Dodaj do ulubionych

opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem

27.10.04, 20:35
ostatnio czytam opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem i czytajac je łzy leca
ciurkiem, moze bedziemy tu wpisywac opowiesci ktore postawia nas na duchu ze
moze byc lepiej ze sie uda ze az tak zle nie jest!!!!!
proponuje opowiesci bez komentarza bo wiadomo ze wszystkie sa piekne i łzy
leca ciurkiem.
Obserwuj wątek
    • gagat100 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 27.10.04, 20:37
      Opowiadanie Jagi (zapozyczone z www.bajbus.pl):
      "Witam,
      Taka ciekawostka: mam siedmioletniego syna z poprzedniego związku. Z obecnym
      mężem zdecydowaliśmy się na drugie dziecko mniej więcej trzy lata temu
      (jesteśmy razem od pięciu lat). Byłam przekonana, że po pierwszej próbie będę
      już w ciąży....myliłam się. Próbowaliśmy prawie dwa lata. W końcu - radość!
      Pozytywny test ciążowy, szampan, odchodziliśmy od zmysłów ze szczęścia....do
      pierwszego USG. Okazało się, że brak jest pęcherzyka ciążowego w macicy.
      Lekarz dał mi do zrozumienia, że sobie wymyśliłam tę ciążę w celach
      wyłudzenia zaświadczenia do pracy. Pojawiło się brązowawe plamienie, ból
      brzucha....już wiedziałam: ciąża pozamaciczna. Kolejne USG (już gdzie
      indziej) niestety potwierdziło moje obawy. Jeszcze tego samego dnia
      laparoskopia, w całym tym nieszczęściu wspaniały wynalazek, obecnie ledwo
      zauważalna maleńka blizna i zaledwie dwa dni rekonwalescencji. Niestety zaraz
      po zabiegu pani doktor powiedziała mi, że prawy jajowód został całkowicie
      usunięty a w lewym było dużo zrostów, które zostały uwolnione, ale jajowód
      jest pokskęcany i nie rokuje najlepiej na zdrową ciążę. Powiedziała, że
      jedyne, co może dać nam szansę na dziecko, to zapłodnienie in vitro.
      Chwyciliśmy się tej nadziei i po długich sześciu miesiącach od laparoskopii
      rozpoczęłam stymulację hormonalną. Pobyt w Klinice Leczenia Niepłodności
      wspominam ze wzruszeniem: dziesiątki par pragnących dziecka, atmosfera
      oczekiwania, niepewności, łzy i ta ogromna nadzieja. Że się tym razem uda, że
      jajeczko się zagnieździ i utrzyma, że znajdziemy się w gronie tych 30%
      szczęściarzy...Nie udało się. Pojawił się okres, mimo, że leżałam, mąż
      obchodził się ze mną jak ze zgniłym jajkiem, synek troszczył się o mnie,
      byłam na zwolnieniu.....

      Nie załamałam się. To był przeciez dopiero pierwszy raz. Był wrzesień.
      Postanowiliśmy spróbować jeszcze raz na wiosnę, a teraz zająć się planami
      wypadów na narty i szałowego Sylwestra. Tymczasem kolejny okres się nie
      pojawił...Zrobiłam test....pozytywny!
      I mieszanina radości i strachu: jest ciąża, ale drogą naturalną (byłam
      przekonanana, że miałam owulację po stronie brakującego jajowodu, uznałam
      więc, że jesteśmy bezpieczni), przed którą mnie ostrzegano z uwagi na
      zagrożenie kolejną ciążą pozamaciczną. Baliśmy się i czekaliśmy na USG. To
      czekanie...niemal czułam już jajeczko rozpierające mój pozostały jajowód a
      chwilami rozpierające też ten nieistniejący. Paranoja. Zmyłam lakier z
      paznokci, przygotowując się na kolejną laparoskopię.
      USG zrobiono mi w dniu moich urodzin. To co zobaczyliśmy na ekranie monitora
      było najpiękniejszym prezentem! Pęcherzyk ciążowy wciśnięty bezpiecznie w
      ściąnę macicy!!! Nie mogliśmy w to uwierzyć! To był cud! Od tego momentu
      wiedziałam, że już wszystko będzie dobrze. Wiedziałam, że skoro to maleństwo
      wbrew wszystkiemu przepchnęło się jakoś przez wadliwy jajowód i utrzymało
      przy życiu, to znaczy, że przetrwa i najniebezpieczniejsze pierwsze trzy
      miesiące.
      W tej chwili jestem w dziewiętnastym tygodniu ciąży. Od kilku tygodni czuję
      ruchy, coraz silniejsze, przechodzące nawet w całkiem wyraźne kopniaki....USG
      w czternastym tygodniu: maleńki dziesięciocentymetrowy człowieczek wkładający
      paluszki do buzi....

      Nigdy nie dowiem się, czy stymulacja hormonalna w miesiącu poprzedzającym
      zapłodnienie odegrała tu jakąś rolę. Nie wiem też jakie miało znaczenie to,
      że przestaliśmy tak intensywnie myśleć o macierzyństwie, a zaczęliśmy się
      cieszyć na rodzinno- przyajcielski wyjazd na narty.
      Ale chciałabym przekazać innym kobietom starającym się o dziecko: Matka
      Natura jest niezbadana i nawet jeżeli wydaje się, że nie ma już szans - nagle
      okazuje się, że nie ma dla Niej nic miemożliwego."

      Jaga
    • gagat100 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 27.10.04, 20:38
      CYTAT z trudnej ciazy


      Czesc dziewczyny!

      Joasia to moja sasiadka z bloku w Montroju ( kolo Paryza). Polka, maz Polak,
      oboje kolo trzydziestki, przesympatyczni ludzie. No ale do czego zmierzam.
      Tak sobie pomyslalam ze wam napisze o Joasi zeby was podniesc na duchu. Bo
      widze pelno artykulow o strachach, niskiej becie, malych dzidziach,
      braku "kopniakow"...Otoz Joasia starala sie o dziecko od 22 roku zycia.
      Zrobila wszystkie mozliwe ( wowczas) badania, maz rowniez i za kazdym razem
      byla czarna rozpacz kiedy przychodzila @. A czasami spozniala sie nawet dwa
      tygodnie! Organizm tak z niej drwil ze nawet test ciazowe wychodzily
      pozytywne ( brala gonadotrofine na wywolanie owulacji tylko nie wiedziala ze
      moze to zmodyfikowac ilosc bety w moczu!). Trzy razy skakala z radosci ze
      test wyszedl dodatni, trzy razy plakala kiedy po paru dniach przychodzila @
      albo test wychodzil ujemny...

      Wreszcie po jakis tam zastrzykach, piec lat temu zaszla w ciaze. radosc
      ogromna. jest pecherzyk, jest zarodek, seducho bije. Juz sie z mezem patrzyli
      na wozki, lozeczka, ubranka, imionka. Oczywiscie drugiego USG jej nie zrobili
      bo " nie ma sensu przed 12 tygodniem" ( kochani francuscy lekarze). W 12
      tygodniu okazalo sie ze dzidzia nie zyje. Joasia nie zareagowala. Nie
      plakala, nie skarzyla sie. jeszcze przed zabiegiem zazyla cale opakowanie
      sttilnoxu ( leki nasenne) i popila wodka. Cudem ja odratowano.

      Minelo szesc miesiacy. Znowu zastrzyki, sledzenie owulacji: jest ciaza!
      radosc, ale niepewna. Joasia podarowala sobie codzienne sprzatanie: tylko
      lozko, ksiazki, telewizja. Oczywiscie USG co dwa tygodnie, prywatnie za
      ciazko zarobione pieniadze. Byle do 12 tygodnia. W 12 tygodniu wszystko ok,
      serce bije, dzidzia zdrowa. radosc trawal tydzien. W 13 tygodniu lekkie
      krwawienie. lekarze stwierdzili " oj, z tego juz nic nie bedzie". zabieg,
      depresja, rozmowa z psychiatra.

      Znowu kilka miesiecy i znowu ciaza. Sytuacja identyczna. nie bede sie
      powtarzac. Trwalo to nawet dluzej. Joasia nie czula ruchow dzidzi. lekarz
      przez telefon upewnil ja ze to normalne. Nazajutrz na USG...serduszko juz nie
      bilo.

      kolejne dwie ciaze w miesiecznym odstepie. Kolejne dwa zabiegi. Tym razem
      nie bylo juz depresji, rozmow z psychiatra. Nie bylo tez badan histo-
      patologicznych bo tutaj "poronienie jest uwazane za rzecz naturalna i
      widocznie wina chromozomow". Po raz pierwszy Joasia sie rozkleila. Zuplenie,
      jak male dziecko. I powiedziala ze koniec, ze po 30tce bedzie sie starac o
      adopcje.

      W marcu tego roku zle sie poczula w pracy. Zaslabla nagle. Odwiezli ja na
      pogotowie mimo ze sie wzbraniala. tam, po badanaich stwierdzono przyczyne:
      ciaza. Tym razem Joasia nie wytrzymala. Wiedziala ze nie bedzie mogla przejsc
      przez to pieklo jeszcze jeden raz. Miala dosc slaba bete, slaby przyrost.
      Byla w 10 tc.

      Nie zostala w szpitalu, nie zrezygnowala z pracy. chiala miec "to pieklo" (
      ja mowila) za soba. lazila po schodach, pila dwie szklanki wermutu co
      wieczor. Nawet popalala. Probowalam ja jakos pocieszyc, jakos jej pomoc ale
      byla w amoku. Klulo ja bardzo po prawej stronie. Lekko plamila. czasami
      potrafilo zwinac sie z bolu. Ale przechodzilo po jakims czasie.

      Minal 12 tydzien. Musiala, zgodnie z francuskim prawem wysalc papier do
      urzedy ze jest w ciazy. Poszla na USG. Dzidzia zyla. Byla malutka i serduszko
      bilo nieregularnie a jednak zyla. Joasia nawet nie spojrzala na monitor.
      Wiedziala ze za kilka dni, kilka tygodni moze, znow bedzie musiala pogodzic
      sie ze strata. Zwlaszcza ze przeziernosc karczku byla zawyzyna i wykazywala
      50 procentowa anomalie chromozomiczna.

      W 14 tygodniu wystapilo lekkie krawawienie. Juz nie plamienie, ale
      krwawienie: krew byla czerwona. Okazalo sie ze odkleja sie lozysko.
      Hospitalizacja, leki. Dwa tygodnia pozniej Joasia czula sie juz lepiej.
      Zaczela na nowo miec nadzieje, chociaz bol w boku dawal sie we znaki.

      I znowu mina miesiac. Dzidzia zaczynala kopac, wiercic sie, Joasia czula sie
      jak " na skrzydlach". I nagle w 20 tygodniu: nic. Dziecko przestalo sie
      ruszac. Trwalo to dwa dni podczas ktorych Joasia przechodzila pieklo. lekarza
      nakazywalai lerzec ale Joasia czula skurcze, chciala wiedziec prawde. Do
      szpitala pojechala we lzach, zegnajac juz w myslach swoje tak upragnione
      dzieciatko. Okazalo sie jednak ze...SERDUSZKO BIJE, tylko dzidzia jest malo
      ruchliwa. Niestety zapowiedziano ze plod jest stanowczo za maly. Mowiono o
      tzw "maloglowiu".

      Nie wiem co wtym czasie przechodzila Joasia ale domyslam sie ze bylo to
      straszne. pamietem, przyszedl do nas Andrzej ( maz Joasi) i powiedzial
      tylko: " Boze, zeby to nawet uposledzone bylo, ale zeby bylo, bo ona tego nie
      przezyje".

      Zorganizowalismy msze w intencji Joasi przyszlego dziecka. Wiadomo juz bylo
      ze bedzie to chlopiec. Joasia lezala w szpitalu do konca, nacpana lekami
      uspokajacymi. Nie wierzyla, nie potrafila uwierzyc. Wiedziala jedno: ze to
      jej wina. po co pila, po co palila? Dlaczego dawala sie podkusic?

      Michalek urodzil sie przez cc, dokladnie dwa miesiace temu. Dostal 9 punktow
      w skali AGPAR. Wazyl 2 kilo 800 na 48 cm. Byl sliczny i zdrowy.

      Joasia i Andrzej wrocili do Polski miesiac temu, nie moga nacieszyc sie
      szczesciem. Michalek jest pogodnym, wspanialym, ruchliwym chlopaczkiem.
      Powiedzialam ta historie Lotce, rozplakala sie. Powiedziala " wiesz, Madziu,
      napisz ta historia na forum, moze podniesiesz na duchu dziewczyny ktore sie
      boja...".

      drogie przyszle mamusie! Wierze ze wszystko bedzie dobrze. I ze niedlugo
      bedziemy rozmawiac o nieprzespanych nocach i zmianie pampersow...

      podrrawiam Was wszystkie

      Magda Wisniewska z rodzinka
      • danik1 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 19.01.05, 10:41
        Gagat, ja Cie ustrzele!!! Siedze zaryczana z chusteczka przy nosie!!! Ty tak
        pieknie piszesz i tak potrafisz wzruszyc. Moze wyslesz to do gazetki to wiecej
        osob przeczyta. Ja ten post znalazlam przez przypadek. Bylo mi smutno, a on
        sprawil, ze jest mi juz lzej na serduchu. Super Gagat!!!
        • danik1 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 19.01.05, 10:42
          Jestem tak wzruszona, ze dopiero teraz zobaczylam, ze to cytat!
    • gagat100 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 27.10.04, 20:39
      CYTAT


      Mając 19 lat zaszłam w ciążę. Już w pierwszych tygodniach lekarz powiedział,
      że są marne szanse na donoszenie jej.

      Byłam na podtrzymaniu. Modliłam się,
      żeby było dobrze. Było.

      Pod koniec ciąży zatrucie ciążowe, ale i z tego
      wyszliśmy pomyślnie. Jeszcze ciężkie przejścia po porodzie. Bardzo nasilona
      żółtaczka fizjologiczna - ryzyko śmierci synka lub upośledzenia.

      Tym razem
      też nam się udało. Teraz Dawid ma 7,5 roku. Jest zdrowy, mądry i kochany.

      Kiedy Dawid miał dwa latka zamarzyłam o drugim dziecku. Jednak najpierw
      ważniejsze było mieszkanie...więc czekałam (1,5 roku).

      W końcu zapada decyzja, że się staramy. Zaraz po tym mąż wyjeżdża na pół roku
      (jest marynarzem). Sama robię test. Kiedy widzę dwie kreseczki ogarnia mnie
      olbrzymia
      radość, mogę krzyczeć całemu światu, że jestem w ciąży.

      Powiadamiam męża.
      Cieszymy sie razem. Ból piersi, poranne mdłości i inne symptomy ciąży (dla
      innych uciążliwe)
      radują mnie bezgranicznie, bo wiem, że mój organizm krzyczy do mnie: ZNÓW
      BĘDZIESZ MAMĄ!

      Boże, jak ja sie cieszę. Już przegrzebuję ubranka po starszym
      synku.

      Jednak po kilku dniach zaczynam czuć pobolewania w dole brzucha. Idę do
      ginekologa. Mówi, że wszystko bardzo dobrze, że o dziwo ciąża dobrze
      wyczuwalna (?), a bóle...to normalna rzecz w ciaży(!). USG nie robi.

      Wracam do domu
      i w toalecie zauważam lekkie plamienie. Postanawiam nie iść do lekarza
      upatrując przyczynę plamienia w ostatnim badaniu. Po paru godzinach plamienie
      ustaje.
      Wciąż boli mnie podbrzusze.

      Tydzień póżniej, rano, w toalecie zauważam już żywoczerwoną krew... Co robić?
      Sami w domu, ja i synek.

      Dzwonię po mamę. Jedziemy do szpitala.
      Robię na brzuchu znak krzyża i chrzczę dziecko. Bez zastanowienia nadaję mu
      imię ERYK.

      Badanie pierwsze przeprowadza ordynator, diagnozuje poronienie. Po chwili
      zostaje wezwany na porodówke.

      Przychodzi inny lekarz. Postanawia też mnie
      zbadać. Zaleca zejść na USG.

      Tam razem z mamą i 3,5 letnim synkiem czekam
      (albo raczej płaczę) w poczekalni ponad 3 godziny!!!

      Okazuje się, że nikt nie
      wie o tym, że czekam. W tym czasie przyjmowane są pacjentki z zewnątrz.

      Kiedy
      wreszcie wchodzę panie z brzuchami unoszą się z krzykiem, że pcham się bez
      kolejki!!!


      Wchodzę siłą. Boże, przecież waży się życie mojego Dzieciątka.

      Diagnoza
      lekarza robiącego USG: brak zarodka.

      Ale dlaczego? Dlaczego nie mogę zobaczyć jego ciałka, jego bijącego serduszka?
      Dlaczego właśnie mnie to spotyka? Przecież miało być tak cudownie. To na
      pewno moja wina. To kara za to, za tamto... A właściwie dlaczego nie poszłam
      do lekarza szybciej? Dlaczego? Dlaczego?

      BOŻE NIE ZABIERAJ MI TEJ ISTOTKI!!!
      BOŻE JA JEJ TAK BARDZO PRAGNĘ!!! KOCHAM CIĘ ERYCZKU!

      Patologia ciąży. Kolejne badanie. Wyrok : jutro skrobanka (tak nazywa to
      lekarz)

      Ale ja nie chcę. Nie godzę się. Może się pomylili. Syneczku nie dam Cię
      usunąć. Na pewno tam jesteś. Proszę nie umieraj!!! Przecież Ciebie kocham!!!
      Dlaczego? Dlaczego?

      Kolejny dzień. Elenium, elenium, elenium. Czuję się jak narkomanka. Wszystko
      jest mi obojetnę. Nie chcę żyć.

      Nie ma przy mnie mojego męża. Mama
      przyjeżdza tylko na chwilę, bo musi wracać do mojego starszego synka.

      Jestem
      zupełnie sama. Inne dziewczyny na sali jeszcze walczą o swoje dzieci. Ja już
      przegrałam tą walkę i w dodatku jestem sama.
      Boże, dlaczego ja?

      Koniec czekania, dłużej nie można czekać. Odchodzą skrzepy. Próbuję w nich
      doszukać się ciałka mego dziecka.

      Nie ma szans. Godzę się na zabieg - jutro.
      Boję się, nikt mi nic nie mówi. Unikają mnie.

      Wieczór. Obchód. Na obchodzie pojawia sie lekarz - Anioł - dr Piotrowski.
      Siada koło mnie na łóżku. Przyciszonym głosem tłumaczy, odpowiada na moje
      pytania. Czuję, że wreszcie mnie ktoś rozumie, traktuje poważnie.

      Boże
      dziękuję Ci, że właśnie w tej chwili zsyłasz mi tego człowieka. Lekarz -
      Anioł działa na mnie jak eliksir. Uspokajam się.

      Dzień nastepny.
      Kompletne załamanie. Nie ma odwrotu. To już koniec. Żegnaj synku.

      Fartuchy. Fotel. Strzykawka. Usypiam.

      Budzę się. Jestem pusta. Odszedłeś Eryczku...Pytam co z dzieckiem?


      Odpowiadają głupie uśmieszki. "Dziecko było najprawdopodobniej uszkodzone,
      dla pani lepiej, że tak się stało". JAK ON ŚMIE? Gdzie jest mój Anioł?


      Przestaję brać elenium. Odkładam sobie...

      Kolejne dni. W chusteczce uzbierało się już trochę tabletek. Wziąć je?

      Odwiedza mnie moja mama. Tym razem z synkiem. Dawidek szaleje w szpitalu
      skacze mi po łóżku. Uśmiecham się.

      Odprowadzam ich. Dawidek nie chce iść.
      Słyszę na korytarzu powtarzajacy się wciąż krzyk mojego synka : ja chcę do
      mamusi!!!

      Boże co mi chodziło po głowie? Przecież muszę żyć dla mojego synka.
      On mnie potrzebuje.

      Oddaję tabletki mojej mamie.

      Pocieszenia:

      DZIECKO NA PEWNO BYŁOBY CHORE... I co z tego? Ale ja je chciałam! Nawet
      chore. Jakiekolwiek. Żebym mogła je zobaczyć, przytulić,ukoić płacz.

      JESZCZE URODZISZ ZDROWE DZIECKO... Ale ja nie chcę innego dziecka. Ja chcę to
      dziecko! Pozatym skąd wiesz że urodzę?- nie wierzę. A jeśli nawet, to kiedy?
      Ja nie chcę czekać!

      DOWCIPY... Udaję, że się śmieję (z grzeczności), choć nawet nie wiem o czym
      były. Nie słuchałam. Myślami jestem przy moim maleńkim Aniołku-Eryczku.

      Wychodzę do domu.

      Żałoba.

      Zostaję z Dawidem sama w domu. Płaczę, szlocham, ryczę, wyję. Jeszcze tylko
      wącham, potem składam i chowam poprane
      ubranka niemowlęce.

      Za szybko chciałam się przygotować na Twoje przyjście mój Aniołku. Tylko 7
      tygodni Twego istnienia, a tyle potrafiło zmienić w moim życiu. Już jestem
      kimś innym. Nigdy nie zapomnę o Tobie Eryczku. Jesteś moim dzieckiem, zawsze
      będę
      Cię kochać.

      SNY - KOSZMARY
      Jakieś laboratorium.

      Podchodzi do mnie kobieta. Podaje lupę. Pokazuje dłonie.
      Na nich leży dziecko. Maleńkie, mniejsze od dłoni.

      Kobieta mówi: patrz, to
      jest czteromiesięczny płód. Biorę lupę i patrzę przez nią.

      Dziecko otwiera
      usta i woła powoli, jakby z daleka: "mamo, mamo,mamo..."
      Uciekam. Goni mnie mężczyzna. jest upośledzony.

      Dogania mnie. Pyta dlaczego
      go nie kocham? Czy za twarz? Pokazuje dwoje dzieci i mówi: Mamy dwoje
      wspaniałych dzieci, a Ty mnie nie kochasz...

      Nie rozumiem tego snu.


      Pięć miesięcy później - powtórka. Pozytywny test, krwawinie, dół, beznadzieja.


      Tym razem nie jadę do szpitala. Nikomu nic nie mówię. Tak jest łatwiej.

      Dwa m-ce później idę do ginekologa - wszystko ok.

      1,5 roku starań i nic. Już nie wierzę, że zajdę w ciażę. To niemożliwe.


      Dziesiątki badań i nic. Niby wszystko OK, ale ...

      SEN - MARZENIE
      Jestem na porodówce. Rodzę ślicznego synka, przytulam go, karmię. Sen jest
      taki realny, jak nigdy dotąd. Budzę się i jeszcze czuję synka w ramionach, jego
      ciepło, zapach...
      Nie chcę się budzić.

      Czuję, że będzie dobrze, że ten sen się spełni.

      30 grudzień 2002.

      badanie USG sprawdzające czy jest jajeczkowanie. JEST!
      Śliczne 20 mm jajeczko. Lekarz drukuje mi jajeczko, zaleca męzowi "wziąć się
      do roboty" i prorokuje, że za 6 tygodni spotkamy się w tym samym gabinecie,
      ale w innych okolicznościach.

      Nie wierzę, jednak słuchamy zaleceń lekarza.

      10 styczeń 2003

      Testuję proroczność lekarza... Niemożliwe! Coś jakby się
      pojawiło! A może mi się wydaje... Właściwie to prawie nic nie widać. Nie
      mówię nic mężowi.

      12 styczeń 2003

      Kolejny test. JEST! Teraz już nie mam wątpliwości.

      Wyłania się wyraźny niebiesko - czerwony PLUSIK!

      Ale zaraz... nie mogę sie cieszyć.
      Boję się cieszyć. Żeby tylko nie zapeszyć.

      Postanawiam nadal nie mówić mężowi
      (strasznie sie boję, że zapeszę).

      Wytrzymuję 2 godziny. Mówię. Radość.

      7 tydzień ciąży mija. Powoli. Ostrożnie, żeby nie poronić.

      USG

      Jesteś! Masz
      3,5mm a Twoje serce bije. Nadal boję się cieszyć.

      Uff. Mamy już za sobą feralny 7 tydzień.

      Tydzień 9. Pojawiają się bomble na moim ciele. Bie
    • gagat100 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 27.10.04, 20:44
      Tydzień 9. Pojawiają się bomble na moim ciele. Biegnę do lekarza. Wyrok :
      ospa wietrzna.

      Boże - NIE. Błagam, nie zabieraj mi tego dziecka. Przyjmę je i
      będę kochać nawet jeśli będzie chore, tylko błagam daj mi szansę. Nie
      pozostawiaj znów moich ramion pustymi. Wiesz jak bardzo chcę je wypełnić
      miłością do tej Kruszyny.

      Boże niech boli, mogę rodzić nawet w najgorszych
      warunkach, tylko błagam nie zabieraj mi tego dzieciątka. Daj mi cierpieć, ale
      nie zabieraj znowu!!!

      Tydzień 11

      Ustają oznaki ciąży. Przestają mnie boleć piersi, coraz rzadziej odwiedzam
      toaletę, ustępują mdłości i wymioty, mam wrażenie, że coś jest nietak. Tracę
      nadzieję...

      Tydzień 12
      USG. Leżę na kozetce i czekam na słowa: dziecko nie żyje. Jestem pewna, że znów
      się nie udało.

      Patrzę na ekran.
      Wyłania się główka...Nie widać serca... Aż nagle pojawiają sie dwie maleńkie
      rączki...rytmicznie machają w górę i w dół.

      Dziecinko Ty żyjesz!!!!!!!

      Boże
      DZIĘKUJĘ!!!

      Moje kochane, maleńkie rączki dają znać, że żyją. Teraz już wiem,
      że Wszystko będzie dobrze. Ufam, że ta mała istotka daje nam w ten sposób
      znać, że żyje, że wszystko będzie dobrze.

      kolejne tygodnie
      Lekarze ostrzegają: dziecko może być mocno upośledzone, mogą pojawić się
      takie wady jak małogłowie, wodogłowie, bezmózgowie, małomózgowie. W najlepszym
      przypadku dziecko urodzi się małe.

      Mam prawo do badań genetycznych,
      amniopunkcji, ewentualnie usunięcia ciąży. Nie godzę się na nic.

      Ufam.

      Miesiąc 6
      Zbyt wysoki poziom przeciwciał IGG w kierunku Toksoplazmozy. Ale ja już się
      nie boję. Wiem, że będzie dobrze. Urodzę zdrowe dziecko.

      24 wrzesień 2003
      Godzina 2.55. Na świecie pojawia się cud na który czekałam ponad 5 lat.
      Jest śliczny, zdrowy, duży. Waży 3960 g, mierzy 60 cm.

      Witaj Danielku. Czekałam na Ciebie.


      Jestem tu,żeby Cię kochać...

      Mama
    • gagat101 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 03.11.04, 11:51
      Kiedy Bog stworzył kobietę, był to już jego 6 dzień pracy i w dodatku po
      godzinach...
      Pojawił się anioł i spytał:
      - Czemu tyle czasu ci to zajmuje?
      Bog mu odpowiedział:
      -Widziałeś zamówienie? Musi być całkowicie zmywalna, ale nie plastikowa, ma 200
      ruchomych części wszystkie wymienne, działa na kawie i resztkach jedzenia, ma
      łono, w którym się mieści 2 dzieci naraz, które znika, kiedy (pojęcia nie mam),
      ma taki pocałunek, który leczy każda rzecz od startego kolana do złamanego
      serca.

      Anioł starał się powstrzymać Boga:
      - To jest za dużo pracy na jeden dzień, lepiej poczekać ze skończeniem do
      jutra.
      - Nie mogę, powiedział Bóg. Jestem tak blisko skończenia tego dzieła, które
      jest tak bliskim memu sercu.
      Anioł zbliżył się i dotknął kobiety:
      - Ale zrobiłeś ja taka miękka ?
      - Ona jest miękka, ale zrobiłem ja także twarda. Nawet nie wiesz ile może
      zniesć lub osiągnąć.
      - Będzie myśleć? Spytał anioł?
      (Szowinistyczna świnia z tego anioła - przypisek tłumacza)
      Bog odpowiedział:
      - Nie tylko będzie myśleć, ale rozumować i negocj ować.
      Anioł zauważył cos, zbliżył i dotknął policzka kobiety.
      - Wydaje się, że ten model ma skazę. Powiedziałem Ci, że starałeś się dać za
      wiele rzeczy.
      -To nie jest skaza - sprzeciwił się Pan - to jest łza.
      - A po co są łzy? Zapytał anioł.
      Bog powiedział:
      - Łza to jest forma, która ona wyraża swoja radość, wstyd rozczarowanie,
      samotność, ból i dumę.
      Anioł był pod wrażeniem.
      - Jesteś geniuszem, pomyślałeś o wszystkim, to prawda, że kobiety są
      zdumiewające.
      - Kobiety maja siłę, która zdumiewa mężczyzn. Maja dzieci, przezwyciężają
      trudności, dźwigają ciężary, ale obstają przy szczęściu, miłości i radości.
      Uśmiechają się, kiedy chcą krzyczeć, śpiewają, kiedy chcą płakać, plączą, kiedy
      są szczęśliwe i śmieją się, kiedy są zdenerwowane. Walczą o to, w co wierzą,
      sprzeciwiają się niesprawiedliwości, nie zgadzają się na "nie" jako odpowiedz,
      kiedy wierzą, że jest lepsze rozwiązanie. Nie kupią sobie nowych butów, ale
      swoim dzieciom tak...
      Idą do lekarza z przestraszonym przyjacielem, kochają bezwarunkowo, plączą,
      kiedy ich dzieci osiągają sukcesy i cieszą się, kiedy przyjaciele odnoszą
      sukcesy. Łamie się im serce, kiedy umiera przyjaciel, cierpią, kiedy tracą
      członka rodziny, ale są silne, kiedy nie ma skąd wziąć siły. Wiedza, że objęcie
      i pocałunek może uzdrowić zranione serce. Kobiety są różnych wielkości, kolorów
      i kształtów. Prowadza, latają, chodzą lub wysyłają ci maile żeby powiedzieć ci,
      że cię kochają. Serce kobiety jest tym co powoduje, że świat się kręci. Kobiety
      robią więcej niż to, że rodzą. Przynoszą radość i nadzieję, współczucie i
      ideały. Kobiety maja wiele do powiedzenia i do dania. Tak, serce kobiety jest
      zadziwiające.

      Wyślij to do kobiet...Żeby zwiększyć ich samoocenę i piękno!
      Wyślij to do mężczyzn...Żeby zwiększyć ich szlachetność! I żeby umieli kochać
      kobietę kiedy ta zapuka do ich drzwi i żeby nie pozwolili jej odejść...
      • bartosowa Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 03.11.04, 12:53
        Gagat101, dziękujęsmile
    • gagat100 mam nadzieje ze i ta opowiesc dobrze sie skonczy!! 18.11.04, 09:37
      (...)Ale na najgorsze się napatrzyłam... Przywieźli na moją salę (sale
      trzyosobowe, świeżutkie, odnowione, elegancki stoliczek, telefony przy
      łóżkach, telewizor wink mój własny, hi, hi) kobietę w 26 t.c. z porodówki...
      odeszły jej wody... Przez pół dnia walczono: nogi do góry, kroplówki
      nawadniające, fenoterol, papaweryna, relanium, antybiotyki, dexaven... żeby
      jeszcze choć dzień, może dwa, może trzy... żeby dexaven zaczął działać
      zanim... Nie udało się. USG - wód za mało, prawie wcale, porodówka, cc.
      Dzieciątko okazało się dzieczynką 750g - wagowo spora, ale narządy wewnętrzne
      rozwinięte na przełom 24/25 t.c. Płucka jak papier... Gdy przeżyła pierwszą
      dobę, pediatra dalej ostrzegał: płuca mogą w każdej chwili pęknąć pod
      respiratorem... jelita mogą nie zacząć w ogóle pracy... Nastąpił wylew krwi
      do mózgu i paraliż. Mała nie rusza się w ogóle. Nie wiadomo jeszcze czy
      paraliż ustąpi, czy już zostanie (o ile dziecko będzie dalej żyło, krytyczne
      są pierwsze 3 tygodnie). Poinformowano matkę (po cc umieszczono ją na
      ginekologii, tak się u nas praktykuje, gdy przy matce po porodzie nie ma
      dziecka - myślę, że to ludzkie), że w razie, gdyby dziecko miało
      pozostać "roślinką" może zrzec się praw rodzicielskich... Odwiedzałam ją
      codziennie (nie ma żadnych bliskich) - zwlekałam swój bolący brzuch i szłam
      na ginekologię, bo strasznie bolało mnie serce (z żalu nad tym na co się
      napatrzyłam) i chciałam choć ja - obca - być przy niej. Była mi bardzo
      wdzięczna, ale w którymś momencie przestałyśmy się rozumieć... Nie dałam
      poznać po sobie, że chce mi się wyć! Że sama najchętniej poszłabym posiedzieć
      przy tym dziecku... Ona... uczepiła się myśli, że "może zamknąć ten rozdział
      życia za sobą" (rada psychologa) i zrzec się praw do dziecka - "przecież i
      tak nie będzie nic czuło, i będzie mu wszystko jedno czy przy nim będę czy
      nie" - ciągle mówiła tylko o swoim 1,5 rocznym synku (którym zajęła się
      babcia) i o tym, że polecą na Święta do jej męża, za granicę... Miałam
      wrażenie, że uśmierciła swoje drugie dziecko za życia. Nie chcę jej oceniać.
      Ale to, co widziałam było dla mnie bardzo ciężkie i smutne. Zdałam sobie
      sprawę z tego, że nie mam się co cieszyć, że moje dziecko ma już szansę
      przeżycia - gdyby się urodziło. Poród na tym etapie ciąży to tragedia. I
      koszmarne cierpienie dla dziecka. I ogromne ryzyko trwałego kalectwa.(...)
      CYTAT perissy z TC

      Mam nadzieje ze to szok poporodowy i kobieta pojdzie zobaczyc swoje dziecko i
      zabierze je do domu do ciepla i milosci bijacych z rodziceielskich serc !!!!
    • gagat100 opowiesc ze szczesliwym zakonczeniem 18.11.04, 10:19
      (...)Drogie koleżanki tak niedawno zaczęłam odwiedzać to forum. Nie wiedziałam
      jednak, że tak szybko przestanę (przynajmniej na razie). A to dlatego, że już
      do tego forum nie pasuję. Dziś byłam pierwszy raz u pani gin. To 7 tydz.
      ciąży i już musi się kończyć. Okazało się, że mojej kruszynce nie bije
      serduszko, że to ciąża martwa. Jutro w szpitalu robią mi łyżeczkowanie. Ja
      nie mogę się z tym pogodzić.(...)Dziś robiła mi ta głupia lekarka USG (niestety
      wszyscy ginekolodzy byli zajęci). Ona nadal nie widzi akcji serca, ani krążenia
      krwi. Co więcej powiedziała, że minimalnie odkleja się kosmówka. Sama
      stwierdziła, że wyniki hcg swą badzo dobre, ale tak bywa nawet w martwych
      ciązach.Czwartek to ostatni termin.
      Nie mogę ju8trzejszego dnia zmarnować. Chcę pojechać gdzieś do Gdyni czy
      Gdańska (to najbliżej od mojego miasteczka), żeby jakiś bardzo, bardzo,
      bardzo dobry specjalista zrobił mi USG.(...)
      Dziewczyny byłam u dr. Doreinga. Ledwo co zaczął mi robić USG mówi do mnie:
      pani Asiu jakie to szczęście że pani dziś przyjechała. Niech pani zobaczy jak
      maleństwu bije serduszko. słyszałam bicie serduszka (140/min), widziałam moją
      kruszynkę (ma 9mm). Wszyściutko widziałam. Powiedział do mnie: widzi pani
      jutro usuneliby pani żywy zarodek.
      Wyobrażacie sobie, przez głupią jędzę moje maleństwo przestałoby istnieć.
      Może nawet ostatnio widziała, że żyje, ale duma nie pozwoliłaby jej przyznać
      się do błedu. Nie mogę w to uwierzyć, że zabiliby mi dziecko. jutro pokarzę
      jej te zdjęcia z usg i powiem żegnam. Boję się tylko, że pozniej np. przy
      porodzie będzie się mścić. Ale sobie poradzę. Nawet nie macie pojęcia jak
      jestem szczęśliwa.Pan dr. powiedziaqł, że wszystko jest prawidłowo, nawet nie
      zauważył odklejania się kosmówki.(...)Moje doświadczenie dowodzi, że wszystko w
      życiu jest mozliwe. To dla mnie jest CUD.Dziewczyny (które planują ciąże lub są
      na samym początku)!!Nie idzcie zbyt wcześnie do lekarzy, bo możecie przeżyć
      taki koszmar jak ja, który wczaqle niebył mi i mojemu maleństwu potrzebny.(...)
      dzisiaj poszłam po wypis ze szpitala no i oczywiście pokazać
      przepiękny wynik z wczorajszej wizyty u dr Doreinga. Szukałam po całym
      oddziale "moją kochaną panią DOKTOR NIOMYLNĄ" i wyorazcie sobie, że jak
      zawsze była na wyciągnięcie ręki, tak teraz gdzieś wsiąkła. Spotkałam tylko
      pana dr który odrazu stwierdził, że jest żywa ciąza.
      Był zadowolony, że tak się skończyło. Kręcił głową i powiedział: to ci
      babsko, tak się upierało, a ja wiedziałem, że zarodek żywy. przy okazji
      dowiedziałam się, że już inni lekarze byli przez lekarkę poinformowani o
      ostatnim usg, gdzie stwierdziła znowu ciąże martwą. Po co tak to rozgłaśniać
      innym, może żeby już nie sprawdzali, tylko uwierzyli na słowo. Ale jeszcze ją
      dupnę i powiem co mam w głowie.(...)
      CYTATY jaonnaszyn


      Niestety dalszej czesci historii nie znalazlam, nie wiem czy dziewczyna juz
      urodzila malenstwo czy nie ???
    • gagat100 opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem + zdjecie 21.11.04, 14:04
      cos kiedys czytalam na ten temat ze trzeba bylo dziecku zrobic
      operacje i schowac je spowrotem do macicy bo to byl dopiero 5 mies ciazy
      inaczej dziecko by umarlo, wykonano ta operacje a po latach SYNEK ciezarnej
      znow podal reke lekarzowi ktor go operowal!!!
      poczta.gazeta.pl/poczta/getMailPart/Maoamiga.jpg?ID=1095414266.27889_427776.imail1&Seq=4&name=Maoamiga.jpg&t=1101042271380
    • gagat100 opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 16.12.04, 23:02
      CYTAT

      Moja krotka historia smile
      Autor: eoia
      Data: 15.12.2004 19:28


      --------------------------------------------------------------------------------
      Moja krótka historia wink Mam nadzieje, ze niektorym z Was przyda sie lektura smile

      Starania rozpoczelismy w grudniu zeszlego roku. Cykle mialam bardzo
      nieregularne (20-50 dni). Mimo, ze mierzylam temperature codziennie, czasem
      trudno bylo mi wskazac owulacje, czasem jej nie bylo w ogole, czasem mialam
      lekkie krwawienia, ktore bralam za okres itp.
      Minal styczen, luty - - nic. Minal marzec - - nic. W koncu nadszedl maj. Tez
      nic.
      Zaczelam sie troche denerwowac, chociaz wiedzialam, ze stres moze byc rowniez
      przyczyna niepowodzen, badz co badz minelo nam pol roku....

      W maju poszlam na badania kontrolne do okulisty. Ten zapytal czy mam robione
      badania tarczycy, bo widzi u mnie powiekszona szyje.
      Przezylam szok, w sumie przez czysty przypadek lekarz z innej branzy to
      odkryl. Zrobilam badania krwi:
      TSH=4.0 (norma 0.4-4.0)
      fT4=1.0 (norma 0.8--1.8)
      fT3=2.6 (norma 1.45-3.48)

      Lekarz rodzinny powiedział, ze wszystko jest w normie, mimo TSH przy gornej
      granicy, ktore kazal "obserwowac".
      Nasze starania ciagle nie przynosily rezultatu. Czulam juz wtedy, ze moze miec
      to zwiazek z tarczyca i podwyzszonym TSH. Zaczelam zagladac na rozne forum i
      grupy dyskusyjne, czytac ksiazki. Wybralam lekarza-endokrynologa. Do niego
      udalam sie z wynikami z drugiego badania krwi, ktore zrobilam w sierpniu:
      TSH=6.4 (norma 0.4-4.0)
      fT4=1.1 (norma 0.8--1.8)
      fT3=2.4 (norma 1.45-3.48)
      przeciwciala a.mikrosomalne =373 (norma <20)

      Endokrynolog stwierdzil Hashimoto i skierowal mnie jeszcze na USG tarczycy,
      ktore wykazalo guzki. Dostalam z kolei skierowanie na biopsje (przerazenie!).
      Na szczescie biopsja wykazala, ze guzki i powiekszenie tarczycy nie jest
      grozne. Co z tego, jesli od lipca nie mialam @. Od lekarza otrzymalam Euthyrox
      75 / 1tabl. dziennie. Zaczelam skupiac sie na wyleczeniu tarczycy, starania
      poszly w kąt... wink
      W listopadzie dostalam @ (po 4 miesiacach)! i zrobilam wtedy 3 badania (po 2
      miesiacach brania Euthyrox):

      TSH=2.3 (norma 0.4-4.0)
      fT4=1.1 (norma 0.8--1.8)
      fT3=2.7 (norma 1.45-3.48)
      przeciwciala a.mikrosomalne =99 (norma <20)

      Byłam szczeliwa - TSH niby w normie, mimo, ze jeszcze za wysokie aby zajsc,
      wiedziałam, ze jestem na dobrej drodze. Lekarz zostawil taka sama dawke
      Euthyrox 75 i powiedzial, ze mozemy spokojnie dalej sie starac i teraz powinno
      pojsc juz szybciej wink

      W miedzyczasie ciagle mierzylam temp. i zaczelam stosowac testy owulacyjne. W
      okolicach 1 grudnia staralismy sie b. mocno wink
      Juz po tygodniu mialam objawy, ktorych nigdy wczesniej nie doswiadczylam -
      bylam wsciekle glodna, mialam wrazliwe piersi i bolalo mnie lekko podbrzusze.
      12 grudnia zrobilam test - - pozytywny !!! Endokrynolog zmienil mi dawke z
      Euthyrox 75 na 100.
      Obecnie czekam spokojnie na wizyte u ginekologa!! Jestem cala szczesliwa smile


      Dziewczyny! Nie zalamujcie sie! Badzcie spokojne i rozsadne. Zrobcie wszystkie
      konieczne badania, nie zapominajcie jednak o tarczycy. Mnie lekarz powiedzial,
      ze gdyby nie tamten okulista moglibysmy sie starac nawet 5 lat i nie
      wiedzielibysmy co jest grane. Pewnie leczonoby mnie/nas na nieplodnosc...

      Poza tym branie leku od razu wyjasnilo i zmniejszylo objawy, ktore wszesniej
      nie wiedzialam czemu przypisac - wypadanie wlosow, tradzik, potliwosc, brak
      koncentracji. Zapomnialam o tych problemach.

      Pozdrawiam Was goraco, trzymajcie sie dzielnie!!!
      Zycze Wam zdrowia i optymizmu!!! smile
      (Mam nadzieje, ze za bardzo nie przynudzilam)
      Jesli macie pyt. chetnie odpowiem smile

      Eoia


    • gagat100 opowiada magia10 21.12.04, 11:38
      Ku pokrzepieniu sercsmile
      Autor: magia10

      --------------------------------------------------------------------------------
      Dziewczyny, chciałabym przytoczyć mój post, który napisałam na forum "Maj
      2005". Teraz jestem w 21 t.c. i trzymam mocno kciuki za Was wszystkie,
      dzielne kobietki! U nas było tak:

      My na poważnie zaczęliśmy myśleć o dziecku cztery lata temu... Poszłam
      badania
      przeciwciał przed ciążą (toksoplazmoza, różyczka, HbS) i zaczęłam brać folik.
      I
      niestety wyszło, że jestem chora na toksoplazmozę. Zaczęłam leczyć się
      antybiotykami (mnóstwo Rovamycyny), okazało się, że nie działa. Potem
      sprowadzaliśmy z zagranicy Fansidar (jest to baaardzo silny lek, który może
      uszkodzić wątrobę). Wreszcie okazało się, że toxo jest wyleczona. I wtedy
      dowiedziałam się, że mam niedoczynność tarczycy i żeby zajść w ciążę, muszę
      uregulować poziom hormonu TSH. Następne pół roku badań i leków dało
      rezultaty.
      Niedoczynność została wyrównana i zostało mi tylko brać Euthyrox do końca
      życia. Nasza radość nie trwała długo... Dopadły mnie jakieś mdłości i
      zachorowałam na ostre zapalenie wątroby (wirusowe zapalenie wątroby typu
      C)...
      Myśleliśmy, że nie wyjdę z tego żywa. Po paru tygodniach dostałam interferon
      i
      przez parę miesięcy robiłam sobie zastrzyki. Stał się cud. Wyszłam z tej
      wydawałoby się nieuleczalnej choroby. Wtedy już rozpoczęliśmy na dobre nasze
      starania o dzidziusia. Po miesiącu zaczął boleć mnie brzuch i miałam jakieś
      plamienia. Ginka wysłała mnie szybko na usg z rozpoznaniem: wczesna ciąża.
      Jak
      ja się wtedy cieszyłam pod gabinetem. Pomyślałam, że zadzwonię do męża
      dopiero,
      jak się potwierdzi. Na badaniu okazało się, że to nie ciąża, ale nowotwór
      jajnika... Boże, jak ja wtedy się bałam. Szybka operacja na Karowej,
      usunięcie
      jajnika. I czekanie... Złośliwy czy nie? Potem rozmowa z docentem i widzenie
      jak przez mgłę. Szok. To był bardzo złośliwy nowotwór w I stadium i potrzebna
      jest chemioterapia. Płakałam, że umrę bezdzietna... że jestem do niczego.
      Docent powiedział, że zdarzają się cuda i niektóre kobiety także po chemii
      zachodzą w ciążę. Potem były najstraszniejsze dni mego życia - 4 miesiące
      katorżniczej chemii w Centrum Onkologii, brak włosów, torsje... Nie byłam
      człowiekiem. Nie marzyłam, że przeżyję. I nie mówiąc już o dziecku.W każdym
      nieszczęściu mój mąż był ze mną. On też wiele przeszedł. Cały koszmar
      skończył
      się w lipcu 2003 roku.
      Zastanawialiśmy się, kiedy znowu próbowaćsmile Trochę się baliśmy. Planowaliśmy,
      że najpierw pójdę do pracy we wrześniu. A potem się pomyśli. W sierpniu
      zaszaleliśmy: pojechaliśmy najpierw do Danii, a potem na Słowację. Piękny
      pensjonat w Starym Smokowcu, urocze góry... i nie trzeba było się staraćsmile
      Myślałam, że w 21 dniu cyklu to już są dni niepłodne. He, hesmile Nasze
      upragnione dziecko przyszło samo. Kiedy chciałosmile
      I powiedzcie, jak tu nie wierzyć w cuda!

      PS. Już wiemy, że to chłopczyk i będzie się nazywał Łukaszeksmile


    • sabi35 Re: opowiesci ze szczesliwym zakonczeniem 19.01.05, 10:59
      Ja znam takie opowieści, wiele przeżyłam sama, ale po co nam tutaj takie
      horrory, nawet z happy endem?
      Dlaczego mamy opowiadać o kilkunastu poronieniach, martwych dzieciach,
      krwawieniach i leżeniu plackiem przez cała ciążę?
      Bądzmy dobrej myśli, kochajmy swoich partnerów, planujmy wiele rzeczy, które
      niekoniecznie mają być związane z macierzyństwem.
      Pozytywny test ciążowy ma być powodem do radości, a nie początkiem rozmyślań o
      komplikacjach.
      Ja sama mam problemy w każdej ciąży, a jednak staram zawsze do niej podchodzić
      z optymizmem i wiarą, że tym razem będzie inaczej. To dotyczy także starań.
      Inaczej byśmy chyba zwariowały, a zdrowa ciąża potrzebuje zdrowej matki.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka