fizula
25.05.09, 00:50
Temat wprowadzania żywności uzupełniającej, a więc rozszerzania menu
dziecka od dawna we mnie nabrzmiewał, bo ten temat wciąż wraca jak
bumerang. Gdybym miała więcej czasu pewnie już dawno bym zebrała
razem to, co do tej pory zostało tu napisane.
Ciekawe, że w dzidzinie np. chodzenia dajemy dziecku jakiś szeroki
przedział czasu na naukę. Zazwyczaj dziecko zaczyna chodzić między 9
a 18 miesiącem (nie jestem specjalistką- proszę mnie poprawić, mogę
się mylić) i uznaje się, że jest to OK. Na to by zacząć mówić też ma
szeroki przedział czasu: od końcówki pierwszgo roku- może gdzieś do
końca drugiego. I te wcześnie, i późno mówiące mogą się równie
dobrze rozwijać, tylko taki ich urok i tempo, że akurat wtedy
rozchylają werbalne skrzydła.
A jak jest z jedzeniem? Czy dzieci też mają prawo rozwijać się w
indywidualnym tempie do zaakceptowania nowych pokarmów, smaków,
sposobu jedzenia? Co prawda mam tylko trójkę dzieci, ale z ich
poznania, obserwacji mogę wyciągnąć wnioski, że dzieci rozwijają się
pod tym względem bardzo różnie. W różnym czasie akceptują różny
stopień twardości pożywienia, różne smaki. Każde z moich dzieci
kiedy indziej zaakceptowało nowe pożywienie: jedno po 6 miesiącach,
drugie po roku, a trzecie po półtorej roku. Najczęściej akceptacja
dla nowych pokarmów się zmienia jak sinusoida w drugim półroczu i w
drugim półroczu życia. Niektóre dzieci długo wyłącznie kosztują
pożywienie, inne od razu chętnie jedzą większe ilości. Inne z kolei
długo pozostają przy samym mleku matki (niektóre dzieci nawet do 18
miesiąca pozostają przy piersi, wiele dzieci w drugim roku życia ma
takie momenty, że wraca wyłącznie do piersi na dłużej bądź krócej).
Gdyby mleko matki było równie mało wartościowe jak mieszanki, to
rzeczywiście można by się tym niepokoić. Bo ileż można żyć na
sztucznych witaminach, sztucznie dodawanych mikroelementach itd.?
Ale mleko matki i białka, i tłuszcze, i węglowodany, witaminy,
mikroelementy ma najwyższej jakości, jest nieprzetworzone i
najzdrowsze dla małego dziecka, a oprócz tego zawiera mnóstwo
enzymów, czynników, komórek, składników wartościowych dla rozwoju.
Dlatego dopóki dziecko ma możliwość ssania według swojej potrzeby, a
rozwija się prawidłowo, rośnie, to warto zaufać dziecku w tym
względzie, że wie co robi ten nasz szkrab.
Bardzo często lekarze operują tabelkami, wyznacznikami- i niestety
usiłują wszystkie dzieci w te same sztywne ramy włożyć. A tak się
nie da. To, że można często bezpiecznie zacząć wprowadzać żywność
pochodzenia krajowego po 6 miesiącach nie oznacza, że moje dziecko
ma tak samo rozwinięty układ pokarmowy jak np. dziecko sąsiadki. To
że dziecko koleżanki od początku z chęcią je obiadki, deserki, nie
musi oznaczać, że układ immunologiczny mojego alergika może sobie
pozwolić na to samo.
Oczywiście nie zwalnia nas to z obowiązku, by proponować dziecku
różne smaki, ale trzeba pamiętać, że akceptacja danego smaku może
się poprawić dopiero po kilkunastej próbie. No i czasami
rzeczywiście lepiej odłożyć to wprowadzanie nowości, np. przy
alergii warto wyłącznie karmić piersią nawet 10-12 miesięcy. Czyli
światek medyczny też zaczyna dostrzegać to zróżnicowanie wśród
dzieci. A przecież alergia to nie jedyny problem u dzieci. Ważny
jest też przecież rozwój narządu żucia (ząbków), rozwój zdolności
trawiennych, trzustki, wątroby. Czasem dzieci reagują też
odroczeniem albo czasowym odstawieniem jedzonek przechorowując coś
bezobjawowo. A przecież wiele chorób właśnie w taki sposób
przechodzimy, np. osławioną toksoplazmozę najczęściej właśnie w
dziecinstwie się przechodzi (w okresie poniemowlęcym- może być bez
żadnych objawów).
Wydaje mi się, że ten mentalny przymus wprowadzania jakiegoś
jedzenia do diety dziecka wynika też niekiedy z naszego wychowania,
kultury. Można się zastanowić: jak my byliśmy karmieni? Czy przymus
nie był metodą karmienia w naszym rodzinnym domu?
We wczesnym dzieciństwie na pewno jest ważniejsze, by dziecko przede
wszystkim nauczyło się, że czas posiłku to czas dobry, miły. Gdy
polubi ten czas, będzie to inwestycja na całe życie, bo chodzi o to,
że jedzenie ma się dać lubić. A więc wystarczy tak niewiele: nie
zmuszać, nie obrzydzać i dać czas. Gdy jesteśmy bardzo zestresowani
tym tematem jedzenia, warto starać się zadbać o nową dawkę
uspokojenia, cierpliwości dla siebie. Czy moglibyśmy zmusić do
chodzenia dziecko, które nie jest na to gotowe? Czy dałoby to dobre
owoce? Podobnie nie wyda dobrych owoców zmuszanie do zjadania
zaplanowanych przez nas posiłków. Dzieci się zazwyczaj różnią od
naszych wyobrażeń o nich- warto wykrzesać z siebie więcej
elastyczności: a więc pozwolić się tym wyobrażeniom rozciągnąc do
bardziej realistycznej koncepcji. Jeśli marzyłyśmy o "grzecznie"
czyli dużo zjadającym dziecku, to może warto zdać sobie sprawę, że
dziecko, które wyłącznie ssie też może być "grzeczne", tylko np.
wolniej rozwija się jego przwód pokarmowy. W cudzysłów wzięłam
słowo "grzeczne", ponieważ ten epitet nie przystaje do tej sytuacji,
gdy chodzi o naturalne potrzeby dziecka, a nie świadomy wybór
zachowania.
Proponuję lekturę tego, co już tu zostało napisane. Będę w kolejnych
postach dopisywać następne linki i bardzo proszę o pomoc, jeśli ktoś
zechciałby jakiś wątek tu zalinkować (np. pamięta o jakimś z
archiwum, zauważył, że coś ominęłam wartościowego). Zapraszam do
lektury:
Baby-led weaning
Cycoholiczny niejadek
14 miesiąc i wisi u cyca non stop
Rozszerzanie diety, krytyka lekarza
Tyle na początek. Cdn- tylko nie wiadomo kiedy.