cham prawdziwy, ale to
      wcale nie znaczyłoby, że myśli nieprawidłowo.

      I przystąpiono do kontrakcji. Ledwo co powstała Jedność Górnośląska została
      popsuta przez pieczeniarzy będących przy władzy; przez naszych
      współczesnych "Volksdeutschów" na usługach "dobrego towarzystwa". Ale to wcale
      nie znaczy, że rzecz ujdzie im płazem. "Chamstwo" śląskie zorganizuje się tak i
      tak, i weźmie się za "dobre towarzystwo". Już czas najwyższy, by wziąć odwet.
      Najlepszą okazją - na początek - będzie możliwość wykorzystania swojej karty
      wyborczej, czyli nieoddawania głosów na ludzi z "dobrego towarzystwa". Taką
      listę jest łatwo sporządzić, wszak ogranicza się do 37 kandydatów na wolne
      miejsca w Senacie. Już nieraz swoje kryteria ogłaszałem. Za pięć tygodni będzie
      więc okazja wysiudania kolesiów z "dobrego towarzystwa" z senackich
      aspiracji. "Chamy" muszą się tylko chcieć obudzić i wrzucić do urny kartkę z
      właściwym nazwiskiem. I nic więcej!

      Z urzędowej łaski

      W Warszawie odbyły się wielkie obchody 60. rocznicy Powstania Warszawskiego,
      czyli "ostatniej odsłony romantycznego misterium". Obrzędy trwały trzy dni w
      wielu miejscach stolicy, przy powszechnym udziale społeczeństwa. Wspaniałe
      uroczystości. Na placu Powstańców odbył się niezapomniany koncert.

      Słuchałem mowy naszego Prezydenta, Kanclerza Niemiec, gościa ze Stanów
      Zjednoczonych, a zwłaszcza Władysława Bartoszewskiego, i przypomniałem sobie
      nie tak dawne obchody z okazji 80. rocznicy przyłączenia Górnego Śląska do
      Polski.

      Co za różnica w traktowaniu, skali i wydanych pieniądzach! Warszawska
      uroczystość była wielkim świętem "dobrego towarzystwa", mieszkańców Warszawy i
      weteranów powstania z całego świata. Obchody związane z rocznicami śląskimi od
      15 lat zawsze były zdawkowe i z musu; drugorzędne, bo robione z urzędowej
      łaski "dobrego towarzystwa" dla "chamów". I bez udziału społeczeństwa, które
      nie było na nie zapraszane. Co innego, gdy lokalni bonzowie startują do władzy.
      Wtedy nawet święci bywają wprzęgani w ich rydwany, w obecności siedmiu kamer i
      z widokiem na całą Polskę.

      Wstyd powiedzieć mi o tym głośno, ale tragedia na kopalni Wujek także
      traktowana jest jak wydarzenie pomiędzy "chamami". Doświadczyłem tego
      najdobitniej przy realizacji filmu "Śmierć jak kromka chleba". Nikomu (poza
      zainteresowanymi osobiście) nie zależało, aby ten film powstał,
      nawet "Solidarności". Gdziekolwiek pukałem, wyczuwało się wzgardę. Dlatego
      zorganizował się społeczny komitet, by ten film zrobić. Rodził się w
      katorżniczych warunkach, w znacznym stopniu w "czynie społecznym". Gdyby nie
      Kazimierz Dejmek, ówczesny minister kultury z SLD, zwoje taśm leżałyby odłogiem
      do dziś. Film jeszcze nie powstał, a już pisano o nim źle. Do dziś jestem
      pytany o przyczyny takiego stosunku do "Kromki chleba". Długo nie potrafiłem
      znaleźć na to pytanie odpowiedzi. Dziś już wiem, że nie chodziło o film, a o
      górników z kopalni Wujek. Rzecz leży właśnie w mentalności "zhierarchizowanej,
      postfeudalnej strukturze polskiego społeczeństwa" - jak by powiedział Gross - w
      którym "tam, gdzie szło o honor, imponderabilia, rację stanu, Ojczyznę
      wreszcie" "chamy" nie powinni zabierać głosu, bo w tej konkurencji nie mają nic
      do dodania. To są cymesy zarezerwowane dla "lepszego towarzystwa". Patent na
      polskie bohaterstwo został dawno przyznany - co najmniej pod koniec XVIII
      wieku.

      Marny odcisk w zbiorowej pamięci

      Zresztą pogardy dla "chamów" specjalnie się u nas nie skrywa, co widać choćby
      po skutkach barbarzyńskiej "restrukturyzacji górnictwa" czy w najniższym
      dotowaniu środków na kulturę (w prz
      • laband Re: Warszawske elyty 12.08.04, 21:26
        Marny odcisk w zbiorowej pamięci

        Zresztą pogardy dla "chamów" specjalnie się u nas nie skrywa, co widać choćby
        po skutkach barbarzyńskiej "restrukturyzacji górnictwa" czy w najniższym
        dotowaniu środków na kulturę (w przeliczeniu na głowę mieszkańca) przez całe
        powojenne dziesięciolecia, do dziś. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
        Najdobitniej określił swój stosunek do śląskich "chamów" wykwintny
        przedstawiciel "lepszego towarzystwa" z błękitnym rodowodem, Janusz Korwin-
        Mikke. Nie tak dawno temu w telewizji określił górników protestujących w
        Warszawie mianem "bandytów z kilofami" i domagał się strzelania do nich z
        ostrej amunicji. Jego zdaniem "chamy"- jak asfalt - powinny trzymać się swojego
        miejsca.

        Oto dlaczego Górny Śląsk tak marnie odciska się w zbiorowej pamięci Polaków -
        przez swój "chamski" charakter nigdy nie był i nie jest poważany. A może
        znacznie gorzej.
        • bartllomiej Re: Warszawske elyty 12.08.04, 21:49
          jakie chamy zastanowcie sie.
          • laband Re: Warszawske elyty 12.08.04, 21:56
            My wos na Slonsk niy prosili.

            A tak po prowdzie - Kutz w tym artiklu wyraziou to co kozdy z nos czuje i
            mysli.
            • Gość: elversko koontra Re: Warszawske elyty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.08.04, 22:24
              Jeszczy kwilka, a i s' Nih soroonia zrobjoom!
              Ze Synatora RP?!

              Zaczoon'c' trza niy puacic' podatkoow!

              Hjyrarhijo stanie sie plaskato.
            • arnold7 Re: Warszawske elyty 12.08.04, 23:20
              laband napisał:

              > My wos na Slonsk niy prosili.
              >
              > A tak po prowdzie - Kutz w tym artiklu wyraziou to co kozdy z nos czuje i
              > mysli.

              I s tego sie to bjere:
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=8985064

              • Gość: Ramon Re: "Szlachta" IP: *.kdvz.de / *.kdvz-hellweg-sauerland.de 13.08.04, 07:43
                Tak Panie tylko szlachcic potrafi!
                Uobejzi sie jeno forum Katowice tam siedza ci "schlachcice" i z pogardom na
                slonzoukow spoglondajom.
    • laband Re: Uwe a Wili 29.08.04, 19:54
      Staropolski ugór




      Kazimierz Kutz 27-08-2004 , ostatnia aktualizacja 27-08-2004 13:22



      Miejscowi geodeci od patriotyzmu śląskiego w swoich sentymentalnych bojach o
      sztywne granice pomiędzy pojęciami "powstania śląskie" a "wojna domowa" gotowi
      są jeszcze przez następnych 50 lat nie wychodzić z okopów III powstania, by nie
      zadać sobie pytania o następstwa powstań śląskich dla Górnego Śląska.
      Mianowicie: co sanacja zrobiła z Górnym Śląskiem przed wojną, co komuniści
      zrobili z nim po wojnie i co mamy teraz?

      Pamięć niepotrzebna

      Oczywiście patrzę na to z nieustannej perspektywy "chama", syna "chama" -
      powstańca, bo śląskie powstania są dziełem poczciwości ludowej i z lepszym
      towarzystwem niewiele mają wspólnego. Pojmowanie powstań jako efektu
      dziewiętnastoletniej sielanki patriotycznej albo rytualno-doktrynalnego
      obowiązku okolicznościowego jest najzwyczajniej jałowym anachronizmem.

      Rzeczywistość jest taka, że pamięć o powstaniach nie jest dziś nikomu
      potrzebna. Oto 14 sierpnia minęła kolejna rocznica wybuchu I powstania (86.!),
      a prawie pies z kulawą nogą o tym nie wspomina. A jest to data o wiele
      ważniejsza, niż się powszechnie wydaje. Korzystam więc z okazji, aby wrócić do
      tragicznej problematyki Górnego Śląska i by choć na miarę felietonu skupić się
      na magicznych sprawach związanych z trzema kluczowymi postaciami tamtych
      czasów: Wojciechem Korfantym, Maksymilianem Iksalem i Romanem Dmowskim. Gdyby
      nie oni, żylibyśmy dziś w zupełnie innej bajce.

      Opuścić Śląsk

      Przebudzenie narodowościowe było reakcją na doktrynę polityczną Ottona von
      Bismarcka zgermanizowania Górnego Śląska. Wojciech Korfanty urodził się właśnie
      wtedy, kiedy wchodziła w fazę realizacji. Jest rok 1873. Ale rzecz o znaczeniu
      kluczowym ma miejsce 22 lata później, 14 sierpnia 1895 roku (to data magiczna,
      bo 24 lata później rozpocznie się I powstanie). W tym dniu Wojciech Korfanty na
      skutek policyjnego donosu, na rok przed maturą, usunięty zostaje z katowickiego
      gimnazjum za uczestnictwo i antyniemieckie przemówienie na zebraniu Towarzystwa
      św. Alojzego w Siemianowicach. Opuszcza swoje rodzinne strony, przenosi się do
      Wielkopolski. Tam kończy szkołę średnią, potem studiuje we Wrocławiu i
      Berlinie. Żyje z korepetycji, poznaje kręgi wielkopolskiego ziemiaństwa, a
      nawet arystokracji (jest korepetytorem młodego Jundziłła), jeździ po Europie, a
      w miesiącach letnich dorabia w kopalni. Włącza się czynnie w działalność
      polskich towarzystw we Wrocławiu i Berlinie. Staje się działaczem narodowym i
      dziennikarzem. Ukształtowany duchowo, wykształcony, wraca do Katowic.
      Rozpoczyna działalność polityczną. W 1903 roku zostaje wybrany na posła do
      parlamentu niemieckiego. Nadszedł czas spełnienia swojej misji dziejowej wobec
      ziemi rodzinnej. Staje na czele przebudzenia. Potwierdza też regułę, że aby coś
      dla Górnego Śląska zrobić, trzeba go najpierw opuścić.

      Motyw rodzinny

      Maksymilian Iksal, lokalny dowódca, wbrew nakazom zwierzchników podejmuje
      decyzję o rozpoczęciu I powstania. Iksal zdaje się być wysłannikiem losu -
      tajemniczym kamykiem, który uruchomi lawinę. Odwaga cywilna, a może brak
      rozwagi 24-letniego mężczyzny, zmieni bieg historii. Jego niesubordynacja ma
      głębokie podłoże osobiste i społeczne. Maksymilian Iksal nienawidził Niemców,
      bo w Wehrmachcie zginęli jego dwaj bracia, a on sam z wojny ledwo uszedł z
      życiem. Aby szukać odwetu, zapisał się do Polskiej Organizacji Wojskowej. Był
      to czas rewolucji w Rosji i w Niemczech, które zradykalizowały śląski
      proletariat, i kiedy komuniści zorganizowali strajk, doszło do masakry górników
      w kopalni Mysłowice, bo wtedy Niemcy o wiele bardziej bali się rewolucji
      społecznej niż rozruchów narodowościowych. Mysłowice w strukturze POW podlegały
      Iksalowi. Jego nienawiść do Niemców - po wydarzeniach mysłowickich - spiętrzyła
      się i potrzeba odwetu okazała się być silniejsza od nakazów zwierzchników. W
      owym czasie (jak to sam Korfanty ocenił w 10. rocznicę I powstania) świadomość
      narodowa Ślązaków nie przekraczała 30 proc. Nie znaczy to, że Iksal jej nie
      miał, ale na podjęciu desperackiej decyzji bardziej zaważyły motywy rodzinne i
      lokalne: do jego tragedii familijnej dodała się bowiem tragedia górników. Był
      to jego spontaniczny akt odwetu na niemieckim terrorze. Nastąpiła detonacja na
      całą Europę. A po niej druga.

      Sygnał ostrzegawczy

      Wielkość I powstania polega na tym, że nadało ono buntom społecznym na Górnym
      Śląsku nominację narodowościową. Od tej chwili te dwa pierwiastki - socjalny i
      narodowy - tworzyły jeden stop, dzięki czemu zmalała rola komunistów na Górnym
      Śląsku. Pierwsze powstanie zrewoltowało świadomość zbiorową Ślązaków. Odtąd
      będą musieli wybierać ojczyznę. I powstanie było także wielkim, zgoła
      szokującym, zaskoczeniem dla Polaków. Na polskich salonach nikt się go nie
      spodziewał. Oczywiście - jak zwykle - z kompletnej niewiedzy, czyli feudalnych
      stereotypów. Ale obudziło się polskie społeczeństwo. Dla Europy powstanie było,
      zwłaszcza dla konferencji pokojowej, sygnałem ostrzegawczym.

      Przy stołach w Paryżu trwały obrady, ale zgodnie z obietnicami liczono, że cały
      Górny Śląsk przypadnie Polsce, zwłaszcza że Piłsudski wykluczał jakiekolwiek
      akcje zbrojne. Ale Niemcy stracili już obrzeża zachodnie, więc ze zdwojoną
      energią walczyli o zachowanie drugiego centrum przemysłowego na wschodzie. W
      gronie aliantów cieszyli się życzliwością Anglików i to dzięki nim - a także
      sztywnemu stanowisku Piłsudskiego - zapadła decyzja o plebiscycie na Śląsku.

      Głupota polityczna

      I stało się coś, co wydaje się nieprawdopodobne, do dziś niewyjaśnione i
      skrzętnie przemilczane. Oto Roman Dmowski, ideolog polskiego nacjonalizmu,
      delegat polskiego rządu na konferencję pokojową w Paryżu, składa propozycję,
      aby do udziału w plebiscycie mieli prawo Ślązacy zamieszkujący poza obrębem
      plebiscytowym! Propozycja została przyjęta i Niemcy mogli z głębi Rzeszy
      przetransportować do urn tysiące swoich i odnieść w plebiscycie zwycięstwo. Tak
      więc przegrany plebiscyt na Górnym Śląsku jest dziełem polskiej dyplomacji!
      Ten "sukces" Romana Dmowskiego to polityczne przestępstwo. Wywołuje ono na
      Śląsku gniew i staje się przyczyną gwałtownego wybuchu III powstania. Miało już
      ono znamiona wojny domowej.

      Do dziś nie ujawniono, kto stał za haniebną propozycją Romana Dmowskiego, ale
      prawdopodobnie głupota "lepszego towarzystwa", która zawsze rządziła Polską.
      Pytam naszych lokalnych geodetów od patriotyzmu: czy w III powstaniu głównym
      przeciwnikiem powstańców nie była aby głupota polityczna polskiego rządu? A
      może była to uzgodniona transakcja z Niemcami? Wszystko jest możliwe. Tak czy
      inaczej mamy do czynienia z ukrytą tragedią, na której osadzone są uczucia
      Polski do Górnego Śląska.

      Może nieco lepiej?

      Reasumując: gdyby Wojciech Korfanty nie poszedł na zebranie Towarzystwa św.
      Alojzego do Siemianowic, gdyby Niemcy nie zabili siedmiu górników w kopalni
      Mysłowice i gdyby Roman Dmowski nie złożył swojej haniebnej propozycji w
      Paryżu, historia Górnego Śląska potoczyłaby się zupełnie inaczej.

      Może nieco lepiej. Ale zawsze jest pora, by podejmować starania o godniejszą
      przyszłość Górnego Śląska.
    • laband Re: Uwe a Wili 10.09.04, 19:13
      Śląska biała plama




      Kazimierz Kutz 10-09-2004 , ostatnia aktualizacja 10-09-2004 13:40



      Powinniśmy być wdzięczni dziennikarzom katowickiej "Gazety Wyborczej" za
      wywołanie dyskusji wokół mitu wieży spadochronowej w parku katowickim.
      Nareszcie miał miejsce spór wokół historii regionalnej, od dawna zaciemnianej i
      zakłamywanej. Historii Górnego Śląska, która dotąd nie została napisana, i nie
      zostanie napisana, póki nie znajdzie się historyk, który zdolny będzie na
      spojrzenie niezależne, uwolnione od doktrynalnych szańców niemieckiego i
      polskiego myślenia nadrzędnością interesu państwowego wobec Górnego Śląska.

      Patriotyzm staroświecki i rzewny

      Górny Śląsk od czasów Bismarcka traktowany jest przez polityków przedmiotowo: z
      chłodem, dystansem i utylitarnie, jak wszystko, co obce. I taki wyrobił się
      standard traktowania Górnego Śląska. Trwa do dziś i nikogo nie dziwi, bo
      utwardził się w świadomości powszechnej jak asfalt.

      Publiczna dyskusja o małym epizodzie ostatniej wojny jest także dlatego cenna i
      ciekawa, bo ujawnia poziom dzisiejszego pojmowania historii Górnego Śląska.
      Jest on staroświecki i rzewny, bo na poziomie przedwojennego, urzędowego
      patriotyzmu Michała Grażyńskiego, jego doktryny politycznej anektowania i
      repolonizowania Górnego Śląska na siłę. I z niej się wywodzi. Ja jestem
      z "korfanciorzy" i mnie ona nie satysfakcjonuje. Bo doktryna Grażyńskiego nie
      odbiegała daleko od praktyk niemieckich. Była rewersem tego samego myślenia i
      podobnego traktowania Ślązaków. Dla Niemców śląski węgiel, huty i tani śląski
      robotnik od połowy XIX wieku nabierały fundamentalnego znaczenia w gospodarce i
      realizacji agresywnej, prowojennej polityki zewnętrznej Niemiec. Z czasem
      interes Rzeszy nakazywał przekabacić Ślązaków na Niemców, co radykalnie
      przyśpieszyło przebudzenie narodowe i w efekcie doprowadziło do powstań.

      Cesarskie cięcie

      Dla Piłsudskiego powstania były wmanewrowaniem go w konflikt z Niemcami i
      związane z tym perypetie międzynarodowe, co burzyło jego plany i stało się
      zawadą w działaniach na Kresach Wschodnich. Kresy zachodnie były mu obce, a
      państwa polskiego nie stać było na wojnę na dwóch odległych frontach.
      Prawdopodobnie te racje legły u podstaw inicjatywy Romana Dmowskiego, który w
      imieniu polskiego rządu złożył na konferencji pokojowej w Paryżu propozycję
      umożliwiającą Niemcom urodzonym na Górnym Śląsku udział w plebiscycie. Był to
      najprostszy sposób zapewnienia Niemcom zwycięstwa i legalnego pozbycia się
      śląskich kłopotów. Dmowski zadowoliłby się tym, co kapnęłoby z paryskiego stołu
      konferencyjnego, a "kapnęło" zaledwie dwoma powiatami wschodnimi: katowickim i
      pszczyńskim. Można przyjąć poszlakę, że był to uzgodniony sposób Piłsudskiego,
      by mieć kłopot z głowy. Istotnie, dyplomatyczny scenariusz Dmowskiego powiódł
      się - Niemcy wygrali plebiscyt - ale skutki przyniósł odwrotne, bo doprowadził
      do gwałtownego wybuchu III powstania. Szeregi powstańcze od pierwszego
      powstania wzrosły czterokrotnie, a w trzecim wynosiły już 40 tys. Górny Śląsk
      wybrał swój los. Nie wiem, jak całą tę sprawę nazwać, ale posiłkując się
      terminologią ginekologiczną, nazwę powrót Górnego Śląska do Polski wymuszeniem
      porodu przez cesarskie cięcie.

      Odstawieni

      Polityka Grażyńskiego po przewrocie majowym, kiedy przejął władzę w Katowicach,
      była kontynuacją stanowiska ujawnionego w Paryżu. Przede wszystkim przystąpił
      do robienia porządków, czyli do rozprawienia się z Korfantym i jego zapleczem,
      i do likwidacji autonomii. Ten scenariusz także się udał: Korfanty rychło
      wylądował w więzieniu, a Ślązacy utracili swój autonomiczny samorząd. Zostali
      odstawieni i odtąd nie mogli już stanowić o sobie i swoich sprawach. Skończyła
      się demokracja i zaczęła się repolonizacja, bo Grażyński uważał, że Ślązacy są
      na tyle zniemczeni, że dla ich dobra trzeba nad ich polskością popracować i
      nimi rządzić. Zaczęła się powtórka z historii. Zasada była prosta: albo jesteś
      Polakiem, albo Niemcem. Poprzednio było odwrotnie. O jakiejkolwiek śląskości
      nie mogło być mowy.

      O piekle okupacyjnym nie ma co wspominać. Śląsk wcielono do Rzeszy i Niemcy
      brali odwet na miejscowych "spolonizowanych", a przede wszystkim na
      powstańcach. Każdy dowódca niemieckiej kompanii miał przy sobie książkę
      adresową wrogów, więc kiedy wchodził do zdobytej miejscowości, wiedział
      dokładnie, gdzie kogo szukać. Tubylców posegregowano w grupy narodowościowe:
      powstańców czekało "rozwiązanie ostateczne", reszta szła do swojej roboty albo
      do wermachtu.

      W 1945 roku przyszło kolejne piekło, tym razem koloru czerwonego. Liczne filie
      obozu w Auschwitz, ledwo co opuszczone, zapełniły się miejscową ludnością. Parę
      tysięcy Ślązaków - w majestacie pełnego bezprawia - straciło w nich życie. W
      tym także powstańcy. W Zabrzu, Bytomiu, Gliwicach i na Opolszczyźnie odbyły się
      wielkie łapanki na ludzi, których wywożono do ZSRR. Oblicza się, że uprowadzono
      200 tys. Dziś mówi się, że to było "nasze śląskie Jedwabne".

      Zrzucić głupotę z piedestału

      O wszystkich tych sprawach - które tu omawiam - do 1989 roku nie było wolno
      mówić. Nie było tych spraw. Przez całe siedemdziesięciolecie po aneksji Śląska
      powstała fałszywa wiedza o regionie, pisano zakłamane prace doktorskie,
      wydawano podłe podręczniki, urządzano idiotyczne sesje naukowe. Wszystko wedle
      politycznych receptur rządzących Śląskiem. Teraz żyjemy w wolnym kraju i
      zakazana wiedza, dzięki działalności Instytutu Pamięci Narodowej, zostaje
      ujawniana, ale jak dotąd nie znalazł się historyk, który wyzwoliłby się z
      historycznych dybów, z obręczy utrwalonych kłamstw, i był zdolny do napisania
      historii opartej na prawdzie o Górnym Śląsku i od strony losu jego mieszkańców.
      O tragedii manipulowania ludźmi. To jest wielki worek do przekłucia, w którym
      mieści się wszystko - począwszy od wojny siedmioletniej, aż po
      ostatnią "restrukturyzację górnictwa" pana Steinhoffa.

      Górny Śląsk jest nadal białą plamą, którą trzeba się zająć. W porzucaniu
      starych kostiumów i poczciwych stereotypów, w odwadze odsłaniana skrywanych
      prawd widzę źródło prawdziwego współczesnego patriotyzmu.

      Na koniec dodam, że sprawa mitu wieży spadochronowej nigdy mnie specjalnie nie
      podniecała, ponieważ nie lubię, kiedy dorośli wyręczają się dziećmi w
      uprawianiu wojny. Mieliśmy tu, nie tak dawno, do czynienia z trzema
      powstaniami. Była to zabawa ludzi dorosłych, którzy najpierw przeszli specjalne
      przeszkolenie w koszarach, potem przeżyli wojnę na wielu niemieckich frontach i
      jak z niej wrócili, także w proteście przeciw swoim wojennym gehennom, szli do
      powstań. Nigdzie nie natknąłem się na informację (zajmuję się tymi sprawami od
      lat), aby w śląskich powstaniach uczestniczyły dzieci. I to jest bardzo mądre.
      Bo na wojnę idzie się, aby zabijać lub być zabitym. Nie ma zbrodni większej niż
      zabijanie dzieci, ale także zbrodniczym jest posługiwanie się nimi w wojennych
      działaniach.

      W naszym kręgu cywilizacyjnym nie powinno być sprawy, która nakazywałaby
      dzieciom - Boże, nawet dziewczynkom! - uczestniczyć w procederach wojennych. To
      bardzo źle świadczy o dorosłych i ich państwie. To głupota, a głupoty polityków
      nie powinno wynosić się na piedestały.

      • laband Re: Uwe a Wili 10.09.04, 20:12
        ciekawe

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=15664705
    • laband Re: Uwe a Wili 18.09.04, 09:11
      tym razym lepi poszuo Uwymu:

      Heimatmelodie w Krakowie




      Michał Smolorz 17-09-2004 , ostatnia aktualizacja 17-09-2004 14:22



      czytaj dalej »

      r e k l a m a




      Oniemiałem. W niedzielne popołudnie włączam w telewizorze "Dwójkę" i co widzę
      na ekranie? Wprost z krakowskiego rynku nadają popularny niemiecki program
      rozrywkowy "Lustige Musikanten", tym razem gościnnie na antenie Telewizji
      Polskiej. Wszystko jak w ARD: Marianna und Michael w swoich tradycyjnych
      szwabskich strojach (szwabskich dosłownie, a nie pogardliwie, bo oboje są ze
      Szwabii) wyśpiewują z playbacku sentymentalne Heimat-Lieder, a wokół estrady
      przy stołach biesiadnych siedzi tłum krakusów, sączy piwo i do rytmu na trzy
      czwarte kołysze kufelkami.

      No i gdzie jesteście obrońcy Prawdziwej Polskości? Gdzie podzialiście się
      strażnicy Polskiej Racji Stanu? Dlaczego nie podnosicie larum gwardianie
      Kultury Narodowej? Przecież najświętsze wartości zostały zszargane, prochy
      ojców naszych zbezczeszczono, pokolenia bojowników o wyzwolenie narodowe i
      społeczne w grobach się przewracają! Siedemset metrów od Wawelu, gdzie
      spoczywają truchła królów, tyleż od Wisły, w której utopiła się Wanda, jakby
      nigdy nic płynie z estrady Heimatmelodie. A wy - bojownicy jedynie słusznej
      sprawy - nie ostrzycie szabel, nie kulbaczycie koni i nie ruszacie w bój?

      Nie pisałbym o tym, gdyby nie moje własne, tragikomiczne doświadczenie z
      niedawnej przeszłości. Gdy w 1991 roku zarządzałem regionalną anteną Telewizji
      Katowice, zdobyłem się na szalony krok i tytułem eksperymentu puściłem z anteny
      tenże sam program: "Lustige Musikanten". Na ekranie pojawili się ci sami
      śpiewający prezenterzy Marianna und Michael w tych samych szwabskich kostiumach
      z tymi samymi sentymentalnymi piosenkami, w których na okrągło po sto razy
      powtarzają się słowa: "Heimat", "Erde", "Liebe" i "Glück" (strony rodzinne,
      ziemia, miłość i szczęście). Aby nikomu nie wadzić, opracowaliśmy ten program w
      polskiej wersji językowej, prezenterzy byli dubbingowani, a na piosenkach
      wyświetlaliśmy polskie teksty.

      Pamiętam jak dziś mojego czcigodnego kolegę Stanisława P., dyżurnego krytyka
      wojewódzkiego, wybitnego intelektualistę i zasłużonego działacza stowarzyszeń
      literackich wszystkich barw i odmian politycznych, którego zresztą sam wówczas
      ściągnąłem do telewizji (i niech mi to Pónbóczek wybaczy!). Biedak obszedł
      wszystkie organy władzy państwowej, samorządowej i związkowej, w których złożył
      swój obszerny protestacyjny memoriał. Z płomiennym przemówieniem wystąpił przed
      Zarządem Regionu "Solidarności", który wtedy wypełniał pustkę po zlikwidowanym
      Komitecie Wojewódzkim PZPR. Ze wszystkiego bił najwyższy niepokój o los
      polskości Śląska, zagrożonej przez proniemieckie sympatie Michała S., który do
      programu telewizji publicznej wpuścił zatruwający jad germańskiej (tfu!)
      Heimatmelodie. Jak grzyby po deszczu zaczęły się sypać uchwały żądające zmian w
      telewizji regionalnej, pchanej przez tegoż S. wprost w objęcia Hupki i Czai.

      Boże wielki, ledwie 13 lat (aż 13 lat?) minęło, a tu na tle Sukiennic, jakby
      nigdy nic, podrygują Marianna und Michael i jeszcze im Majka Jeżowska
      dośpiewuje refreny. A wokół siedzą rozbawieni centusie i beztrosko klaszczą do
      rytmu, wszystko idzie z ogólnokrajowej anteny polskiej telewizji. Wisła sobie
      płynie nieświadoma tego horrendum, smok wawelski ze spokojem co dwie minuty
      zieje ogniem, z Wieży Mariackiej beztrosko grają hejnał. Czesław Miłosz
      spoczywa na Skałce, Andrzej Mleczko sprzedaje frywolne pocztówki, Grzegorz
      Turnau leczy ból głowy po nocnej szychcie, "Tygodnik Powszechny" ukazał się w
      terminie.

      I gdzie Ty się podziewasz drogi Stanisławie, dlaczego nie grzmisz w obliczu tak
      wielkiego zagrożenia? Grzech zaniechania też podlega karze wiekuistej, rozliczą
      Cię za tę bezczynność na Sądzie Ostatecznym.



      • laband ps 18.09.04, 10:24
        serwisy.gazeta.pl/wyborcza/1,34591,2291612.html
    • laband Re: Uwe a Wili 01.10.04, 04:52
      Tera sie ale Uwe nic a nic niy popisou - dejcie obacht na tyn fragmynt:

      ""Pręgi" są także znakomicie grane, zwłaszcza że je konsekwentnie
      odproletyzowano; tu nie gra się na klasowej litości czy frapującej
      regionalności. Egzotyka osadzona jest głębiej. Jesteśmy w świecie uładzonym i
      prowincjonalnie dostatnim. Ludzie są urodziwi, a otaczający ich świat normalny,
      w guście dzielnic z byłego zaboru pruskiego. Choć z przyczyn oszczędnościowych
      film nie mógł być kręcony w Chorzowie czy Bytomiu. A szkoda, bo byłby jeszcze
      ździebko lepszy."

      Lepszy by bou tyn felieton bez tego fragmyntu Uwe!
      Uwe nazod do podstawowki ze Tobom!!!

      ps

      a sam couki tekst:

      miasta.gazeta.pl/katowice/1,35068,2317212.html
      • meg_s Re: Uwe a Wili 01.10.04, 06:06
        nie rozumiem ? co Ci w tym fragmencie podpadło? przecież pozytywnie się o
        pruskich czasach wyraża ????
        • laband Re: Uwe a Wili 01.10.04, 12:28
          powiydz kedy Slonsk bou pruskim zaborym?
          • meg_s Re: Uwe a Wili 01.10.04, 16:04
            teraz rozumiem co Cię boli - skupiłam się na "pruskim"
            • laband Re: Uwe a Wili 01.10.04, 20:33
              wiedziouech
              • laband Re: Uwe a Wili 03.10.04, 09:19
                a zazalynia richtowac sam:

                Siedziba Biura Senatorskiego Kazimierza Kutza:

                40 - 079 Katowice

                ul. Gliwicka 1

                tel./ fax. /32/ 206 - 88 - 03

                e-mail: biuro@kazimierzkutz.pl



    • laband Re: Uwe a Wili 07.10.04, 21:11
      jakosikprzi tym tyn artikel mi niy pasuje:

      "Das kulturelle Herz Polens schlägt in Oberschlesien
      von Gerhard Gnauck

      Oberschlesien? Kohle und Stahl, Smog und Arbeitslosigkeit. Und jetzt das:
      Vier bedeutende Kulturpreise gehen an Künstler aus diesem multikulturellen
      Ballungsgebiet, das jahrhundertelang Grenzraum war zwischen Deutschen und
      Polen, "Wasserpolacken" und Tschechen. Polens Kulturhauptstadt ist nicht mehr
      das altehrwürdige Krakau, wo kürzlich der Nobelpreisträger Czeslaw Milosz zu
      Grabe getragen wurde. Das kulturelle Herz Polens schlägt jetzt in
      Oberschlesien.


      Am Sonntag abend wurde in einer großen Gala in Warschau der begehrteste
      Literaturpreis verliehen, der mit umgerechnet etwa 23 000 Euro dotierte NIKE-
      Preis. Der 32 Jahre alte Wojciech Kuczok aus Chorzow (Königshütte) konnte
      sein Glück nicht fassen. Sein Roman "Gnoj" (Mist, Dung) trägt den
      Untertitel "Eine Antibiografie". Darin berichtet der Ich-Erzähler in
      oberschlesischem Dialekt von seinem Stigma, der von seinem Vater ausgehenden
      Gewalt in seiner Familie. Verlorene Zeit, die zu suchen mehr Schmerz als
      Erfüllung bringt. Mal naturalistisch präzise, mal mit bitterer Ironie
      unterlegt - ein reifes Werk "in der Tradition Thomas Bernhards", so das
      Urteil der Jury.


      Zwei Wochen zuvor hatte die 30-jährige Oberschlesierin Magdalena Piekorz den
      bedeutendsten polnischen Filmpreis gewonnen, die "Goldenen Löwen" des
      Festivals in Gdynia. Nachdem sie acht Dokumentarfilme gedreht hatte, kommt an
      diesem Donnerstag das gefeierte Spielfilmdebüt in die Kinos: "Pregi"
      (Striemen) handelt ebenfalls von Gewalt in der Familie im Polen der achtziger
      Jahre. Ein Schnitzer von Heiligenfiguren, Witwer, erzieht seinen
      zwölfjährigen Sohn mit harter Hand; in Polen ist die Körperstrafe noch nicht
      ausgestorben. Das Drehbuch schrieb Wojciech Kuczok, doch der Film ist gegen
      Ende etwas optimistischer als der Roman. "Pregi" wurde inzwischen auch für
      den Oscar nominiert.


      Zwei weitere Preise gehen nach Oberschlesien: Der Oppelner Lyriker und
      Französischlehrer Tomasz Rozycki erhält an diesem Freitag den Koscielskich-
      Preis, den bedeutendsten, im Exil verliehenen Literaturpreis (7000 Schweizer
      Franken). Sein Poem "Zwölf Stationen" verarbeitet die Geschichte einer
      Familie, die es aus den früheren polnischen Ostgebieten nach Oberschlesien
      verschlug, einem Land, das der jugendliche Held, unser Zeitgenosse, erst noch
      für sich erwerben muß. Die "Gazeta Wyborcza" hörte in diesem Werk ein Echo
      des polnischen Nationalepos "Herr Tadeusz".


      Den "Prix Italia" gewannen in ihrer Kategorie Anna Dudzinska und Anna
      Sekudewicz für ihr Radio-Feature "Der Preis der Arbeit". Darin gehen sie
      detektivisch der Frage nach, warum in Oberschlesien so viele Bergleute unter
      Tage ums Leben kommen.


      Kazimierz Kutz, der Filmregisseur und Politiker, der im polnischen
      Kulturbetrieb die Rolle des "Mister Oberschlesien" innehat, freut sich über
      diese Erfolge. "Schlesien wacht auf", sagte Kutz nach der NIKE-
      Verleihung. "Jetzt kann ich ruhig sterben, denn aus Schlesien kommt das
      Licht."


      Artikel erschienen am Di, 5. Oktober 2004"

      www.welt.de/data/2004/10/05/341746.html
      ?search=polen&searchHILI=1
      • laband smierdzonce gowno 19.11.04, 10:28
        Ustawa czyli mroczne zakamarki historii


        Kazimierz Kutz 18-11-2004 , ostatnia aktualizacja 18-11-2004 13:57

        Sejm uchwalił nową ustawę o mniejszościach narodowych, która kładzie w Polsce
        kres używaniu urzędowych tablic w języku niemieckim.

        Dotąd posiłkowanie się językiem niemieckim w urzędach i stawianie dwujęzycznych
        tablic z nazwami ulic i miejscowości gwarantował przepis o ośmioprocentowej
        ludności niemieckiej w gminie. Nowa ustawa podnosi tę poprzeczkę do 50 procent,
        a więc ponad sześciokrotnie! To oznacza, że z wejściem nowej regulacji z 2478
        gmin starego zapisu, teraz tylko w czterech gminach białoruskich i jednej
        litewskiej będą mogły pojawić się takie oznaczenia. Tym sposobem problem
        niedobitków niemieckich w Polsce przestanie istnieć - przynajmniej na oko - wraz
        z poszanowaniem grup etnicznych i wszystkiego, co dotąd nazywało się polityczną
        tolerancją.

        Projektanci nowej ustawy, nasi bogoojczyźniani patrioci z Ruchu
        Katolicko-Narodowego, wygrali swoją nową "bitwę pod Grunwaldem", ale jest ona
        nawrotem do państwa narodowo-mocarstwowego, zwłaszcza że partia pretendująca do
        przejęcia władzy, czyli Platforma Obywatelska, uchwałę tę poparła. Jej
        państwowotwórcze hasło "Nicea albo śmierć" zdaje się przybierać empiryczne kształty.

        Obiektywnie trzeba jednak stwierdzić, że zmiana starych przepisów była zasadna,
        ponieważ nadgorliwi samorządowcy mniejszości niemieckiej wykorzystywali ich
        nieprecyzyjność i umieszczali swoje tablice w miejscach, gdzie wisieć nie
        powinny, czyli na fasadach budynków. A więc swoim nierozumnym panoszeniem się
        wymusili karę na sobie i dali naszym narodowym eurosklerotykom okazję do
        działania. Oni ciach ustawą - i cofają nas w ciemne zakamarki minionej historii!

        W sprawach wewnętrznych projekt ten sygnuje koalicję pomiędzy Platformą
        Obywatelską a Ligą Polskich Rodzin. Jest pierwszym wspólnym dokumentem w Sejmie,
        a tym samym zapowiedzią zarządzania IV Rzeczpospolitą według ideologicznego
        modelu Romana Giertycha. Roman Giertych nosi imię idola rodu Giertychów, Romana
        Dmowskiego, ideologa polskich katolickich narodowców i - jak widać - nie jest to
        świat li tylko symboliczny. Wspomniana ustawa nie jest formą literacką, a
        przepisem na nowy, empiryczny porządek społeczny w Polsce, wedle którego tylko
        co katolickie jest polskie, i na odwrót. Wszystko inne trzeba umniejszać,
        ograniczać lub niszczyć.

        Uchwalona przez Sejm ustawa o mniejszościach narodowych ma więc cel ukryty, o
        wiele poważniejszy niż tablice w językach mniejszości narodowych i utarcie nosa
        polskim Niemcom. Poseł Ruchu Katolicko-Narodowego Jerzy Czerwiński, komentując
        podjętą uchwałę, ujawnia jej prawdziwy cel, mówiąc: "Dobrze, że udało się nam
        wykreślić z ustawy te zapisy, które mogły doprowadzić do eskalacji żądań
        mniejszości i wywołać konflikty na tle etnicznym". A więc istotą tej ustawy jest
        postawienie szlabanu wszelkim aspiracjom etnicznym i regionalnym. Inaczej
        mówiąc, mamy do czynienia z zakamuflowaną ustawą antyśląską, która wyklucza
        regionalną etniczność i kulturową odmienność Śląska. Jest to nawrót do polityki
        przerabiania Ślązaków na Niemców z czasów "żelaznego kanclerza", i do
        przedwojennej polityki Michała Grażyńskiego, który polonizował Górny Śląsk, bo
        mieli na nim być tylko Polacy albo Niemcy! A Kaszub w myśl tej ustawy, mówiący w
        urzędzie swoim językiem, staje się przestępcą. W tym miejscu kłania się
        okupacyjne "Wer polnisch schpricht ist unser Feind".

        Jeśliby zerknąć na rzecz z perspektywy niedawnej historii Śląska, natkniemy się
        na znamienne dzieło głównego ideologa polskiego nacjonalizmu Romana Dmowskiego.
        To on przewodził w 1919 roku polskiej delegacji na Konferencję Pokojową w
        Paryżu, i kiedy postanowiono rozstrzygnąć los Śląska poprzez plebiscyt, ku
        zdumieniu aliantów Roman Dmowski zgłosił wniosek, aby w plebiscycie mogli
        uczestniczyć wszyscy urodzeni na Górnym Śląsku. Anglicy i Włosi sprzyjający
        wtedy Niemcom, nie mówiąc o nich samych, nie mieli śmiałości postawić takiej
        propozycji. Toteż wniosek Dmowskiego został skwapliwie przyjęty i przegłosowany.
        Dziś można powiedzieć, że była to najbardziej antypolska uchwała, jaką można
        było wtedy sformułować, ponieważ przesądzała o zwycięstwie Niemiec w
        plebiscycie, bo przez 180 lat panowania Niemców nad Śląskiem mogło się na nim
        urodzić lub zniemczyć wystarczająco dużo osób, które mogły zjechać z wszystkich
        zakątków Rzeszy i wrzucić swoje kartki do urn. Tak też się stało. Toteż trzecie
        powstanie było w istocie wściekłym protestem Ślązaków przeciwko plebiscytowi
        zaaranżowanemu przez Romana Dmowskiego. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego to
        zrobił? Jaki miał w tym interes? Czy nie można zaryzykować stwierdzenia, że
        Polska nie chciała Górnego Śląska? Ta idea mieściła się w doktrynie politycznej
        Józefa Piłsudskiego. On sam zajął się "miękką" granicą wschodnią, a Dmowskiemu
        dał wolną rękę w sprawach granic zachodnich, z zaleceniem uniknięcia konfliktu
        zbrojnego z Niemcami. I Dmowski zrobił swoje. Oczywiście, efektem takiej
        polityki była wojna polsko-rosyjska i domniemany "Cud nad Wisłą", ale kosztem
        utraty Zaolzia i Opolszczyzny na zachodnim obrzeżu Polski. Taka jest prawda. Ale
        dzięki Wojciechowi Korfantemu i jego powstańcom cud miał także miejsce na Górnym
        Śląsku, choć nigdy ani trzeciego powstania, ani powrotu Górnego Śląska do Polski
        tak nie nazwano.

        Ale już cztery lata po przyłączeniu Górnego Śląska do Polski, po zamachu
        majowym, kiedy Wojciecha Korfantego odsunięto od władzy i Śląska, wojewodą z
        urzędu został Michał Grażyński i zaczęła się polka w guście Ottona Bismarcka,
        tyle że na odwyrtkę, albo i jeszcze gorzej. Zaczęła się polonizacja Ślązaków:
        mogli być albo Niemcami, albo Polakami.

        Dlatego powiedzieć należy, i widać to gołym okiem, że ustawę o mniejszościach
        narodowych sporządzili spadkobiercy opisanej "mądrości" Romana Dmowskiego -
        realizują oni testament swojego ideowego patrona. Wsiedli na swojego
        nacjonalistycznego ogiera i raczyli się zająć uniemożliwieniem "doprowadzenia do
        eskalacji żądań mniejszości i konfliktów na tle etnicznym".

        Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że dziełem komunistów, ich niecnej polityki
        wobec Ślązaków, Warmiaków i Mazurów, pomiędzy latami 1950 a 1989, wymuszono falę
        emigracji do RFN-u. Wyjechało wtedy 1 mln 240 tys. osób. Według prawa
        europejskiego i polskiego prawie wszyscy nie wyrzekli się polskiego obywatelstwa
        i dziś, każdego dnia, mogą wnosić o jego potwierdzenie. Jeśli do tego dojdzie,
        wtedy wygnańcy ci będą mogli nie tylko starać się o swój majątek, ale i kupować
        w Polsce ziemię, bądź cokolwiek zechcą.

        Niestety, dziś nowa ustawa o mniejszościach narodowych, nacjonalistyczna z
        litery i antyśląska z ducha, w demokratycznej Polsce nie poskutkuje już falą
        emigrantów. A wręcz przeciwnie: pozwoli Ślązakom w Polsce - i tym w Niemczech,
        którzy zechcą - na zwieranie swoich szeregów w obronie europejskiej demokracji,
        polskiej wolności, tolerancji i praw obywatelskich. Przeto, nawiązując do
        oryginalnej retoryki marszałka Józefa Piłsudskiego, wypada zapytać: jak długo
        jeszcze Ślązacy we własnym kraju traktowani będą jak stare, śmierdzące gó..?

        • laband Re: smierdzonce gowno 19.11.04, 10:30
          Spadkobiercy Bismarcka?


          Michał Smolorz 18-11-2004 , ostatnia aktualizacja 18-11-2004 13:56

          Po 11 latach mozolnych prac doczekaliśmy się ustawy o mniejszościach narodowych.

          Minęło wystarczająco dużo czasu, by dopracować dzieło w najmniejszych
          szczegółach i uchwalić prawo, które będzie "na lata" i wolne od doraźnych
          korzyści jednej czy drugiej grupy nacisku. O święta naiwności! Ustawa po prostu
          tyle czasu leżała w szufladach, a potem na ostatnią chwilę została wypichcona na
          kolanie, w dodatku - jak wszystkie inne - skażona jest przedwyborczą
          populistyką. Tyle lat czekania w nadziei - i wszystko "ło rzić roszczaś".

          Najbardziej widocznym grzechem nowego prawa jest całkowite zignorowanie
          mniejszości śląskiej, która tak wyraziście i licznie objawiła się podczas spisu
          powszechnego. Nowe prawo uznaje trzy rodzaje mniejszości: narodową, etniczną i
          językową. Pierwsza została zdefiniowana jako ta, która mieszka na danym
          terytorium od co najmniej stu lat i gdzieś tam poza granicami Polski ma własne
          państwo. Mniejszość etniczna ma te same kryteria, tylko nie musi mieć własnego
          państwa. A na okrasę dodano nam mniejszość językową. Posłowie zadbali, by nikt
          nie sięgał samowolnie po te uprawnienia i od razu przypisali do poszczególnych
          grup konkretne "legalne" mniejszości - poza śląską oczywiście, której w ustawie
          po prostu nie ma.

          Trudno nie pokusić się o skojarzenia: udawanie, że czegoś nie ma, było
          specjalnością komunistów. W tym ustroju nie było strajków, tylko "nieuzasadnione
          przerwy w pracy", nie było kryzysów, tylko "przejściowe trudności dynamicznego
          rozwoju", nie było opozycji, tylko "siły antysocjalistyczne", nie było prymasa,
          tylko "kierownik polskiego episkopatu". Nawet świętego Mikołaja nie było, tylko
          "Dziadek Mróz". Nasi deputowani poszli tą samą drogą: ani słowa w ustawie o
          mniejszości śląskiej, więc mniejszości nie ma, nie istnieje, nikt o niej nawet
          nie słyszał. Aby już nikt nie ciągał Polski po trybunałach, ustawa uniemożliwia
          tworzenie śląskiej grupy etnicznej. Wygląda na to, że polskie władze bardzo
          przestraszyły się odrębności Ślązaków i teraz rozpaczliwie szukają sposobów, by
          ten ruch stłumić w zarodku i zamknąć mu wszystkie możliwe furtki.

          Jakby tego było mało, drastycznie ograniczono prawa nawet dla społeczności
          zadekretowanych w ustawie. Padł postulat wprowadzenia w urzędach drugiego języka
          pomocniczego, gdyż ustawiono dlań tak surowe kryteria, że są one praktycznie
          niewykonalne. Podobnie uczyniono z dwujęzycznymi tablicami. W świetle nowych
          przepisów trzeba będzie pościągać szyldy, jakie już od dawna wiszą w wielu
          gminach na Górnym Śląsku. Wygląda na to, że cała awantura zacznie się od nowa -
          i po co nam było jeść tę żabę ?

          Paradoks polega na tym, że te restrykcyjne zapisy wprowadzili poważni deputowani
          Platformy Obywatelskiej, którzy tak ochoczo niosą przed sobą sztandary
          liberalizmu i swobód obywatelskich. Ale cóż znaczą rozproszone głosy
          mniejszości, która i tak wybiera własnych przedstawicieli, skoro można tym
          zyskać wielomilionowe poparcie od ksenofobicznego tłumu? Nie ma już świętych w
          parlamencie, są procenty w sondażach.

          Efekt jest taki, że nasze prawo o mniejszościach stało się momentami bardziej
          restrykcyjne niż polityka państwa pruskiego za czasów Bismarcka. Posłowie nie
          potrafili spojrzeć na problem ponad bieżącymi przepychankami polsko-niemieckimi
          i najzwyczajniej zagrali na odmrażanie uszu na złość babci. Rzecz dotyczy
          nikłego odsetka obywateli, wszystkich mniejszości w Polsce jest ledwie pół
          miliona, więc trudno mówić o jakimkolwiek "zagrożeniu polskiego interesu
          narodowego". Za to znów urobiliśmy sobie złą opinię - nie mówiąc już o
          protestach, skargach i petycjach do międzynarodowych instancji, co niechybnie
          nas czeka. To już takie nasze przekleństwo, iż rzeczy najprostsze wychodzą nam
          najtrudniej.

          Nieboszczka Maria Konopnicka rechocze zza grobu, bo raz jeszcze pokazaliśmy, że
          "nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił". Tak nam dopomóż Bóg.

    • laband Re: Uwe sie nawraco? 11.10.04, 22:00
      W ostatnim świątecznym numerze "Gazety Wyborczej" aktualny rektor i dwóch
      byłych rektorów Uniwersytetu Śląskiego po tekście Michała Smolorza pt. "Śląska
      nie oddamy" żąda przeprosin uczelni. Dodałem lata urzędowania subskrybowanych
      rektorów i wychodzi mi cyfra 10, a więc mają to być przeprosiny w imieniu
      ostatniej dekady. To wygórowane wymagania, jeśli zważyć, że UŚ ma zaledwie 37
      lat! Boże, co by było, gdyby obrazić Uniwersytet Jagielloński?!

      Okazuje się, że Michał Smolorz, niepoprawny rozrabiaka, tym razem naruszył
      honor Uniwersytetu Śląskiego. Uważam, że magnificencje mają prawo i obowiązek
      dbania o prestiż uczelni, ale mam wątpliwości, czy powinni się, ot tak sobie, o
      byle co obrażać? Wiemy, w jakich czasach uczelnia powstała i co na niej
      uprawiano, toteż gdyby już szło o honor naukowy uczelni, to uniwersytet
      powinien zacząć od przeprosin Ślązaków za "naukowe" kłamstwa w dziedzinach
      społecznych i historycznych dotyczących Górnego Śląska. Byłby to piękny dowód
      na dbałość o godność uniwersytetu z przymiotnikiem "śląski" w nazwie, co
      pozwoliłoby mu na nieco głębsze zakorzenienie. Wtedy, w oparciu o swój
      potencjał intelektualny, po rozprawieniu się z esejem Smolorza, domaganie się z
      jego strony przeprosin byłbym w stanie zrozumieć.

      Michał Smolorz poruszył rzeczywiście w swoim elaboracie dość kłopotliwą sprawę
      Henryka Bereski, wielce zasłużonego dla kultury polskiej tłumacza naszej całej
      klasyki narodowej, starej i współczesnej na język niemiecki. To jest bodaj
      ponad 200 tytułów i 2 mln nakładów! Więc kiedy zbliżała się 70. rocznica jego
      urodzin, grupa osób z obszaru kultury [w której także byłem] czyniła starania,
      aby uczcić tego człowieka, rodem z Szopienic, tytułem doktora honorowego UŚ.
      Moim zdaniem nie było w tym nic zdrożnego. Smolorz był tym, który poszedł z tą
      sprawą do władz uczelni. Nic z tego nie wyszło, bo jak piszą rektorzy w liście
      do "Gazety" "procedura doktoratu jest wewnętrzną sprawą Uniwersytetu Śląskiego
      i może zostać otwarta wyłącznie na wniosek posiadającego odpowiednie
      uprawnienia wydziału Uczelni. Wniosku takiego nie było". Proszę bardzo,
      procedura procedurą i może ona być traktowana jak obrzęd sakralny, choć
      uniwersytet nie jest bazyliką, powstaje jednak pytanie, dlaczego jej nie
      uruchomiono? Nie było ani jednego uczonego, któremu by ta myśl zaświtała w
      głowie? Jeśli to prawda, byłby to fakt wielce znamienny. I godny publicznego
      komentarza. Dlatego chowanie się nawet do dziś za PROCEDURY jest mało poważne.
      Kiedy swego czasu napisałem felieton na ten temat i Henryka Bereski, ówczesny
      rektor już wtedy się obraził i orzekł publicznie, że nie będę ludzie z boku
      dyktowali, co uniwersytet ma robić. Proszę bardzo, kij mi w oko! Mnie
      Uniwersytet Śląski nie jest już do niczego potrzebny, z wszystkimi jego
      biurokratycznymi procedurami i Genscherami, ale to wcale nie znaczy, że nie
      będzie można publicznie, od czasu do czasu, podmuchać mu pod piórka. Wszak
      Uniwersytet Śląski nie jest tylko urzędem. I nie jest też Harvardem.

      Mnie starzy Żydzi uczyli [a spotkałem ich w swoim życiu sporo], że nadgorliwe
      tłumaczenie się dowodzi nie tylko poczucia winy, ale podnosi przewinienie w
      dwójnasób. Inteligencja człowieka nakazuje unikać takiego postępowania, bo
      dowodzi ono uleganiu tzw. kacowi moralnemu. Nie jestem pewien, czy nie mamy
      tutaj z czymś takim do czynienia. To publiczne obrażalstwo by tego dowodziło.
      Zwłaszcza że Uniwersytet Wrocławski sam z siebie, bez jakiejkolwiek inspiracji
      wspomnianej grupy, wszczął u siebie ową sakramentalną PROCEDURĘ i uhonorował
      osobę Henryka Bereski. I dobrze się stało, bo to wyróżnienie należało mu się
      bardziej niż Genscherowi. Ale Uniwersytet Wrocławski to jest uniwersytet
      wrocławski: przygarnął wszystkich niemieckich noblistów pochodzących ze Śląska,
      w tym jednego z Żor i Katowic. I jakoś nie zbrzydził się Henrykiem Bereską z
      Szopienic.

      W związku z domaganiem się od Michała Smolorza przeprosin, wyłania się sprawa o
      wiele poważniejsza. W jego eseju pt. "Śląska nie oddamy" stary incydent z
      Henrykiem Bereską jest sprawą naprawdę bardzo marginalną. Natomiast myśl główna
      tego tekstu jest świadomie obrazoburcza, intelektualnie prowokująca i powinna
      wywołać merytoryczną reakcję: ferment umysłowy u tych, którzy Górnym Śląskiem
      bądź zawodowo lub naukowo się zajmują. Zdaje się, że w pierwszej kolejności
      należałoby takiego odzewu oczekiwać od środowiska uniwersyteckiego. Smolorz
      dotyka bowiem - i podważa - sprawy fundamentalne dla polocentrystów śląskich;
      nie tylko tych, co jeszcze nie zdążyli wyjść z okopów trzeciego powstania, ale
      także wszystkich inaczej myślących o Górnym Śląsku. W Warszawie esej Smolorza
      wzbudził żywe zainteresowanie, był dla wielu zaskoczeniem i wstrząsnął
      obligatoryjnymi stereotypami na temat spraw śląskich. Sam miałem ochotę
      przytrzeć nieco nosa Smolorzowi i ujawnić parę nieścisłych - a nawet
      kłamliwych - konstatacji, ale pomyślałem sobie, że nie będę wyręczał ludzi
      bardziej kompetentnych od siebie. Już dawno publicznie wypowiadałem się o jego
      skłonnościach do krańcowych tendencji germanofilskich, ale w dobie dzisiejszej
      jego postawa jest pożyteczna społecznie, choćby dlatego, że każda rzecz ma swój
      rewers i awers, a Górny Śląsk zwłaszcza, i dobrze jest otwierać się na
      wszystkie jego ciągi kulturowe i historyczne. Spory światopoglądowe na temat
      Śląska, jego przeszłości i teraźniejszości są najlepszym sposobem na likwidację
      starych urazów i odkłamania. I wiodą ku integracji duchowej regionu.

      Dlatego wolałbym w pierwszej kolejności przeczytać w gazetach miejscowych i
      ogólnopolskich polemikę śląskich uczonych z tezami Michała Smolorza. Zwłaszcza
      że w innych częściach Polski sprawy śląskie mało kogo obchodzą. A z wiedzą na
      jego temat i znajomości dzisiejszych jego problemów jest jeszcze gorzej. Rzadko
      kiedy słyszy się, aby posądzenia wyszły poza opłotki separatyzmu. Zaś tu, na
      Górnym Śląsku, jeno wszystkim w głowie falliczna wieża spadochronowa, co
      dowodziłoby daleko posuniętego eskapizmu. Rzeczywistość śląska skrzeczy, a
      głupiemu radość. Oczywiście pisze się i czyta rozmaite referaty na bardzo ważne
      tematy, ale w gremiach zamkniętych i przy szczególnych "proceduralnych"
      okazjach. Hermetyczność tych praktyk jest raczej dorabianiem do marnych
      uposażeń niż chęcią siania fermentów umysłowych pro publico bono. Nie ma też
      trybuny ani miejsca, w którym można by przemawiać do innych. Może nadejdzie
      taki czas, kiedy rozwali się betonowe mury lokalnego ośrodka TV i wróci się do
      służenia społeczności lokalnej. Wtedy można by zacząć rozmawiać publicznie o
      poważnych sprawach Śląska.

      Póki co, list Magnificencji Rektorów w swojej poincie stwierdza, "że Śląskowi
      potrzebna jest debata o jego przeszłości i przyszłości" , ale niech najpierw
      Smolorz przeprosi majestat UŚ.

      Proponuję, żeby jeszcze majestat pocałował w rączkę.
      • laband Re: Uwe sie nawraco?/2 11.11.04, 09:37
        W wyborach uzupełniających do senatu Rzeczpospolitej Polskiej w okręgu 29
        popieram kandydata "Jedności Górnośląskiej" Krzysztofa K l u c z n i o k a z
        Leszczyn, naczelnika wydziału Gminy Czerwionka, znanego działacza społecznego w
        rybnickim, samorządowca, animatora kultury i oświaty lokalnej.

        Był radnym sejmiku wojewódzkiego i jest wieloletnim prezesem zarządu
        Miejsko-Gminnego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych. Najwyższa pora, aby
        demokratyczne instytucje naszego Państwa nie były zdominowane wyłącznie przez
        układy partii politycznych, bo zepsuły one naszą młodą demokrację. Więcej po
        nich szkód niż pożytków. Przyszła pora aby zerwać z tradycją partyjniactwa i
        wybrać wiarygodnego przedstawiciela społecznej organizacji regionalnej. Taką
        pierwszą organizacją na naszym terenie jest Jedność Górnośląska, a pan Krzysztof
        Kluczniok jej delegowanym przedstawicielem. W jego osobie Śląsk miałby po raz
        pierwszy w senacie swojego reprezentanta. Byłby to ważny sygnał, mówiący o
        regionalnych aspiracjach Ślązaków. Mieszkańcy Górnego Śląska gotowi są do samo
        rządzenia swoją ziemią i wyłaniania swoich przedstawicieli do sejmu i senatu.

        Teraz jest okazja aby tak się stało! Pan Krzysztof Kluczniok spełnia wszystkie
        warunki reprezentanta Górnego Śląska do senatu - dlatego go popieram. Proszę
        wyborców 29-go okręgu rybnickiego o solidarne głosowanie na pana Krzysztofa
        Klucznioka.

        Kazimierz Kutz
    • laband Re: Uwe mo pypcia 13.11.04, 19:45
      Może powiedzieć by należało: śląska skłonność do kompromisu, która w
      powszechności społecznej na dole jest starą i dość powszechną tradycją
      uległości, a na górze, u przedstawicieli rodzimych elit, często przyjmowała
      wymiary rozbudowanego konformizmu, a w przypadkach krańcowych - formy
      kolaboracji. Problem jest stary i istnieje nadal, jak to na ziemiach
      ujarzmionych, więc stary być musi, jak odległa jest separacja Śląska od Polski,
      a z całą pewnością jak kapitalizm na Śląsku, co potem jeszcze wzmogła epoka
      Bismarcka, by później, w narastających konfliktach narodowościowych i
      geograficznym przesuwaniu granic, osiągnąć swoje apogeum. Jeśli żyło się w
      stanie permanentnego osierocenia i silnym przeciągu historii, a ponadto na
      węglu, to trzeba było nauczyć się ciało ustawiać do wiatru, zwłaszcza gdy
      musiało się przejść na drugą stronę traktu. A ponieważ Ślązacy zawsze byli na
      dole, zawsze byli rządzeni i zawsze bezbronni, to kluczenie, schodzenie z drogi
      silniejszemu stawało się jedynym sposobem na przetrwanie. W układaniu stron byli
      zawsze w pozycji poniżonej. Nawet kiedy buntowali się zbiorowo, ich status też
      zasadniczo nie zmieniał się, nawet kiedy wybierali nową ojczyznę. Zawsze była to
      udręka albo iluzja. A więc zamykali się pomiędzy swoimi, gdzie by nie byli. I po
      której stronie granic. Wystarczy spojrzeć na nieodległą przeszłość XX wieku;
      powstania, czasy Grażyńskiego, Gierka czy czasy "Solidarności" z tragedią na
      kopalni Wujek; świat "urwał się z łańcucha historii" i wpadł w magiel hitleryzmu
      i komunizmu. Śląsk znalazł się na styku obu szaleństw i przeszedł obydwa
      koszmary. Dziś, po 15 latach oswobodzenia, wyeksploatowany i stłamszony, jest
      poniekąd pogorzeliskiem minionych obłędów, znaczonych grobami niewinnych
      chłopców od Uralu po Pireneje, znaczną redukcją miejsc pracy w hutach i
      kopalniach i rozpadem kulturowym. Ale jest u siebie i nareszcie osadzony w
      rodzinie państw europejskich, na płynnej glebie demokracji. Gleba ta jest do
      zagospodarowania. I trzeba by ją zacząć karczować.

      Dzisiejszy bilans przeszłości: wielowiekowe zniewolenie, podporządkowywanie i
      wyzysk, odciska się w Ślązakach mentalną skazą, którą nazywam kompleksem trwale
      uciśnionego. Kompleksem niewolnika. To jest stan zabrudzonego umysłu i jak
      bielizna nadaje się do pralni. Pralnia jest pod ręką i nazywa się demokracja.
      Demokracja, czynny w niej udział umożliwia - a nawet gwarantuje - wyzbycie się
      starego piętna. Jest jedyną praktyczną możliwością wyplątania się z "kompleksu
      niewolnika"; trzeba tylko mieć wolę wyjścia z zaklętego kręgu i wyrzucić na
      śmietnik stare chomąta. A zdarza się zachęcająca okazja, bo elity partyjne,
      które rządziły przez ostatnie 15 lat, wyalienowały się ze społeczeństwa, popsuły
      Państwo i jej demokratyczne instytucje, co doprowadziło do morza nadużyć, a w
      efekcie do głębokiego kryzysu władzy. Państwo polskie jest w niebezpiecznym
      rozdarciu, bo po jednej stronie są oni, ci którzy rządzą, a po drugiej stronie
      społeczeństwo. Idzie więc o to, aby ludzie przestali wspierać partie, a zaczęli
      pomagać sobie nawzajem.

      Jest to także okazja na wyleczenie się ze śląskiej uległości, czyli śląskiego
      pypcia, który dlatego nie ma sensu, bo przestały istnieć okoliczności, które go
      warunkowały. Śląski pypeć miał szczególny rodowód i tłumaczy albo lepiej byłoby
      powiedzieć objaśnia śląskie inklinacje do ugodowości. Ślązacy w swojej
      mitologicznej polskości, w opozycji do wszystkiego co proniemieckie, woleli iść
      na przylgnięcie do polskości, jakaby nie była, byle tylko nie znaleźć się w
      osoczu niemieckim (to samo, w odwróceniu, powiedzieć można o Ślązakach
      zgermanizowanych). Ci, co po powstaniach uciekać musieli ze swojej ziemi do
      Polski, a więc z Opolszczyzny, skazani byli na kompromis z administracją Michała
      Grażyńskiego. To była fala wypędzonych i o ile dobrze pamiętam dotyczyła około
      120 tys. ludzi. To jest przypadek, którego uosobieniem była osoba Jerzego
      Ziętka. A potem w 1939 powstańcy z dawnej Opolszczyzny i ci z polskiej części
      Górnego Śląska razem wiali na wschód przed Niemcami. Przyszedł Adolf Hitler, a
      po nim Józef Stalin i dla obydwu Ślązacy nie mogli być obiektami adoracji. Bo
      byli albo zdrajcami niemieckiej ojczyzny, albo antyinternacjonalistami. Ta
      narodowościowa i polityczna alternatywa albo-albo zaostrzała się na Śląsku od
      Ottona von Bismarcka aż do rozwalenia muru berlińskiego i rozpadu ZSRR. I teraz,
      od 15 lat, jest już naprawdę po ptokach. Śląsk nie musi już na wszystko się
      godzić, by przetrwać - Śląsk jest, już przetrwał i może być sobą. Stare
      przeciągi polityczne ustały, wieje tylko łagodny zefirek z Zachodu. Śląsk może
      być taki, jaki będzie potrzebny i najwygodniejszym dla ich mieszkańców. Dlatego
      żaden sąd nie może wyrokować, czy istnieje naród śląski, czy nie, tak jak żadna
      ustawa nie może postanawiać, czy gwara jest językiem. To nie leży ani w ich
      kompetencjach, ani możliwościach. To jest ośmieszanie się państwa zapóźnionego w
      rozwoju, podobnie jak filozofia hasła "Nicea - albo śmierć!". To są uzurpacje
      wyrosłe na niewyleczonych totalitaryzmach ich "ojcach narodu" i "językoznawcach".

      Śląski pypeć może być ciekawą dziedziną do naukowego zbadania. Materiał do
      penetracji, nawet gdyby ograniczył się jedynie do biografii wybitnych Ślązaków
      od połowy XIX wieku, choćby tylko tych z polskiej strony, mógłby przynieść
      ogromny pożytek poznawczy dzisiejszemu pokoleniu Ślązaków. Poznalibyśmy ich
      wzniosłość i heroizm, a także rozmiary ich ugodowości, kompromisów i konformizmu.

      Po ilu postaciach można by pomyszkować? Gdyby tylko na użytek tego felietonu
      nadstawić ucha tym, co tłuką się jeszcze w naszych głowach, a wiec generacji
      Wojciecha Korfantego i generacji następnej, ile to niebanalnych postaci? Po
      pierwsze, on sam, Korfanty, i całe jego otoczenie rówieśnicze, które zachorowało
      na Polskę i doprowadziło Górny Śląsk do niej. I jego śląscy przeciwnicy.
      Biografie polityków, księży, społeczników tamtych czasów. Ale także ludzi
      kultury. Ciekawym byłoby opukanie osobowości tak reprezentatywnych jak Gustaw
      Morcinek, Wilhelm Szewczyk czy Edmund Osmańczyk. I prześledzenie, jak ich
      śląskość i ich polskość wpłynęły na ich talenty? Czy wykorzystali miarę swoich
      naturalnych możliwości? A jeśli nie, to dlaczego? Co napisali, czego napisać nie
      byli powinni, a co napisane być musiało. Czy ich śląski pypeć dawał im siłę,
      powiększał ich talenty, czy przeciwnie: pomniejszał i osłabiał?

      Śląski pypeć istniał i jeszcze jest dość rozpowszechniony. U maluczkich i
      większych. Jest uchwytny, więc jest do zbadania. A co za tym idzie i do
      nazwania. Rzecz jeno w tym, czy znajdzie się człowiek kompetentny, lojalny i na
      tyle odważny, aby stać go było na wyartykułowanie prawdy?
      • laband Re: Uwe mo pypcia 13.11.04, 20:05
        Te ostatnie zdanie: "Rzecz jeno w tym, czy znajdzie się człowiek kompetentny,
        lojalny i na
        tyle odważny, aby stać go było na wyartykułowanie prawdy?"

        zdowo sie konsek sugerowac choby Uwe miou na te miejsce juz jakos propozycja
        (persona) - ciekawe !
        • tigletpilesar Śląsk pod zaborem pruskim 13.11.04, 20:09
          Zdaniem Labanda Prusy od zawsze były na Śląsku, nawet kiedy ... nie było Prus. Ha, ha, ha, ha, ha, ha ...
          --
          A ja, jako potomek habsburskiego urzędnika uważam, że po wojnach austriacko-pruskich w XVIII w. Śląsk znalazł się pod zaborem pruskim.
          --
          I możesz mi skoczyć ...

          • laband Re: Śląsk pod zaborem pruskim 14.11.04, 06:21
            Bredzisz kolego, kaj zech padou ize tam zawsze bouy Prusy?

            Faktym je ale ize Slonsk nigdy niy bou pruskim zaborym - niywiym kaj zes uaziou
            do szkouy, ale wiaa ize na zicher boua to polsko szkoua. Couke dziesiynciolecia
            w Polsce uczyli ize Gorny slonsk to bou zabor pruski - a to je ajnfach cyganstwo.

            Jak chcesz na tyn temat dyskutowac to sie ino osmiyszysz.
    • laband Nagroda 16.11.04, 06:21
      Wrocław nagrodził Kutza


      Zobacz powiększenie
      Fot. Paweł Kozioł / AG

      Józef Krzyk 15-11-2004 , ostatnia aktualizacja 15-11-2004 23:57

      Nagrodę Księżnej Jadwigi Śląskiej odebrał w poniedziałek senator Kazimierz Kutz.
      Przyznały mu ją środowiska akademickie i artystyczne Wrocławia za dbałość o
      tradycję i kulturę Górnego Śląska

      Uroczystość odbyła się w Auli Leopoldyńskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Kutz
      otrzymał odlaną w brązie dziesięciokilogramową rzeźbę przedstawiającą postać św.
      Jadwigi - patronki Śląska, o której niedawno Jan Paweł II powiedział, że łączy
      narody i jest orędowniczką wzajemnego zrozumienia. Pomysłodawcy nagrody - w tym
      roku wręczono ją po raz pierwszy - chcą za każdym razem przyznawać ją komuś z
      Polski i z Niemiec. W poniedziałek, oprócz Kutza, statuetkę św. Jadwigi dostał
      prof. Norbert Heisig, prezes Niemiecko-Polskiego Towarzystwa Uniwersytetu
      Wrocławskiego i przedwojenny absolwent tej uczelni.
    • laband Wili o forum GW Glywice 25.11.04, 11:45
      obejrzałem film "Rybki z ferajny". W holu kina stoi ogromne akwarium, główna
      nagroda w literackim konkursie dla dzieci. Można je wygrać po napisaniu
      opowiadania "o nowej niesamowitej przygodzie bohaterów filmu". Nic
      nadzwyczajnego, kolejna forma zachęty do odwiedzania kina. Już miałem pójść do
      domu, zerknąłem jeszcze na regulamin konkursu (a nuż spełniam kryteria i
      wygram?) i poraził mnie punkt 9, który brzmi: "Organizator zastrzega sobie prawo
      do wprowadzenia zmian w Regulaminie w trakcie trwania konkursu".

      Sprawa jest z pozoru błaha i nie warta uwagi, ale tylko z pozoru. Nie wolno nam
      bagatelizować podobnych zjawisk. Cóż bowiem wynika z takiego zastrzeżenia? Ano
      to, że właściwie żadne reguły w tym konkursie nie obowiązują. W świetle podobnie
      sformułowanych zasad nic nie stoi na przeszkodzie, żeby np. dyrektor podarował
      akwarium siostrzenicy, postawił w swoim gabinecie albo dał dziadkowi prezesa.
      Wystarczy na minutę przed ogłoszeniem wyników stwierdzić, że zgodnie z
      regulaminem właśnie regulamin uległ zmianie. Teraz już nie trzeba chodzić do
      szkoły ani pisać opowiadania, lecz wystarczy być siostrzenicą dyrektora, samym
      dyrektorem lub dziadkiem prezesa.

      Można rzecz przypisać niefrasobliwości organizatorów, gdyby nie jej szerszy
      kontekst. Pozorowanie reguł gry jest w naszym życiu publicznym tak powszechne,
      że już przestaliśmy reagować na podobne zjawiska. Przecież to jest codzienna
      praktyka przy organizowaniu niby-konkursów na publiczne posady, które konkursami
      są tylko z nazwy. W rzeczywistości są listkiem figowym zasłaniającym lansowanie
      z góry wyznaczonych osób. Ta praktyka odbywa się dwutorowo. Najpierw ogłasza się
      kryteria pasujące do tylko jednego pretendenta: "Spółka skarbu państwa ogłasza
      konkurs na dyrektora. Kandydaci powinni spełniać następujące warunki: wzrost 184
      cm, waga 108-111 kg, obwód pasa 124, rozmiar obuwia 44, inicjały AJ". Oczywiście
      może się zdarzyć, że znajdzie się inny uczestnik, spełniający te kryteria, albo
      nie daj Boże nasz faworyt utyje i wyskoczy z wagowych widełek. Dlatego w
      ogłoszeniu trzeba umieścić stosowne zastrzeżenie: "Organizator konkursu
      zastrzega sobie prawo zmiany powyższych kryteriów".

      Wedle tej samej zasady działają niby-przetargi na roboty publiczne. Jeśli
      czytamy w regulaminie, że "przystępujący do przetargu powinni dysponować 4
      koparkami marki Liebherr typu LGB 234WD rok produkcji 1998", to możemy być
      pewni, że szwagier naczelnika jest jedynym posiadaczem takich koparek w
      promieniu 100 km. Ale nikt rozsądny nie lekceważy konkurencji, która może zrobić
      psikusa i kupić takie same maszyny już po ogłoszeniu przetargu. Na to mamy
      bezpiecznik: "Organizator zastrzega sobie prawo zmiany kryteriów uczestnictwa".
      A gdyby i ten zawiódł, mamy trzeci wentyl bezpieczeństwa, który brzmi:
      "Organizator zastrzega sobie prawo unieważnienia przetargu bez podania
      przyczyn". Wystarczy wszystko puścić w niebyt i zacząć od nowa - tak, aby
      szwagier był jeszcze lepiej zabezpieczony i nikt postronny nie pomieszał nam szyków.

      Pozorowanie działań, tworzenie ułudy, że życiem publicznym rządzą jakieś zasady
      - to nasza codzienność, która sięga najwyższych szczytów stanowienia prawa.
      Beztroska w ciągłym nowelizowaniu ustaw, wzywanie do unieważniania umów i
      odbierania majątków - to wszystko zaczyna się od takich niepozornych konkursów
      dla dzieci o akwarium z rybkami. W latach 60. gwiazdą radiowego "Podwieczorku
      przy mikrofonie" był Jerzy Ofierski, czyli sołtys Kierdziołek, który
      przynajmniej nie owijał w bawełnę i każdorazowo obwieszczał: "Uchwaliliśmy rzecz
      jednogłośnie, to znaczy moim jednym głosem". Uczciwie, jasno, bez bawienia się w
      niby-regulaminy.

      chyba sam je cosik niy tak, abo?
      • meg_s Re: 25.11.04, 12:05
        Za Dz. Z :

        Maleje prestiż Domu Muzyki i Tańca. Sobotni koncert Serce za serce, niegdyś
        wielkie wydarzenie, zgromadził mniejszą i nie tak dostojną jak zawsze
        publiczność, a skomentowano go jako nieudany. Z organizacji imprez wycofują
        się kolejne impresariaty.Za nieporozumienie uznali telefonujący do DZ
        Czytelnicy koncert Serce za serce. Mówili o złym doborze repertuaru.
        Brakowało też niepowtarzalnej atmosfery, jaka od wielu lat towarzyszyła
        koncertom Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii. Dość przypomnieć, że przed
        wejściem rozścielany był zawsze purpurowy dywan, co od razu wprowadzało
        wszystkich w wielki świat. W tym roku kobierca nie było. Zabrakło też
        reklamy, czy też choćby dobrej informacji przed koncertem. Nic dziwnego, że
        na sali było pustawo. Co by jednak o oskarowym koncercie nie mówić, ta
        impreza jednak doszła do skutku i odbyła się w Zabrzu. W odróżnieniu od kilku
        innych, które zrezygnowały ze sceny DMiT i albo wybrały inną scenę na Śląsku,
        albo w ogóle ominą nasz region.

        Tak stało się na przykład z Moscow City Baletem, który wystąpić miał w DMiT w
        grudniu. Jednak zaprezentuje się nie w Zabrzu, a w Katowicach. Warszawski
        impresariat wolał salę Górnośląskiego Centrum Kultury.

        – Źle nam się współpracowało z obecnym kierownictwem Domu Muzyki i Tańca –
        twierdzi Marina Cydzik z Makroconcertu Media w Warszawie, który organizuje
        tournee moskiewskiego baletu po Polsce. – Nie gwarantowało to, że impreza
        będzie miała na tej scenie właściwy kształt i odpowiednie warunki techniczne.

        Umowę z DMiT Makroconcert podpisał jeszcze w lipcu z pełniącym wówczas
        obowiązki dyrektora Wiesławem Śmietaną. Kiedy jednak w listopadzie doszło do
        jej realizacji, okazało się, że obecna dyrektor DMiT Barbara Baranowska
        piętrzyła trudności. – Można się kłócić i wymagać realizacji umowy, ale praca
        w takich warunkach nie rokuje dobrze przedstawieniu. Już wcześniej mieliśmy
        kłopoty, organizując tu niedawny występ męskiego baletu – dodaje Cydzik. – W
        tej sytuacji zdecydowaliśmy się 15 listopada zrezygnować z zabrzańskiej
        sceny. Impreza odbędzie się w Katowicach, gdzie przyjęto nas z otwartymi
        ramionami. Na trasie tournee po Polsce mamy kilkanaście świetnych scen, z
        żadną nie było takich problemów, jak w Zabrzu.

        To duża strata dla DMiT. Kiedy wiosną występował tu inny rosyjski balet, sala
        była nabita do ostatniego miejsca, a organizatorzy w ostatniej chwili
        zdecydowali, że zamiast jednego, odbędą się dwa przedstawienia – właśnie ze
        względu na ogromne zainteresowanie publiczności. DMiT wycofały się też inne
        imprezy. Od kilku lat odbywał się tu charytatywny koncert Fundacji Przyjaciół
        Dzieci z Chorobami Serca, działającej przy Śląskim Centrum Chorób Serca w
        Zabrzu. Tym razem DMiT go nie przyjął, więc zespół Łzy i grupa Apogeum
        wystąpiły w MOK-u Guido. Kabareton z kolei został ugoszczony przez halę MOSiR-
        u przy ul. Matejki, choć miał być w DMiT. O złej współpracy z zabrzańską
        sceną mówi też organizator pożegnalnego koncertu Ich Troje, który ostatecznie
        zrezygnował wskutek tego z imprezy na Śląsku.
        Strata tych występów to nie tylko sprawa prestiżu DMiT.
        Średnio za wynajęcie sceny organizatorzy płacą 15 tys. zł, a nawet w
        przypadku imprezy charytatywnej jest to około 5 tys. zł. Można więc te
        uciekające koncerty przeliczyć również na straty finansowe. DZ chciał o te
        wszystkie sprawy zapytać dyrektor DMiT, jednak Baranowska nie znalazła czasu
        na rozmowę z dziennikarzem.Barbara Baranowska jest dyrektorem DMiT od
        września. Została powołana na to stanowisko przez prezydenta Zabrza, który
        wcześniej unieważnił konkurs ogłoszony na dyrektora placówki. Choć wpłynęło
        wówczas osiem kandydatur, Jerzy Gołubowicz uznał, że żadna ze zgłoszonych
        osób nie gwarantuje odpowiednio wysokiego poziomu funkcjonowania DMiT.
        Zdecydował się na Baranowską, choć nie spełniała wymogów konkursu – nie ma
        wyższego wykształcenia i nie kierowała wcześniej żadną placówką kultury.
        Poprzednio pracowała w UM w Gliwicach." (to na wypadek gdyby ktoś zarzucał brak
        związku wątku z Gliwicami)
        • laband Re: 25.11.04, 12:10
          To jo odrazu powia ize nawet 1 rok ech we Glywicach miyszkou (Laband to co
          inkszego). A tera dali - padosz ize zagrosz nom jeszcze do tanca sam na forum,
          ok. Jo poprosza o mietlorza!
          • meg_s Re: 25.11.04, 12:24
            laband napisał:

            > Jo poprosza o mietlorza!

            widzisz - tańce...też trzeba ująć taki punkt
            koleżanka chodzi teraz na "kursy" do muzeum - mieli coś o tańcach, obiecała
            notować :)
            • laband trojok i mietlorz 25.11.04, 12:27
              jak by miaua jakis glywicki przepis na cos maszkytnego to pamiyntej o mie!!!
    • laband podsuchane 26.11.04, 09:59
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=16970702
    • laband dedykacja dlo Tyglika 26.11.04, 13:07
      Z pozoru coś się ruszyło na drogach do poznania pełnego wymiaru górnośląskiej
      historii. Coraz częściej zdarzają się poważne debaty, w których można sensownie
      podyskutować o dziedzictwie wszystkich narodów i kultur, które na przestrzeni
      tysiąca lat tworzyły to wielkie dzieło. Na Uniwersytecie Śląskim (tak, tak !)
      odbyło się tydzień temu niezwykłe sympozjum poświęcone niemieckiemu dziedzictwu
      kulturowemu w naszej części Europy - pod auspicjami Domu Współpracy
      Polsko-Niemieckiej. Podobnych spotkań mieliśmy ostatnio więcej, co powinno
      napawać nas optymizmem.

      A jednak mam nieodparte wrażenie, że cały ten wielki wysiłek nakierowany jest
      głównie na przekonywanie ludzi przekonanych. W kolejnych konferencjach i
      debatach uczestniczy wciąż ta sama grupa ludzi, znikoma mniejszość górnośląskich
      elit. Tak zwana wielokulturowość Górnego Śląska wciąż jest terminem z kategorii
      "poprawności politycznej". To znaczy, że trzeba je wypowiadać przy wszystkich
      możliwych okazjach i odmieniać przez wszystkie możliwe przypadki, tylko że nic z
      tego zaklinania nie wynika. Zupełnie jak w słynnej anegdocie o Henrym Fordzie,
      który oferował swój model T "w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że jest to kolor
      czarny". Na tej samej zasadzie uznajemy wielokulturowość, pod warunkiem, że jest
      to kultura nasza.

      Na Śląsku wciąż jeszcze rej wodzi krzykliwa grupa ksenofobów, aspirująca do roli
      samozwańczych "działaczy kultury" albo "historyków". To wprawdzie nieliczna, ale
      dokuczliwa koteryjka, która gdzie tylko może i jak tylko zdoła - tam toczy pianę
      o patriotyzmie i racji stanu, choć nic z tego piania nie wynika. Owe towarzystwo
      wzajemnej adoracji jest wygodnym alibi dla miejscowych władz samorządowych,
      które chętnie korzystają z tych pseudopatriotycznych lamentów, by torpedować
      każde poważniejsze przedsięwzięcie dla odkrywania całego wielonarodowego dorobku
      śląskiej cywilizacji.

      Wszystko przypomina mi rok 1981, kiedy to w kraju szalała odnowa i również w
      rządzącej partii komunistycznej pojawiły się siły reformatorskie. Dla ich
      zrównoważenia powstało osławione Katowickie Forum Partyjne pod wodzą równie
      osławionego docenta Wsiewołoda Wołczewa - ostoja ultrakomunistycznych
      doktrynerów, jak to się wtedy mówiło: "partyjnego betonu". Ówczesne władze niby
      były za odnową w partii i w państwie, ale jak tylko trzeba było głośniej tupnąć
      nogą przeciw opozycji, natychmiast wołały na pomoc Wołczewowców. A ci karnie
      stawali z ideologiczną pałką u nogi i dawali odpór każdemu, kto naruszał "ideowe
      podstawy ustroju".

      Szyderstwem historii jest to, że jednym z głównych ideologów krzykliwej grupy,
      która dziś równie chętnie i gorliwie daje odpór wszelkim "rewizjonistom" w
      obronie rzekomo "zagrożonej polskości", jest były współpracownik nieodżałowanej
      pamięci tow. Wołczewa. Dobra, stara szkoła partyjnych hunwejbinów: zorganizuje
      akcję zbierania podpisów protestacyjnych, pojedzie do Warszawy by nabrudzić
      komuś w papierach, chętnie przyprawi gębę "Volksdeutscha" albo "wroga Kościoła"
      niewygodnemu adwersarzowi. Kiedyś zaprawiony w historii partii, dziś z różańcem
      w ręku i Ewangelią na ustach. Polecam "Świętoszka" Moliere'a w sosnowieckim
      Teatrze Zagłębia. Wykapany Tartuffe.

      Skutki już mamy. Z zamiarów uczczenia ojców-założycieli Katowic pozostanie
      karykaturalna proteza: tabliczka na murze nieco większa od pocztówki i kawałek
      ulicy, przy której na nie ma ani jednego domu. Wielokulturowość odfajkowano w
      statystykach, przekonani znów się spotkają na kolejnym sympozjum, pani dyrektor
      marszałkowskiego wydziału kultury powie kilka krzepiących słów I tak dalej do
      nowego roku sprawozdawczego.
      • laband Re: dedykacja dlo Tyglika 11.12.04, 07:23
        Hibernacja patriotów


        Kazimierz Kutz 10-12-2004 , ostatnia aktualizacja 10-12-2004 14:41



        Jest rzeczą niezwykle znamienną, że wszystkie polskie media - jakby była zmowa
        milczenia - całkowicie zlekceważyły zawartość merytoryczną i los ustawy o
        mniejszościach narodowych, etnicznych i językach regionalnych. Mimo że w Sejmie
        i w Senacie toczyły się bardzo dramatyczne debaty dotyczące spraw o wiele
        donioślejszych i społecznie ważniejszych aniżeli senacka ustawa dotycząca
        "mniejszości seksualnych", rozdmuchuje się właśnie ją, jakby prawnie
        sankcjonowała inwazję diabła w Polsce. Nie idzie wyłącznie o to, aby "ludzie
        kochający inaczej" - jak mówi ten śliczny banał - byli traktowani jak istoty
        tego samego Boga, tej samej nauki Chrystusa opartej na miłości do bliźniego. Nie
        można kochać Chrystusa, a jednocześnie nienawidzić homoseksualistów. To absurd i
        grzech!

        Znieczuleni na Śląsk

        A teraz wsiadam na swoją furmankę. Otóż chcę oświadczyć, że po debacie o
        mniejszościach w Senacie zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mamy już w
        Polsce do czynienia z utrwaloną znieczulicą na problematykę śląską. W "izbie
        refleksji", jak czasem nazywany jest Senat, niżej podpisany po dramatycznej
        mowie i konkluzjach zgłosił wniosek o odrzucenie tej ustawy w imię poszanowania
        spraw Śląska. W głosowaniu, poza senator Krystyną Bochenek, nikt z senatorów
        śląskich (poza kilku nieobecnymi) nie poparł mojego wniosku. Nie wiem, jak było
        w Sejmie, ale trzeba by zbadać, jak głosowali posłowie śląscy, których tam jest
        ponad kopa, i ogłosić imienną listę: kto był za, a którzy byli przeciw ustawie.
        U nas 21 senatorów było za odrzuceniem ustawy, 51 przeciw, a 8 się wstrzymało.
        Nawet Dorota Simonides, która jak mało kto zna się na etniczności Śląska,
        niejako z niej żyje i dzięki wiedzy o niej uzyskała wszystkie swoje naukowe
        tytuły, też była przeciwna. Dziewczyna z Janowa, z górniczego środowiska
        Nikiszowca, dziś jako senator z Opola robi wrażenie, jakby dojechała tam z
        Podlasia. A jednocześnie w swoim przemówieniu mówi, że może za 50 lat istnieć
        będzie naród śląski. Chyba z jakiegoś desantu pozaziemskiego. Po mojej stronie
        byli tak zacni senatorowie, jak: Biela, Chronowski, Dzido, Ferenc, Krzyżanowska,
        Kurska, Litwiniec, Matusiak, Romaszewski, Podkański, Sagatowska, Smorawinski,
        Szafraniec, Szyszkowska i inni. Ale przeciwni byli senatorowie Kaszubi, którym w
        poprawce przyznano prawo do własnego języka, i z tej okazji dość hołdowniczo
        wręczyli marszałkowi Longinowi Pastusiakowi bardzo piękne wąchadło do tabaki.
        Dlatego w jednej chwili obce stały się im sprawy pobratymców z południa Polski.
        Ot, polityka...

        Ślązacy muszą wiedzieć

        I teraz pytam - czy nie są to sprawy ciekawe dla Ślązaków? Bo właśnie - co
        gorsza - również media lokalne, śląskie, uznały, że w Senacie nic takiego się
        nie działo, co byłoby godne zainteresowania obywateli Śląska. To bardzo
        znamienne i stosowane co najmniej od 1945 roku. Dlatego nie należy dziwić się
        właścicielowi "Dziennika Zachodniego" i "Trybuny", że skasował ten ostatni
        tytuł: bo jak długo może on dopłacać za oderwanie się dziennikarzy od
        najistotniejszych problemów Górnego Śląska? Rzecz w tym, że zagraniczny
        właściciel może nie rozumieć bardzo specyficznych problemów narodowościowych i
        etnicznych regionu, ale jeśli dziennikarze jego pisma nie wiedzą, na jakiej
        ziemi żyją, i wiedzieć nie chcą! - a za to powinno się im płacić - to za swoją
        przygłupawą ignorancję, a także świadomy, polityczny bojkot śląskiej
        problematyki, rychlej niż jeszcze nawet nie przypuszczają, będą musieli szukać
        pracy w zupełnie innych regionach Polski. Teraz dają upust swoim niskim
        instynktom i mszczą się na niewinnych ludziach, nie wiedząc, że ich dni są także
        policzone. Daję im słowo - gdy się rzecz stanie, nie poświęcę im linijki. Nie
        można być dziennikarzem w tak dramatycznym tyglu, jakim jest Górny Śląsk, kimś o
        nijakich, fikcyjnych albo antyśląskich przekonaniach. Ponieważ nie da się ich
        ukryć, nawet jak się o tym nie pisze albo pisze ze złej woli. Uprawianie
        dziennikarstwa z natury swej musi oscylować wokół prawdy i chęci jej ujawniania.
        Jeśli dziennikarz tego nie robi, sam skazuje się na zawodową degradację. Bo
        umrzeć musi pismo, w którym małe szachrajstwa polityczne i instynkty pomniejsze
        bierze się za cnotę zawodową. Żaden właściciel w obszarze wolnorynkowym i słowa
        wolnego tego nie wytrzyma. Proszę bardzo: można ostatecznie nie liczyć się z
        czytelnikami, ale nie należy jednocześnie mieć właściciela pisma za ostatniego
        idiotę. Mam nadzieję, że jakiś dobry człowiek przetłumaczy ten felieton na język
        niemiecki i prześle mu do przeczytania. Zresztą znam człowieka i mogę
        poświadczyć o jego prawości. A z takim żartów nie ma.

        Trzeba wybierać swoich

        Trzeba też gwoli prawdy powiedzieć, że wszystko, o czym tu mówię, nie jest też
        dobrym interesem dla władzy lokalnej, wszak wszystkie kluczowe stanowiska na
        Śląsku piastują ludzie spoza jego śląskiego rdzenia: i wojewoda, i marszałek
        lokalnego sejmu, dyrektorzy mediów publicznych i pism lokalnych są albo z
        Zagłębia, albo skąd Bóg da. Niby tyle się zmieniło, a tak niewiele się zmieniło.
        Teraz będziemy mieli nowego dyrektora regionalnego ośrodka TV, którego sygnuje
        PiS. A więc idzie prawica ze swoją wielokrotnie przeżuwaną kadrą polityczną. Nie
        wiem, skąd pan Wojciechowski, nowy dyrektor TVP w Katowicach, pochodzi, wiedzieć
        nie chcę, bo idzie o to, aby był lepszy od swojego poprzednika, szefa tej
        rozciapanej pampeluny niby-lewicowego kompostu dziejowego. Ale jeśli los da nam
        w TVP kogoś z niezbyt odległej krainy zawierciańskiej, to naprawdę trzeba będzie
        pójść z pielgrzymką na Jasną Górę, by prosić Panieneczkę o przebłaganie
        nieszczęśliwego losu, litość u samego Pana Boga, ale i po to, aby zacząć
        mądrzeć. Na pocieszenie mogę tylko dodać, że nasza bieda jest także biedą
        ogólnopolską, bo huśta nas od jednego kołtuństwa do kołtuństwa drugiego. Ale
        trzeba sobie w związku z tym, co tu od lat wygłaszam, brutalnie uzmysłowić, że
        wybory do czegokolwiek i jakiekolwiek są po to, aby wybierać swoich. Jezu, jakie
        to proste! Górnoślązacy też nadają się do obsadzania wszystkich możliwych
        stanowisk kierowniczych! Zwłaszcza u siebie: trzeba tylko chcieć i organizować
        się. I nie mamlasić! Więc plujcie w swoje brody, sypcie popiołem po kędziorach i
        bierzcie się przy każdej okazji za władzę! Cała władza w ręce wybrańców ludu
        swojego!

        Śląsk to nie cuchnący karambol

        Oczywiście, z jakiej strony by nie spojrzeć dziś na Górny Śląsk, jego sprawy
        społeczne i etniczne są dla Polski i Polaków kłopotliwe. I być muszą coraz
        bardziej kłopotliwe, bo nie chcą być przyjmowane do wiadomości rzeczy realnie
        istniejące. Jak powiadam, to jest już jakaś martwica duchowa w absorbowaniu
        spraw śląskich, prawdy obiektywnie istniejącej. Przemilczana ustawa o
        mniejszościach narodowych i etnicznych jest tego wymownym przykładem. To
        prowokuje myślenie o amputacji. I to jest już groźne. Ale z Warszawy zawsze szła
        wzgarda i kolonialna sztywność. Dawniej, od wieków średnich, Polska odwróciła
        się plecami do Górnego Śląska, dziś, po 82 latach dobrowolnego przyłączenia się
        Śląska do reszty kraju, powiedzieć można, że głowę ma odwróconą na stałe, jakby
        Górny Śląsk był krwawym i cuchnącym karambolem na ruchliwej szosie.

        Toteż trzeba by ogłosić jakiś nowy spis ludności i raz jeszcze zapytać o
        narodowość. W poprzednim ponad 173 tys. przyznało się do narodowości śląskiej.
        Wtedy wydać by się mogło, że poza tymi, którzy poszli w koncesjonowaną
        orientację niemiecką, liczba ta podwoiłaby się.

        Zresztą w dniu, w którym omawiano ustawę o mniejszościach narodowych i
        etnicznych, na blatach senatorskich pulpitów pojawił się komputerowy wydruk
        adresowany do wszystkich senatorów, oznajmiający o zawiązaniu się na Górnym
        Śląsku Komitetu Organizacyjnego Narodu Śląskiego. I tylko niżej podpisany w
        swoim wystąpieniu wspomniał o tym fakcie.
    • laband zdechuo swiatuosc 29.01.05, 13:38
      Zdechła światłość pana P.


      Kazimierz Kutz 27-01-2005 , ostatnia aktualizacja 27-01-2005 23:41

      Wypracowanie Włodzimierza Paźniewskiego na temat Ślązaków jest formą spsiałego
      bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego charakteru.

      Nie jest źle, bo "Plama", "pismo artystyczne" wychodzące w Rybniku (wydawane
      przez elektrownię!) jest dobrze osadzone w regionie. Właśnie przysłano mi na
      adres domowy numer grudniowy, chyba głównie po to, abym nie przeoczył elaboratu
      Włodzimierza Paźniewskiego na temat Ślązaków. Więc zanim otworzę przepustnicę i
      nacisnę hebelek gazu, nim strumień paliwa popłynie, powiem na wstępie, że jestem
      wdzięczny Paźniewskiemu za jego antyśląską juchę. A człowiekowi, który wysłał mi
      "Plamę", dziękuję za chrześcijańską przysługę. Taki tekst powinien był powstać,
      bo jego nacjonalistyczny ostracyzm poruszy Ślązaków. Tak myśli wielu panów na
      Śląsku, zwłaszcza ci, co przyjechali go polonizować i na nim się obłowić. A w
      nowym ustroju go zawłaszczyć. Paźniewski jest tubą ideologiczną tego
      "jaśniepaństwa".

      Co myśli pan P. o Ślązakach

      Wypracowanie Paźniewskiego nosi tytuł "Paranoja po śląsku" i jest klinicznym
      opisem nazistowskiej mentalności rodowitych Ślązaków. Pisze on: "Współczesna
      medycyna nie zna choroby o nazwie "paranoja śląska", choć może powinna się nią
      zająć". Prześledzimy zatem jego opisanie tej choroby, a ja przy okazji ujawnię i
      jego chorego kota, bo w patologicznych przemianach ludzkiego umysłu odrzucony
      kontekst społeczny może być praprzyczyną powikłań psychicznych. Rzecz w tym, że
      Paźniewski nigdy nie zaakceptował Śląska i męczy się w Katowicach od
      kilkudziesięciu lat, jakby tu - z wyroku - odsiadywał dożywocie. Nie miał
      litości dla siebie, dlatego trudno od niego wymagać, by miał serce dla innych.
      Pycha i nienawiść zatruły jego szare komórki.

      Idźmy tropem jego skalpela. Pisze Paźniewski: "Żaden psycholog nie uwierzy, a
      psychiatra tym bardziej, że uczestniczenie przez pięć lat, choćby pod przymusem
      i biernie, we wszystkim, co robiła w Europie III Rzesza, państwo zorganizowanej
      zbrodni, spłynęło po Ślązakach, jak deszcz po dachu, nie pozostawiając żadnego
      piętna. Wprost przeciwnie; tresura nazistowska wywarła trwałe znaki. U bardzo
      wielu ludzi powstały, pisząc metaforycznie, rozległe żylaki na mózgu. Po wojnie,
      z przyczyn ideologicznych, terapia została zaniechana. Ślązacy z roli
      współsprawców, nagle stali się ofiarami, co ma się nijak do rzeczywistości i
      prawdy historycznej. Jak chociażby wytłumaczyć - skrupulatnie ukrywany w Polsce
      - fakt, że Ślązacy stanowili przez cały czas najliczniejsza grupę strażników w
      obozie oświęcimskim. Niestety, nie wszyscy byli Niemcami".

      Idąc za tokiem myślenia Paźniewskiego, można by powiedzieć, że w 1945 roku
      liczne polskie obozy pracy (dawne filie obozu oświęcimskiego) rozsiane po całym
      okręgu przemysłowym, w których zginęło tysiące Ślązaków tylko dlatego, że byli
      Ślązakami, a tysiące górników wywieziono w głąb ZSRR, to była s ł u s z n a kara
      za to, że niby byli "współsprawcami" nazizmu. Powstaje jednak pytanie, kto ich
      wtedy łapał i w czyim imieniu torturował i mordował? Starsi krewni
      Paźniewskiego? I dlaczego dopiero teraz Instytut Pamięci Narodowej ujawnia tę
      zbrodnię ludobójstwa?

      Idźmy jednak dalej za jego mądrościami. Pisze on: "Dlaczego stalinizm odniósł
      tyle sukcesów na Śląsku? Czy nie było tak, że tresura nazistowska przygotowała
      dla niego grunt? Czerwony totalitaryzm poczuł się u siebie, bo trafił na
      sztancę, którą zostawił w ludziach totalitaryzm brunatny. Mógł odwoływać się do
      gotowych nawyków i wzorów zachowań zbiorowych". I dalej: "Jest coś w rodzaju
      pamięci zbiorowej. Gdyby to przyjąć, trzeba zgodzić się z twierdzeniem, że
      doświadczenie nazistowskie w rodzinach śląskich prawie bezwiednie przechodzą z
      ojca na syna i wnuków. W ten sposób do dziś znajdują na Śląsku w obiegu i użytku
      stereotypy i uproszczenia, zasłyszane przez starsze pokolenie na pogadankach
      ojczyźnianych w Wehrmachcie i na zbiórkach Hitlerjugend". "Po tym, co kto
      wypisuje i w jaki sposób postrzega dzisiaj historię na Śląsku, można bezbłędnie
      ustalić, co robili i w jakich chodzili mundurach w latach okupacji jego
      dziadkowie i rodzice".

      Dodam jeszcze, że Paźniewski śląską elitę uznaje za "galerię rzadkich
      głuptasów", że "nawet Ślązak formalnie posiadający gruntowne wykształcenie
      przyzwyczajony jest w pierwszej kolejności do aportowania. Przygotowano go
      wyłącznie do tego, aby służyć komuś lub czemuś. Łasić się i czekać na nagrodę.
      Czy zatem elity śląskie są sprzedajne? Można odpowiedzieć: wyłącznie. Kto tylko
      pokaże portfel, już je kupił". Zaś jego konkluzja brzmi: "Czas skończyć z
      ugrzecznionym pisaniem o Śląsku i zachowań większości Ślązaków, np. w czasie
      drugiej wojny światowej. Nie pora na dyplomację. Okres ochronny się skończył.
      Żadnej taryfy ulgowej".

      Na froncie ideologicznym PZPR-u

      Idźmy zatem za stanowczością tego politycznego terapeuty. Paźniewski jest
      zasłużonym dziennikarzem partyjnym. Pracował w "Trybunie Robotniczej", był
      członkiem PZPR-u, sekretarzem egzekutywy partyjnej w organie Grudnia. Owe
      sukcesy stalinizmu, które jakoby zakwitły na Śląsku, były dziełem takich ludzi
      jak on i całego aparatu partyjno-ubeckiego, i nazywały się propagandą sukcesu.
      Dlatego powinien być bardziej rozważny w sądach, ponieważ teczuszki dziennikarzy
      będą wykładane na stół, a przyszły parlament uzna rządy jego dawnej partii za
      organizację zbrodniczą. Wtedy na tapetę może wychynąć jego przeszłość
      dziennikarza "frontu ideologicznego" PZPR-u i jego kumpli. Zresztą, do dziś
      pisuje felietony w ich pisemku.

      Tymczasem Paźniewski w swoim elaboracie przybiera pozę nieskazitelnej dziewicy,
      jakby tamte czasy przesiedział w "Gościu Niedzielnym". I wzywa do lustrowania
      Ślązaków. Proszę bardzo, ale powinien zacząć od siebie i można mu w tym pomóc.
      Po pierwsze, można sięgnąć do "Trybuny Robotniczej", przejrzeć jego artykuły i
      co pikantniejsze wydrukować w jednym z dzienników. Po drugie, wypadałoby
      posługiwać się dowodami. Mógłby przecież ujawnić nazwiska członków egzekutyw KW,
      szefów ubecji, komend milicji, a także redaktorów "TR". I policzyć w tym
      towarzystwie procentowy udział Ślązaków.

      Lokalny Macierewicz

      Ponadto Paźniewski uprawia cyniczną demagogię, bo udaje że historia Śląska to
      czas okupacji i PRL-u. A i tę zna marnie; tyle co na użytek swojej manii. Ale za
      to piszczy cienkim głosem polskiego nacjonalisty, czym wpisuje się w krąg
      genetycznej głupoty skrajnej prawicy. Moim zdaniem Paźniewski swoim artykułem
      chce się nominować na lokalnego Macierewicza, znanego z patologicznej nienawiści
      do komuny. Paźniewski jest jego bliźniakiem w tej namiętności, tyle że w miejsce
      komunistów mechanicznie podstawia sobie Ślązaków, zapominając o biografii
      własnej. I to jest jego nieszczęście, godne opieki medycznej. To obłęd, który
      nie pozwala mu pamiętać, że przy osądzaniu innych trzeba zachować choć trochę
      przyzwoitości. Pytanie jest więc oczywiste: czy Paźniewski nie powinien był -
      dla swojego dobra - nie nabredzić tyle głupot na temat Ślązaków? Zwłaszcza, że
      jest utalentowanym człowiekiem, przede wszystkim w eseistyce literackiej. Choć i
      w tej dziedzinie miał wpadkę. Przyłapano go na kradzieży cudzej własności
      intelektualnej, czyli na plagiacie. Sprawa była swego czasu głośna. Stracił
      wtedy swój honor w polskiej elicie intelektualnej. Wiarygodność Paźniewskiego
      nie jest więc warta jednego grosza.

      Spsiały bolszewizm w "Plamie"

      Moja konkluzja jest taka: to jego opublikowane w "Plamie" wypracowanie jest
      formą spsiałego bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego
      charakteru. Co gorsze, nie da mu się już wytłumaczyć, że mieszka Katowicach, a
      nie w Norymberdze. Ale Paźniewski nigdy nikogo nie lubił, nie uznawał i nie
      szanował - dla niego wszyscy są idiotami. Nie ma przyjaciół, bo jest sobie samo
      wystarczający. Ale żal mi go, bo przy jego ołowianej awersji do Ślązaków, chyb
      • laband Re: zdechuo swiatuosc 29.01.05, 13:38
        Moja konkluzja jest taka: to jego opublikowane w "Plamie" wypracowanie jest
        formą spsiałego bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego
        charakteru. Co gorsze, nie da mu się już wytłumaczyć, że mieszka Katowicach, a
        nie w Norymberdze. Ale Paźniewski nigdy nikogo nie lubił, nie uznawał i nie
        szanował - dla niego wszyscy są idiotami. Nie ma przyjaciół, bo jest sobie samo
        wystarczający. Ale żal mi go, bo przy jego ołowianej awersji do Ślązaków, chyba
        tylko nocą wychodzi na spacery i tuła się po pustych ulicach Katowic. I międli
        pacierze, by nie natknąć się na jakiegoś miejscowego w mundurze NSDAP.

    • laband po brukselce sie szczylo 20.02.05, 09:58
      Regionalizm jako brukselka


      Kazimierz Kutz 17-02-2005 , ostatnia aktualizacja 17-02-2005 17:45



      Są pojęcia i słowa, na które przychodzi nie tylko czas, ale i moda. Teraz to
      tożsamość i regionalizm. Zwłaszcza na Górnym Śląsku, bo tu są ku temu naturalne,
      poważne i dramatyczne powody. Przede wszystkim można o nich myśleć i głośno
      mówić. Stare, długo nieujawnione sprawy, dopiero ostatnimi laty wychodzą na
      światło i odsłaniają obszary skrywane przez pół wieku (mam na myśli obozy pracy
      w 1945 roku, wywózki górników do ZSSR, zamieszanie wokół volkslist itd.). Na tej
      niewiedzy wykluł się negatywny obraz Górnego Śląska i jego mieszkańców, dlatego
      tak trudno w Polsce zrozumieć jego dzisiejsze przejawy życia społecznego i
      etnicznego. Zamieszanie związane z efektami spisu ludnościowego, przecięte
      arbitralnie ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych, jest tego przykładem.

      Milczenie za karę

      Jest to triumf państwowej ignorancji i, co gorsza - jak to obserwuję -
      całkowitego braku zainteresowania w mediach sprawami Śląska. Jakby go nie było.
      Co to jest? Izolacjonizm jako odpowiedź na "separatyzm"? Można by to przyrównać
      do zamknięcia kurka, w naiwnym przekonaniu, że jak się o czymś nie mówi, to
      rzecz nie istnieje. Ale odcięcie się od spraw społecznych, etnicznych i
      kulturowych Górnego Śląska, które są materią żywą, nie jest receptą na dobre
      samopoczucie rządzących. To postawa stara, jak samotny los Śląska w historii, i
      dowodzi wygody płynącej z bezradności. "A dajcie sobie sami radę, jak jesteście
      tacy niegrzeczni!" - i kara przemilczenia. To sposób dobrze przećwiczony nie
      tylko przez PRL. Można powiedzieć - nic nowego pod słońcem. Na szczęście nie
      żyjemy ani pod okupacja, ani w socjalizmie. Trzeba jak zawsze swoje robić,
      samemu sobie radzić. Nie wiem, czy to aby nie najlepsza recepta na pobudzenie
      demokracji lokalnej. Chodzi o to, aby nie dać się zwariować albo zastraszyć.

      Z regionalnością jak z naukami Soboru

      Choć musi wielu trapić pytanie, dlaczego odmienna kulturowość Śląska spotyka się
      z taką niechęcią, zwłaszcza teraz, kiedy budzi się poczucie inności jego starych
      mieszkańców. Polska śląskość, przez tyle wieków tłumiona, dziś, w wolnym kraju
      wypełza na powierzchnię i miast cieszyć, budzi uprzedzenia i kontrowersje.
      Ustawodawcy restrykcyjnej ustawy nawet nie zadali sobie trudu odpowiedzieć na
      proste pytanie - dlaczego przez sześć wieków Śląsk utrzymał się przy swoim?
      Zdaje się, że ze współczesnym (czyli europejskim) pojmowaniem regionalności
      będzie podobnie jak z naukami Soboru II, które jeszcze do naszego Kościoła nie
      dotarły. Regionalności w demokracjach pojmować trzeba rozmaicie, bo opierają się
      na naturalnych odmiennościach kulturowych i cywilizacyjnych konkretnego miejsca,
      mogą ujawniać się w formach trudnych do przewidzenia, dzięki czemu powstawać
      mogą twórcze, oryginalne rozwiązania. Każda wieś, każda gmina czy miasto ma swój
      niepowtarzalny potencjał twórczy. Muszą się tylko objawić ludzie, którzy poprzez
      samorządy i stowarzyszenia są zdolni swoje kulturowe wartości określić, nadać im
      wymiar programowy i potrafią go realizować. Podstawą takich działań jest więź
      kulturowa i potrzeba wspólnego wysiłku. To wydaje się być podstawą regionalności.

      Błędne mniemanie eurodeputowanego

      Piszę o tym dlatego, że miałem ostatnio (przez przypadek) możliwość śledzenia
      debaty telewizyjnej naszych eurodeputowanych na temat polityki regionalnej Unii
      Europejskiej, w której wystąpił znany samorządowiec, śląski
      europarlamentarzysta. Stwierdził on, ni mniej ni więcej, że regionalizm oparty
      na integracji kulturowej nie jest właściwy, zwłaszcza na Śląsku, ponieważ jest
      przeszkodą w adaptowaniu się dawnego województwa bielskiego i częstochowskiego z
      Górnym Śląskiem, a tym samym utrudnia narodziny nowego pojmowania regionalności.
      Wedle jego mniemania, europejska regionalność ma się dziś opierać na wspólnej
      umiejętności korzystania z funduszów pomocowych UE. Słowem, fundusze pomocowe
      miałyby się stać "tkanką łączną" geograficznego położenia regionu i niwelować
      poczucie niedowartościowania Bielska i Częstochowy. Dziwne to myślenie, nieco
      "korupcyjne", jakby Unia Europejska była koncernem sportowym, państwa klubami, a
      regiony sekcjami. Fundusze unijne nie są łapówkami, bo trzeba będzie zrealizować
      programy i rozliczyć się z nich do grosza. Regiony nie są przedsiębiorstwami;
      owszem, pieniądze są bardzo ważne, ale nie mogą być celem samym w sobie. Są
      tylko środkiem do osiągnięciu pomysłów i celów społecznych, opartych na
      kulturowych i cywilizacyjnych potrzebach konkretnego regionu. Jak np. mają się
      ogromne problemy rewitalizacji poprzemysłowych kompleksów Śląska do powiększenia
      obszaru parku narodowego Puszczy Białowieskiej? Przecież nie tylko to, że
      wymagają nakładów finansowych. Tam być może chodzi o lepszą egzystencję fauny i
      flory, o żubry, ale na Śląsku niewątpliwie idzie o przywrócenie życia
      zdewastowanej i zatrutej glebie i polepszenia jakości życia ludzkiego. Jedno i
      drugie wiąże się z kulturą regionalną i daj Boże etniczną, bo ta wiąże ludzi
      najbardziej.

      Śląski duch miejsca

      Powiem więcej, co objaśni moje pojmowanie regionalności. Są przekonania, a nawet
      cała filozofia nowego pojmowania rzeczywistości. Używa ona całkiem nowego
      pojęcia klasy twórczej, która wcale nie musi być związana li tylko z
      elitarnością naukową, artystyczną biznesową czy administracyjną. Nie, to są
      oryginalne dokonania człowieka albo zespołów ludzkich, które nigdzie nie dają
      się powtórzyć, bo wyrastają z gleby kulturowej danej wsi, miasta, powiatu czy
      województwa. Genius loci! W tym znaczeniu do klasy twórczej należy w równiej
      mierze profesor Kokot, co pani Langier (zwyciężczyni konkursu "Po naszymu, czyli
      po śląsku), profesor Bochenek i pan Kłyk z Bojszów, który robi swoje filmy
      kowbojskie, radio Piekary, samorząd z Radzionkowa czy Otylia Jędrzejczak,
      "Szekspir z Bojszów", jak nazywam pana Lyskę, czy pamięć po Jerzym Ziętku, młoda
      architekta z Giszowca, która snuje plany ożywienia kompleksów poprzemysłowej
      architektury i pejzażu od Nikiszowca po Zawiercie, i Krystian Zimerman.
      Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, bo i w Zagłębiu, i w
      Częstochowskiem, i w Bielskiem są tacy ludzie i podobne dokonania. I takie
      myślenie powinno dziś łączyć mieszkańców Śląska. Niech "medalikorze" zostaną
      "medalikorzami", bracia Golcowie góralami z Milówki itd.

      Bach, czyli unijne myślenie

      Mniemam, że w eurounijnej polityce wspierania regionów idzie o stwarzanie
      realnych okoliczności dla pomnażania wszelkiego rodzaju elit twórczych. To może
      być człowiek, który stworzy 100 nowych miejsc pracy, i chłopiec, który gra na
      skrzypcach, jak nikt przed nim. Tu idzie o twórcze myślenie u siebie, na skrawku
      ziemi, na którym się żyje. Tu idzie o wspieranie finansowe takiego myślenia,
      prospołecznego myślenia, aby wszystko, co oryginalne, mogło zaistnieć i
      wzbogacić świat. Przynosić pożytek ludziom i chwałę ludzkim talentom.
      Zrealizowanym, a nawet wyeksploatowanym talentom. Jan Sebastian Bach nigdy by
      nie stworzył swoich dzieł, gdyby nie miał zamówień swojego pracodawcy, jego
      niekończących się zamówień i chęci eksploatowania jego możliwości twórczych.

      Kim jest J.S. Bach - wiemy. Kto w niego inwestował - niewiele. To stary skrót
      myślenia unijnego.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka