hania404 16.09.07, 00:58 kochani, zanim wrzucę to, co chciałam Wam opowiedzieć proszę doradźcie: mam to zrobić raz i już, czy dawkować we fragmentach? Nie świecę z net-etykiety a nie chcę robić bałaganu Odpowiedz Link Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
grecja-ellada haniu pisz o wszystkim :) 16.09.07, 10:49 ... co miało miejsce podczas Twojego pobytu, o przeżyciach, przemyśleniach. Ja od siebie dorzucam linka ze zdjęciami autorstwa Matheos2, nad którymi pracuję by umieścić na stronce a przedstawiają te ckonkretne Balos www.grecja-online.pl/zdjecia/074/index.php?mghash=bddb932eabd4ad300d3d3756f1f82b27&mggal=1 Odpowiedz Link
gacek95 Wstałam włączyłam ucieszyłam sie przygotowałam 16.09.07, 11:13 śniadanie zasiadłam i....no wiesz Hania..tak człowiekowi zrobić w niedzielę Odpowiedz Link
hania404 Re: Wstałam włączyłam ucieszyłam sie przygotowała 16.09.07, 11:18 sorki, sorki, musiałam troche te moją wczorajszą TFU-rczosc odespac Odpowiedz Link
hania404 miłej lektury:-) 16.09.07, 11:14 Moja wrześniowa podróż na Kretę miała niewiele odbiegać charakterem od dotychczasowych. Myślę, że nie jestem odosobniona traktując ten kraj jako miejsce cudownego wakacyjnego odpoczynku, miejsca gdzie doswiadczamy i poszukujemy niewzwykle bogatych i różnorodnych doznań, emocji i przeżyć, miejsca gdzie chcąc niechcąc poszerzamy naszą wiedzę i wyostrzamy wszystkie zmysły, i gdzie inteligencja emocjonalna przychodzi nam z pomocą dużo częściej niż wszelkie inne formy sprawności umysłowej Wybaczcie ten wysoki ton, ale wciąż jeszcze nie potrafie odpowiedziec sama sobie na pytanie czy kocham ten kraj, czy go nienawidzę. Oferuje nam niezrównane warunki wyluzowania sie i naładowania akumulatorów a zarazem porusza w nas (a przynajmniej we mnie) pokłady tak różnych i sprzecznych emocji, których istnienia przez wiele lat nawet w sobie nie podejrzewałam. Jechałam tym razem do mojego raju trochę jako turysta, trochę jako przewodnik kompletnego żółtodzioba, a trochę jak tubylec (o tym pozwolicie napiszę zdecydowanie najmniej ze zrozumiałych mam nadzieje względów. Moim towarzyszem podróży była koleżanka, nieco ode mnie młodsza, ale za to równie entuzjastycznie i otwarcie nastawiona na nowe doznania i nie zrażająca się byle przeszkodami. Na początku więc musiałysmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co dla nas obu będzie zarówno miarodajne w odkrywaniu wyspy od początku, jak i w jej zgłębianiu; co pozwoli mojej towarzyszce paść kolejną ofiarą kretomanii, a we mnie nie wzbudzi uczucia znużenia lub nie daj Boże rozczarowania. Obawy absolutnie płonne! Kreta się nie nudzi! Te same stoliki w Filo Sofies na placu z fontanną Morosiniego to znak stabilności mojego świata. Te same kamienie, które niewzruszenie leżą i czekają na kolejnych przybyszy w Festos to znak że Kreta chce być odkrywana. One są te same, ale nie takie same. Napis na murze przy plaży w Matali: "Live the life. Tomorrow never comes" nie jest chwilą tą samą, kiedy widziałam go poprzednim razem. To jak jedzenie oliwek z tego samego drzewa przez wiele wiele lat. One moga byc tylko lepsze, a nasze doznania tylko bogatsze. Tyle gwoli rozterek co do celu mojej szóstej podróży na Kretę) Na lotnisku - super niespodzianka: Rzeczpospolita z książką o mitologii Greków - świetne wydanie, kolejne do kolekcji i obok "Pamietników Heleny Trojańskiej", które zabrałam na podróż, doskonała lektura do samolotu Okęcie, odprawa, drobne opoznienie, samolot centralwings... wszystko to doskonale znacie. 3 godziny gdzies w przestworzach, mysli o Ikarze i rozmowy o tym, jak nam bedzie dobrze... znacie to, prawda? Znacie też ten moment kiedy z okien samolotu widać już "wyspy w dole jak rzucone na wodę płowe skóry dzikich zwierząt" (dziękuję panie Zbigniewie za to zdanie!). Znacie też moment kiedy samolot jednym skrzydłem niemal dotyka wody, wydaje się że koła już zanurzają się w granatowym morzu, a jednak nic złego się nie dzieje... jestesmy na wyspie! Nie Wam również opowiadać o zapachu jaki uderza w nas kiedy po trapie schodzimy na płyte lotniska, ale o tym jak "smakuje" pierwsze dotknięcie ziemi kreteńskiej opowiem: to jak dotknięcie dawno niewidzianego kochanka, jak muśnięcie rozpaloną dłonią zimnej powierzchni bezpiecznego domu, jak uścisk przyjaciela, z którym rozstaliśmy się wczoraj ale tak wiele zostało do obgadania... po prostu elektryzuje i już. Przynajmniej mnie Dla koleżanki transfer do hotelu, dla mnie dotarcie do domu. Wieczór, w który witam się z Kretą trudno opisać bo to głównie pole do popisu dla smaku, węchu i dotyku... Wiem tylko jedno: ta wyspa mnie kocha i jestem tu bezpieczna, gdzies daleko został świat, w którym toczy się moje zwykłe życie, a tu toczy sie życie zwykłe dla tych których kocham, cenię i mam zaszczyt być traktowana na równi z resztą rodziny. Wiem, że wielu z Was jeśli już czyta tę opowoeść czeka na relację gdzie dotarłam, co widziałam, jaką nową atrakcję odkryłam, na czym polegał "oryginalny" sposób dostania się na Balos Choć daleka jestem od "zaliczania" punktów na mapie (nie powiem, że mnie to nie kręci, ale tym razem moja współtowarzyszka brylowała w tym, to jednak tak bardzo chciałabym abyscie przez moment poczuli tą kolosalną ilość namacalnego dobra, piękna i prawdy, która spływa na mnie tylko tam... Poczujcie to proszę przez chwilę Właśnie to jest dla mnie bezcenne... Kiedy juz doszłam do siebie po uniesieniach kolejnego przywitania z wyspą, sprawdziłam czy ulubione punkty herakliońskiej starówki, portu i dzielnicy Agia Triada są na miejscu, przyszedł czas na podjęcie wyprawy i przejęcie roli przewodnika. Na pierwszy rzut - super light: cel Matala. Po drodze Gortyna, Festos, Agia Triada (ta inna od herakliońskiej). No cóż podróż sentymentalna, pomyslałam. Jakże się myliłam! Wiszące nad Psiloritis ciężkie chmury odstręczyły nas od odwiedzenia Obserwatorium astronomicznego w okolicy jaskini Ida. Bedzie nastepny raz, wierzę w to święcie!! Pierwszy postój: Agia Varvara - kafenion doskonale mi znany z nocnych wypraw do Zaros, kiedy jestem pasażerem, a nie niewolnikiem kierownicy polecam tam szklaneczkę domowego wina - marzenie, tym razem jedynie dla współtowarzyszki, a dla mnie tamtejsza frapka. Przy okazji zdziwienie; lokal naprzeciwko, który jeszcze w lutym spełniał rolę przybytku politycznego (był siedzibą komitetu wyborczego czyba Nowej demokracji) jest teraz niemal fimowym salonem odziezowo-gadzetowym! Dziwny widok. Nie do końca mnie to zachwyca więc nasz stalowy fiacik punto musi ruszać dalej. Agii Deka mozna minąć nie wiedząc że tuż obok, po przejechaniu krótkiej i wąskiej uliczki w lewo stoi niezwykłej urody kościół pod wezwaniem Dziesięciu Świetych (czy Męczenników). Tylu ich bowiem zginęłó w tym miejscu, kiedy odmówili w 250 r. n.e. wzięcia udziału w uroczystości. Absolutny spokój wokół, w pobliżu maleńki sklepik z dewocjonaliami i pamiątkami (wśród nich m.in. koposkini - zazwyczaj czarne bransoletki na rekę z małych czarnych kuleczek wykonanych zwykle z jakiegos rodzaju przędzy czy wełny noszone przez wyznawców prawosławia jako rodzaj ochrony, obrony, protekcji ze strony Najwyższego). Cisza, przejmujaca cisza. W środku przepiekny ikonostas oraz coś co wywołuje niezwykły dreszcz; jako relikwia fragment marmurowego bloku z odcisniętymi śladami kolan dziesięciu męczenników, którzy klęcząc zostali ścięci w tym miejscu). Chwila zadumy... jedziemy dalej. Gortyna - miejsca nie będe opisywać - każdy przewodnik o nim wspomina. mnie tu przygnało po raz kolejny bo to właśnie tu po porwaniu Europy, Zeus posiadł naszą przodkinię pod wiecznie zielonym platanem. Przyznam szczerze że legendarny platan wcale nie wygląda imponująco i cos mi sie zdaje że nie tylko nie ma 2000 lat ale jest calkiem młodziutki Za to kamienie, mury bazyliki Sw Tytusa, kodeks praw i drzewa oliwne wokól są w słusznym wieku. Nie wiem czy macie zwyczaj dotykania pni drzew oliwnych, ale ja na tym punkcie mam lekkiego świra. Kazdy pień czuje się inaczej, każdy przez te krótką chwile jakby chcial opowiedziec swoją historię, każdy namawia: zostań tu dłużej.... I cyprysy, wielkie strzeliste, zielone i milczące... Rzymskiej stolicy Krety mozna tu szukac długo i do końca nie byc pewnym czy to na pewno to. Światynia Apollina w pobliżu, termy czy łaźnie, fragmenty marmurowych posadzek (marmur nie zawsze jest tak zimny jak nam sie wydaje W takich chwilach przychodzi mi do głowy hasło Barbelka: chwilo trwaj.... Niemozliwe aby Festos czyms mnie zaskoczyło, myslę sobie... Kiedy byłam tu poprzednim razem jawiło mi sie oazą spokoju, romantycznym miejscem do rozmyslań, lektury, napawania się oszałamiającym widokiem doliny Messara, szczytu Idy czy panoramy Psilorotis. I znów Haneczko byłaś w błedzie1 Tym razem kompletnie oszalałam na punkcie tamtejszych schodów. Wiecie zapewne że rozszyfrowanie planów wykopalisk porównując je z planami zamieszczonymi w przewodnikach to zadanie co najmniej tr Odpowiedz Link
hania404 milej lektury cz.2 - jedziemy do Matali:-) 16.09.07, 11:22 Niemozliwe aby Festos czyms mnie zaskoczyło, myslę sobie... Kiedy byłam tu poprzednim razem jawiło mi sie oazą spokoju, romantycznym miejscem do rozmyslań, lektury, napawania się oszałamiającym widokiem doliny Messara, szczytu Idy czy panoramy Psilorotis. I znów Haneczko byłaś w błedzie1 Tym razem kompletnie oszalałam na punkcie tamtejszych schodów. Wiecie zapewne że rozszyfrowanie planów wykopalisk porównując je z planami zamieszczonymi w przewodnikach to zadanie co najmniej trudne Zazwyczaj nic nie pasuje, jak już nam się uda coś dopasować to czytając opis nasze przypuszczenia biora w łeb itd. Dlaczego główne schody pałacu w Festos kończą się ścianą - nie wiem. Ale po ponad godzinie studiowania tego jednego elementu moja skóra na plecach powiedziała dość, moja koleżanka zażądała natychmiastowego umieszczenia jej w morzu na plaży w Matali, a mój rozsądek wspomagany odglosami głodnego żołądka skłonił mnie do zaprzestania rozszyfrowywania tej zagadki. Nie sądzę abym miała predyspozycje do bycia minojską księżniczką, ale chodzenie po tych schodach przebiło wszelkie doznania związane nawet ze Schodami Hiszpańskimi. Nie wierzycie? Sprawdźcie sami Po tym doznaniu willę Agia Triada uznałam juz za szczyty pławienia się w luksusie przez Minojczyków. Ten widok i ten rozmach przypomniał nam że czas na nas. Tu krótka refleksja kulinarna: po drodze do Matali jest maleńka miejscowość Agios Ioannis - 3 domki i 2 restauracje - jedna z nich specjalizuje się w królikach. A tak! Odważyłam się! Nie było to stifado z królika ale całkiem smaczne danie. Właściciel oczywiście za wszelką cene usiłował pokazać mi królika PRZED zanim pokaże go PO. Nie dałam się! Choć zapewniał że królik był dziki to miałam co do tego wątpliwości. Dziki powiniem mieć ciemne mięso, prawda Jacku? Ten był pyszny, ale zdecydowanie jasny! Miejsce sprawdzone. Polecam Matala, Matala, Matala - hippisem nigdy nie byłam ale cos jest w tym miejscu że zaczynasz myśleć o wolności, muzyce, najważniejszych wartościach i przestajesz martwić się, co bedzie jutro. To tu po raz pierwszy podczas tej podróży spotkałam wiecej niż 15 osób w jednym miejscu. Sława robi swoje. i morze, i słońce też. Fale około metra, kamyczki z plaży panowie mają w 1 częsci stroju kąpielowego, panie - dla odmiany w 2 (lub 3 zalezy jak liczyc części). Na skale z jaskiniami trwa sesja fotoreporterów - jeden czlonek rodziny wchodzi jak najwyżej, reszta kieruje nim (stań bardziej w prawo, zrób krok do przodu, przepuść tą panią, a fotoreporter cyka, cyka i cyka. Tyle folkloru Niewielu z tych ludzi decyduje sie zostac do zachodu słońca. W tawernach na brzegu już gra muzyka (troche greckiej, ale więcej w stylu hippi), obsługa zwija leżaki, zaawansowani wiekiem hippisi zwijają swoje straganiki z biżuterią i innymi niezbędnymi elemeneami stroju porządnego dziecka - kwiatu). Jest godz. 19.41 - cudowne, życiodajne, poprawiające nastrój i dające chęć do życia słońce chowa się bardzo szybko za maleńką wysepką Paximadia (to własciwie 2 wyspy, ale widać je jako jedną). Poczuj chwilę, zostań dłużej - śpiewa wiatr. Nie wierzycie? Posłuchajcie kiedys bardzo uważnie) Mimo oddanego ostatnio sporego nowego fragmentu drogi Matala-Heraklion, który pozwala skrócic czas jazdy o jakieś 10-15 min nadal ta droga po zachodzie słońca jest typową kreteńską drogą. Widać tylko to, co oświetlą swiatła samochodu, czasem dostrzeżesz tył furgonetki Kreteńczyka, który wyprzedził cie na wydawałoby się bardzo ostrym zakrecie, czasem małe wioski i miasteczka szykujące sie do nocnej zabawy. Mężczyźni przed kafenionami, kobiety w domach albo przed domami, dzieci rozbiegane i cudownie radosne. To nie folklor, to życie. Czasem surowe, ciężkie, bez wygód, ale jakże pełne, prawdziwe i radosne... Skonana koleżanka została bezpiecznie odstawiona do hotelu, a co może byc najlepszą nagrodą dla kierowcy i przewodnika? Wieczór w gronie przyjaciół w Fodele! Tawerna na srodku ulicy, stół uginajacy się od pyszności, domowe wino które tylko tam tak dobrze smakuje, białe i czarne łabędzie czekające na swoję kaski (o tej porze juz nie chciały jeść chleba - chyba czekały na coś konkretniejszego), arni z grilla, słodkości, których jeden kęs mnie wystarcza na miesiąc i grecki, grecki, tylko grcki jezyk. Dobrze ze czasem ktoś sie zlitował nad biedną Polką używając angielskiego. Tomku! Kiedy zaczynają się lekcje greckiego na Poznańskiej? Tym razem nie ma siły - muszę się podkształcić bo nastepnym razem popełnię dużą niezręczność i stwierdzę, że czuję się jak na tureckim kazaniu)))) Mimo tej niedogodności to ogromna frajda być w takim gronie, w takich okolicznościach, w tym miejscu i o tej porze. Zabawa przeniosła nam się do Nanu Cafe w Agii Pelagii. Tu moi przyjaciele przypomnieli sobie o tym, że muzyka i taniec są ponad granicami kultur i jezyków - więcej chyba pisać nie powinnam...)) Odpowiedz Link
tomaszkozlowski1 Re: milej lektury cz.2 - jedziemy do Matali:-) 18.09.07, 22:12 Haniu, przecudownie czyta się Twój opis W ostattnich dniach bardzo mało czasu u mnie więc powoli czytam ten wątek, za to uważnie Na Poznańskiej grecki pewnie ruszy jak zwykle od początku listopada. Jak będzie już coś wiadomo o spotkaniu organizacyjnym, dam znać Pozdrawiam serdecznie! Tomek Odpowiedz Link
hania404 milej lektury cz 3 - Balos:-)))) 16.09.07, 11:24 Teraz o Balos, ok? Ponieważ noc była wyczerpujaca dla kierowcy wyruszyłyśmy z Heraklionu dobrze po godz. 10-tej. Nie powiem, abym nie miała stracha, więc ambitny plan: Fodele, Moni Arkadiou, Chania, Balos wziął w łeb i pomknęłyśmy jak najszybciej do Kissamos. Po drodze tyle pokus: tu monastyr, tam piekny widok, gdzieś kafejka na urokliwym tarasie, ale my twarde, nastawione na cel Po jakichś 3 godzinach Kissamos więc postój w pierwszym napotkanym kafenionie. Czy wiecie może dlaczego w wielu kafenionach mają takie krzesła z trzciny czy siatki, że jak sie posiedzi nad jedna frapką w krótkich spodenkach to później z tyłu wygląda się tak jakby człowiek usiadł na grillu??? Aby oszczędzic sobie, a raczej tym co będą mnie ogladać z tyłu takiego widoku, usiadłam sobie na moim ulubionym plażowym ręczniku. I oczywiście, stres dał o sobie znać bo reczniczka, który niewątpliwie przydałby mi się na Balos z kafenionu zapomniałam. Wszystkich wielbicieli Kreteńczyków spieszę jednak uspokoić: kiedy kilka godzin później wracałam po zdobyciu Balos, ręczniczek czekał na mnie pod opieką właściciela, który wyglądał na niezmiernie rozbawionego moim widokiem. Ciekawe dlaczego? W każdym razie kafenion polecam: frapka pyszna, a do tego dbają o własność klientów Po przejechaniu miasta dalej wszystko zgodne z opisami na forum: wielki drgowskaz oznaczajacy wjazd na półwysem Gramvoussa, droga w prawo na Kaliviani, na placyku, czy skrzyzowaniu żywy znak drogowy w postaci Greka kierującego na Balos z dodatkowym ostrzeżeniem: Be careful i jedziemy. Jeszcze odręczny napis na czyms, co przypomina nasz przystanek autobusowy, ale tam na pewno nim nie jest: BALOS i strzałka w lewo. Koniec asfaltu, droga płaska ale juz szutrowa, stado owiec niechętnych do ustąpienia drogi. Po prawej stronie morze w kolorze ultramaryny, po lewej góry, coraz wyższe. Za nami widok na Kissamos. Docieramy do miejsca, dzie skały tworzą swoista bramę. teraz my mamy swoje 5 min dla fotoreporterów. Widzimy samochody zjeżdzające waską drogą, za nami zatrzymują się inni - czy dla urody miejsca, czy z obawy przed dalszą drogą... Ruszamy. Pierwsze wzniesienia nie stanowią szczególnego problemu, jednak już na kolejnych nasze biedne punto zaczyna wydawać dziwne dzwieki i co gorsza roztaczac dość niepokojący zapach. Ale jednak dalej jedzie Kierowca to może i ze mnie jest, ale nieznany samochód, 200 km od domu, na nieznanej trasie to było dla mnie troche za dużo. Nie mam zaufania do fiatów, szczególnie z przebiegiem prawie 100 tys. km i po całym sezonie zapewne bez przeglądu. Mijamy dwa czy trzy porzucone samochody po drodze, chwila namysłu i decydujemy: ważniejsze jest dla nas wrócić do domu tego samego dnia (koleżanka do hotelu) niz pokonywanie na siłę trasy, którą mozna pokonać w sposób pewniejszy i bezpieczniejszy (przynajmniej dla samochodu. Decyzja: idziemy dalej piechotą. Humor nam sie od razu poprawił. Wreszcie i ja miałam czas aby się porozglądać, delektować widokami, moje ulubione zestawienie: beże, brący, miedziane czerwienie i błekit nieba oraz ultramaryna morza. Poezja! Po drodze zdjęcia mijanych detali krajobrazu, niesmiało kwitnących roślinek, odszukiwanie ukrytych wśród skał i kamieni kóz po dźwieku dzwonka. Oczywiście nie jesteśmy jedyne na drodze: mijają nas samochody, w których widzimy nie tylko przerażonych pasażerów, ale tez spiętych do granic możliwości kierowców. Niemal nikt z nich nie reaguje ani na "hello", ani na "jasas". Jedynie pasażerowie typowego miejscowego pick-upa odwzajemniają nasze pozdrowienie i przygladają dość ciekawie. Po ok pół godziny wędrówki spotykamy pierwszych piechurów: zmierzają w dół w stronę Kissamos: ona Rosjanka ale mocno zniemczona, on Niemiec. Krótka i miła rozmowa, z której wynika, że: 1. jesteśmy szalone i nieodpowiedzialne 2. do Balos mamy jakieś 3 godziny drogi 3. powinnysmy natychmiast zawrócić bo albo umrzemy z pragnienia (mamy ze sobą ok 3 litrów wody), albo zgubimy sie na prostej drodze (nie ma tam dróg w bok, chyba że ktoś koniecznie chce się pokaleczyc o porastający wysuszoną ziemię tymianek), albo inne bliżej nieokreślone zagrożenie czyha tuż za nastepnym zakrętem. Pani Rosjanko-Niemka zgaduje,że jesteśmy albo Polkami albo Rosjankami, bo podobno tylko one są aż tak uparte i zdeterminowane. Miłe? Nie wiem Mimo licznych ostrzeżen postanawiamy jednak absolutnie nieodpowiedzialnie iść dalej Robi się absolutnie coraz piękniej, czujemy zapach ziemi, wiatru i morza. Gramvoussa wydaje nam się na wyciągnięcie ręki, ale każdy kolejny zakręt mówi nam: jeszcze nie!Gdzieś po drodze mijamy mały kościółek, chyba Agia Irini, ale nie jestem pewna, niestety zamknięty. Po ok. 20 minutach spotykamy bardzo miłych Polaków, którzy właśnie wracaja z Balos, do którego wyprawili się piechotą z samego rana z... Kissamos. Od nich również dowiadujemy się, że czeka nas przynajmniej godzina drogi do parkingu, potem długie zejście w dół - przynajmniej 40 min, a potem dziewicza plaża i wszelkie cuda natury. Ta dziewiczość troche mnie dziwi, jeśli przypomnę sobie to, że w stronę Balos zmierzało przynajmniej 20 samochodów oraz dopływa tam statek wycieczkowy z Kissamos. Podbudowane jednak psychicznie ruszamy niemal kursgalopkiemdo góry (a czasem w dół) i wkrótce docieramy do czegos w rodzaju tawerny u dwóch Janisów, albo dwóch Kostasów. Tu tez jakiś porzucony samochodzik UWAGA: opisane dalej wypadki moga być zbyt drastyczne dla wrażliwych czytelników Kilka minut później wyłania się początek niewątpliwej dziewiczości: parking z około setką samochodów, krążącymi kozami, nawołującymi się turystami. Tawerna lub coś w tym rodzaju sprzedająca domowy miód, rozmowy chyba we wszystkich językach świata i wszechogarniające nas lekkie rozczarowanie: jak to? a miało byc tak daleko i takciężko na piechotę? dziarskim krokiem i niemal z pieśnią na ustach zmierzamy w dół. Wiatr wtłacza nam słowa do gardeł, ale nie wtłacza pewnemu Polakowi wracającemu już z plaży, który na dźwięk: Idziemy? natychmiast odpowiada: "współczuje Wam tej drogi pod górę - przynajmniej godzina". Nigdy, przenigdy, obiecuje to sobie solennie nie odezwę się w takim miejscu po polsku. Kochani to są szczyty żenady i obciachu! jak można udzielać komukolwiek, kiedykolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach tak mylących i nieprawdziwych wskazówek. Nikt z napotkanych przez nas ludzi nie był w stanie lub nie chciał udzielić prawidłowej informacji. A przecież wszyscy wracali stamtąd dokąd my dopiero szłysmy! Drogę, którą wg Niemców miałyśmy brnąć przez 3 godziny pokonałyśmy w niecałe półtorej godziny, bez pośpiechu i zadyszki. Zejscie schodami niczym z "Władcy pierścieni" (pamiętacie jaskinię Szeloby? - takie tam są schodki na dół zajął nam raptem 25 minut, a z powrotem może 30. To tyle jeśli chodzi o uczynność i umiejętność komunikacji innych turystów. Kiedys pamiętam obowiązywał jakiś kodekst etyczo-honorowy turysty w naszych Tatrach. To, co widziałam na Gramvoussie to cos absolutnie przeciwnego. A Balos? CUDO, RAJ, MARZENIE!!!! Takiego widoku się nie spodziewałam, takiej przestrzeni, takich kolorów, takiego poczucia wolności i nieskrępowania. Elafonissi jest cudem, ale Balos to raj na ziemi. W jednej chwili zrozumiałam że zrobiłyśmy jeden błąd: nie mamy namiotu i śpiworu aby zostać tu na noc. Jak wszyscy odjadą, jak będzie całkiem pusto: zobaczyc najpierw zachód, a potem wschód słońca. I to jest mój kolejny cel: kolejny powód, dla którego po raz siódmy tu przyjadę, może po raz ósmy. Balos w innej porze roku, Balos w nocy, Balos o świcie... Oczywiście wszelkie pogłoski na temat dziewiczości tego miejsca są absolutnie nieprawdziwe. Dziesiątki pojemników po napojach, opakowań po chrupkach i orzeszkach, a nawet porzucone opakowania po kosmetykach do opalania dla moich dość wyczulonych oczu nie były trudne do znalezienia. Nieopodal cumujący statek (a nawet dwa: jeden duży, drugi sporo mniejszy) na szczęście Odpowiedz Link
hania404 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 16.09.07, 11:27 Nieopodal cumujący statek (a nawet dwa: jeden duży, drugi sporo mniejszy) na szczęście zabrał swoich pasażerów ok godz 16-tej do Kissamos, a i inni zaczęli szybko się zbierać. Zostałyśmy niezbyt długo chlapiąc się w płytkiej wodzie i pluskając jak dzieci Od północy zaczęły zbierać się chmury, zerwał się silniejszy wiatr więc zdecydowałyśmy się na odwrót. Jeszcze chwila na zdjęcia, plaża bez ludzi, złudzenie dziewiczości i w drogę do góry. Kiedy wyszłyśy na drogę, po której wiekszość turystów porusza się samochodami wiatr stał się bardzo dokuczliwy. Musiałyśmy wyglądać niezmiernie malowniczo: koleżanka z super długimi włosami rozwiewanymi wiatrem, ja w pareo na bikini, które chyba częściej zasłaniało mi twarz a nie nogi, skoro wkrótce zatrzymał się koło nas samochód z dwojgiem przesympatycznych Francuzów i z pytaniem czy nas nie podwieźć. Hardcore'u na dziś dość uznałyśmy i uroczym Suzuki Jimny pomknęłyśmy jakieś 4-5 km w dół gdzie nasz wierny i zdecydowanie już chłodniejszy punciak czekał cierpliwie na swe niewierne właścicielki Zjeżdżając w dół dostrzegłyśmy pierwsze krople deszczu na szybie, a za nami ogromną chmurę, z której chyba zamierzało spaść więcej deszczu. Najpierw Kissamos (i odzyskany ręcznik), potem z daleka Chania i widok góry Zorby (wtedy to Gosiu, jechałyśmy do Was z chrzanem - droga powrotna mijała nam bardzo szybko. Koleżance chyba szybciej, bo spała. Krótki postój w Georgioupoli (przyznaję urokliwa ta kapliczka na morzu) i szybka decyzja: jedziemy nad jezioro Kournas. Dobra decyzja: jezioro przed zmrokiem mieniło się setką barw. Widok na jezioro i morze jednocześnie to jeden z piękniejszych jakie zapamiętałam ostatnio. I znów ta uparta myśl: tu trzeba zostać - na kolację, na wino, na wieczór, na noc...Następnym razem, obiecujemy sobie Mijamy Rethymnon, robi się coraz ciemniej. Choć to nie jest moje hobby jeździć po zmroku drogą krajową, to jednak wiem że pod koniec drogi do Herklionu czeka nas nagroda: widok na stolicę wyspy rozświetloną milionem świateł, widok za które mogę oddać królestwo, widok, który warto pamiętać, a który mnie pomaga w smutnych i zimnych polskich zimowych wieczorach. To miasto tętniące życiem o każdej porze dnia i nocy, w nocy zdecydowanie zyskuje. Jest w nim antyczne niemal dostojeństwo, jest czasem orgiastyczne rozpasanie, jest elancholia i dekadencja, jest prostota jak na całej Krecie i kicz, jak w całej Grecji, jest życie i jest szacunek dla śmierci. Taki jest mój Heraklion, a z wysokości Akrotiri Panagia on leży u stóp. Dla tej chwili warto wziąć przez moment udział w wyścigu szczurów na drodze krajowej piątkowym wieczorem A noc? Jak to noc... w moim ukochanym Zaros, poranek wśród moich drzew oliwnych, cytrynowych i pomarańczowych, w dole szum strumienia tylko zimą zwanego rzeką i zapach, zapach, zapach... I drzewa, na których rosną takie brazowe, twarde strączki smakujące jak karmel, jaszczurki uciekające spod kamieni, me-ee lub be-ee kóz z okolicznych pastwisk ale i cisza, cisza, cisza.... sama sobie czasem zazdroszczę .................................... Odpowiedz Link
tomaszkozlowski1 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 19.09.07, 22:50 wiem że pod koniec drogi do Herklionu czeka nas > nagroda: widok na stolicę wyspy rozświetloną milionem świateł, widok za które > mogę oddać królestwo, widok, który warto pamiętać, a który mnie pomaga w > smutnych i zimnych polskich zimowych wieczorach. To miasto tętniące życiem o > każdej porze dnia i nocy, w nocy zdecydowanie zyskuje. Jest w nim antyczne > niemal dostojeństwo, jest czasem orgiastyczne rozpasanie, jest elancholia i > dekadencja, jest prostota jak na całej Krecie i kicz, jak w całej Grecji, jest > życie i jest szacunek dla śmierci. Taki jest mój Heraklion, a z wysokości > Akrotiri Panagia on leży u stóp. Dla tej chwili warto wziąć przez moment udział > w wyścigu szczurów na drodze krajowej piątkowym wieczorem Haniu droga, jak ja Ci dziękuję za te zdania!!! )))))) Stolica Krety obiektywnie mówiąc przegrywa w wyścigu "piękna" z Chania czy Rethimno.Ale moim zdaniem to najbardziej kreteńskie miejsce na całej wyspie.Wbrew wyidealizowanym wyobrażeniom. Najważniejsze miejsce kreteńskiej codzienności.Miasto nie na pokaz, bez zbędnej stylizacji i patosu.I stało się moim ulubionym miastem na Krecie i tam czuję się najbardziej naturalnie (choć spory kawałek moich emocji do dziś mieszka w Rethimno , w Ierapetra; Chania chyba za mało dotąd poznałem). A widok wieczornego rozświetlonego Iraklio z lotu ptaka? (bo inaczej nie da się tego nazwać). Ach, pięknie było tego zaznać latem 2005 roku. Komuś ten widok zawdzięczam- i jeśli nas tu podczytuje- to bardzo mu za to dziękuję (to było podczas powrotu z przefajnej kolacji w Rethimno także z kimś, kto tu u nas regularnie pisuje ) Ach Iraklio.. I moje magiczne tam miejsce- Astoria (czyli Platija Elefterijas) Mam nadzieję, że tam wrócę >I drzewa, na których rosną takie brazowe, twarde > strączki smakujące jak karmel, To drzewa chleba świętojańskiego ) Po grecku drzewo to nazywa się charupia (χαρουπιά. Haniu, wielka przyjemność czytać Twoje opisy!Pozdrawiam! T. Odpowiedz Link
hania404 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 19.09.07, 23:28 dzieki Tomku, to starszna frajda przeczytac miłe słowa o tym co sie upubliczniło z drżeniem serca. Dziekuję Wam wszystkim Kocham Heraklion całą sobą choc w urokliwości i turystycznej atrakcyjności ustepuje innym miastom, ale kocham bez "dlatego, że", kocham taką milością bezwarunkową i bez żadnego powodu, a cichutko, w głębi duszy żywię nadzieję że i on mnie kocha... Odpowiedz Link
hania404 milej lektury cz 4 - Moni Arkadiou 16.09.07, 11:50 Nie ma litości dla turysty, który przyjechał na jeden tydzień na Kretę, nie ma wymówek, że wczoraj bylo dużo chodzenia. Samochód czeka, trasa na mapie narysowana, mądrości z przewodnika w głowie, serce pełne pozytywnych emocji: w drogę! Aradena siłą rzeczy nam odpadła (wybaczcie ci, którzy czujecie się rozczarowani), postanawiamy wrócic tu z większym zapasem gotówki na samochód Neronko, szykuj dla nas na przyszły rok przynajmniej Jimniaka. Potrzebujemy dziś czegoś szczególnego: czegoś co wyciszy, ale i doda energii, czegoś czego obie nie znamy, ale jednocześnie jest symbolem Krety, czegoś, co każdy powinien zobaczyć i co zapamięta na zawsze. Teraz, gdy to piszę wiem, że takie miejsce jest tylko jedno: MONI ARKADIOU. .............................................. Plan wydawał się całkiem prosty: Moni Arkadiou, Rethymnon, Chania i Cafe Vafe, w drodze powrotnej może Bali, może Achlada. Jest takie powiedzenie: jeśli chcesz rozćmieszyć pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Zazwyczaj stosuje się je do bardziej poważnych, życiowych sytuacji, ale tym razem odczułam jego sens szczególnie dobitnie. W porze, gdy każdy "porządny" turysta otwiera oko lub ten mniej porządny juz podąża na najbliższą plaże, my znów wsiadamy do samochodu, który powoli staje się naszym drugim (trzecim?) domem. W niespełna godzinę jestesmy w okolicach rethymnonu i zaczynamy szukać odpowiedniego skrętu do Moni Arkadiou. Do doktoratu w dziedzinie kreteńskich znaków drogowych jeszcze mi daleko, ale czuję, że ta specjalizacja bedzie ode mnie w przyszłości wymagała coraz większych wyrzeczeń i poświęceń. W końcu skręt jest, wiec juz całkiem spokojnie i na luzie kierujemy sie ku legendarnemu, historycznemu i niezwykle waznemu religijnie osrodkowi. Cudna droga najpierw przez oliwne gaje i miasteczka, a później przez niezwykłej urody mini wąwóz wprowadza nas w szczególny nastrój. Za nami po zakrętach mknie kolejny turysta żądny zaliczenia kolejnego obiektu. Podczas gdy my delektujemy sie okolicą, widokami i wymieniamy uwagi na temat niezwykłej scenerii, rzeczony turysta tylko kombinuje jakby nas tu wyprzedzić. I wyprzedza. W najmniej odpowiednim momencie: tuż przed zakrętem, za którym inna zafascynowana okolicą rodzina postanowiła umilic sobie podróż krótkim popasikiem. Nie wiedzieć tylko czemu zrobiła to na środku drogi. Chwila grozy, ale spieszący się turysta jest doskonałym kierowcą, zgrabnie omija stadko przerażonych ludzi i mknie dalej ku swemu przeznaczeniu (jakie by ono nie było). Docieramy do kompleksu klasztornego, dalej prosto drogowskaz do starożytnej Eleftherny - obiecujemy sobie ja zwiedzic później. Na parkingu kilkanaście samochodów, brak miejsca w cieniu, nic to mówimy sobie, zaraz wrócimy, samochód się zbytnio nie nagrzeje. Wysiadamy, kierujemy sie ku potężnej ścianie, która jak później się okazuje otacza ten kompleks. Nic nie zapowiada tego, co dane było nam zobaczyć a mnie przeżyć. Wejście główne, bilety, przemiły Grek, chusty wiszące do uzytku przez zbyt roznegliżowane turystki, krótkie pytanie czy możemy robic zdjęcia i tu pierwszy symptom: Grek twierdzi, a przynajmniej ja tak to rozumiem; mozesz robic zdjęcia w kościele, ale nie w muzeum. Troche to dla mnie dziwne (w swiątyniach raczej zdjęć nie robię), ale nie zastanawiam się nad tym dłużej. Wchodzimy. Kochani, jeśli w tym fragmencie mojej opowieści znajdziecie powtórzenia, niekonsekwencje, pomyłki czy tez zastanawiająco urwane zdania - wybaczcie. O tym, co przeżyłam w Moni Arkadiou rozmawiałam do tej pory tylko raz, po angielsku. Nie byłam w stanie przełożyc na słowa tych wszystkich emocji, które uderzyły we mnie z siłą, której nie rozumiem i nie potrafię się przeciwstawić. Prawdopodobnie, po napisaniu tych zdań nie byłam tez w stanie ich przeczytać aby dokonać choć powierzchownej korekty - po prostu poszło bez cenzury. Sam widok świątyni, tak znanej mi z setek zdjęć i opisów już byłby wystarczająco wzruszający. Co mnie szczególnie uderzyło, to niespotykana cisza - mimo dziesiątek ludzi krążących po dziedzińcu, nie słychać było nawet szeptu, nie mówiąc o rozmowie czy śmiechu. To nie było miejsce ponure, to było miejsce święte. Święte historycznie, tak ludzko święte. Weszłam do swiątyni, jeszcze całkiem w nastroju poznawczo-ciekawskim. Skoro moge robić zdjęcia, czemu nie - nie uzywając lampy błyskowej starałam sie zachować w pamięci maszyny widok ikonostasu, ikon na ścianach, przepieknych rzeźbien, świec... Czułam że jest w tym coś świętokredzego, ale w końcu gość wiedział co mówi, prawda? Wyszłam na dziedziniec z zamiarem obejrzenia całości kompleksu. Jest śliczny, jest absolutnie śliczny, jest grecki, jest kreteński, prosty i szalenie prawdziwy. Wrzesień to nie pora na najpiekniejsze na wyspie kwiaty, ale i tak ogród i roślinność w donicach wyglądały imponująco na tle szaro-beżowych murów. Tym razem dopasowanie planu klasztoru do stanu zastanego poszło mi znacznie łatwiej i na początek trafiłam do pomieszczeń uzywanych do przyjmowania gości i pielgrzymów. kamienne ściany, kamienna posadzka, wszystko beżowe, ale wpadające w jakiś odcień różowości, jak ten piasek w Elafonissi, co stał sie różowy po rzezi kobiet i dzieci jaką podobno Turcy tam urządzili. Nie ma w tym pomieszczeniu ani ław, ani stołów, które z pewnością tem były wtedy, gdy pielgrzymi nawiedzali kościół i zostawali na noc.Chciałam zobaczyc najpierw miejsca gdzie mnisi mieszkali, zobaczyć kruzganki, magazyny na żywność, ale jakaś dziwna siła kazała mi pójść wprost do TEGO miejsca - magazyn wina i oliwy, w czasie powstania w 1866 zamieniony na magzyn prochu i amunicji. Kiedyś istniało nad nim łukowate sklepienie - teraz sklepieniem było wściekle błękitne niebo. Poszarpane ściany, usmolone od ognia i tego wybuchu. Długiewąskie pomieszczenie, które pomieściło ponad 500 osób... Nie ma posadzki, tam rosnie trawa, na końcu pomieszczenie na ścianie vis a vis wejścia rodzaj malowidła czy ryciny (czarno-białej) przedstawiającej ówczesnych powstańców, strach i nieustepliwość na ich twarzach. malowidło jest szalenie dynamiczne, to nie martwa natura to obraz niemal batalistyczne - tylko dlaczego te postacie były tak realne? na środku kamień z napisem w języku greckim - chciałam zrobic zdjęcie - juz nie mogłam, chciałam aby ktos mi to przeczytał - teraz ten sens rozumiem tak: "Nie ma nic bardziej godnego i szlachetnego niz umrzeć za swój kraj. Ogniem, mieczem czy w jakikolwiek inny sposób..." Dotknęłam ściany i wszystkie wspomnienia wróciły, widziałam tych ludzi, czułam ich ból, czułam swąd palenizny, słyszałam krzyk - nie teraz - nie. Ten sprzed 141 lat. Chciałam stamtąd uciec inie mogłam się ruszyć, chciałam krzyczeć, mogłam tylko płakać... To bardzo osobiste wyznanie i nie do końca jestem pewna czy powinno się tu znależć. Ale moje refleksje czy impresje związane z ostatnim pobytem na Krecie bez chociażby próby opisania tego przeżycia byłyby nie tylko niepełne, ale wręcz fałszywe. Nie wiem, czy to był mistycyzm, metafizyka, wrażliwość historyczna czy pamięc poprzednich pokoleń. Wiem, że to nie była egzaltacja, bo za nią byłoby mi wstyd. Nie wiem, co działo się ze mną przez kolejną niemal godzinę. Chyba po prostu snułam się z dość nieprzytomnym wzrokiem (dobrodziejstwo słonecznych okularów) od wejscia do wejścia, od krużganków do ogrodu... Z tej podróży w czasie wyrwała nie lektura książek w sklepiku, m.in cudownej książki znanego greckiego fotografika "Twarze Krety' (zbiór fenomenalnych czarno-białych zdjęć i komentarze w 3 językach). Cena ok 50 euro i waga ok 5 kg (widac doszłam juz w tym momencie do siebie skoro nie dokonałam natychmiastowego impulsowego zakupu, mając w pamięci nie tylko stan mojego konta ale i ew nadbagaz w samolocie. Muzeum klasztorne to oddzielny temat: skarby tam zgromadzone musicie zobaczyc: sztandary, dokumenty,księgi, szaty liturgiczne i... warkocz włosów jednej z kobiet, która zginęła w wybuchu (jedyna "żywa" pamiątka tych wy Odpowiedz Link
hania404 Re: milej lektury cz 4 - Moni Arkadiou c.d 16.09.07, 11:52 Muzeum klasztorne to oddzielny temat: skarby tam zgromadzone musicie zobaczyc: sztandary, dokumenty,księgi, szaty liturgiczne i... warkocz włosów jednej z kobiet, która zginęła w wybuchu (jedyna "żywa" pamiątka tych wydarzeń). Na dziedzińcu słynne drzewo z pozostałym pociskiem tureckim, uschłe, bez życia ale dalej ważne. Ossuarium - miejsce szczególne gdzie przechowywane są czaszki i kości obrońców klasztoru. Potrzebowałam jeszcze dobrych 40 min aby zmienic się z powrotem w zwykłą turystkę, która pragnie zobaczyc w tym kraju wiecej i więcej. Chyba do dziś mi się to do końca nie udało... W tej sytuacji w naszym zasiegu pozostał jedynie Rethymnon, na podróż do Chani juz nie miałam głowy. Urokliwy port, urokliwe tawerny nad brzegiem, cały kalejdoskop morskich stworów, które podobno nadają się do jedzenia, atmosfera wakacyjnej beztroski i codziennej krzątaniny pozwoliły mi wrócić do rzeczywistości. Zamiast Chanii (Gosia już chyba wtedy straciła nadzieję powrót do Heraklionu urokliwą starą drogą przez góry. Mijane wsie i miasteczka, przepiękne widoki panoramy gór Psiloritis w zachodzącym słońcu, leniwie wijąca się droga wśród pól, gajów oliwnych, maleńkie kapliczki po drodze, oblegane kafeniony w miasteczkach - droga naprawde niezwykłej urody. szkoda że troche strach się na niej zatrzymywać - niezbyt szeroka i z dość ograniczoną widocznością bo tu to dopiero jest miejsc a miejsc dla fotoreporterów Ostatnie odcinki górskiej drogi pokonałysmy już po ciemku, ale i tak nie mogłyśmy odmówić sobie zatrzymania sie w miejscu zwanym Doxa (nie Drosia i nie Doxarou, tylko jeszcze bliżej Heraklionu). To właściwie ostania przed Arolithos knajpka po lewej stronie drogi. Ma coś w rodzaju przeszklonej werandy niemal wiszącej nad urwiskiem. Na werandzie oczywiście stoliki dla gości. Specjalnością tej rodzinnej knajpki są pyszne placuszki i pierozki z serem obowiazkowo popijane raki (nie piłam bo prowadziłam, ale wąchałam i jadłam pierożki Gratis dla wszystkich którzy usiądą na tej wiszącej werandzie - widok: Heraklion nocą - marzenie! Polecam to miejsce w czasie pełni księżyca - do światel miasta dochodzi jeszcze wielki pyzaty księżyc i jego światło odbite w morzu Bajka, to mało! Przez Arolithos (słynące z tzw wieczorków greckich) przejeżdżałyśmy właśnie w momencie, kiedy goście wysypywali się z autokarów. Jeszcze tylko zakup domowego wina w sklepie na drodze (gosc udawał chyba że nie mówi po angielsku, więc musiałam użyć mojej niezwykle sugestywnej greki i kolejny dzień stał się historią, historią, która długo pozostanie mi w pamięci... Acha, i jeszcze jedno: zdjęcia z kościoła Katholikon (ten na terenie klasztoru Moni Arkadiou) nie istnieją - prawdopodobnie nigdy nie zostały zrobione... lub zniknęły w nieznany mi sposób... Odpowiedz Link
hania404 zakonczenie nieco refleksyjne... 16.09.07, 12:01 Opisałam wam tylko część moich przygód i przeżyć z ostatniej podróży. Jeśli dodacie do tego samotną wyprawę do Gosi i Bartka do Chanii autobusem KTEL) (uwaga! są co najmniej 2 firmy przewozowe; połączenie Heraklion - Chania istnieje, koszt biletu powrotnego to 18 euro; super warunki, klimatyzacja, 2 godziny - jestesmy w Chanii; wreszcie się czułam jak turysta, którego się "obwozi"), wieczór i noc w winnicy pod górą Juchtas (to ta góra która przypomina twarz Zeusa i z powodu której Kreteńczyków nazywa się łgarzami - gdzie cisza dosłownie kłuje w uszy, stifado z królika przygotowane specjalnie dla mnie, krewetki i inne pyszności, domowe wino, którego nie mozna kupić a tylko dostać, leniwy dzień w przeuroczej Agii Pelagii (tu znalazłam świetne czasopismo: CRETE GEOGRAPHIC nr 1 - polecam wszystkim Kretomaniakom!) oraz podróż powrotną z międzylądowaniem w Krakowie bo w Warszawie była mgła, a w samolocie chyba ciut za mało paliwa, to bedziecie mieć w miarę pełny obraz. To chyba jasne, że nie wszystko da sie nazwać i opisać ale mam nadzieje, że udało mi się przekazać jedno: mimo że czasem nienawidzę, to jednak KOCHAM - i wiem, że nie jest to miłość jednostronna, nie jest też platoniczna bo wciąż mnie zmienia i otwiera na nowe doznania, bo chcę więcej i więcej choć coś mi podpowiada, że kiedyś to uczucie mnie zabije... Gdy zamykam oczy cały czas widzę ujecia i migawki jak z national geographic: góry, morze, nieprawdopodobną grę kolorów, zapierające dech przestrzenie, przedziwne twory skalne, niemal 1000-letnie oliwki, pomidory na talerzu i niezwykły blask słońca i wody w słońcu. Wiem, że tak będzie jeszcze co najwyżej 2 tygodnie... a potem znów zacznę poważnie tęsknić) i planować Acha, i co najważniejsze! Koleżanka została kolejną ofiarą Krety - może jeszcze nie kretomaniakiem, ale za rok chce tam wrócić Odpowiedz Link
barbelek Haniu- czytając Twoje wspomnienia 16.09.07, 12:22 nie musiałem zamykać oczu- ja po prostu widziałem te góry, to morze, te kolory. W przyszłym roku napewno Moni Arkadi, napewno zachód słońca na Balos, a wcześniej pieszo na koniec Gramvoussy. Jak ja już tęsknię do tych zapachów, widoków, miejsc. Dziękuję za tą wycieczkę, dziękuję bardzo Odpowiedz Link
ewa.mila Re: zakonczenie nieco refleksyjne... 16.09.07, 12:58 Haniu cudna opowieść, moje wspomnienia wróciły. Niesamote Twoje przeżycia w Moni Arkadiu, piękne. Ciesz sie, że coś takiego doznałaś. Tęsknię, ach! Odpowiedz Link
jacek1f Bardzo subiektywne, ale urocze. A królik, nawet 16.09.07, 13:55 dziki, ma białe mięso. To ten sam królik, co domowy w końcu, tylko był pierwszy kiedyś Zając ma ciemne. Są taverny specjalizujace sie w królikach i dzikich też. Zamawiają u rodziny i pasterzy, stawiają sidła i zawsze maja codziennie 2-3 A reszta w zamrażarce - też dobra. A BAlos... Tak. Musisz pojechac tam popoludniem, ok. 16-17 zejsc na dol, miec troche drzewa lub mini grilla i mate i spiwor lub koc (zalezy od pory roku.) My mielismy lodowke turystyczna. Ach, pic i jesc samemu (obok zawsze jest kilka osob jednak...) nad Balos przy zachodzie i co wazniejsze byc obudzonym tam..?! Super. Polecam. Odpowiedz Link
hania404 bo obiektywnie nie umiem nawet myśleć o miłości... 16.09.07, 22:57 ... a co dopiero pisać... tak, Jacku, mysle ze ten tekst wiecej mowi o mnie niz o Krecie, ale myśle też, że my wszyscy jesteśmy już maleńką cząstką Grecji... Odpowiedz Link
bebicka Re: jak dotarłam do Balos i inne opowieści:-) 16.09.07, 22:50 haniu jaka wspaniala niepodzianka wiczorowa pora po marnazcym dniu... lezka mi sie az zakrecila w oku... wspaniale piszesz, jak zreszta wszyscy tutaj, czy tylko my podruzujacy do grecji jestesmy w stanie poczuc te zapachy opisywane slowami, zobaczyc obrazy mijanych przez Was miejsc... ja bylam w Moni Arkadiou, bylam wiedzac o martyrologii tego miejsca...ale jakos wtedy niewiele poczulam, moze nie mialam na to czasu, pamietam ze to byl ostatni przystanek na naszejt rasie tamtego dnia, ale pamietanm tez ze bylo tam pieknie...I ja tam wroce, mam nadzieje ze juz w tym roku...znaczy kurcze w nastepnym, ale juz w najblizsze wakacje. A moze jeszcze wczesniej na naszym zlocie pozdrawiam Maraska Odpowiedz Link
hania404 Re: jak dotarłam do Balos i inne opowieści:-) 16.09.07, 22:55 dzieki kochani za mile slowa tak Marasko, chyba masz racje: my umiemy poczuc zapachy opisywane słowami, po prostu chcemy je poczuć... Ale aby nie wszystko zostało w sferze wyobraźni zamieściłam zdjęcia: fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,69131344,69131344.html Odpowiedz Link
gacek95 Hania, dziękuję za opowieść:)) 18.09.07, 09:03 znów było wspaniale przenieść się na wyspę za sprawą Twojej opowieści. Tylko to Balos.. czy ja dam radę? a gdyby Ci nie rzęził? dojechałabyś? Odpowiedz Link
hania404 Gacku, spoko dojedziesz! 18.09.07, 09:40 ja po prostu nie mialam zaufania do samochodu i nie chcialam sobie robic klopotow ze sciaganiem go z drogi, ubezpieczenie nie obejmowalo jazdy po szutrze, nie chcialam stracic calego wieczoru i pewnie czesci nocy na dotarcie do Heraklionu, gdzie czekaly mnie kolejne atrakcje (chyba wlasnie na tą noc miałam zaproszenie do winnicy pod Juchtas ludzie jezdzą roznymi pojazdami, nawet cieniaskami (o przepraszam - cinquecento). Nie jest to ekstremalna jazda nad przepaścią! Dasz rade! Odpowiedz Link
q3a1 HANIU!!! 02.10.07, 21:49 Z dwutygodniowym opóźnieniem, ale muszę to napisać: rewelacyjnie mi się czytało Twoją relację. I kropka . Pozdrawiam, q3a Odpowiedz Link