ritta100
22.06.05, 23:32
Oryginały - mówili o nich jedni. Ekscentrycy - wyrażali się ci delikatniejsi.
Głupki - mówiła o nich większość. Na moim osiedlu było ich kilku. Najbardziej
zauważalny był mały człowieczek nieokreślonego wieku, nazywany
Krzysio-śpiewak. Czy ktoś go tak nazwał, czy sam sobie dodał takie przezwisko
do imienia? Nie wiadomo. Wiadomo było na pewno że lubił śpiewać. W zasadzie
trudno to było nazywać śpiewem - ot takie nieokreślone zawodzenie, które
czasem, gdy "śpiewak" zdobył pieniądze na butelkę najtańszego wina,
przechodziło w bardziej rozpoznawalne tony. Bo Krzysio pił. A gdy nie pił i
nie śpiewał to zbierał makulaturę. Papiery, kartony, gazety ciągnął małym
wózkiem - nigdy nie było tego zbyt dużo, ale na tę butelkę wina dziennie
zawsze miał.
Z naszej szkoły znaliśmy go wszyscy. Nikt się go nie bał, bo i biedak nie był
groźny. W zasadzie można powiedzieć, że lubilismy go - a on lubił nas. Czasami
ustawiał najmłodsze dzieci w grupkę i kazał im śpiewać - robiły to chętnie,
ciesząc się, że uczestniczą w czymś co zwraca powszechną uwagę - a sam
zabierał się za dyrygowanie. Dyrygował z całym sercem, wymachując rękami w
rytm melodii - cała zabawa nie trwała nigdy długo, za chwile grupka
rozsypywała się jak stado wróbli, pierzchając wśród śmiechów na wszystkie strony.
Pewnego dnia nie pojawił się przed naszą szkołą. Nie pojawił się również
następnego dnia i następnego i następnego...
Wiadomości tego rodzaju zawsze rozchodziły się najszyybciej "pocztą
pantoflową". Ktoś usłyszał, jak dorośli mówili, że nasz osiedlowy nieszczęsny
oryginał umarł. Znaleziono go w swoim "mieszkaniu" - komórce przy ruderach w
starej częsci osiedla. Komórka usłana była stertami papierzysk, których nie
zdecydował się oddać do skupu makulatury.
Gdzie nie spojrzeć, wzrok natrafiał na zeszyty nutowe i stare podarte partytury.