marek_greda
15.04.10, 19:40
Mur ambasady polskiej zasypano kwiatami. W telewizji w porze
najlepszej oglądalności puszczono „Katyń”. W Rosji ogłoszono żałobę
narodową, Putin z namiotu osobiście kieruje odprawą ciał, a na
stronie Miedwiediewa pojawiły się kondolencje w języku polskim. Po
raz pierwszy od wielu lat nie wstyd mi za mój kraj. Gdybyśmy zawsze
tak się zachowywali, nie byłoby ani wojny sierpniowej,
ani „gazowej”, ani Katynia-2, a Rosja cieszyłaby się u swoich byłych
kolonii takim samym szacunkiem co Imperium Brytyjskie.
Wyobraźmy sobie, że na krótko przed wyborami prezydenckimi na
Ukrainie, aby ostatecznie dobić niepopularnego i nieudolnego
Juszczenkę, premier Putin postanowił wytrącić mu z rąk główny atut,
jego osobisty temat – Wielki Głód na Ukrainie. I przyznał osobistą
odpowiedzialność Stalina za Wielki Głód... przed premier Tymoszenko.
I tych dwoje trzy dni przed pamiętną datą przyleciało w miejsca
uświęcone przez Wielki Głód. A Juszczenki nie zaprosili, gdyż taki
właśnie był cel: dobić notowania Juszczenki. Wystawić go jako
nieudolnego nacjonalistę, który nie umie się dogadywać. A jako że
lotnisko, na które przylecieli premierzy, było lotniskiem wojennym i
przestarzałym, dla zapewnienia normalnego lądowania Putina
przywieziono na nie odpowiedni sprzęt.
I wszystkie gazety napisały, że Putin okazał skruchę z powodu
Wielkiego Głodu. A potem, po kilku dniach, na to samo lotnisko,
wtedy już opustoszałe, przyleciał śmieszny, nikomu niepotrzebny
prezydent Juszczenko, którego premierzy nie zaprosili do siebie,
choć Wielki Głód to jego osobisty, bolesny temat.
I wtedy samolot Juszczenki się rozbił.
Wyobrazili sobie państwo? To właśnie się stało: tyle że nie z
Ukrainą, a z Polską. (Informacja o tym, że w celu zapewnienia
bezpieczeństwa lądowaniu Putina i Tuska na lotnisku coś tam
przywieziono, a potem – rozumie się samo przez się – odwieziono,
pojawiła bezpośrednio w eterze jak dotąd jeden jedyny raz w „Echach
Moskwy” – w ustach telefonującego lotnika.)
Relacje między Rosją a Polską – dwoma słowiańskimi narodami, z
których jeden przegrał bitwę o hegemonię z powodu swojej anarchii, a
drugi zmiażdżył ten pierwszy z pomocą samodzierżawia – w ostatnich
trzystu latach ułożyły się wysoce niekorzystnie. Rosyjskie władze
Polaków zarzynały, wieszały, zsyłały na Syberię, a także przeciągały
na swoją stronę. Jednej tylko rzeczy rosyjskie władze nie robiły:
one Polaków nie nienawidziły.
Narody nigdy nie nienawidzą tych, których ujarzmiły. Nienawidzą, gdy
same zostaną ujarzmione.
Za Putina wszystko się odmieniło: w działaniach Kremla coraz
widoczniejsza stała się jakaś niska, wstrętna nienawiść wobec
biednych kolonii. Wobec Polski, Gruzji, Ukrainy. 4 listopada –
wysoce wątpliwa data, kiedy to Polaków rzekomo wygnano z
moskiewskiego Kremla, nagle, czterysta prawie lat po dawno
zapomnianych zdarzeniach, została ogłoszona świętem ogólnonarodowym,
i to nie byle jakim, tylko w myśl najlepszych tradycji dwójmyślenia,
dniem zgody i pojednania.
Później doszło do przykrego wypadku pobicia dzieci rosyjskich
dyplomatów przez polskich chuliganów. Miało się wrażenie, że
Kremlowi pomyliło się znaczenie słowa „imperium”. Imperium było
wtedy, gdy Suworow topił przedmieścia Warszawy w krwi. Natomiast gdy
specjalnie wyszkoleni ludzie biją dyplomatów na moskiewskich
ulicach – to nie jest imperium. To motłoch.
Jednak, rzecz jasna, najważniejszą kwestią w stosunkach dwóch państw
pozostawał Katyń. Władze rosyjskie potraktowały rodziny
pomordowanych Polaków tak samo bezczelnie, jak rodziny lekarzy
przejechanych przez wiceprezydenta Łukoila w alei Lenina.
W 2006 r. Główna Prokuratura Wojenna odrzuciła powództwo rodzin
rozstrzelanych, a nawet odmówiła przekazania do sądu materiałów
sprawy, oznajmiając, że większość spośród 183 tomów opatrzona jest
gryfem tajności. W październiku 2008 r. odmówił im Sąd
Chamowniczeski, a w styczniu 2009 r. – Sąd Najwyższy RF. Wtedy
bliscy zwrócili się do Strasburga, a Główna Prokuratura Wojenna
przesłała tam zadziwiające pismo, z którego wynikało, że jej,
prokuraturze, nikt nie udowodnił, iż w Katyniu kiedyś kogoś
rozstrzelano. („Niemożliwe okazało się uzyskanie informacji
dotyczących wykonania decyzji o rozstrzelaniu konkretnych osób,
ponieważ wszystkie dokumenty zostały zniszczone i odzyskanie ich
jest niemożliwe”.)
Równocześnie media kontrolowane przez Kreml prowadziły natarcie w
dwóch kierunkach. Rosyjskim czytelnikom sugerowano, że, po pierwsze,
pytanie, kto rozstrzelał Polaków, „wciąż pozostaje otwarte”, wzywano
do „nieprzyklejania etykietek” i „rozpoczęcia poważnej dyskusji” o
tym, kto miał rzekomo rozstrzelać polskich oficerów, Stalin czy
Hitler. Po drugie, piarowcy Kremla forsowali tezę, że Katyń to
historyczny odwet za czerwonoarmistów zamorzonych głodem w obozach
dla jeńców wojennych po wojnie z „Białopolakami”.
W wywiadzie z Natalią Narocznicką dla „Komsomolskiej prawdy”,
opublikowanym w przededniu wizyty Putina w Polsce, który wywołał w
Polsce niebywały skandal, powiedziano nawet, że obozy te stały się
dla Niemców prototypem obozów koncentracyjnych. To znaczy, po
pierwsze, że my Polaków nie zabijaliśmy, a po drugie – było za co.
I nagle, na wiosnę 2010 roku, wszystko to, jak na komendę, skończyło
się. W telewizji zamiast Narocznickiej pokazano „Katyń” Wajdy, a
Putin pojechał do Katynia razem z Donaldem Tuskiem.
Co się stało?
Odpowiedź na to pytanie łatwo da ten, kto przeczyta The Wall Street
Journal z 8 kwietnia 2010 roku – to znaczy z następnego dnia po
wizycie Putina i Tuska w Katyniu.
„Cały gazowy przemysł Polski i specjalny przedstawiciel USA ds.
energetyki zebrali się na konferencję na temat gazu łupkowego
sponsorowanej przez Chevron, ExxonMobil i Halliburton. Gazowi
giganci z USA rozpoczną badawcze odwierty gazu łupkowego w Polsce w
ciągu najbliższych kilku tygodni. W razie ich sukcesu energetyka
Polski, jej problemy ekologiczne, a nawet polityka zagraniczna mogą
się całkowicie zmienić.
I taka właśnie jest odpowiedź na to pytanie. Całość nowej
imperialnej polityki Rosji budowana była na fakcie, że my mamy nasz
światowy Gazprom i rurę naszego światowego gazociągu wsadzimy
Polakom to samo miejsce, co i Ukraińcom.
A wiosną 2010 r. na Kremlu nagle zrozumiano, że gaz łupkowy powoduje
zerwanie ze światowym gazociągiem i że, jeżeli nie podejmie się
środków, to być może to Polska będzie eksportować gaz do Europy. I
że polskie władze należy natychmiast przeciągnąć na naszą stronę,
gdyż sprawa wydobycia gazu łupkowego w Polsce jest, jak wiadomo,
polityczna i w dużym stopniu zależy od tego, która partia wygra
następne wybory.
Prawo i Sprawiedliwość Lecha Kaczyńskiego, zaciekłego nacjonalisty,
populisty, antykomunisty, człowieka, dla którego Katyń to jego
osobisty ból i który w każdą rocznicę osobiście składa w Katyniu
prywatną wizytę. Albo Platforma Obywatelska Donalda Tuska,
racjonalnego pragmatyka, który gotów jest przyjaźnić się ze
wszystkimi, z wyjątkiem, ma się rozumieć, prezydenta Kaczyńskiego –
ponieważ ci dwaj nawet ze sobą nie rozmawiają.
I trzy dni przed dniem pamięci ofiar Katynia dwaj premierzy – Putin
i Tusk – pojechali do Katynia. Przyjechali specjalnie trzy dni
wcześniej, żeby nie zapraszać prezydenta Kaczyńskiego i mieć
możliwość go uprzedzić.
I tam, przed kamerami, Putin uklęknął. A świat doznał wstrząsu, tak
że żadne zachodnie medium nie zauważyło małego zastrzeżenia, jakie
poczynił odnośnie do sowieckich czerwonoarmistów zamęczonych w
polskiej niewoli (pokłóciłam się z przyjaciółmi, że Putin nie daruje
sobie tego zastrzeżenia).
A trzy dni później, w prawdziwy Dzie