qwardian
25.08.08, 07:57
„Motyl i skafander” – nowatorski, pełen magnetyzmu obraz o chorobie
i rekonwalescencji redaktora naczelnego „Elle”. Ponad półtorej
godziny patrzymy na świat oczami niepełnosprawnego Jean-Dominique’a
Bauby'ego, który przeżywszy udar, jest niemal całkowicie
sparaliżowany – włada jedynie lewym okiem. Lekarze prześcigają się w
wymyślaniu kolejnych terapii, podczas gdy on sam zmaga się z
gniewem, rezygnacją i rozpaczą.
Zdjęcia (Janusza Kamińskiego, nominowanego do Oscara) są absolutnie
rewelacyjne. Przez większość filmu w ogóle nie widzimy głównego
bohatera, oglądamy natomiast obrazy z jego perspektywy: lekarzy,
odwiedzających „nas” znajomych, nawet „własne” ciało podczas
kolejnych zabiegów rehabilitacyjnych. Przeżywamy tragedię zaszycia
jednego z oczu, widząc każdy ruch chirurga od wewnątrz powieki.
Dzięki temu Jean-Dominique staje się nam wyjątkowo bliski, nie jest
to jedyny zresztą powód. Przez cały film słyszymy jego odpowiedzi,
riposty, komentarze, niedostępne dla otaczających go ludzi.
Bezpośrednie połączenie z jego myślami, wzrokiem i wspomnieniami
sprawia, że przy napisach końcowych czujemy, jakbyśmy byli
przyjaciółmi, którzy wiele razem przeszli. W dobie filmów płytkich,
trudno znaleźć obraz, który nas wzruszy, wywoła emocje. Przywykliśmy
już do faktu, iż kino jest maszyną generującą zyski, zapomnieliśmy o
jego misji. A „Motyl i skafander” jest filmem z przesłaniem,
ukazanym tak wyraziście, że dotyka najgłębszych pokładów naszego, na
co dzień ukrytego człowieczeństwa.
Czy można napisać książkę, mając jedynie do dyspozycji oko,
wyobraźnię i pamięć? Czy można w tym stanie być ojcem, zachować
poczucie humoru, a nawet flirtować? Wszystko jest kwestią
determinacji, wydaje się mówić reżyser – Julian Schnabel. Czy warto
patrzeć, gdy pozostało nam jedynie jedno oko, a widok wybierają za
nas inni, odpowiednio ustawiając naszą głowę? Kamiński ukazuje nam,
ile piękna można ciągle zobaczyć.
I choć można by się rozwodzić nad urokliwą muzyką we wspomnieniach,
czy trudną rolą, jaką miał do zagrania Mathieu Amalrick, są to tylko
niuanse. I choć sama historia jest intrygująca, intymny klimat, jaki
osiągnęli wespół scenarzysta, reżyser i operatorzy jest godny
podziwu. Film zaś jest niepowtarzalną okazją na spotkanie z kinem
zaangażowanym.
kino / film / Mathieu Amalrick / Julian Schnabel / Janusz Kamiński /
dramat