laband 05.08.04, 19:03 je to myjglich coby te dwa karlusy niy szkryfnyli jeszcze nic ciekawego? je to myjglich ize we Dziynniku Zachodnim odnich szkryflanie bouo lepsze? narazie godom ja: miasta.gazeta.pl/katowice/0,35068,921213.html Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
laband Warszawske elyty 12.08.04, 21:21 No i doczekouch sie i niy zawiod. Kutz nareszcie juzas zdobou sie na konsek prowdy. Sprawy "chamów" Kazimierz Kutz 12-08-2004 , ostatnia aktualizacja 12-08-2004 16:28 Górny Śląsk przez swój "chamski" charakter nigdy nie był i nie jest poważany przez polskie "dobre towarzystwo" czytaj dalej » r e k l a m a W ostatnim "Tygodniku Powszechnym", niejako na styku wielkich obchodów 60. rocznicy Powstania Warszawskiego, pojawił się artykuł prof. Jana Tomasza Grossa "Niepamięć zbiorowa", autora znanej książki o pogromie Żydów w Jedwabnem - "Sąsiedzi", która wywołała ogromne poruszenie i wielką debatę publiczną. Samo życie przedwojennej Polski W ogłoszonym artykule Gross stawia pytanie: dlaczego mord na jedwabieńskich Żydach i podobne mu tragiczne wydarzenia nie znalazły miejsca w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego? Cytuję: "Przywódcy Państwa Podziemnego wiedzieli o zbrodniach dokonywanych przez Polaków na Żydach latem 1941 r. Dlaczego nie bili na alarm? Czy dlatego, że losy "Chamów" i "Żydów" były ówczesnej elicie obojętne?". Tego "przeoczenia" nie da się wytłumaczyć ani ignorancją, ani złą wolą podziemnych władz. Profesor Gross stawia bardzo ciekawą tezę i udowadnia, że przyczyn tej "wybiórczej ślepoty należy upatrywać w zhierarchizowanej, postfeudalnej strukturze polskiego społeczeństwa". "Dystans klasowy, pogarda dla tego, kto stał niżej w hierarchii społecznej, to w przedwojennej Polsce był nie tylko "Gombrowicz", ale samo życie. Idąc tym tropem, możemy sobie wyobrazić, że wymordowanie Żydów przez ludność chłopską i mieszkańców małych miasteczek - zdarzenie rozgrywające się pośród dołów społecznych - umknęło z pola widzenia wyższych warstw ziemiańsko-urzędniczych i inteligencji, które najprzód robiły podziemie, a potem pisały historię". Bo "tam, gdzie szło o honor, imponderabilia, racje stanu, Ojczyznę wreszcie, "Chamy" i "Żydy" nie miały nic do dodania". "O zbrodni popełnianej na Żydach przez "lud" nie wiedzieliśmy prawdopodobnie dlatego, że rozróby wśród "chamstwa" nie są dla ludzi z "lepszego towarzystwa" nazbyt interesujące. Nikt na temat nie kłamał ani niczego specjalnie nie ukrywał, bo nie było po co". Tekst J.T. Grossa jest fragmentem pracy zbiorowej pt. "Świat niepożegnany" , która ukaże się nakładem Oficyny Wydawniczej RYTM i Instytutu Studiów Politycznych PAN, a redakcja TP zapowiada dyskusję nad tezami Grossa, z udziałem wybitnych intelektualistów. Pogarda skleja towarzystwo Dla mnie, "chama" z Górnego Śląska, tezy profesora wydają się być bardzo trafne. Stosowane są na Górnym Śląsku, jak długo on przy Polsce. I nadal doświadczamy ich na własnej skórze. Bo Śląskiem zawsze rządziło "dobre towarzystwo" , tyle że to przedwojenne - o którym pisze Gross - spod znaku Michała Grażyńskiego i jego sanacyjnej sitwy, po wojnie wymieniło się na sitwę komunistów rodem z Zagłębia, takich jak Zawadzki, Gierek czy Grudzień. Dziś Śląskiem rządzi sojusz sitw obydwu; połączyła ich magiczna dłoń wolnego rynku, czyli lewe interesy i szmal, które "wylicytowali" na przekształceniach gospodarki państwowej w prywatną. I władza. Tak, to pogarda dla tych, co na dole, czyli "lud", skleja to towarzystwo. "Ludem" są chłopi, robotnicy, Żydzi albo Ślązacy. Widać to było od pierwszej chwili śląskich starań - w traktowaniu powstań śląskich przez Józefa Piłsudskiego, osoby Wojciecha Korfantego czy traktowaniu przed wojną Ślązaków jak Indian. Milczenie o "chamach" W czasach dzisiejszych nie jest wcale inaczej, co uwidoczniło się przy okazji jednoczenia się największych śląskich organizacji w jedną - Jedność Górnośląską. Śląska prasa (poza GW), radio i TV całkowicie przemilczały tę sprawę. Zbojkotowały ją. W państwie demokratycznym, za które uchodzimy, fakt ten należy uznać za skandal. Ale stało się tak dlatego, bo media znajdują się w rękach dzisiejszego "dobrego towarzystwa". Mamy tu przykład drastycznej pogardy odziedziczonej i utrwalonej, ale i jawnej pychy z poczucia bezkarności. Dla nich Jedność Górnośląska to niezbyt interesująca - jak by powiedział J.T. Gross - przepychanka śląskiego "chamstwa". Choć dotyczy połowy obywateli województwa. "Nic, tylko w mordę lać" - powiedziałby cham prawdziwy, ale to wcale nie znaczyłoby, że myśli nieprawidłowo. I przystąpiono do kontrakcji. Ledwo co powstała Jedność Górnośląska została popsuta przez pieczeniarzy będących przy władzy; przez naszych współczesnych "Volksdeutschów" na usługach "dobrego towarzystwa". Ale to wcale nie znaczy, że rzecz ujdzie im płazem. "Chamstwo" śląskie zorganizuje się tak i tak, i weźmie się za "dobre towarzystwo". Już czas najwyższy, by wziąć odwet. Najlepszą okazją - na początek - będzie możliwość wykorzystania swojej karty wyborczej, czyli nieoddawania głosów na ludzi z "dobrego towarzystwa". Taką listę jest łatwo sporządzić, wszak ogranicza się do 37 kandydatów na wolne miejsca w Senacie. Już nieraz swoje kryteria ogłaszałem. Za pięć tygodni będzie więc okazja wysiudania kolesiów z "dobrego towarzystwa" z senackich aspiracji. "Chamy" muszą się tylko chcieć obudzić i wrzucić do urny kartkę z właściwym nazwiskiem. I nic więcej! Z urzędowej łaski W Warszawie odbyły się wielkie obchody 60. rocznicy Powstania Warszawskiego, czyli "ostatniej odsłony romantycznego misterium". Obrzędy trwały trzy dni w wielu miejscach stolicy, przy powszechnym udziale społeczeństwa. Wspaniałe uroczystości. Na placu Powstańców odbył się niezapomniany koncert. Słuchałem mowy naszego Prezydenta, Kanclerza Niemiec, gościa ze Stanów Zjednoczonych, a zwłaszcza Władysława Bartoszewskiego, i przypomniałem sobie nie tak dawne obchody z okazji 80. rocznicy przyłączenia Górnego Śląska do Polski. Co za różnica w traktowaniu, skali i wydanych pieniądzach! Warszawska uroczystość była wielkim świętem "dobrego towarzystwa", mieszkańców Warszawy i weteranów powstania z całego świata. Obchody związane z rocznicami śląskimi od 15 lat zawsze były zdawkowe i z musu; drugorzędne, bo robione z urzędowej łaski "dobrego towarzystwa" dla "chamów". I bez udziału społeczeństwa, które nie było na nie zapraszane. Co innego, gdy lokalni bonzowie startują do władzy. Wtedy nawet święci bywają wprzęgani w ich rydwany, w obecności siedmiu kamer i z widokiem na całą Polskę. Wstyd powiedzieć mi o tym głośno, ale tragedia na kopalni Wujek także traktowana jest jak wydarzenie pomiędzy "chamami". Doświadczyłem tego najdobitniej przy realizacji filmu "Śmierć jak kromka chleba". Nikomu (poza zainteresowanymi osobiście) nie zależało, aby ten film powstał, nawet "Solidarności". Gdziekolwiek pukałem, wyczuwało się wzgardę. Dlatego zorganizował się społeczny komitet, by ten film zrobić. Rodził się w katorżniczych warunkach, w znacznym stopniu w "czynie społecznym". Gdyby nie Kazimierz Dejmek, ówczesny minister kultury z SLD, zwoje taśm leżałyby odłogiem do dziś. Film jeszcze nie powstał, a już pisano o nim źle. Do dziś jestem pytany o przyczyny takiego stosunku do "Kromki chleba". Długo nie potrafiłem znaleźć na to pytanie odpowiedzi. Dziś już wiem, że nie chodziło o film, a o górników z kopalni Wujek. Rzecz leży właśnie w mentalności "zhierarchizowanej, postfeudalnej strukturze polskiego społeczeństwa" - jak by powiedział Gross - w którym "tam, gdzie szło o honor, imponderabilia, rację stanu, Ojczyznę wreszcie" "chamy" nie powinni zabierać głosu, bo w tej konkurencji nie mają nic do dodania. To są cymesy zarezerwowane dla "lepszego towarzystwa". Patent na polskie bohaterstwo został dawno przyznany - co najmniej pod koniec XVIII wieku. Marny odcisk w zbiorowej pamięci Zresztą pogardy dla "chamów" specjalnie się u nas nie skrywa, co widać choćby po skutkach barbarzyńskiej "restrukturyzacji górnictwa" czy w najniższym dotowaniu środków na kulturę (w prz Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Warszawske elyty 12.08.04, 21:26 Marny odcisk w zbiorowej pamięci Zresztą pogardy dla "chamów" specjalnie się u nas nie skrywa, co widać choćby po skutkach barbarzyńskiej "restrukturyzacji górnictwa" czy w najniższym dotowaniu środków na kulturę (w przeliczeniu na głowę mieszkańca) przez całe powojenne dziesięciolecia, do dziś. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Najdobitniej określił swój stosunek do śląskich "chamów" wykwintny przedstawiciel "lepszego towarzystwa" z błękitnym rodowodem, Janusz Korwin- Mikke. Nie tak dawno temu w telewizji określił górników protestujących w Warszawie mianem "bandytów z kilofami" i domagał się strzelania do nich z ostrej amunicji. Jego zdaniem "chamy"- jak asfalt - powinny trzymać się swojego miejsca. Oto dlaczego Górny Śląsk tak marnie odciska się w zbiorowej pamięci Polaków - przez swój "chamski" charakter nigdy nie był i nie jest poważany. A może znacznie gorzej. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Warszawske elyty 12.08.04, 21:56 My wos na Slonsk niy prosili. A tak po prowdzie - Kutz w tym artiklu wyraziou to co kozdy z nos czuje i mysli. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: elversko koontra Re: Warszawske elyty IP: *.internetdsl.tpnet.pl 12.08.04, 22:24 Jeszczy kwilka, a i s' Nih soroonia zrobjoom! Ze Synatora RP?! Zaczoon'c' trza niy puacic' podatkoow! Hjyrarhijo stanie sie plaskato. Odpowiedz Link Zgłoś
arnold7 Re: Warszawske elyty 12.08.04, 23:20 laband napisał: > My wos na Slonsk niy prosili. > > A tak po prowdzie - Kutz w tym artiklu wyraziou to co kozdy z nos czuje i > mysli. I s tego sie to bjere: forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=8985064 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ramon Re: "Szlachta" IP: *.kdvz.de / *.kdvz-hellweg-sauerland.de 13.08.04, 07:43 Tak Panie tylko szlachcic potrafi! Uobejzi sie jeno forum Katowice tam siedza ci "schlachcice" i z pogardom na slonzoukow spoglondajom. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 29.08.04, 19:54 Staropolski ugór Kazimierz Kutz 27-08-2004 , ostatnia aktualizacja 27-08-2004 13:22 Miejscowi geodeci od patriotyzmu śląskiego w swoich sentymentalnych bojach o sztywne granice pomiędzy pojęciami "powstania śląskie" a "wojna domowa" gotowi są jeszcze przez następnych 50 lat nie wychodzić z okopów III powstania, by nie zadać sobie pytania o następstwa powstań śląskich dla Górnego Śląska. Mianowicie: co sanacja zrobiła z Górnym Śląskiem przed wojną, co komuniści zrobili z nim po wojnie i co mamy teraz? Pamięć niepotrzebna Oczywiście patrzę na to z nieustannej perspektywy "chama", syna "chama" - powstańca, bo śląskie powstania są dziełem poczciwości ludowej i z lepszym towarzystwem niewiele mają wspólnego. Pojmowanie powstań jako efektu dziewiętnastoletniej sielanki patriotycznej albo rytualno-doktrynalnego obowiązku okolicznościowego jest najzwyczajniej jałowym anachronizmem. Rzeczywistość jest taka, że pamięć o powstaniach nie jest dziś nikomu potrzebna. Oto 14 sierpnia minęła kolejna rocznica wybuchu I powstania (86.!), a prawie pies z kulawą nogą o tym nie wspomina. A jest to data o wiele ważniejsza, niż się powszechnie wydaje. Korzystam więc z okazji, aby wrócić do tragicznej problematyki Górnego Śląska i by choć na miarę felietonu skupić się na magicznych sprawach związanych z trzema kluczowymi postaciami tamtych czasów: Wojciechem Korfantym, Maksymilianem Iksalem i Romanem Dmowskim. Gdyby nie oni, żylibyśmy dziś w zupełnie innej bajce. Opuścić Śląsk Przebudzenie narodowościowe było reakcją na doktrynę polityczną Ottona von Bismarcka zgermanizowania Górnego Śląska. Wojciech Korfanty urodził się właśnie wtedy, kiedy wchodziła w fazę realizacji. Jest rok 1873. Ale rzecz o znaczeniu kluczowym ma miejsce 22 lata później, 14 sierpnia 1895 roku (to data magiczna, bo 24 lata później rozpocznie się I powstanie). W tym dniu Wojciech Korfanty na skutek policyjnego donosu, na rok przed maturą, usunięty zostaje z katowickiego gimnazjum za uczestnictwo i antyniemieckie przemówienie na zebraniu Towarzystwa św. Alojzego w Siemianowicach. Opuszcza swoje rodzinne strony, przenosi się do Wielkopolski. Tam kończy szkołę średnią, potem studiuje we Wrocławiu i Berlinie. Żyje z korepetycji, poznaje kręgi wielkopolskiego ziemiaństwa, a nawet arystokracji (jest korepetytorem młodego Jundziłła), jeździ po Europie, a w miesiącach letnich dorabia w kopalni. Włącza się czynnie w działalność polskich towarzystw we Wrocławiu i Berlinie. Staje się działaczem narodowym i dziennikarzem. Ukształtowany duchowo, wykształcony, wraca do Katowic. Rozpoczyna działalność polityczną. W 1903 roku zostaje wybrany na posła do parlamentu niemieckiego. Nadszedł czas spełnienia swojej misji dziejowej wobec ziemi rodzinnej. Staje na czele przebudzenia. Potwierdza też regułę, że aby coś dla Górnego Śląska zrobić, trzeba go najpierw opuścić. Motyw rodzinny Maksymilian Iksal, lokalny dowódca, wbrew nakazom zwierzchników podejmuje decyzję o rozpoczęciu I powstania. Iksal zdaje się być wysłannikiem losu - tajemniczym kamykiem, który uruchomi lawinę. Odwaga cywilna, a może brak rozwagi 24-letniego mężczyzny, zmieni bieg historii. Jego niesubordynacja ma głębokie podłoże osobiste i społeczne. Maksymilian Iksal nienawidził Niemców, bo w Wehrmachcie zginęli jego dwaj bracia, a on sam z wojny ledwo uszedł z życiem. Aby szukać odwetu, zapisał się do Polskiej Organizacji Wojskowej. Był to czas rewolucji w Rosji i w Niemczech, które zradykalizowały śląski proletariat, i kiedy komuniści zorganizowali strajk, doszło do masakry górników w kopalni Mysłowice, bo wtedy Niemcy o wiele bardziej bali się rewolucji społecznej niż rozruchów narodowościowych. Mysłowice w strukturze POW podlegały Iksalowi. Jego nienawiść do Niemców - po wydarzeniach mysłowickich - spiętrzyła się i potrzeba odwetu okazała się być silniejsza od nakazów zwierzchników. W owym czasie (jak to sam Korfanty ocenił w 10. rocznicę I powstania) świadomość narodowa Ślązaków nie przekraczała 30 proc. Nie znaczy to, że Iksal jej nie miał, ale na podjęciu desperackiej decyzji bardziej zaważyły motywy rodzinne i lokalne: do jego tragedii familijnej dodała się bowiem tragedia górników. Był to jego spontaniczny akt odwetu na niemieckim terrorze. Nastąpiła detonacja na całą Europę. A po niej druga. Sygnał ostrzegawczy Wielkość I powstania polega na tym, że nadało ono buntom społecznym na Górnym Śląsku nominację narodowościową. Od tej chwili te dwa pierwiastki - socjalny i narodowy - tworzyły jeden stop, dzięki czemu zmalała rola komunistów na Górnym Śląsku. Pierwsze powstanie zrewoltowało świadomość zbiorową Ślązaków. Odtąd będą musieli wybierać ojczyznę. I powstanie było także wielkim, zgoła szokującym, zaskoczeniem dla Polaków. Na polskich salonach nikt się go nie spodziewał. Oczywiście - jak zwykle - z kompletnej niewiedzy, czyli feudalnych stereotypów. Ale obudziło się polskie społeczeństwo. Dla Europy powstanie było, zwłaszcza dla konferencji pokojowej, sygnałem ostrzegawczym. Przy stołach w Paryżu trwały obrady, ale zgodnie z obietnicami liczono, że cały Górny Śląsk przypadnie Polsce, zwłaszcza że Piłsudski wykluczał jakiekolwiek akcje zbrojne. Ale Niemcy stracili już obrzeża zachodnie, więc ze zdwojoną energią walczyli o zachowanie drugiego centrum przemysłowego na wschodzie. W gronie aliantów cieszyli się życzliwością Anglików i to dzięki nim - a także sztywnemu stanowisku Piłsudskiego - zapadła decyzja o plebiscycie na Śląsku. Głupota polityczna I stało się coś, co wydaje się nieprawdopodobne, do dziś niewyjaśnione i skrzętnie przemilczane. Oto Roman Dmowski, ideolog polskiego nacjonalizmu, delegat polskiego rządu na konferencję pokojową w Paryżu, składa propozycję, aby do udziału w plebiscycie mieli prawo Ślązacy zamieszkujący poza obrębem plebiscytowym! Propozycja została przyjęta i Niemcy mogli z głębi Rzeszy przetransportować do urn tysiące swoich i odnieść w plebiscycie zwycięstwo. Tak więc przegrany plebiscyt na Górnym Śląsku jest dziełem polskiej dyplomacji! Ten "sukces" Romana Dmowskiego to polityczne przestępstwo. Wywołuje ono na Śląsku gniew i staje się przyczyną gwałtownego wybuchu III powstania. Miało już ono znamiona wojny domowej. Do dziś nie ujawniono, kto stał za haniebną propozycją Romana Dmowskiego, ale prawdopodobnie głupota "lepszego towarzystwa", która zawsze rządziła Polską. Pytam naszych lokalnych geodetów od patriotyzmu: czy w III powstaniu głównym przeciwnikiem powstańców nie była aby głupota polityczna polskiego rządu? A może była to uzgodniona transakcja z Niemcami? Wszystko jest możliwe. Tak czy inaczej mamy do czynienia z ukrytą tragedią, na której osadzone są uczucia Polski do Górnego Śląska. Może nieco lepiej? Reasumując: gdyby Wojciech Korfanty nie poszedł na zebranie Towarzystwa św. Alojzego do Siemianowic, gdyby Niemcy nie zabili siedmiu górników w kopalni Mysłowice i gdyby Roman Dmowski nie złożył swojej haniebnej propozycji w Paryżu, historia Górnego Śląska potoczyłaby się zupełnie inaczej. Może nieco lepiej. Ale zawsze jest pora, by podejmować starania o godniejszą przyszłość Górnego Śląska. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 10.09.04, 19:13 Śląska biała plama Kazimierz Kutz 10-09-2004 , ostatnia aktualizacja 10-09-2004 13:40 Powinniśmy być wdzięczni dziennikarzom katowickiej "Gazety Wyborczej" za wywołanie dyskusji wokół mitu wieży spadochronowej w parku katowickim. Nareszcie miał miejsce spór wokół historii regionalnej, od dawna zaciemnianej i zakłamywanej. Historii Górnego Śląska, która dotąd nie została napisana, i nie zostanie napisana, póki nie znajdzie się historyk, który zdolny będzie na spojrzenie niezależne, uwolnione od doktrynalnych szańców niemieckiego i polskiego myślenia nadrzędnością interesu państwowego wobec Górnego Śląska. Patriotyzm staroświecki i rzewny Górny Śląsk od czasów Bismarcka traktowany jest przez polityków przedmiotowo: z chłodem, dystansem i utylitarnie, jak wszystko, co obce. I taki wyrobił się standard traktowania Górnego Śląska. Trwa do dziś i nikogo nie dziwi, bo utwardził się w świadomości powszechnej jak asfalt. Publiczna dyskusja o małym epizodzie ostatniej wojny jest także dlatego cenna i ciekawa, bo ujawnia poziom dzisiejszego pojmowania historii Górnego Śląska. Jest on staroświecki i rzewny, bo na poziomie przedwojennego, urzędowego patriotyzmu Michała Grażyńskiego, jego doktryny politycznej anektowania i repolonizowania Górnego Śląska na siłę. I z niej się wywodzi. Ja jestem z "korfanciorzy" i mnie ona nie satysfakcjonuje. Bo doktryna Grażyńskiego nie odbiegała daleko od praktyk niemieckich. Była rewersem tego samego myślenia i podobnego traktowania Ślązaków. Dla Niemców śląski węgiel, huty i tani śląski robotnik od połowy XIX wieku nabierały fundamentalnego znaczenia w gospodarce i realizacji agresywnej, prowojennej polityki zewnętrznej Niemiec. Z czasem interes Rzeszy nakazywał przekabacić Ślązaków na Niemców, co radykalnie przyśpieszyło przebudzenie narodowe i w efekcie doprowadziło do powstań. Cesarskie cięcie Dla Piłsudskiego powstania były wmanewrowaniem go w konflikt z Niemcami i związane z tym perypetie międzynarodowe, co burzyło jego plany i stało się zawadą w działaniach na Kresach Wschodnich. Kresy zachodnie były mu obce, a państwa polskiego nie stać było na wojnę na dwóch odległych frontach. Prawdopodobnie te racje legły u podstaw inicjatywy Romana Dmowskiego, który w imieniu polskiego rządu złożył na konferencji pokojowej w Paryżu propozycję umożliwiającą Niemcom urodzonym na Górnym Śląsku udział w plebiscycie. Był to najprostszy sposób zapewnienia Niemcom zwycięstwa i legalnego pozbycia się śląskich kłopotów. Dmowski zadowoliłby się tym, co kapnęłoby z paryskiego stołu konferencyjnego, a "kapnęło" zaledwie dwoma powiatami wschodnimi: katowickim i pszczyńskim. Można przyjąć poszlakę, że był to uzgodniony sposób Piłsudskiego, by mieć kłopot z głowy. Istotnie, dyplomatyczny scenariusz Dmowskiego powiódł się - Niemcy wygrali plebiscyt - ale skutki przyniósł odwrotne, bo doprowadził do gwałtownego wybuchu III powstania. Szeregi powstańcze od pierwszego powstania wzrosły czterokrotnie, a w trzecim wynosiły już 40 tys. Górny Śląsk wybrał swój los. Nie wiem, jak całą tę sprawę nazwać, ale posiłkując się terminologią ginekologiczną, nazwę powrót Górnego Śląska do Polski wymuszeniem porodu przez cesarskie cięcie. Odstawieni Polityka Grażyńskiego po przewrocie majowym, kiedy przejął władzę w Katowicach, była kontynuacją stanowiska ujawnionego w Paryżu. Przede wszystkim przystąpił do robienia porządków, czyli do rozprawienia się z Korfantym i jego zapleczem, i do likwidacji autonomii. Ten scenariusz także się udał: Korfanty rychło wylądował w więzieniu, a Ślązacy utracili swój autonomiczny samorząd. Zostali odstawieni i odtąd nie mogli już stanowić o sobie i swoich sprawach. Skończyła się demokracja i zaczęła się repolonizacja, bo Grażyński uważał, że Ślązacy są na tyle zniemczeni, że dla ich dobra trzeba nad ich polskością popracować i nimi rządzić. Zaczęła się powtórka z historii. Zasada była prosta: albo jesteś Polakiem, albo Niemcem. Poprzednio było odwrotnie. O jakiejkolwiek śląskości nie mogło być mowy. O piekle okupacyjnym nie ma co wspominać. Śląsk wcielono do Rzeszy i Niemcy brali odwet na miejscowych "spolonizowanych", a przede wszystkim na powstańcach. Każdy dowódca niemieckiej kompanii miał przy sobie książkę adresową wrogów, więc kiedy wchodził do zdobytej miejscowości, wiedział dokładnie, gdzie kogo szukać. Tubylców posegregowano w grupy narodowościowe: powstańców czekało "rozwiązanie ostateczne", reszta szła do swojej roboty albo do wermachtu. W 1945 roku przyszło kolejne piekło, tym razem koloru czerwonego. Liczne filie obozu w Auschwitz, ledwo co opuszczone, zapełniły się miejscową ludnością. Parę tysięcy Ślązaków - w majestacie pełnego bezprawia - straciło w nich życie. W tym także powstańcy. W Zabrzu, Bytomiu, Gliwicach i na Opolszczyźnie odbyły się wielkie łapanki na ludzi, których wywożono do ZSRR. Oblicza się, że uprowadzono 200 tys. Dziś mówi się, że to było "nasze śląskie Jedwabne". Zrzucić głupotę z piedestału O wszystkich tych sprawach - które tu omawiam - do 1989 roku nie było wolno mówić. Nie było tych spraw. Przez całe siedemdziesięciolecie po aneksji Śląska powstała fałszywa wiedza o regionie, pisano zakłamane prace doktorskie, wydawano podłe podręczniki, urządzano idiotyczne sesje naukowe. Wszystko wedle politycznych receptur rządzących Śląskiem. Teraz żyjemy w wolnym kraju i zakazana wiedza, dzięki działalności Instytutu Pamięci Narodowej, zostaje ujawniana, ale jak dotąd nie znalazł się historyk, który wyzwoliłby się z historycznych dybów, z obręczy utrwalonych kłamstw, i był zdolny do napisania historii opartej na prawdzie o Górnym Śląsku i od strony losu jego mieszkańców. O tragedii manipulowania ludźmi. To jest wielki worek do przekłucia, w którym mieści się wszystko - począwszy od wojny siedmioletniej, aż po ostatnią "restrukturyzację górnictwa" pana Steinhoffa. Górny Śląsk jest nadal białą plamą, którą trzeba się zająć. W porzucaniu starych kostiumów i poczciwych stereotypów, w odwadze odsłaniana skrywanych prawd widzę źródło prawdziwego współczesnego patriotyzmu. Na koniec dodam, że sprawa mitu wieży spadochronowej nigdy mnie specjalnie nie podniecała, ponieważ nie lubię, kiedy dorośli wyręczają się dziećmi w uprawianiu wojny. Mieliśmy tu, nie tak dawno, do czynienia z trzema powstaniami. Była to zabawa ludzi dorosłych, którzy najpierw przeszli specjalne przeszkolenie w koszarach, potem przeżyli wojnę na wielu niemieckich frontach i jak z niej wrócili, także w proteście przeciw swoim wojennym gehennom, szli do powstań. Nigdzie nie natknąłem się na informację (zajmuję się tymi sprawami od lat), aby w śląskich powstaniach uczestniczyły dzieci. I to jest bardzo mądre. Bo na wojnę idzie się, aby zabijać lub być zabitym. Nie ma zbrodni większej niż zabijanie dzieci, ale także zbrodniczym jest posługiwanie się nimi w wojennych działaniach. W naszym kręgu cywilizacyjnym nie powinno być sprawy, która nakazywałaby dzieciom - Boże, nawet dziewczynkom! - uczestniczyć w procederach wojennych. To bardzo źle świadczy o dorosłych i ich państwie. To głupota, a głupoty polityków nie powinno wynosić się na piedestały. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 10.09.04, 20:12 ciekawe forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=15664705 Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 18.09.04, 09:11 tym razym lepi poszuo Uwymu: Heimatmelodie w Krakowie Michał Smolorz 17-09-2004 , ostatnia aktualizacja 17-09-2004 14:22 czytaj dalej » r e k l a m a Oniemiałem. W niedzielne popołudnie włączam w telewizorze "Dwójkę" i co widzę na ekranie? Wprost z krakowskiego rynku nadają popularny niemiecki program rozrywkowy "Lustige Musikanten", tym razem gościnnie na antenie Telewizji Polskiej. Wszystko jak w ARD: Marianna und Michael w swoich tradycyjnych szwabskich strojach (szwabskich dosłownie, a nie pogardliwie, bo oboje są ze Szwabii) wyśpiewują z playbacku sentymentalne Heimat-Lieder, a wokół estrady przy stołach biesiadnych siedzi tłum krakusów, sączy piwo i do rytmu na trzy czwarte kołysze kufelkami. No i gdzie jesteście obrońcy Prawdziwej Polskości? Gdzie podzialiście się strażnicy Polskiej Racji Stanu? Dlaczego nie podnosicie larum gwardianie Kultury Narodowej? Przecież najświętsze wartości zostały zszargane, prochy ojców naszych zbezczeszczono, pokolenia bojowników o wyzwolenie narodowe i społeczne w grobach się przewracają! Siedemset metrów od Wawelu, gdzie spoczywają truchła królów, tyleż od Wisły, w której utopiła się Wanda, jakby nigdy nic płynie z estrady Heimatmelodie. A wy - bojownicy jedynie słusznej sprawy - nie ostrzycie szabel, nie kulbaczycie koni i nie ruszacie w bój? Nie pisałbym o tym, gdyby nie moje własne, tragikomiczne doświadczenie z niedawnej przeszłości. Gdy w 1991 roku zarządzałem regionalną anteną Telewizji Katowice, zdobyłem się na szalony krok i tytułem eksperymentu puściłem z anteny tenże sam program: "Lustige Musikanten". Na ekranie pojawili się ci sami śpiewający prezenterzy Marianna und Michael w tych samych szwabskich kostiumach z tymi samymi sentymentalnymi piosenkami, w których na okrągło po sto razy powtarzają się słowa: "Heimat", "Erde", "Liebe" i "Glück" (strony rodzinne, ziemia, miłość i szczęście). Aby nikomu nie wadzić, opracowaliśmy ten program w polskiej wersji językowej, prezenterzy byli dubbingowani, a na piosenkach wyświetlaliśmy polskie teksty. Pamiętam jak dziś mojego czcigodnego kolegę Stanisława P., dyżurnego krytyka wojewódzkiego, wybitnego intelektualistę i zasłużonego działacza stowarzyszeń literackich wszystkich barw i odmian politycznych, którego zresztą sam wówczas ściągnąłem do telewizji (i niech mi to Pónbóczek wybaczy!). Biedak obszedł wszystkie organy władzy państwowej, samorządowej i związkowej, w których złożył swój obszerny protestacyjny memoriał. Z płomiennym przemówieniem wystąpił przed Zarządem Regionu "Solidarności", który wtedy wypełniał pustkę po zlikwidowanym Komitecie Wojewódzkim PZPR. Ze wszystkiego bił najwyższy niepokój o los polskości Śląska, zagrożonej przez proniemieckie sympatie Michała S., który do programu telewizji publicznej wpuścił zatruwający jad germańskiej (tfu!) Heimatmelodie. Jak grzyby po deszczu zaczęły się sypać uchwały żądające zmian w telewizji regionalnej, pchanej przez tegoż S. wprost w objęcia Hupki i Czai. Boże wielki, ledwie 13 lat (aż 13 lat?) minęło, a tu na tle Sukiennic, jakby nigdy nic, podrygują Marianna und Michael i jeszcze im Majka Jeżowska dośpiewuje refreny. A wokół siedzą rozbawieni centusie i beztrosko klaszczą do rytmu, wszystko idzie z ogólnokrajowej anteny polskiej telewizji. Wisła sobie płynie nieświadoma tego horrendum, smok wawelski ze spokojem co dwie minuty zieje ogniem, z Wieży Mariackiej beztrosko grają hejnał. Czesław Miłosz spoczywa na Skałce, Andrzej Mleczko sprzedaje frywolne pocztówki, Grzegorz Turnau leczy ból głowy po nocnej szychcie, "Tygodnik Powszechny" ukazał się w terminie. I gdzie Ty się podziewasz drogi Stanisławie, dlaczego nie grzmisz w obliczu tak wielkiego zagrożenia? Grzech zaniechania też podlega karze wiekuistej, rozliczą Cię za tę bezczynność na Sądzie Ostatecznym. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 01.10.04, 04:52 Tera sie ale Uwe nic a nic niy popisou - dejcie obacht na tyn fragmynt: ""Pręgi" są także znakomicie grane, zwłaszcza że je konsekwentnie odproletyzowano; tu nie gra się na klasowej litości czy frapującej regionalności. Egzotyka osadzona jest głębiej. Jesteśmy w świecie uładzonym i prowincjonalnie dostatnim. Ludzie są urodziwi, a otaczający ich świat normalny, w guście dzielnic z byłego zaboru pruskiego. Choć z przyczyn oszczędnościowych film nie mógł być kręcony w Chorzowie czy Bytomiu. A szkoda, bo byłby jeszcze ździebko lepszy." Lepszy by bou tyn felieton bez tego fragmyntu Uwe! Uwe nazod do podstawowki ze Tobom!!! ps a sam couki tekst: miasta.gazeta.pl/katowice/1,35068,2317212.html Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: Uwe a Wili 01.10.04, 06:06 nie rozumiem ? co Ci w tym fragmencie podpadło? przecież pozytywnie się o pruskich czasach wyraża ???? Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: Uwe a Wili 01.10.04, 16:04 teraz rozumiem co Cię boli - skupiłam się na "pruskim" Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 03.10.04, 09:19 a zazalynia richtowac sam: Siedziba Biura Senatorskiego Kazimierza Kutza: 40 - 079 Katowice ul. Gliwicka 1 tel./ fax. /32/ 206 - 88 - 03 e-mail: biuro@kazimierzkutz.pl Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe a Wili 07.10.04, 21:11 jakosikprzi tym tyn artikel mi niy pasuje: "Das kulturelle Herz Polens schlägt in Oberschlesien von Gerhard Gnauck Oberschlesien? Kohle und Stahl, Smog und Arbeitslosigkeit. Und jetzt das: Vier bedeutende Kulturpreise gehen an Künstler aus diesem multikulturellen Ballungsgebiet, das jahrhundertelang Grenzraum war zwischen Deutschen und Polen, "Wasserpolacken" und Tschechen. Polens Kulturhauptstadt ist nicht mehr das altehrwürdige Krakau, wo kürzlich der Nobelpreisträger Czeslaw Milosz zu Grabe getragen wurde. Das kulturelle Herz Polens schlägt jetzt in Oberschlesien. Am Sonntag abend wurde in einer großen Gala in Warschau der begehrteste Literaturpreis verliehen, der mit umgerechnet etwa 23 000 Euro dotierte NIKE- Preis. Der 32 Jahre alte Wojciech Kuczok aus Chorzow (Königshütte) konnte sein Glück nicht fassen. Sein Roman "Gnoj" (Mist, Dung) trägt den Untertitel "Eine Antibiografie". Darin berichtet der Ich-Erzähler in oberschlesischem Dialekt von seinem Stigma, der von seinem Vater ausgehenden Gewalt in seiner Familie. Verlorene Zeit, die zu suchen mehr Schmerz als Erfüllung bringt. Mal naturalistisch präzise, mal mit bitterer Ironie unterlegt - ein reifes Werk "in der Tradition Thomas Bernhards", so das Urteil der Jury. Zwei Wochen zuvor hatte die 30-jährige Oberschlesierin Magdalena Piekorz den bedeutendsten polnischen Filmpreis gewonnen, die "Goldenen Löwen" des Festivals in Gdynia. Nachdem sie acht Dokumentarfilme gedreht hatte, kommt an diesem Donnerstag das gefeierte Spielfilmdebüt in die Kinos: "Pregi" (Striemen) handelt ebenfalls von Gewalt in der Familie im Polen der achtziger Jahre. Ein Schnitzer von Heiligenfiguren, Witwer, erzieht seinen zwölfjährigen Sohn mit harter Hand; in Polen ist die Körperstrafe noch nicht ausgestorben. Das Drehbuch schrieb Wojciech Kuczok, doch der Film ist gegen Ende etwas optimistischer als der Roman. "Pregi" wurde inzwischen auch für den Oscar nominiert. Zwei weitere Preise gehen nach Oberschlesien: Der Oppelner Lyriker und Französischlehrer Tomasz Rozycki erhält an diesem Freitag den Koscielskich- Preis, den bedeutendsten, im Exil verliehenen Literaturpreis (7000 Schweizer Franken). Sein Poem "Zwölf Stationen" verarbeitet die Geschichte einer Familie, die es aus den früheren polnischen Ostgebieten nach Oberschlesien verschlug, einem Land, das der jugendliche Held, unser Zeitgenosse, erst noch für sich erwerben muß. Die "Gazeta Wyborcza" hörte in diesem Werk ein Echo des polnischen Nationalepos "Herr Tadeusz". Den "Prix Italia" gewannen in ihrer Kategorie Anna Dudzinska und Anna Sekudewicz für ihr Radio-Feature "Der Preis der Arbeit". Darin gehen sie detektivisch der Frage nach, warum in Oberschlesien so viele Bergleute unter Tage ums Leben kommen. Kazimierz Kutz, der Filmregisseur und Politiker, der im polnischen Kulturbetrieb die Rolle des "Mister Oberschlesien" innehat, freut sich über diese Erfolge. "Schlesien wacht auf", sagte Kutz nach der NIKE- Verleihung. "Jetzt kann ich ruhig sterben, denn aus Schlesien kommt das Licht." Artikel erschienen am Di, 5. Oktober 2004" www.welt.de/data/2004/10/05/341746.html ?search=polen&searchHILI=1 Odpowiedz Link Zgłoś
laband smierdzonce gowno 19.11.04, 10:28 Ustawa czyli mroczne zakamarki historii Kazimierz Kutz 18-11-2004 , ostatnia aktualizacja 18-11-2004 13:57 Sejm uchwalił nową ustawę o mniejszościach narodowych, która kładzie w Polsce kres używaniu urzędowych tablic w języku niemieckim. Dotąd posiłkowanie się językiem niemieckim w urzędach i stawianie dwujęzycznych tablic z nazwami ulic i miejscowości gwarantował przepis o ośmioprocentowej ludności niemieckiej w gminie. Nowa ustawa podnosi tę poprzeczkę do 50 procent, a więc ponad sześciokrotnie! To oznacza, że z wejściem nowej regulacji z 2478 gmin starego zapisu, teraz tylko w czterech gminach białoruskich i jednej litewskiej będą mogły pojawić się takie oznaczenia. Tym sposobem problem niedobitków niemieckich w Polsce przestanie istnieć - przynajmniej na oko - wraz z poszanowaniem grup etnicznych i wszystkiego, co dotąd nazywało się polityczną tolerancją. Projektanci nowej ustawy, nasi bogoojczyźniani patrioci z Ruchu Katolicko-Narodowego, wygrali swoją nową "bitwę pod Grunwaldem", ale jest ona nawrotem do państwa narodowo-mocarstwowego, zwłaszcza że partia pretendująca do przejęcia władzy, czyli Platforma Obywatelska, uchwałę tę poparła. Jej państwowotwórcze hasło "Nicea albo śmierć" zdaje się przybierać empiryczne kształty. Obiektywnie trzeba jednak stwierdzić, że zmiana starych przepisów była zasadna, ponieważ nadgorliwi samorządowcy mniejszości niemieckiej wykorzystywali ich nieprecyzyjność i umieszczali swoje tablice w miejscach, gdzie wisieć nie powinny, czyli na fasadach budynków. A więc swoim nierozumnym panoszeniem się wymusili karę na sobie i dali naszym narodowym eurosklerotykom okazję do działania. Oni ciach ustawą - i cofają nas w ciemne zakamarki minionej historii! W sprawach wewnętrznych projekt ten sygnuje koalicję pomiędzy Platformą Obywatelską a Ligą Polskich Rodzin. Jest pierwszym wspólnym dokumentem w Sejmie, a tym samym zapowiedzią zarządzania IV Rzeczpospolitą według ideologicznego modelu Romana Giertycha. Roman Giertych nosi imię idola rodu Giertychów, Romana Dmowskiego, ideologa polskich katolickich narodowców i - jak widać - nie jest to świat li tylko symboliczny. Wspomniana ustawa nie jest formą literacką, a przepisem na nowy, empiryczny porządek społeczny w Polsce, wedle którego tylko co katolickie jest polskie, i na odwrót. Wszystko inne trzeba umniejszać, ograniczać lub niszczyć. Uchwalona przez Sejm ustawa o mniejszościach narodowych ma więc cel ukryty, o wiele poważniejszy niż tablice w językach mniejszości narodowych i utarcie nosa polskim Niemcom. Poseł Ruchu Katolicko-Narodowego Jerzy Czerwiński, komentując podjętą uchwałę, ujawnia jej prawdziwy cel, mówiąc: "Dobrze, że udało się nam wykreślić z ustawy te zapisy, które mogły doprowadzić do eskalacji żądań mniejszości i wywołać konflikty na tle etnicznym". A więc istotą tej ustawy jest postawienie szlabanu wszelkim aspiracjom etnicznym i regionalnym. Inaczej mówiąc, mamy do czynienia z zakamuflowaną ustawą antyśląską, która wyklucza regionalną etniczność i kulturową odmienność Śląska. Jest to nawrót do polityki przerabiania Ślązaków na Niemców z czasów "żelaznego kanclerza", i do przedwojennej polityki Michała Grażyńskiego, który polonizował Górny Śląsk, bo mieli na nim być tylko Polacy albo Niemcy! A Kaszub w myśl tej ustawy, mówiący w urzędzie swoim językiem, staje się przestępcą. W tym miejscu kłania się okupacyjne "Wer polnisch schpricht ist unser Feind". Jeśliby zerknąć na rzecz z perspektywy niedawnej historii Śląska, natkniemy się na znamienne dzieło głównego ideologa polskiego nacjonalizmu Romana Dmowskiego. To on przewodził w 1919 roku polskiej delegacji na Konferencję Pokojową w Paryżu, i kiedy postanowiono rozstrzygnąć los Śląska poprzez plebiscyt, ku zdumieniu aliantów Roman Dmowski zgłosił wniosek, aby w plebiscycie mogli uczestniczyć wszyscy urodzeni na Górnym Śląsku. Anglicy i Włosi sprzyjający wtedy Niemcom, nie mówiąc o nich samych, nie mieli śmiałości postawić takiej propozycji. Toteż wniosek Dmowskiego został skwapliwie przyjęty i przegłosowany. Dziś można powiedzieć, że była to najbardziej antypolska uchwała, jaką można było wtedy sformułować, ponieważ przesądzała o zwycięstwie Niemiec w plebiscycie, bo przez 180 lat panowania Niemców nad Śląskiem mogło się na nim urodzić lub zniemczyć wystarczająco dużo osób, które mogły zjechać z wszystkich zakątków Rzeszy i wrzucić swoje kartki do urn. Tak też się stało. Toteż trzecie powstanie było w istocie wściekłym protestem Ślązaków przeciwko plebiscytowi zaaranżowanemu przez Romana Dmowskiego. Pozostaje jednak pytanie: dlaczego to zrobił? Jaki miał w tym interes? Czy nie można zaryzykować stwierdzenia, że Polska nie chciała Górnego Śląska? Ta idea mieściła się w doktrynie politycznej Józefa Piłsudskiego. On sam zajął się "miękką" granicą wschodnią, a Dmowskiemu dał wolną rękę w sprawach granic zachodnich, z zaleceniem uniknięcia konfliktu zbrojnego z Niemcami. I Dmowski zrobił swoje. Oczywiście, efektem takiej polityki była wojna polsko-rosyjska i domniemany "Cud nad Wisłą", ale kosztem utraty Zaolzia i Opolszczyzny na zachodnim obrzeżu Polski. Taka jest prawda. Ale dzięki Wojciechowi Korfantemu i jego powstańcom cud miał także miejsce na Górnym Śląsku, choć nigdy ani trzeciego powstania, ani powrotu Górnego Śląska do Polski tak nie nazwano. Ale już cztery lata po przyłączeniu Górnego Śląska do Polski, po zamachu majowym, kiedy Wojciecha Korfantego odsunięto od władzy i Śląska, wojewodą z urzędu został Michał Grażyński i zaczęła się polka w guście Ottona Bismarcka, tyle że na odwyrtkę, albo i jeszcze gorzej. Zaczęła się polonizacja Ślązaków: mogli być albo Niemcami, albo Polakami. Dlatego powiedzieć należy, i widać to gołym okiem, że ustawę o mniejszościach narodowych sporządzili spadkobiercy opisanej "mądrości" Romana Dmowskiego - realizują oni testament swojego ideowego patrona. Wsiedli na swojego nacjonalistycznego ogiera i raczyli się zająć uniemożliwieniem "doprowadzenia do eskalacji żądań mniejszości i konfliktów na tle etnicznym". Godzi się w tym miejscu przypomnieć, że dziełem komunistów, ich niecnej polityki wobec Ślązaków, Warmiaków i Mazurów, pomiędzy latami 1950 a 1989, wymuszono falę emigracji do RFN-u. Wyjechało wtedy 1 mln 240 tys. osób. Według prawa europejskiego i polskiego prawie wszyscy nie wyrzekli się polskiego obywatelstwa i dziś, każdego dnia, mogą wnosić o jego potwierdzenie. Jeśli do tego dojdzie, wtedy wygnańcy ci będą mogli nie tylko starać się o swój majątek, ale i kupować w Polsce ziemię, bądź cokolwiek zechcą. Niestety, dziś nowa ustawa o mniejszościach narodowych, nacjonalistyczna z litery i antyśląska z ducha, w demokratycznej Polsce nie poskutkuje już falą emigrantów. A wręcz przeciwnie: pozwoli Ślązakom w Polsce - i tym w Niemczech, którzy zechcą - na zwieranie swoich szeregów w obronie europejskiej demokracji, polskiej wolności, tolerancji i praw obywatelskich. Przeto, nawiązując do oryginalnej retoryki marszałka Józefa Piłsudskiego, wypada zapytać: jak długo jeszcze Ślązacy we własnym kraju traktowani będą jak stare, śmierdzące gó..? Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: smierdzonce gowno 19.11.04, 10:30 Spadkobiercy Bismarcka? Michał Smolorz 18-11-2004 , ostatnia aktualizacja 18-11-2004 13:56 Po 11 latach mozolnych prac doczekaliśmy się ustawy o mniejszościach narodowych. Minęło wystarczająco dużo czasu, by dopracować dzieło w najmniejszych szczegółach i uchwalić prawo, które będzie "na lata" i wolne od doraźnych korzyści jednej czy drugiej grupy nacisku. O święta naiwności! Ustawa po prostu tyle czasu leżała w szufladach, a potem na ostatnią chwilę została wypichcona na kolanie, w dodatku - jak wszystkie inne - skażona jest przedwyborczą populistyką. Tyle lat czekania w nadziei - i wszystko "ło rzić roszczaś". Najbardziej widocznym grzechem nowego prawa jest całkowite zignorowanie mniejszości śląskiej, która tak wyraziście i licznie objawiła się podczas spisu powszechnego. Nowe prawo uznaje trzy rodzaje mniejszości: narodową, etniczną i językową. Pierwsza została zdefiniowana jako ta, która mieszka na danym terytorium od co najmniej stu lat i gdzieś tam poza granicami Polski ma własne państwo. Mniejszość etniczna ma te same kryteria, tylko nie musi mieć własnego państwa. A na okrasę dodano nam mniejszość językową. Posłowie zadbali, by nikt nie sięgał samowolnie po te uprawnienia i od razu przypisali do poszczególnych grup konkretne "legalne" mniejszości - poza śląską oczywiście, której w ustawie po prostu nie ma. Trudno nie pokusić się o skojarzenia: udawanie, że czegoś nie ma, było specjalnością komunistów. W tym ustroju nie było strajków, tylko "nieuzasadnione przerwy w pracy", nie było kryzysów, tylko "przejściowe trudności dynamicznego rozwoju", nie było opozycji, tylko "siły antysocjalistyczne", nie było prymasa, tylko "kierownik polskiego episkopatu". Nawet świętego Mikołaja nie było, tylko "Dziadek Mróz". Nasi deputowani poszli tą samą drogą: ani słowa w ustawie o mniejszości śląskiej, więc mniejszości nie ma, nie istnieje, nikt o niej nawet nie słyszał. Aby już nikt nie ciągał Polski po trybunałach, ustawa uniemożliwia tworzenie śląskiej grupy etnicznej. Wygląda na to, że polskie władze bardzo przestraszyły się odrębności Ślązaków i teraz rozpaczliwie szukają sposobów, by ten ruch stłumić w zarodku i zamknąć mu wszystkie możliwe furtki. Jakby tego było mało, drastycznie ograniczono prawa nawet dla społeczności zadekretowanych w ustawie. Padł postulat wprowadzenia w urzędach drugiego języka pomocniczego, gdyż ustawiono dlań tak surowe kryteria, że są one praktycznie niewykonalne. Podobnie uczyniono z dwujęzycznymi tablicami. W świetle nowych przepisów trzeba będzie pościągać szyldy, jakie już od dawna wiszą w wielu gminach na Górnym Śląsku. Wygląda na to, że cała awantura zacznie się od nowa - i po co nam było jeść tę żabę ? Paradoks polega na tym, że te restrykcyjne zapisy wprowadzili poważni deputowani Platformy Obywatelskiej, którzy tak ochoczo niosą przed sobą sztandary liberalizmu i swobód obywatelskich. Ale cóż znaczą rozproszone głosy mniejszości, która i tak wybiera własnych przedstawicieli, skoro można tym zyskać wielomilionowe poparcie od ksenofobicznego tłumu? Nie ma już świętych w parlamencie, są procenty w sondażach. Efekt jest taki, że nasze prawo o mniejszościach stało się momentami bardziej restrykcyjne niż polityka państwa pruskiego za czasów Bismarcka. Posłowie nie potrafili spojrzeć na problem ponad bieżącymi przepychankami polsko-niemieckimi i najzwyczajniej zagrali na odmrażanie uszu na złość babci. Rzecz dotyczy nikłego odsetka obywateli, wszystkich mniejszości w Polsce jest ledwie pół miliona, więc trudno mówić o jakimkolwiek "zagrożeniu polskiego interesu narodowego". Za to znów urobiliśmy sobie złą opinię - nie mówiąc już o protestach, skargach i petycjach do międzynarodowych instancji, co niechybnie nas czeka. To już takie nasze przekleństwo, iż rzeczy najprostsze wychodzą nam najtrudniej. Nieboszczka Maria Konopnicka rechocze zza grobu, bo raz jeszcze pokazaliśmy, że "nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił". Tak nam dopomóż Bóg. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe sie nawraco? 11.10.04, 22:00 W ostatnim świątecznym numerze "Gazety Wyborczej" aktualny rektor i dwóch byłych rektorów Uniwersytetu Śląskiego po tekście Michała Smolorza pt. "Śląska nie oddamy" żąda przeprosin uczelni. Dodałem lata urzędowania subskrybowanych rektorów i wychodzi mi cyfra 10, a więc mają to być przeprosiny w imieniu ostatniej dekady. To wygórowane wymagania, jeśli zważyć, że UŚ ma zaledwie 37 lat! Boże, co by było, gdyby obrazić Uniwersytet Jagielloński?! Okazuje się, że Michał Smolorz, niepoprawny rozrabiaka, tym razem naruszył honor Uniwersytetu Śląskiego. Uważam, że magnificencje mają prawo i obowiązek dbania o prestiż uczelni, ale mam wątpliwości, czy powinni się, ot tak sobie, o byle co obrażać? Wiemy, w jakich czasach uczelnia powstała i co na niej uprawiano, toteż gdyby już szło o honor naukowy uczelni, to uniwersytet powinien zacząć od przeprosin Ślązaków za "naukowe" kłamstwa w dziedzinach społecznych i historycznych dotyczących Górnego Śląska. Byłby to piękny dowód na dbałość o godność uniwersytetu z przymiotnikiem "śląski" w nazwie, co pozwoliłoby mu na nieco głębsze zakorzenienie. Wtedy, w oparciu o swój potencjał intelektualny, po rozprawieniu się z esejem Smolorza, domaganie się z jego strony przeprosin byłbym w stanie zrozumieć. Michał Smolorz poruszył rzeczywiście w swoim elaboracie dość kłopotliwą sprawę Henryka Bereski, wielce zasłużonego dla kultury polskiej tłumacza naszej całej klasyki narodowej, starej i współczesnej na język niemiecki. To jest bodaj ponad 200 tytułów i 2 mln nakładów! Więc kiedy zbliżała się 70. rocznica jego urodzin, grupa osób z obszaru kultury [w której także byłem] czyniła starania, aby uczcić tego człowieka, rodem z Szopienic, tytułem doktora honorowego UŚ. Moim zdaniem nie było w tym nic zdrożnego. Smolorz był tym, który poszedł z tą sprawą do władz uczelni. Nic z tego nie wyszło, bo jak piszą rektorzy w liście do "Gazety" "procedura doktoratu jest wewnętrzną sprawą Uniwersytetu Śląskiego i może zostać otwarta wyłącznie na wniosek posiadającego odpowiednie uprawnienia wydziału Uczelni. Wniosku takiego nie było". Proszę bardzo, procedura procedurą i może ona być traktowana jak obrzęd sakralny, choć uniwersytet nie jest bazyliką, powstaje jednak pytanie, dlaczego jej nie uruchomiono? Nie było ani jednego uczonego, któremu by ta myśl zaświtała w głowie? Jeśli to prawda, byłby to fakt wielce znamienny. I godny publicznego komentarza. Dlatego chowanie się nawet do dziś za PROCEDURY jest mało poważne. Kiedy swego czasu napisałem felieton na ten temat i Henryka Bereski, ówczesny rektor już wtedy się obraził i orzekł publicznie, że nie będę ludzie z boku dyktowali, co uniwersytet ma robić. Proszę bardzo, kij mi w oko! Mnie Uniwersytet Śląski nie jest już do niczego potrzebny, z wszystkimi jego biurokratycznymi procedurami i Genscherami, ale to wcale nie znaczy, że nie będzie można publicznie, od czasu do czasu, podmuchać mu pod piórka. Wszak Uniwersytet Śląski nie jest tylko urzędem. I nie jest też Harvardem. Mnie starzy Żydzi uczyli [a spotkałem ich w swoim życiu sporo], że nadgorliwe tłumaczenie się dowodzi nie tylko poczucia winy, ale podnosi przewinienie w dwójnasób. Inteligencja człowieka nakazuje unikać takiego postępowania, bo dowodzi ono uleganiu tzw. kacowi moralnemu. Nie jestem pewien, czy nie mamy tutaj z czymś takim do czynienia. To publiczne obrażalstwo by tego dowodziło. Zwłaszcza że Uniwersytet Wrocławski sam z siebie, bez jakiejkolwiek inspiracji wspomnianej grupy, wszczął u siebie ową sakramentalną PROCEDURĘ i uhonorował osobę Henryka Bereski. I dobrze się stało, bo to wyróżnienie należało mu się bardziej niż Genscherowi. Ale Uniwersytet Wrocławski to jest uniwersytet wrocławski: przygarnął wszystkich niemieckich noblistów pochodzących ze Śląska, w tym jednego z Żor i Katowic. I jakoś nie zbrzydził się Henrykiem Bereską z Szopienic. W związku z domaganiem się od Michała Smolorza przeprosin, wyłania się sprawa o wiele poważniejsza. W jego eseju pt. "Śląska nie oddamy" stary incydent z Henrykiem Bereską jest sprawą naprawdę bardzo marginalną. Natomiast myśl główna tego tekstu jest świadomie obrazoburcza, intelektualnie prowokująca i powinna wywołać merytoryczną reakcję: ferment umysłowy u tych, którzy Górnym Śląskiem bądź zawodowo lub naukowo się zajmują. Zdaje się, że w pierwszej kolejności należałoby takiego odzewu oczekiwać od środowiska uniwersyteckiego. Smolorz dotyka bowiem - i podważa - sprawy fundamentalne dla polocentrystów śląskich; nie tylko tych, co jeszcze nie zdążyli wyjść z okopów trzeciego powstania, ale także wszystkich inaczej myślących o Górnym Śląsku. W Warszawie esej Smolorza wzbudził żywe zainteresowanie, był dla wielu zaskoczeniem i wstrząsnął obligatoryjnymi stereotypami na temat spraw śląskich. Sam miałem ochotę przytrzeć nieco nosa Smolorzowi i ujawnić parę nieścisłych - a nawet kłamliwych - konstatacji, ale pomyślałem sobie, że nie będę wyręczał ludzi bardziej kompetentnych od siebie. Już dawno publicznie wypowiadałem się o jego skłonnościach do krańcowych tendencji germanofilskich, ale w dobie dzisiejszej jego postawa jest pożyteczna społecznie, choćby dlatego, że każda rzecz ma swój rewers i awers, a Górny Śląsk zwłaszcza, i dobrze jest otwierać się na wszystkie jego ciągi kulturowe i historyczne. Spory światopoglądowe na temat Śląska, jego przeszłości i teraźniejszości są najlepszym sposobem na likwidację starych urazów i odkłamania. I wiodą ku integracji duchowej regionu. Dlatego wolałbym w pierwszej kolejności przeczytać w gazetach miejscowych i ogólnopolskich polemikę śląskich uczonych z tezami Michała Smolorza. Zwłaszcza że w innych częściach Polski sprawy śląskie mało kogo obchodzą. A z wiedzą na jego temat i znajomości dzisiejszych jego problemów jest jeszcze gorzej. Rzadko kiedy słyszy się, aby posądzenia wyszły poza opłotki separatyzmu. Zaś tu, na Górnym Śląsku, jeno wszystkim w głowie falliczna wieża spadochronowa, co dowodziłoby daleko posuniętego eskapizmu. Rzeczywistość śląska skrzeczy, a głupiemu radość. Oczywiście pisze się i czyta rozmaite referaty na bardzo ważne tematy, ale w gremiach zamkniętych i przy szczególnych "proceduralnych" okazjach. Hermetyczność tych praktyk jest raczej dorabianiem do marnych uposażeń niż chęcią siania fermentów umysłowych pro publico bono. Nie ma też trybuny ani miejsca, w którym można by przemawiać do innych. Może nadejdzie taki czas, kiedy rozwali się betonowe mury lokalnego ośrodka TV i wróci się do służenia społeczności lokalnej. Wtedy można by zacząć rozmawiać publicznie o poważnych sprawach Śląska. Póki co, list Magnificencji Rektorów w swojej poincie stwierdza, "że Śląskowi potrzebna jest debata o jego przeszłości i przyszłości" , ale niech najpierw Smolorz przeprosi majestat UŚ. Proponuję, żeby jeszcze majestat pocałował w rączkę. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe sie nawraco?/2 11.11.04, 09:37 W wyborach uzupełniających do senatu Rzeczpospolitej Polskiej w okręgu 29 popieram kandydata "Jedności Górnośląskiej" Krzysztofa K l u c z n i o k a z Leszczyn, naczelnika wydziału Gminy Czerwionka, znanego działacza społecznego w rybnickim, samorządowca, animatora kultury i oświaty lokalnej. Był radnym sejmiku wojewódzkiego i jest wieloletnim prezesem zarządu Miejsko-Gminnego Związku Ochotniczych Straży Pożarnych. Najwyższa pora, aby demokratyczne instytucje naszego Państwa nie były zdominowane wyłącznie przez układy partii politycznych, bo zepsuły one naszą młodą demokrację. Więcej po nich szkód niż pożytków. Przyszła pora aby zerwać z tradycją partyjniactwa i wybrać wiarygodnego przedstawiciela społecznej organizacji regionalnej. Taką pierwszą organizacją na naszym terenie jest Jedność Górnośląska, a pan Krzysztof Kluczniok jej delegowanym przedstawicielem. W jego osobie Śląsk miałby po raz pierwszy w senacie swojego reprezentanta. Byłby to ważny sygnał, mówiący o regionalnych aspiracjach Ślązaków. Mieszkańcy Górnego Śląska gotowi są do samo rządzenia swoją ziemią i wyłaniania swoich przedstawicieli do sejmu i senatu. Teraz jest okazja aby tak się stało! Pan Krzysztof Kluczniok spełnia wszystkie warunki reprezentanta Górnego Śląska do senatu - dlatego go popieram. Proszę wyborców 29-go okręgu rybnickiego o solidarne głosowanie na pana Krzysztofa Klucznioka. Kazimierz Kutz Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe mo pypcia 13.11.04, 19:45 Może powiedzieć by należało: śląska skłonność do kompromisu, która w powszechności społecznej na dole jest starą i dość powszechną tradycją uległości, a na górze, u przedstawicieli rodzimych elit, często przyjmowała wymiary rozbudowanego konformizmu, a w przypadkach krańcowych - formy kolaboracji. Problem jest stary i istnieje nadal, jak to na ziemiach ujarzmionych, więc stary być musi, jak odległa jest separacja Śląska od Polski, a z całą pewnością jak kapitalizm na Śląsku, co potem jeszcze wzmogła epoka Bismarcka, by później, w narastających konfliktach narodowościowych i geograficznym przesuwaniu granic, osiągnąć swoje apogeum. Jeśli żyło się w stanie permanentnego osierocenia i silnym przeciągu historii, a ponadto na węglu, to trzeba było nauczyć się ciało ustawiać do wiatru, zwłaszcza gdy musiało się przejść na drugą stronę traktu. A ponieważ Ślązacy zawsze byli na dole, zawsze byli rządzeni i zawsze bezbronni, to kluczenie, schodzenie z drogi silniejszemu stawało się jedynym sposobem na przetrwanie. W układaniu stron byli zawsze w pozycji poniżonej. Nawet kiedy buntowali się zbiorowo, ich status też zasadniczo nie zmieniał się, nawet kiedy wybierali nową ojczyznę. Zawsze była to udręka albo iluzja. A więc zamykali się pomiędzy swoimi, gdzie by nie byli. I po której stronie granic. Wystarczy spojrzeć na nieodległą przeszłość XX wieku; powstania, czasy Grażyńskiego, Gierka czy czasy "Solidarności" z tragedią na kopalni Wujek; świat "urwał się z łańcucha historii" i wpadł w magiel hitleryzmu i komunizmu. Śląsk znalazł się na styku obu szaleństw i przeszedł obydwa koszmary. Dziś, po 15 latach oswobodzenia, wyeksploatowany i stłamszony, jest poniekąd pogorzeliskiem minionych obłędów, znaczonych grobami niewinnych chłopców od Uralu po Pireneje, znaczną redukcją miejsc pracy w hutach i kopalniach i rozpadem kulturowym. Ale jest u siebie i nareszcie osadzony w rodzinie państw europejskich, na płynnej glebie demokracji. Gleba ta jest do zagospodarowania. I trzeba by ją zacząć karczować. Dzisiejszy bilans przeszłości: wielowiekowe zniewolenie, podporządkowywanie i wyzysk, odciska się w Ślązakach mentalną skazą, którą nazywam kompleksem trwale uciśnionego. Kompleksem niewolnika. To jest stan zabrudzonego umysłu i jak bielizna nadaje się do pralni. Pralnia jest pod ręką i nazywa się demokracja. Demokracja, czynny w niej udział umożliwia - a nawet gwarantuje - wyzbycie się starego piętna. Jest jedyną praktyczną możliwością wyplątania się z "kompleksu niewolnika"; trzeba tylko mieć wolę wyjścia z zaklętego kręgu i wyrzucić na śmietnik stare chomąta. A zdarza się zachęcająca okazja, bo elity partyjne, które rządziły przez ostatnie 15 lat, wyalienowały się ze społeczeństwa, popsuły Państwo i jej demokratyczne instytucje, co doprowadziło do morza nadużyć, a w efekcie do głębokiego kryzysu władzy. Państwo polskie jest w niebezpiecznym rozdarciu, bo po jednej stronie są oni, ci którzy rządzą, a po drugiej stronie społeczeństwo. Idzie więc o to, aby ludzie przestali wspierać partie, a zaczęli pomagać sobie nawzajem. Jest to także okazja na wyleczenie się ze śląskiej uległości, czyli śląskiego pypcia, który dlatego nie ma sensu, bo przestały istnieć okoliczności, które go warunkowały. Śląski pypeć miał szczególny rodowód i tłumaczy albo lepiej byłoby powiedzieć objaśnia śląskie inklinacje do ugodowości. Ślązacy w swojej mitologicznej polskości, w opozycji do wszystkiego co proniemieckie, woleli iść na przylgnięcie do polskości, jakaby nie była, byle tylko nie znaleźć się w osoczu niemieckim (to samo, w odwróceniu, powiedzieć można o Ślązakach zgermanizowanych). Ci, co po powstaniach uciekać musieli ze swojej ziemi do Polski, a więc z Opolszczyzny, skazani byli na kompromis z administracją Michała Grażyńskiego. To była fala wypędzonych i o ile dobrze pamiętam dotyczyła około 120 tys. ludzi. To jest przypadek, którego uosobieniem była osoba Jerzego Ziętka. A potem w 1939 powstańcy z dawnej Opolszczyzny i ci z polskiej części Górnego Śląska razem wiali na wschód przed Niemcami. Przyszedł Adolf Hitler, a po nim Józef Stalin i dla obydwu Ślązacy nie mogli być obiektami adoracji. Bo byli albo zdrajcami niemieckiej ojczyzny, albo antyinternacjonalistami. Ta narodowościowa i polityczna alternatywa albo-albo zaostrzała się na Śląsku od Ottona von Bismarcka aż do rozwalenia muru berlińskiego i rozpadu ZSRR. I teraz, od 15 lat, jest już naprawdę po ptokach. Śląsk nie musi już na wszystko się godzić, by przetrwać - Śląsk jest, już przetrwał i może być sobą. Stare przeciągi polityczne ustały, wieje tylko łagodny zefirek z Zachodu. Śląsk może być taki, jaki będzie potrzebny i najwygodniejszym dla ich mieszkańców. Dlatego żaden sąd nie może wyrokować, czy istnieje naród śląski, czy nie, tak jak żadna ustawa nie może postanawiać, czy gwara jest językiem. To nie leży ani w ich kompetencjach, ani możliwościach. To jest ośmieszanie się państwa zapóźnionego w rozwoju, podobnie jak filozofia hasła "Nicea - albo śmierć!". To są uzurpacje wyrosłe na niewyleczonych totalitaryzmach ich "ojcach narodu" i "językoznawcach". Śląski pypeć może być ciekawą dziedziną do naukowego zbadania. Materiał do penetracji, nawet gdyby ograniczył się jedynie do biografii wybitnych Ślązaków od połowy XIX wieku, choćby tylko tych z polskiej strony, mógłby przynieść ogromny pożytek poznawczy dzisiejszemu pokoleniu Ślązaków. Poznalibyśmy ich wzniosłość i heroizm, a także rozmiary ich ugodowości, kompromisów i konformizmu. Po ilu postaciach można by pomyszkować? Gdyby tylko na użytek tego felietonu nadstawić ucha tym, co tłuką się jeszcze w naszych głowach, a wiec generacji Wojciecha Korfantego i generacji następnej, ile to niebanalnych postaci? Po pierwsze, on sam, Korfanty, i całe jego otoczenie rówieśnicze, które zachorowało na Polskę i doprowadziło Górny Śląsk do niej. I jego śląscy przeciwnicy. Biografie polityków, księży, społeczników tamtych czasów. Ale także ludzi kultury. Ciekawym byłoby opukanie osobowości tak reprezentatywnych jak Gustaw Morcinek, Wilhelm Szewczyk czy Edmund Osmańczyk. I prześledzenie, jak ich śląskość i ich polskość wpłynęły na ich talenty? Czy wykorzystali miarę swoich naturalnych możliwości? A jeśli nie, to dlaczego? Co napisali, czego napisać nie byli powinni, a co napisane być musiało. Czy ich śląski pypeć dawał im siłę, powiększał ich talenty, czy przeciwnie: pomniejszał i osłabiał? Śląski pypeć istniał i jeszcze jest dość rozpowszechniony. U maluczkich i większych. Jest uchwytny, więc jest do zbadania. A co za tym idzie i do nazwania. Rzecz jeno w tym, czy znajdzie się człowiek kompetentny, lojalny i na tyle odważny, aby stać go było na wyartykułowanie prawdy? Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Uwe mo pypcia 13.11.04, 20:05 Te ostatnie zdanie: "Rzecz jeno w tym, czy znajdzie się człowiek kompetentny, lojalny i na tyle odważny, aby stać go było na wyartykułowanie prawdy?" zdowo sie konsek sugerowac choby Uwe miou na te miejsce juz jakos propozycja (persona) - ciekawe ! Odpowiedz Link Zgłoś
tigletpilesar Śląsk pod zaborem pruskim 13.11.04, 20:09 Zdaniem Labanda Prusy od zawsze były na Śląsku, nawet kiedy ... nie było Prus. Ha, ha, ha, ha, ha, ha ... -- A ja, jako potomek habsburskiego urzędnika uważam, że po wojnach austriacko-pruskich w XVIII w. Śląsk znalazł się pod zaborem pruskim. -- I możesz mi skoczyć ... Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Śląsk pod zaborem pruskim 14.11.04, 06:21 Bredzisz kolego, kaj zech padou ize tam zawsze bouy Prusy? Faktym je ale ize Slonsk nigdy niy bou pruskim zaborym - niywiym kaj zes uaziou do szkouy, ale wiaa ize na zicher boua to polsko szkoua. Couke dziesiynciolecia w Polsce uczyli ize Gorny slonsk to bou zabor pruski - a to je ajnfach cyganstwo. Jak chcesz na tyn temat dyskutowac to sie ino osmiyszysz. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Nagroda 16.11.04, 06:21 Wrocław nagrodził Kutza Zobacz powiększenie Fot. Paweł Kozioł / AG Józef Krzyk 15-11-2004 , ostatnia aktualizacja 15-11-2004 23:57 Nagrodę Księżnej Jadwigi Śląskiej odebrał w poniedziałek senator Kazimierz Kutz. Przyznały mu ją środowiska akademickie i artystyczne Wrocławia za dbałość o tradycję i kulturę Górnego Śląska Uroczystość odbyła się w Auli Leopoldyńskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Kutz otrzymał odlaną w brązie dziesięciokilogramową rzeźbę przedstawiającą postać św. Jadwigi - patronki Śląska, o której niedawno Jan Paweł II powiedział, że łączy narody i jest orędowniczką wzajemnego zrozumienia. Pomysłodawcy nagrody - w tym roku wręczono ją po raz pierwszy - chcą za każdym razem przyznawać ją komuś z Polski i z Niemiec. W poniedziałek, oprócz Kutza, statuetkę św. Jadwigi dostał prof. Norbert Heisig, prezes Niemiecko-Polskiego Towarzystwa Uniwersytetu Wrocławskiego i przedwojenny absolwent tej uczelni. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Wili o forum GW Glywice 25.11.04, 11:45 obejrzałem film "Rybki z ferajny". W holu kina stoi ogromne akwarium, główna nagroda w literackim konkursie dla dzieci. Można je wygrać po napisaniu opowiadania "o nowej niesamowitej przygodzie bohaterów filmu". Nic nadzwyczajnego, kolejna forma zachęty do odwiedzania kina. Już miałem pójść do domu, zerknąłem jeszcze na regulamin konkursu (a nuż spełniam kryteria i wygram?) i poraził mnie punkt 9, który brzmi: "Organizator zastrzega sobie prawo do wprowadzenia zmian w Regulaminie w trakcie trwania konkursu". Sprawa jest z pozoru błaha i nie warta uwagi, ale tylko z pozoru. Nie wolno nam bagatelizować podobnych zjawisk. Cóż bowiem wynika z takiego zastrzeżenia? Ano to, że właściwie żadne reguły w tym konkursie nie obowiązują. W świetle podobnie sformułowanych zasad nic nie stoi na przeszkodzie, żeby np. dyrektor podarował akwarium siostrzenicy, postawił w swoim gabinecie albo dał dziadkowi prezesa. Wystarczy na minutę przed ogłoszeniem wyników stwierdzić, że zgodnie z regulaminem właśnie regulamin uległ zmianie. Teraz już nie trzeba chodzić do szkoły ani pisać opowiadania, lecz wystarczy być siostrzenicą dyrektora, samym dyrektorem lub dziadkiem prezesa. Można rzecz przypisać niefrasobliwości organizatorów, gdyby nie jej szerszy kontekst. Pozorowanie reguł gry jest w naszym życiu publicznym tak powszechne, że już przestaliśmy reagować na podobne zjawiska. Przecież to jest codzienna praktyka przy organizowaniu niby-konkursów na publiczne posady, które konkursami są tylko z nazwy. W rzeczywistości są listkiem figowym zasłaniającym lansowanie z góry wyznaczonych osób. Ta praktyka odbywa się dwutorowo. Najpierw ogłasza się kryteria pasujące do tylko jednego pretendenta: "Spółka skarbu państwa ogłasza konkurs na dyrektora. Kandydaci powinni spełniać następujące warunki: wzrost 184 cm, waga 108-111 kg, obwód pasa 124, rozmiar obuwia 44, inicjały AJ". Oczywiście może się zdarzyć, że znajdzie się inny uczestnik, spełniający te kryteria, albo nie daj Boże nasz faworyt utyje i wyskoczy z wagowych widełek. Dlatego w ogłoszeniu trzeba umieścić stosowne zastrzeżenie: "Organizator konkursu zastrzega sobie prawo zmiany powyższych kryteriów". Wedle tej samej zasady działają niby-przetargi na roboty publiczne. Jeśli czytamy w regulaminie, że "przystępujący do przetargu powinni dysponować 4 koparkami marki Liebherr typu LGB 234WD rok produkcji 1998", to możemy być pewni, że szwagier naczelnika jest jedynym posiadaczem takich koparek w promieniu 100 km. Ale nikt rozsądny nie lekceważy konkurencji, która może zrobić psikusa i kupić takie same maszyny już po ogłoszeniu przetargu. Na to mamy bezpiecznik: "Organizator zastrzega sobie prawo zmiany kryteriów uczestnictwa". A gdyby i ten zawiódł, mamy trzeci wentyl bezpieczeństwa, który brzmi: "Organizator zastrzega sobie prawo unieważnienia przetargu bez podania przyczyn". Wystarczy wszystko puścić w niebyt i zacząć od nowa - tak, aby szwagier był jeszcze lepiej zabezpieczony i nikt postronny nie pomieszał nam szyków. Pozorowanie działań, tworzenie ułudy, że życiem publicznym rządzą jakieś zasady - to nasza codzienność, która sięga najwyższych szczytów stanowienia prawa. Beztroska w ciągłym nowelizowaniu ustaw, wzywanie do unieważniania umów i odbierania majątków - to wszystko zaczyna się od takich niepozornych konkursów dla dzieci o akwarium z rybkami. W latach 60. gwiazdą radiowego "Podwieczorku przy mikrofonie" był Jerzy Ofierski, czyli sołtys Kierdziołek, który przynajmniej nie owijał w bawełnę i każdorazowo obwieszczał: "Uchwaliliśmy rzecz jednogłośnie, to znaczy moim jednym głosem". Uczciwie, jasno, bez bawienia się w niby-regulaminy. chyba sam je cosik niy tak, abo? Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: 25.11.04, 12:05 Za Dz. Z : Maleje prestiż Domu Muzyki i Tańca. Sobotni koncert Serce za serce, niegdyś wielkie wydarzenie, zgromadził mniejszą i nie tak dostojną jak zawsze publiczność, a skomentowano go jako nieudany. Z organizacji imprez wycofują się kolejne impresariaty.Za nieporozumienie uznali telefonujący do DZ Czytelnicy koncert Serce za serce. Mówili o złym doborze repertuaru. Brakowało też niepowtarzalnej atmosfery, jaka od wielu lat towarzyszyła koncertom Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii. Dość przypomnieć, że przed wejściem rozścielany był zawsze purpurowy dywan, co od razu wprowadzało wszystkich w wielki świat. W tym roku kobierca nie było. Zabrakło też reklamy, czy też choćby dobrej informacji przed koncertem. Nic dziwnego, że na sali było pustawo. Co by jednak o oskarowym koncercie nie mówić, ta impreza jednak doszła do skutku i odbyła się w Zabrzu. W odróżnieniu od kilku innych, które zrezygnowały ze sceny DMiT i albo wybrały inną scenę na Śląsku, albo w ogóle ominą nasz region. Tak stało się na przykład z Moscow City Baletem, który wystąpić miał w DMiT w grudniu. Jednak zaprezentuje się nie w Zabrzu, a w Katowicach. Warszawski impresariat wolał salę Górnośląskiego Centrum Kultury. – Źle nam się współpracowało z obecnym kierownictwem Domu Muzyki i Tańca – twierdzi Marina Cydzik z Makroconcertu Media w Warszawie, który organizuje tournee moskiewskiego baletu po Polsce. – Nie gwarantowało to, że impreza będzie miała na tej scenie właściwy kształt i odpowiednie warunki techniczne. Umowę z DMiT Makroconcert podpisał jeszcze w lipcu z pełniącym wówczas obowiązki dyrektora Wiesławem Śmietaną. Kiedy jednak w listopadzie doszło do jej realizacji, okazało się, że obecna dyrektor DMiT Barbara Baranowska piętrzyła trudności. – Można się kłócić i wymagać realizacji umowy, ale praca w takich warunkach nie rokuje dobrze przedstawieniu. Już wcześniej mieliśmy kłopoty, organizując tu niedawny występ męskiego baletu – dodaje Cydzik. – W tej sytuacji zdecydowaliśmy się 15 listopada zrezygnować z zabrzańskiej sceny. Impreza odbędzie się w Katowicach, gdzie przyjęto nas z otwartymi ramionami. Na trasie tournee po Polsce mamy kilkanaście świetnych scen, z żadną nie było takich problemów, jak w Zabrzu. To duża strata dla DMiT. Kiedy wiosną występował tu inny rosyjski balet, sala była nabita do ostatniego miejsca, a organizatorzy w ostatniej chwili zdecydowali, że zamiast jednego, odbędą się dwa przedstawienia – właśnie ze względu na ogromne zainteresowanie publiczności. DMiT wycofały się też inne imprezy. Od kilku lat odbywał się tu charytatywny koncert Fundacji Przyjaciół Dzieci z Chorobami Serca, działającej przy Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Tym razem DMiT go nie przyjął, więc zespół Łzy i grupa Apogeum wystąpiły w MOK-u Guido. Kabareton z kolei został ugoszczony przez halę MOSiR- u przy ul. Matejki, choć miał być w DMiT. O złej współpracy z zabrzańską sceną mówi też organizator pożegnalnego koncertu Ich Troje, który ostatecznie zrezygnował wskutek tego z imprezy na Śląsku. Strata tych występów to nie tylko sprawa prestiżu DMiT. Średnio za wynajęcie sceny organizatorzy płacą 15 tys. zł, a nawet w przypadku imprezy charytatywnej jest to około 5 tys. zł. Można więc te uciekające koncerty przeliczyć również na straty finansowe. DZ chciał o te wszystkie sprawy zapytać dyrektor DMiT, jednak Baranowska nie znalazła czasu na rozmowę z dziennikarzem.Barbara Baranowska jest dyrektorem DMiT od września. Została powołana na to stanowisko przez prezydenta Zabrza, który wcześniej unieważnił konkurs ogłoszony na dyrektora placówki. Choć wpłynęło wówczas osiem kandydatur, Jerzy Gołubowicz uznał, że żadna ze zgłoszonych osób nie gwarantuje odpowiednio wysokiego poziomu funkcjonowania DMiT. Zdecydował się na Baranowską, choć nie spełniała wymogów konkursu – nie ma wyższego wykształcenia i nie kierowała wcześniej żadną placówką kultury. Poprzednio pracowała w UM w Gliwicach." (to na wypadek gdyby ktoś zarzucał brak związku wątku z Gliwicami) Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: 25.11.04, 12:10 To jo odrazu powia ize nawet 1 rok ech we Glywicach miyszkou (Laband to co inkszego). A tera dali - padosz ize zagrosz nom jeszcze do tanca sam na forum, ok. Jo poprosza o mietlorza! Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: 25.11.04, 12:24 laband napisał: > Jo poprosza o mietlorza! widzisz - tańce...też trzeba ująć taki punkt koleżanka chodzi teraz na "kursy" do muzeum - mieli coś o tańcach, obiecała notować :) Odpowiedz Link Zgłoś
laband trojok i mietlorz 25.11.04, 12:27 jak by miaua jakis glywicki przepis na cos maszkytnego to pamiyntej o mie!!! Odpowiedz Link Zgłoś
laband podsuchane 26.11.04, 09:59 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=16970702 Odpowiedz Link Zgłoś
laband dedykacja dlo Tyglika 26.11.04, 13:07 Z pozoru coś się ruszyło na drogach do poznania pełnego wymiaru górnośląskiej historii. Coraz częściej zdarzają się poważne debaty, w których można sensownie podyskutować o dziedzictwie wszystkich narodów i kultur, które na przestrzeni tysiąca lat tworzyły to wielkie dzieło. Na Uniwersytecie Śląskim (tak, tak !) odbyło się tydzień temu niezwykłe sympozjum poświęcone niemieckiemu dziedzictwu kulturowemu w naszej części Europy - pod auspicjami Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Podobnych spotkań mieliśmy ostatnio więcej, co powinno napawać nas optymizmem. A jednak mam nieodparte wrażenie, że cały ten wielki wysiłek nakierowany jest głównie na przekonywanie ludzi przekonanych. W kolejnych konferencjach i debatach uczestniczy wciąż ta sama grupa ludzi, znikoma mniejszość górnośląskich elit. Tak zwana wielokulturowość Górnego Śląska wciąż jest terminem z kategorii "poprawności politycznej". To znaczy, że trzeba je wypowiadać przy wszystkich możliwych okazjach i odmieniać przez wszystkie możliwe przypadki, tylko że nic z tego zaklinania nie wynika. Zupełnie jak w słynnej anegdocie o Henrym Fordzie, który oferował swój model T "w dowolnym kolorze, pod warunkiem, że jest to kolor czarny". Na tej samej zasadzie uznajemy wielokulturowość, pod warunkiem, że jest to kultura nasza. Na Śląsku wciąż jeszcze rej wodzi krzykliwa grupa ksenofobów, aspirująca do roli samozwańczych "działaczy kultury" albo "historyków". To wprawdzie nieliczna, ale dokuczliwa koteryjka, która gdzie tylko może i jak tylko zdoła - tam toczy pianę o patriotyzmie i racji stanu, choć nic z tego piania nie wynika. Owe towarzystwo wzajemnej adoracji jest wygodnym alibi dla miejscowych władz samorządowych, które chętnie korzystają z tych pseudopatriotycznych lamentów, by torpedować każde poważniejsze przedsięwzięcie dla odkrywania całego wielonarodowego dorobku śląskiej cywilizacji. Wszystko przypomina mi rok 1981, kiedy to w kraju szalała odnowa i również w rządzącej partii komunistycznej pojawiły się siły reformatorskie. Dla ich zrównoważenia powstało osławione Katowickie Forum Partyjne pod wodzą równie osławionego docenta Wsiewołoda Wołczewa - ostoja ultrakomunistycznych doktrynerów, jak to się wtedy mówiło: "partyjnego betonu". Ówczesne władze niby były za odnową w partii i w państwie, ale jak tylko trzeba było głośniej tupnąć nogą przeciw opozycji, natychmiast wołały na pomoc Wołczewowców. A ci karnie stawali z ideologiczną pałką u nogi i dawali odpór każdemu, kto naruszał "ideowe podstawy ustroju". Szyderstwem historii jest to, że jednym z głównych ideologów krzykliwej grupy, która dziś równie chętnie i gorliwie daje odpór wszelkim "rewizjonistom" w obronie rzekomo "zagrożonej polskości", jest były współpracownik nieodżałowanej pamięci tow. Wołczewa. Dobra, stara szkoła partyjnych hunwejbinów: zorganizuje akcję zbierania podpisów protestacyjnych, pojedzie do Warszawy by nabrudzić komuś w papierach, chętnie przyprawi gębę "Volksdeutscha" albo "wroga Kościoła" niewygodnemu adwersarzowi. Kiedyś zaprawiony w historii partii, dziś z różańcem w ręku i Ewangelią na ustach. Polecam "Świętoszka" Moliere'a w sosnowieckim Teatrze Zagłębia. Wykapany Tartuffe. Skutki już mamy. Z zamiarów uczczenia ojców-założycieli Katowic pozostanie karykaturalna proteza: tabliczka na murze nieco większa od pocztówki i kawałek ulicy, przy której na nie ma ani jednego domu. Wielokulturowość odfajkowano w statystykach, przekonani znów się spotkają na kolejnym sympozjum, pani dyrektor marszałkowskiego wydziału kultury powie kilka krzepiących słów I tak dalej do nowego roku sprawozdawczego. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: dedykacja dlo Tyglika 11.12.04, 07:23 Hibernacja patriotów Kazimierz Kutz 10-12-2004 , ostatnia aktualizacja 10-12-2004 14:41 Jest rzeczą niezwykle znamienną, że wszystkie polskie media - jakby była zmowa milczenia - całkowicie zlekceważyły zawartość merytoryczną i los ustawy o mniejszościach narodowych, etnicznych i językach regionalnych. Mimo że w Sejmie i w Senacie toczyły się bardzo dramatyczne debaty dotyczące spraw o wiele donioślejszych i społecznie ważniejszych aniżeli senacka ustawa dotycząca "mniejszości seksualnych", rozdmuchuje się właśnie ją, jakby prawnie sankcjonowała inwazję diabła w Polsce. Nie idzie wyłącznie o to, aby "ludzie kochający inaczej" - jak mówi ten śliczny banał - byli traktowani jak istoty tego samego Boga, tej samej nauki Chrystusa opartej na miłości do bliźniego. Nie można kochać Chrystusa, a jednocześnie nienawidzić homoseksualistów. To absurd i grzech! Znieczuleni na Śląsk A teraz wsiadam na swoją furmankę. Otóż chcę oświadczyć, że po debacie o mniejszościach w Senacie zaczynam utwierdzać się w przekonaniu, że mamy już w Polsce do czynienia z utrwaloną znieczulicą na problematykę śląską. W "izbie refleksji", jak czasem nazywany jest Senat, niżej podpisany po dramatycznej mowie i konkluzjach zgłosił wniosek o odrzucenie tej ustawy w imię poszanowania spraw Śląska. W głosowaniu, poza senator Krystyną Bochenek, nikt z senatorów śląskich (poza kilku nieobecnymi) nie poparł mojego wniosku. Nie wiem, jak było w Sejmie, ale trzeba by zbadać, jak głosowali posłowie śląscy, których tam jest ponad kopa, i ogłosić imienną listę: kto był za, a którzy byli przeciw ustawie. U nas 21 senatorów było za odrzuceniem ustawy, 51 przeciw, a 8 się wstrzymało. Nawet Dorota Simonides, która jak mało kto zna się na etniczności Śląska, niejako z niej żyje i dzięki wiedzy o niej uzyskała wszystkie swoje naukowe tytuły, też była przeciwna. Dziewczyna z Janowa, z górniczego środowiska Nikiszowca, dziś jako senator z Opola robi wrażenie, jakby dojechała tam z Podlasia. A jednocześnie w swoim przemówieniu mówi, że może za 50 lat istnieć będzie naród śląski. Chyba z jakiegoś desantu pozaziemskiego. Po mojej stronie byli tak zacni senatorowie, jak: Biela, Chronowski, Dzido, Ferenc, Krzyżanowska, Kurska, Litwiniec, Matusiak, Romaszewski, Podkański, Sagatowska, Smorawinski, Szafraniec, Szyszkowska i inni. Ale przeciwni byli senatorowie Kaszubi, którym w poprawce przyznano prawo do własnego języka, i z tej okazji dość hołdowniczo wręczyli marszałkowi Longinowi Pastusiakowi bardzo piękne wąchadło do tabaki. Dlatego w jednej chwili obce stały się im sprawy pobratymców z południa Polski. Ot, polityka... Ślązacy muszą wiedzieć I teraz pytam - czy nie są to sprawy ciekawe dla Ślązaków? Bo właśnie - co gorsza - również media lokalne, śląskie, uznały, że w Senacie nic takiego się nie działo, co byłoby godne zainteresowania obywateli Śląska. To bardzo znamienne i stosowane co najmniej od 1945 roku. Dlatego nie należy dziwić się właścicielowi "Dziennika Zachodniego" i "Trybuny", że skasował ten ostatni tytuł: bo jak długo może on dopłacać za oderwanie się dziennikarzy od najistotniejszych problemów Górnego Śląska? Rzecz w tym, że zagraniczny właściciel może nie rozumieć bardzo specyficznych problemów narodowościowych i etnicznych regionu, ale jeśli dziennikarze jego pisma nie wiedzą, na jakiej ziemi żyją, i wiedzieć nie chcą! - a za to powinno się im płacić - to za swoją przygłupawą ignorancję, a także świadomy, polityczny bojkot śląskiej problematyki, rychlej niż jeszcze nawet nie przypuszczają, będą musieli szukać pracy w zupełnie innych regionach Polski. Teraz dają upust swoim niskim instynktom i mszczą się na niewinnych ludziach, nie wiedząc, że ich dni są także policzone. Daję im słowo - gdy się rzecz stanie, nie poświęcę im linijki. Nie można być dziennikarzem w tak dramatycznym tyglu, jakim jest Górny Śląsk, kimś o nijakich, fikcyjnych albo antyśląskich przekonaniach. Ponieważ nie da się ich ukryć, nawet jak się o tym nie pisze albo pisze ze złej woli. Uprawianie dziennikarstwa z natury swej musi oscylować wokół prawdy i chęci jej ujawniania. Jeśli dziennikarz tego nie robi, sam skazuje się na zawodową degradację. Bo umrzeć musi pismo, w którym małe szachrajstwa polityczne i instynkty pomniejsze bierze się za cnotę zawodową. Żaden właściciel w obszarze wolnorynkowym i słowa wolnego tego nie wytrzyma. Proszę bardzo: można ostatecznie nie liczyć się z czytelnikami, ale nie należy jednocześnie mieć właściciela pisma za ostatniego idiotę. Mam nadzieję, że jakiś dobry człowiek przetłumaczy ten felieton na język niemiecki i prześle mu do przeczytania. Zresztą znam człowieka i mogę poświadczyć o jego prawości. A z takim żartów nie ma. Trzeba wybierać swoich Trzeba też gwoli prawdy powiedzieć, że wszystko, o czym tu mówię, nie jest też dobrym interesem dla władzy lokalnej, wszak wszystkie kluczowe stanowiska na Śląsku piastują ludzie spoza jego śląskiego rdzenia: i wojewoda, i marszałek lokalnego sejmu, dyrektorzy mediów publicznych i pism lokalnych są albo z Zagłębia, albo skąd Bóg da. Niby tyle się zmieniło, a tak niewiele się zmieniło. Teraz będziemy mieli nowego dyrektora regionalnego ośrodka TV, którego sygnuje PiS. A więc idzie prawica ze swoją wielokrotnie przeżuwaną kadrą polityczną. Nie wiem, skąd pan Wojciechowski, nowy dyrektor TVP w Katowicach, pochodzi, wiedzieć nie chcę, bo idzie o to, aby był lepszy od swojego poprzednika, szefa tej rozciapanej pampeluny niby-lewicowego kompostu dziejowego. Ale jeśli los da nam w TVP kogoś z niezbyt odległej krainy zawierciańskiej, to naprawdę trzeba będzie pójść z pielgrzymką na Jasną Górę, by prosić Panieneczkę o przebłaganie nieszczęśliwego losu, litość u samego Pana Boga, ale i po to, aby zacząć mądrzeć. Na pocieszenie mogę tylko dodać, że nasza bieda jest także biedą ogólnopolską, bo huśta nas od jednego kołtuństwa do kołtuństwa drugiego. Ale trzeba sobie w związku z tym, co tu od lat wygłaszam, brutalnie uzmysłowić, że wybory do czegokolwiek i jakiekolwiek są po to, aby wybierać swoich. Jezu, jakie to proste! Górnoślązacy też nadają się do obsadzania wszystkich możliwych stanowisk kierowniczych! Zwłaszcza u siebie: trzeba tylko chcieć i organizować się. I nie mamlasić! Więc plujcie w swoje brody, sypcie popiołem po kędziorach i bierzcie się przy każdej okazji za władzę! Cała władza w ręce wybrańców ludu swojego! Śląsk to nie cuchnący karambol Oczywiście, z jakiej strony by nie spojrzeć dziś na Górny Śląsk, jego sprawy społeczne i etniczne są dla Polski i Polaków kłopotliwe. I być muszą coraz bardziej kłopotliwe, bo nie chcą być przyjmowane do wiadomości rzeczy realnie istniejące. Jak powiadam, to jest już jakaś martwica duchowa w absorbowaniu spraw śląskich, prawdy obiektywnie istniejącej. Przemilczana ustawa o mniejszościach narodowych i etnicznych jest tego wymownym przykładem. To prowokuje myślenie o amputacji. I to jest już groźne. Ale z Warszawy zawsze szła wzgarda i kolonialna sztywność. Dawniej, od wieków średnich, Polska odwróciła się plecami do Górnego Śląska, dziś, po 82 latach dobrowolnego przyłączenia się Śląska do reszty kraju, powiedzieć można, że głowę ma odwróconą na stałe, jakby Górny Śląsk był krwawym i cuchnącym karambolem na ruchliwej szosie. Toteż trzeba by ogłosić jakiś nowy spis ludności i raz jeszcze zapytać o narodowość. W poprzednim ponad 173 tys. przyznało się do narodowości śląskiej. Wtedy wydać by się mogło, że poza tymi, którzy poszli w koncesjonowaną orientację niemiecką, liczba ta podwoiłaby się. Zresztą w dniu, w którym omawiano ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych, na blatach senatorskich pulpitów pojawił się komputerowy wydruk adresowany do wszystkich senatorów, oznajmiający o zawiązaniu się na Górnym Śląsku Komitetu Organizacyjnego Narodu Śląskiego. I tylko niżej podpisany w swoim wystąpieniu wspomniał o tym fakcie. Odpowiedz Link Zgłoś
laband zdechuo swiatuosc 29.01.05, 13:38 Zdechła światłość pana P. Kazimierz Kutz 27-01-2005 , ostatnia aktualizacja 27-01-2005 23:41 Wypracowanie Włodzimierza Paźniewskiego na temat Ślązaków jest formą spsiałego bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego charakteru. Nie jest źle, bo "Plama", "pismo artystyczne" wychodzące w Rybniku (wydawane przez elektrownię!) jest dobrze osadzone w regionie. Właśnie przysłano mi na adres domowy numer grudniowy, chyba głównie po to, abym nie przeoczył elaboratu Włodzimierza Paźniewskiego na temat Ślązaków. Więc zanim otworzę przepustnicę i nacisnę hebelek gazu, nim strumień paliwa popłynie, powiem na wstępie, że jestem wdzięczny Paźniewskiemu za jego antyśląską juchę. A człowiekowi, który wysłał mi "Plamę", dziękuję za chrześcijańską przysługę. Taki tekst powinien był powstać, bo jego nacjonalistyczny ostracyzm poruszy Ślązaków. Tak myśli wielu panów na Śląsku, zwłaszcza ci, co przyjechali go polonizować i na nim się obłowić. A w nowym ustroju go zawłaszczyć. Paźniewski jest tubą ideologiczną tego "jaśniepaństwa". Co myśli pan P. o Ślązakach Wypracowanie Paźniewskiego nosi tytuł "Paranoja po śląsku" i jest klinicznym opisem nazistowskiej mentalności rodowitych Ślązaków. Pisze on: "Współczesna medycyna nie zna choroby o nazwie "paranoja śląska", choć może powinna się nią zająć". Prześledzimy zatem jego opisanie tej choroby, a ja przy okazji ujawnię i jego chorego kota, bo w patologicznych przemianach ludzkiego umysłu odrzucony kontekst społeczny może być praprzyczyną powikłań psychicznych. Rzecz w tym, że Paźniewski nigdy nie zaakceptował Śląska i męczy się w Katowicach od kilkudziesięciu lat, jakby tu - z wyroku - odsiadywał dożywocie. Nie miał litości dla siebie, dlatego trudno od niego wymagać, by miał serce dla innych. Pycha i nienawiść zatruły jego szare komórki. Idźmy tropem jego skalpela. Pisze Paźniewski: "Żaden psycholog nie uwierzy, a psychiatra tym bardziej, że uczestniczenie przez pięć lat, choćby pod przymusem i biernie, we wszystkim, co robiła w Europie III Rzesza, państwo zorganizowanej zbrodni, spłynęło po Ślązakach, jak deszcz po dachu, nie pozostawiając żadnego piętna. Wprost przeciwnie; tresura nazistowska wywarła trwałe znaki. U bardzo wielu ludzi powstały, pisząc metaforycznie, rozległe żylaki na mózgu. Po wojnie, z przyczyn ideologicznych, terapia została zaniechana. Ślązacy z roli współsprawców, nagle stali się ofiarami, co ma się nijak do rzeczywistości i prawdy historycznej. Jak chociażby wytłumaczyć - skrupulatnie ukrywany w Polsce - fakt, że Ślązacy stanowili przez cały czas najliczniejsza grupę strażników w obozie oświęcimskim. Niestety, nie wszyscy byli Niemcami". Idąc za tokiem myślenia Paźniewskiego, można by powiedzieć, że w 1945 roku liczne polskie obozy pracy (dawne filie obozu oświęcimskiego) rozsiane po całym okręgu przemysłowym, w których zginęło tysiące Ślązaków tylko dlatego, że byli Ślązakami, a tysiące górników wywieziono w głąb ZSRR, to była s ł u s z n a kara za to, że niby byli "współsprawcami" nazizmu. Powstaje jednak pytanie, kto ich wtedy łapał i w czyim imieniu torturował i mordował? Starsi krewni Paźniewskiego? I dlaczego dopiero teraz Instytut Pamięci Narodowej ujawnia tę zbrodnię ludobójstwa? Idźmy jednak dalej za jego mądrościami. Pisze on: "Dlaczego stalinizm odniósł tyle sukcesów na Śląsku? Czy nie było tak, że tresura nazistowska przygotowała dla niego grunt? Czerwony totalitaryzm poczuł się u siebie, bo trafił na sztancę, którą zostawił w ludziach totalitaryzm brunatny. Mógł odwoływać się do gotowych nawyków i wzorów zachowań zbiorowych". I dalej: "Jest coś w rodzaju pamięci zbiorowej. Gdyby to przyjąć, trzeba zgodzić się z twierdzeniem, że doświadczenie nazistowskie w rodzinach śląskich prawie bezwiednie przechodzą z ojca na syna i wnuków. W ten sposób do dziś znajdują na Śląsku w obiegu i użytku stereotypy i uproszczenia, zasłyszane przez starsze pokolenie na pogadankach ojczyźnianych w Wehrmachcie i na zbiórkach Hitlerjugend". "Po tym, co kto wypisuje i w jaki sposób postrzega dzisiaj historię na Śląsku, można bezbłędnie ustalić, co robili i w jakich chodzili mundurach w latach okupacji jego dziadkowie i rodzice". Dodam jeszcze, że Paźniewski śląską elitę uznaje za "galerię rzadkich głuptasów", że "nawet Ślązak formalnie posiadający gruntowne wykształcenie przyzwyczajony jest w pierwszej kolejności do aportowania. Przygotowano go wyłącznie do tego, aby służyć komuś lub czemuś. Łasić się i czekać na nagrodę. Czy zatem elity śląskie są sprzedajne? Można odpowiedzieć: wyłącznie. Kto tylko pokaże portfel, już je kupił". Zaś jego konkluzja brzmi: "Czas skończyć z ugrzecznionym pisaniem o Śląsku i zachowań większości Ślązaków, np. w czasie drugiej wojny światowej. Nie pora na dyplomację. Okres ochronny się skończył. Żadnej taryfy ulgowej". Na froncie ideologicznym PZPR-u Idźmy zatem za stanowczością tego politycznego terapeuty. Paźniewski jest zasłużonym dziennikarzem partyjnym. Pracował w "Trybunie Robotniczej", był członkiem PZPR-u, sekretarzem egzekutywy partyjnej w organie Grudnia. Owe sukcesy stalinizmu, które jakoby zakwitły na Śląsku, były dziełem takich ludzi jak on i całego aparatu partyjno-ubeckiego, i nazywały się propagandą sukcesu. Dlatego powinien być bardziej rozważny w sądach, ponieważ teczuszki dziennikarzy będą wykładane na stół, a przyszły parlament uzna rządy jego dawnej partii za organizację zbrodniczą. Wtedy na tapetę może wychynąć jego przeszłość dziennikarza "frontu ideologicznego" PZPR-u i jego kumpli. Zresztą, do dziś pisuje felietony w ich pisemku. Tymczasem Paźniewski w swoim elaboracie przybiera pozę nieskazitelnej dziewicy, jakby tamte czasy przesiedział w "Gościu Niedzielnym". I wzywa do lustrowania Ślązaków. Proszę bardzo, ale powinien zacząć od siebie i można mu w tym pomóc. Po pierwsze, można sięgnąć do "Trybuny Robotniczej", przejrzeć jego artykuły i co pikantniejsze wydrukować w jednym z dzienników. Po drugie, wypadałoby posługiwać się dowodami. Mógłby przecież ujawnić nazwiska członków egzekutyw KW, szefów ubecji, komend milicji, a także redaktorów "TR". I policzyć w tym towarzystwie procentowy udział Ślązaków. Lokalny Macierewicz Ponadto Paźniewski uprawia cyniczną demagogię, bo udaje że historia Śląska to czas okupacji i PRL-u. A i tę zna marnie; tyle co na użytek swojej manii. Ale za to piszczy cienkim głosem polskiego nacjonalisty, czym wpisuje się w krąg genetycznej głupoty skrajnej prawicy. Moim zdaniem Paźniewski swoim artykułem chce się nominować na lokalnego Macierewicza, znanego z patologicznej nienawiści do komuny. Paźniewski jest jego bliźniakiem w tej namiętności, tyle że w miejsce komunistów mechanicznie podstawia sobie Ślązaków, zapominając o biografii własnej. I to jest jego nieszczęście, godne opieki medycznej. To obłęd, który nie pozwala mu pamiętać, że przy osądzaniu innych trzeba zachować choć trochę przyzwoitości. Pytanie jest więc oczywiste: czy Paźniewski nie powinien był - dla swojego dobra - nie nabredzić tyle głupot na temat Ślązaków? Zwłaszcza, że jest utalentowanym człowiekiem, przede wszystkim w eseistyce literackiej. Choć i w tej dziedzinie miał wpadkę. Przyłapano go na kradzieży cudzej własności intelektualnej, czyli na plagiacie. Sprawa była swego czasu głośna. Stracił wtedy swój honor w polskiej elicie intelektualnej. Wiarygodność Paźniewskiego nie jest więc warta jednego grosza. Spsiały bolszewizm w "Plamie" Moja konkluzja jest taka: to jego opublikowane w "Plamie" wypracowanie jest formą spsiałego bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego charakteru. Co gorsze, nie da mu się już wytłumaczyć, że mieszka Katowicach, a nie w Norymberdze. Ale Paźniewski nigdy nikogo nie lubił, nie uznawał i nie szanował - dla niego wszyscy są idiotami. Nie ma przyjaciół, bo jest sobie samo wystarczający. Ale żal mi go, bo przy jego ołowianej awersji do Ślązaków, chyb Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: zdechuo swiatuosc 29.01.05, 13:38 Moja konkluzja jest taka: to jego opublikowane w "Plamie" wypracowanie jest formą spsiałego bolszewizmu, który go zdemoralizował i uwydatnił ułomności jego charakteru. Co gorsze, nie da mu się już wytłumaczyć, że mieszka Katowicach, a nie w Norymberdze. Ale Paźniewski nigdy nikogo nie lubił, nie uznawał i nie szanował - dla niego wszyscy są idiotami. Nie ma przyjaciół, bo jest sobie samo wystarczający. Ale żal mi go, bo przy jego ołowianej awersji do Ślązaków, chyba tylko nocą wychodzi na spacery i tuła się po pustych ulicach Katowic. I międli pacierze, by nie natknąć się na jakiegoś miejscowego w mundurze NSDAP. Odpowiedz Link Zgłoś
laband po brukselce sie szczylo 20.02.05, 09:58 Regionalizm jako brukselka Kazimierz Kutz 17-02-2005 , ostatnia aktualizacja 17-02-2005 17:45 Są pojęcia i słowa, na które przychodzi nie tylko czas, ale i moda. Teraz to tożsamość i regionalizm. Zwłaszcza na Górnym Śląsku, bo tu są ku temu naturalne, poważne i dramatyczne powody. Przede wszystkim można o nich myśleć i głośno mówić. Stare, długo nieujawnione sprawy, dopiero ostatnimi laty wychodzą na światło i odsłaniają obszary skrywane przez pół wieku (mam na myśli obozy pracy w 1945 roku, wywózki górników do ZSSR, zamieszanie wokół volkslist itd.). Na tej niewiedzy wykluł się negatywny obraz Górnego Śląska i jego mieszkańców, dlatego tak trudno w Polsce zrozumieć jego dzisiejsze przejawy życia społecznego i etnicznego. Zamieszanie związane z efektami spisu ludnościowego, przecięte arbitralnie ustawą o mniejszościach narodowych i etnicznych, jest tego przykładem. Milczenie za karę Jest to triumf państwowej ignorancji i, co gorsza - jak to obserwuję - całkowitego braku zainteresowania w mediach sprawami Śląska. Jakby go nie było. Co to jest? Izolacjonizm jako odpowiedź na "separatyzm"? Można by to przyrównać do zamknięcia kurka, w naiwnym przekonaniu, że jak się o czymś nie mówi, to rzecz nie istnieje. Ale odcięcie się od spraw społecznych, etnicznych i kulturowych Górnego Śląska, które są materią żywą, nie jest receptą na dobre samopoczucie rządzących. To postawa stara, jak samotny los Śląska w historii, i dowodzi wygody płynącej z bezradności. "A dajcie sobie sami radę, jak jesteście tacy niegrzeczni!" - i kara przemilczenia. To sposób dobrze przećwiczony nie tylko przez PRL. Można powiedzieć - nic nowego pod słońcem. Na szczęście nie żyjemy ani pod okupacja, ani w socjalizmie. Trzeba jak zawsze swoje robić, samemu sobie radzić. Nie wiem, czy to aby nie najlepsza recepta na pobudzenie demokracji lokalnej. Chodzi o to, aby nie dać się zwariować albo zastraszyć. Z regionalnością jak z naukami Soboru Choć musi wielu trapić pytanie, dlaczego odmienna kulturowość Śląska spotyka się z taką niechęcią, zwłaszcza teraz, kiedy budzi się poczucie inności jego starych mieszkańców. Polska śląskość, przez tyle wieków tłumiona, dziś, w wolnym kraju wypełza na powierzchnię i miast cieszyć, budzi uprzedzenia i kontrowersje. Ustawodawcy restrykcyjnej ustawy nawet nie zadali sobie trudu odpowiedzieć na proste pytanie - dlaczego przez sześć wieków Śląsk utrzymał się przy swoim? Zdaje się, że ze współczesnym (czyli europejskim) pojmowaniem regionalności będzie podobnie jak z naukami Soboru II, które jeszcze do naszego Kościoła nie dotarły. Regionalności w demokracjach pojmować trzeba rozmaicie, bo opierają się na naturalnych odmiennościach kulturowych i cywilizacyjnych konkretnego miejsca, mogą ujawniać się w formach trudnych do przewidzenia, dzięki czemu powstawać mogą twórcze, oryginalne rozwiązania. Każda wieś, każda gmina czy miasto ma swój niepowtarzalny potencjał twórczy. Muszą się tylko objawić ludzie, którzy poprzez samorządy i stowarzyszenia są zdolni swoje kulturowe wartości określić, nadać im wymiar programowy i potrafią go realizować. Podstawą takich działań jest więź kulturowa i potrzeba wspólnego wysiłku. To wydaje się być podstawą regionalności. Błędne mniemanie eurodeputowanego Piszę o tym dlatego, że miałem ostatnio (przez przypadek) możliwość śledzenia debaty telewizyjnej naszych eurodeputowanych na temat polityki regionalnej Unii Europejskiej, w której wystąpił znany samorządowiec, śląski europarlamentarzysta. Stwierdził on, ni mniej ni więcej, że regionalizm oparty na integracji kulturowej nie jest właściwy, zwłaszcza na Śląsku, ponieważ jest przeszkodą w adaptowaniu się dawnego województwa bielskiego i częstochowskiego z Górnym Śląskiem, a tym samym utrudnia narodziny nowego pojmowania regionalności. Wedle jego mniemania, europejska regionalność ma się dziś opierać na wspólnej umiejętności korzystania z funduszów pomocowych UE. Słowem, fundusze pomocowe miałyby się stać "tkanką łączną" geograficznego położenia regionu i niwelować poczucie niedowartościowania Bielska i Częstochowy. Dziwne to myślenie, nieco "korupcyjne", jakby Unia Europejska była koncernem sportowym, państwa klubami, a regiony sekcjami. Fundusze unijne nie są łapówkami, bo trzeba będzie zrealizować programy i rozliczyć się z nich do grosza. Regiony nie są przedsiębiorstwami; owszem, pieniądze są bardzo ważne, ale nie mogą być celem samym w sobie. Są tylko środkiem do osiągnięciu pomysłów i celów społecznych, opartych na kulturowych i cywilizacyjnych potrzebach konkretnego regionu. Jak np. mają się ogromne problemy rewitalizacji poprzemysłowych kompleksów Śląska do powiększenia obszaru parku narodowego Puszczy Białowieskiej? Przecież nie tylko to, że wymagają nakładów finansowych. Tam być może chodzi o lepszą egzystencję fauny i flory, o żubry, ale na Śląsku niewątpliwie idzie o przywrócenie życia zdewastowanej i zatrutej glebie i polepszenia jakości życia ludzkiego. Jedno i drugie wiąże się z kulturą regionalną i daj Boże etniczną, bo ta wiąże ludzi najbardziej. Śląski duch miejsca Powiem więcej, co objaśni moje pojmowanie regionalności. Są przekonania, a nawet cała filozofia nowego pojmowania rzeczywistości. Używa ona całkiem nowego pojęcia klasy twórczej, która wcale nie musi być związana li tylko z elitarnością naukową, artystyczną biznesową czy administracyjną. Nie, to są oryginalne dokonania człowieka albo zespołów ludzkich, które nigdzie nie dają się powtórzyć, bo wyrastają z gleby kulturowej danej wsi, miasta, powiatu czy województwa. Genius loci! W tym znaczeniu do klasy twórczej należy w równiej mierze profesor Kokot, co pani Langier (zwyciężczyni konkursu "Po naszymu, czyli po śląsku), profesor Bochenek i pan Kłyk z Bojszów, który robi swoje filmy kowbojskie, radio Piekary, samorząd z Radzionkowa czy Otylia Jędrzejczak, "Szekspir z Bojszów", jak nazywam pana Lyskę, czy pamięć po Jerzym Ziętku, młoda architekta z Giszowca, która snuje plany ożywienia kompleksów poprzemysłowej architektury i pejzażu od Nikiszowca po Zawiercie, i Krystian Zimerman. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność, bo i w Zagłębiu, i w Częstochowskiem, i w Bielskiem są tacy ludzie i podobne dokonania. I takie myślenie powinno dziś łączyć mieszkańców Śląska. Niech "medalikorze" zostaną "medalikorzami", bracia Golcowie góralami z Milówki itd. Bach, czyli unijne myślenie Mniemam, że w eurounijnej polityce wspierania regionów idzie o stwarzanie realnych okoliczności dla pomnażania wszelkiego rodzaju elit twórczych. To może być człowiek, który stworzy 100 nowych miejsc pracy, i chłopiec, który gra na skrzypcach, jak nikt przed nim. Tu idzie o twórcze myślenie u siebie, na skrawku ziemi, na którym się żyje. Tu idzie o wspieranie finansowe takiego myślenia, prospołecznego myślenia, aby wszystko, co oryginalne, mogło zaistnieć i wzbogacić świat. Przynosić pożytek ludziom i chwałę ludzkim talentom. Zrealizowanym, a nawet wyeksploatowanym talentom. Jan Sebastian Bach nigdy by nie stworzył swoich dzieł, gdyby nie miał zamówień swojego pracodawcy, jego niekończących się zamówień i chęci eksploatowania jego możliwości twórczych. Kim jest J.S. Bach - wiemy. Kto w niego inwestował - niewiele. To stary skrót myślenia unijnego. Odpowiedz Link Zgłoś