lech_niedzielski
29.09.04, 22:01
Kto i z kim naprawdę walczył pod Grunwaldem?
Rozmowa z prof. MARKIEM ZYBURĄ, germanistą, historykiem polsko-niemieckich
stosunków kulturowych
- W świetnej serii Wydawnictwa Dolnośląskiego "A to Polska właśnie" ukazała
się pańska książka pt. "Niemcy w Polsce". Obala ona dziesiątki fałszywych
mitów, stereotypów i półprawd, pokazując w perspektywie minionego tysiąclecia
zupełnie inny obraz stosunków polsko-niemieckich od tych, które tak mocno
utrwaliły się w naszych głowach i sercach. Nadszedł czas na normalność?
- Tak, polsko-niemieckie stosunki normalnieją, choć nadal są obciążone
rozmaitymi kompleksami, urazami i uprzedzeniami. Teraz polska i niemiecka
polityka wchodzą w okres działań pragmatycznych, więc tym bardziej należy
odwoływać się do faktów historycznych, a nie do mitów. Trzeba ostatecznie
zerwać z 50-letnią tradycją antyniemieckiej propagandy. Powieści Karola
Bunscha, pojawiające się na każdym kroku widma Krzyżaków, Hitlera, Goebbelsa
czy Adenauera skutecznie wyparły z polskiej świadomości historycznej fakt
zasadniczy: że nasze narody przez długie stulecia zgodnie ze sobą współżyły i
współpracowały. Do czasów II wojny światowej znany jest tylko jeden przypadek
buntu zamieszkujących Polskę Niemców, którzy na początku XIV wieku wystąpili
przeciwko władzy zwierzchniej. Mam na myśli bunt krakowskiego wójta Alberta i
tamtejszego biskupa, zniemczonego Ślązaka Jana Muskaty, przeciwko
pretendującemu do korony polskiej Łokietkowi. Okazuje się jednak, że nawet tej
rebelii nie da się wytłumaczyć względami narodowymi. Chodziło o kwestie
ekonomiczne. Niemieckie mieszczaństwo Krakowa uznało wówczas, że o jego
interesy ekonomiczne lepiej zadba czeski pretendent do tronu Wacław II.
- Łokietek pogodzić się z tym nie chciał, więc wyrżnął pół miasta.
- Lecz i on nie kierował się względami narodowymi. Najlepszym dowodem na to,
że ów słynny w naszych dziejach konflikt nie miał podłoża etnicznego, jest
fakt, iż w tym samym czasie niemieckie mieszczaństwo nieodległego przecież
Nowego Sącza Łokietka zdecydowanie poparło, za co zresztą polski władca
sowicie je potem wynagrodził. Łokietek był zręcznym politykiem i wykorzystywał
rodzące się napięcia polsko-niemieckie, które pojawiły się wówczas przede
wszystkim w Kościele na linii Gniezno-Rzym. Jednak nie przeszkadzało mu to w
ściąganiu niemieckich osadników, którymi kolonizował cały kraj.
- Kiedy chodziłem do szkoły, nie powiedziano mi, że wójt Albert był Niemcem i
że na krakowskim rynku mówiono wówczas po niemiecku, a nie po polsku. Wielu z
nas musi więc szokować informacja, że w kościele Mariackim polszczyzna
zastąpiła niemczyznę dopiero w połowie XVI wieku.
- Bo też Kraków był w owych czasach miastem niemieckim. Potwierdzają to nie
tylko źródła niemieckie, ale również polskie. O Krakowie, jako mieście
niemieckim, mówił jeszcze w roku 1473 Jan z Ludziska, ówczesny rektor
Wszechnicy Krakowskiej. Tylko że wtedy nikomu to nie przeszkadzało, bo
krakowianie byli poddanymi króla polskiego! I to się liczyło, to był ich
najważniejszy znak tożsamości.
- W tym czasie Śląsk też już nie był polski, i to w sensie dosadniejszym,
ważniejszym, bo politycznym.
- Kazimierz Wielki zrzekł się Śląska "po wsze czasy", choć była to, pospołu z
Wielkopolską, kolebka państwowości i kultury polskiej. Cóż, z wielu powodów
polityka, energia i ekspansja Rzeczpospolitej zwróciła się na wschód. W
śląskich miastach i na dworach mówiono wówczas głównie po niemiecku. To był
język literacki tej epoki. Dominował nie tylko na dworach śląskich, ale także
na czeskich czy węgierskich. To zaś, że ludność wiejska mówiła po polsku (lub
po czesku, bo wtedy różnice między oboma językami były jeszcze bardzo płynne),
to zupełnie inna i też oczywista sprawa. Trzeba jednak wiedzieć, że na Śląsku
powstawały, niezależnie od starych słowiańskich osad, także osady czysto
niemieckie. Tego też nie można kwestionować.
- Zróbmy jeden krok dalej i wejdźmy na pola Grunwaldu. Ta bitwa i ta data -
rok 1410 - uległy bodaj najsilniejszej ideologizacji w dziejach stosunków
polsko-niemieckich. Ideologizacji albo - mówiąc inaczej - zakłamaniu. Obie
strony długo i skutecznie na to pracowały. A jakie są fakty?
- Podczas bitwy grunwaldzkiej w kilkunastotysięcznym kontyngencie zakonnym
było zaledwie ok. 500 Krzyżaków. Większość wojsk stanowiło pospolite ruszenie
ludności Prus i Pomorza, w tym wielu Polaków.
- Polaków?
- Tak, Polaków. Wielu z nich zasiliło Chorągiew Chełmską. Zresztą wcześniej
także wielu Polaków uczestniczyło w wyprawach krzyżackich na Litwę, tzw.
rejzach. Pod Grunwaldem resztę stanowiło "kolorowe towarzystwo" z Europy
Zachodniej, które przybyło tu na "gościnne występy". Z kolei po stronie
polskiej walczyło wielu Niemców z Małopolski. Znamy imiona niektórych z nich,
na przykład Zyndrama z Maszkowic czy chorążego krakowskiego Marcina z
Wrocimowic. Zachowały się dokumenty nobilitacji szlacheckich i nadań
ziemskich, którymi król Jagiełło nagrodził potem bitewne męstwo Niemców
walczących w jego szeregach. Cóż, te fakty nie weszły w krwiobieg naszej
polskiej narodowej legendy, ustępując miejsca negatywnemu mitowi krzyżackiemu.
Naszą świadomością historyczną zawładnęli Sienkiewicz i Matejko...
- ...i to do tego stopnia, że niektórym zupełnie pomieszali w głowach. Czy
słyszał pan, że u progu XXI wieku znalazła się grupa, jak sądzę, prawdziwych
Polaków, która chce na polach Grunwaldu wystawić gigantyczne betonowe pomniki
rycerzy? Miałyby one być widoczne z odległości kilkunastu kilometrów.
- Słyszałem i zdrowia życzę.
- Przyzna pan, że kiedy widzi się takie zaćmienie umysłów, to można stracić
wiarę w to, że Polacy kiedykolwiek wyleczą się z narodowych kompleksów?
- Cóż począć...? Nie będziemy się przecież upierali, że Mikołaj Kopernik był
Polakiem, skoro był akurat Niemcem. Dodajmy - Niemcem absolutnie lojalnym
wobec króla polskiego, którego Kopernik był i czuł się poddanym, więc gdy
trzeba było walczyć przeciwko Krzyżakom i bronić interesów Korony Polskiej,
Kopernik nawet się nie zawahał.
- Ach, już czuję, jakie gromy się na pana, a i na mnie posypią za to, że
grzebiemy polskie świętości.
- Nie świętości, tylko fałszywe legendy. Jeszcze wyrazistszym w tym kontekście
przykładem jest Veit Stoss, z polska zwany Witem Stwoszem.
- Pamiętam szkolne czytanki o genialnym polskim rzeźbiarzu rodem z Krakowa...
- No właśnie. Jeszcze na przełomie XIX i XX stulecia w Krakowie wychodziły
serie pocztówek tę tezę podtrzymujących. Znalazł się nawet pewien historyk
sztuki, który w roku 1913 wydał książkę o polskości Wita Stwosza. Skąd się to
wzięło? Wit Stwosz rzeczywiście przez kilkadziesiąt lat mieszkał w Krakowie,
cieszył się jego prawami miejskimi, no i miał tu swój dom. Na stare lata
wrócił jednak do rodzinnej Norymbergi, gdzie mieszkało co najmniej kilku
innych Stossów. "Naszemu" Stwoszowi przydano więc przydomek "Polak", by go
odróżnić od innych, bo przecież tak długo w Polsce mieszkał. To wielu naszym
historykom wystarczyło, by go uznać za etnicznego Polaka, skoro - jak
argumentowano - "sami Niemcy tak go nazywali". Mniej znaną sprawą jest, że
również do Krakowa powrócił i tu, po prawie 20 latach pracy w charakterze
mistrza cechowego, zmarł syn Veita Stossa, Stencel. Ale i ten fakt nie może
być dowodem na polskość Wita Stwosza.
- Wniosek nasuwa się jeden: nie wolno nam, współczesnym, narodowych schematów
i pojęć stosować w odniesieniu do odległych epok.
- Nie wolno, bo pojęcie narodu, tak jak my je dzisiaj rozumiemy, narodziło się
dopiero w wieku XIX. Wtedy też rozbudziły się nacjonalizmy. Niech więc nas nie
dziwi, że w czasach, o których mówimy, niemieccy Bonerowie (a był to wspaniały
ród, bardzo dla Krakowa zasłużony) finansowali polskie wojny Zygmunta Starego
z niemieckim zakonem krzyżackim.
- I nie można chyba takiej postawy, jak choćby właśnie owych Bonerów,
traktować w kategoriach "zdrady narodowej".
- Nie, bo ci ludzie byli i czuli się obywatelami Rzeczypospolite