zagubiona11
03.06.08, 12:22
I może raczej na forum feministyczne powinnam z nim pójść?...
Otóż byłam niedawno na ślubie kościelnym (w Polsce, dwójki młodych
Polaków). Dawno na żadnym ślubie nie byłam, więc parę rzeczy mnie
zdziwiło, ale jedna uderzyła szczególnie..
Ten ślub zaczął się tak: pan młody stał przy ołtarzu, a ojciec panny
młodej zaprowadził córkę do ołtarza, pozostawił obok pana młodego,
usiadł koło żony w ławce i msza się rozpoczęła. Czyli tak jak robią
to Anglosasi.
Jakoś mi się dziwnie zrobiło – ja rozumiem przemiany w obyczajowości
i tak dalej, ale tam poczulam się jak na jakiejś inscenizacji
historycznej. Takie prowadzanie córek do ołtarza przez starego i
przekazywanie w ręce nowego mężczyzny jest przecież symbolem
ubezwłasnowolnienia kobiety! Miało to może sens w czasach, gdy
kobiety wydawano za mąż młodo, ojciec decydował za kogo ma za mąż
iść, posag dawał, a jak była nieposłuszna, to mógł posłać do
klasztoru.Tego właśnie symbolem jest takie prowadzanie po kościele –
oto patrzajcie ludzie, oddaję swoją córkę, cenny i kruchy przedmiot
w ręce innego mężczyzny, bo to my, mężczyźni zarządzamy osobami
naszych kobiet! A o żadnej równości panny młodej i pana młodego nie
ma mowy.
Obyczaj ten jest podwójnie antykobiecy, bo nie tylko
odpersonalizowuje córkę, ale też minimalizuje osobę matki panny
młodej – mimo, że oboje rodzice wychowują dziecko, to tylko ojciec
może dumnie kroczyć przez kościół!
Pytanie do znawców s.v. i znawców kultury: czy ten ślub był
wyjątkowy, bo ci akurat młodzi chcieli być tacy multikulturowi, czy
tak się teraz wszyscy w Polsce pobierają? I czy mój jego odbiór
(nieprzyjemny i ostentacyjny triumf patriarchatu) jest przesadzony,
czy nie?