gaika
08.09.17, 17:31
Dla odmiany.
www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,22308784,wojciech-eichelberger-mezczyzni-musza-sie-nauczyc-ze-na.html?cta=5bestarticles
I mężczyźni, i kobiety są teraz w trudnej sytuacji. Mężczyźni chyba w gorszej, bo to oni urządzili ten świat, a teraz muszą abdykować z wygodnej pozycji
Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem
Mężczyźni mówią panu czasem na terapii, że czują się dyskryminowani? Czy to jest przyznaniem się do słabości?
Nie używają tego terminu. Myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze, bycie dyskryminowanym dewaluuje, a po drugie, trudno się teraz nazywać dyskryminowanym, gdy przez pięć tysięcy lat dyskryminowało się drugą płeć. To byłaby lekka przesada. Rzeczywiście, przeciętny mężczyzna ciągle jest jeszcze zbyt dumny, by tak się poczuć, choć pewnie gdyby stosować obiektywne kryteria, czasem jest.
Kilku poskarżyło się nam na rozszerzone oczekiwania kobiet wobec nich – że jednocześnie mają dużo zarabiać, by zapewniać byt rodzinie, a po powrocie z pracy jeszcze zająć się dzieckiem i zrobić żonie kolację.
W niektórych wypadkach tak się może dziać, ale chyba jeszcze nie mówimy o zjawisku, które ma wymiar społeczny czy obyczajowy. Po prostu ci panowie dali się sprowadzić do takiej roli w swojej rodzinie. Dyskryminacja kobiet to zjawisko o charakterze kulturowym, cywilizacyjnym, politycznym, ekonomicznym – dlatego używanie tego terminu wobec mężczyzn byłoby nadmiarowe i histeryczne. Jednak i mężczyźni, i kobiety są teraz w niewątpliwie trudnej sytuacji. Mężczyźni chyba w gorszej, bo to oni urządzili ten świat, a teraz muszą abdykować z wygodnej pozycji. Choć niekoniecznie była aż tak wygodna – bo im więcej wolności, tym więcej odpowiedzialności.
Ale przez wieki było im łatwiej.
To prawda. Do niedawna w pakiecie urodzeniowym dostawali wszystkie drogi w życiu otwarte. Oczywiście proporcjonalnie do klasy społecznej, w której się urodzili. Ale mimo wszystko nawet chłopski syn miał w życiu lepiej niż chłopska córka. Kobiety były podgatunkiem gorszego sortu, cytując klasyka. Ale ten gorszy sort się wyemancypował i obiektywnie mamy teraz zupełnie inną sytuację.
Obiektywnie?
Tak, bo mam wrażenie, że wewnętrzna emancypacja kobiet nie nadąża za tą społeczną, prawną i obyczajową, że jest mnóstwo otwartych możliwości, z których boją się jeszcze skorzystać z powodu psychicznych barier. Ale to zrozumiałe, bo musi potrwać, zanim kobiety się do głębi z tą równością oswoją. Uważam, że emancypacja kobiet musi mieć teraz wymiar pracy wewnętrznej – ponieważ spora przestrzeń wolności jest już otwarta, tylko ciągle za mało kobiet w nią wchodzi.
A emancypacja mężczyzn?
Podobnie – muszą się nauczyć, że już nic nie jest im dane w pakiecie urodzeniowym, że na uznanie, szacunek, pozycję i miłość muszą sobie zapracować i zasłużyć. I że kobiety są dla nich groźną konkurencją w życiu zawodowym i politycznym.
Mężczyźni chyba też potrzebują uwolnić się od przymusu robienia tego, co im kulturowo przypisane. Niektórzy to potrafią – zanim pójdą z kolegami na piwo, zadzwonią do żony spytać, czy nie ma innych planów, czy poradzi sobie z dziećmi. Często wtedy od kolegów słyszą określenia typu: cipa, pantofel.
Mężczyzna, który konsultuje swoje plany z partnerką, jest znacznie bardziej do przodu niż jego koledzy – ma po prostu partnerski związek.
I on nie musi na każdym kroku udowadniać swojej siły, dojrzałości, tego, że jest mężczyzną. Taki facet nie musi sprawy swojej męskości rozgrywać z kobietami. A najwyraźniej jego koledzy to robią – wydaje im się, że są bardziej męscy, kiedy nie liczą się z żonami, lekceważą je, traktują pogardliwie. To maczyzm, a maczyzm to fasada, wydmuszka. W środku nie ma prawdziwego poczucia wartości i męstwa, dlatego fasada musi być nieustannie eksponowana. Podobnie jak z seksualnością – ten, kto ciągle mówi o seksie, prawdopodobnie jest kiepski w łóżku.
Czy nie jest tak, że to głównie mężczyźni sprawdzają męskość innych facetów?
Wielu przyszłych mężczyzn jest upokarzanych lub rozpieszczanych przez matki. To w połączeniu ze słabym lub nieobecnym ojcem powoduje kompleks niższości. Potem tacy synowie muszą lansować się na facetów. Druga płeć też jest pozbawiona kobiecego wzorca na nowe czasy. Dlatego dla wielu kobiet najbardziej dostępnym i uwodzicielskim wzorcem jest naśladowanie mężczyzn. A kiedy taka wyemancypowana kobieta z mocną pozycją zawodową wchodzi w związek, to przyjmuje rolę, którą do niedawna przyjmowali mężczyźni: „Jestem najważniejsza, a ty mnie obsłuż”.
I to oczywiście nie jest dobry pomysł?
Nie. Bo takie kobiety często naśladują nie najlepsze męskie zachowania, np. nadużywają się fizycznie – ciężko pracują, dźwigają ciężary na siłowni, „duszą wagę”, co czasem odbija się na ich płodności, bo estrogen dobrze się czuje w warstewce tłuszczu. W rolach zawodowych próbują rządzić w sposób autorytarny, często mobbując podwładnych. To wszystko wynika z bezradności wobec braku wzorca.
A co w tym zakresie robią mężczyźni?
Kombinują, jak być mężczyzną, skoro już wiadomo, że nie będzie tak jak dawniej. Więc wielu z nich próbuje naśladować kobiety, bo czują, że powinni rozwinąć tę swoją kobiecą stronę i móc robić to, co do tej pory uważali za upokarzające, np. chodzić z wózkiem po parku, pracować jako pan domu, który dba o codzienną logistykę – pranie, sprzątanie, dziecko. A żona na wysokim stanowisku w korporacji, ciągle na konferencjach, spotkaniach, wyjazdach. I to nie jest dla nich łatwe. Czasem z tym przeholują, bo – jak to często bywa w podobnej sytuacji z kobietami – boją się postawić silnemu partnerowi.
Ale kobietom z tym oczekiwaniem robienia kariery i bycia mamą też jest trudno. Sam pan mówi, że jeszcze się tak nie wyemancypowałyśmy. Więc może dobrze, że w końcu mężczyźni też wiedzą, jak to jest.
Chwileczkę. Albo budujemy partnerski związek, albo odwracamy role. Chciałbym zaznaczyć, że to drugie jest zgubne dla związku. Sprawia, że mężczyzna czuje się zbyt upokorzony, a kobieta traci do niego szacunek i w efekcie najczęściej dochodzi do rozstania. Bo kobiety mają teraz oczekiwania, które mężczyźni uznają za niespójne. Z jednej strony chcą, żeby ich mężczyzna był męski, potrafił zawalczyć, wytrzymać, nie płakał, jak mu opona strzeli na szosie, a w razie czego potrafił nawet pójść na wojnę. A z drugiej strony ma być ciepłym, opiekuńczym, spolegliwym misiem.
Mężczyźni nie potrafią się w tym odnaleźć, bo ciągle są wewnętrznie ograniczeni jednostronnym, maczystowskim wzorcem.
Ale kobieta też powinna być opiekuńczą mamą i seksowną żoną.
Przynajmniej ma większy wybór sposobów na życie, może być np. dziewczynką albo wampem, chłopczycą, intelektualistką, kobietą prezesem. Mężczyźni nie mają aż takiej swobody. Trochę próbują ją zdobywać – męscy faceci mogą sobie pozwolić na bransoletkę, kolczyk czy naszyjnik, młodzi chodzą do kosmetyczek, dbają o cerę i idealną fryzurę. Ale poza tym jednym mężczyzną z Wrocławia, żaden nie decyduje się na chodzenie w spódnicy, a wszystkie kobiety mogą chodzić w spodniach. Trudno sobie wyobrazić mężczyznę ubierającego się na chłopczyka albo po kobiecemu – w suknię i szpilki. Wątpię, żeby kiedykolwiek taka całkowita swoboda w wyborze zewnętrznych atrybutów płci nastąpiła. Na razie to kobiety sięgają po atrybuty męskie częściej niż mężczyźni po damskie. Pewnie dlatego, że atrybuty władców, nawet tych abdykujących, są zawsze bardziej atrakcyjne niż poddanych.