Dodaj do ulubionych

jak dotarłam do Balos i inne opowieści:-)

16.09.07, 00:58
kochani, zanim wrzucę to, co chciałam Wam opowiedzieć proszę doradźcie: mam to
zrobić raz i już, czy dawkować we fragmentach? Nie świecę z net-etykiety a nie
chcę robić bałaganusmile
Obserwuj wątek
    • jacek1f dawaj w kawałkach, ale w tym właśnie wątku:-) n/t 16.09.07, 06:56
      • grecja-ellada haniu pisz o wszystkim :) 16.09.07, 10:49
        ... co miało miejsce podczas Twojego pobytu, o przeżyciach, przemyśleniach.
        Ja od siebie dorzucam linka ze zdjęciami autorstwa Matheos2, nad którymi pracuję
        by umieścić na stronce a przedstawiają te ckonkretne Balos
        www.grecja-online.pl/zdjecia/074/index.php?mghash=bddb932eabd4ad300d3d3756f1f82b27&mggal=1
    • gacek95 Wstałam włączyłam ucieszyłam sie przygotowałam 16.09.07, 11:13
      śniadanie zasiadłam i....no wiesz Hania..tak człowiekowi zrobić w niedzielę uncertain
      • hania404 Re: Wstałam włączyłam ucieszyłam sie przygotowała 16.09.07, 11:18
        sorki, sorki, musiałam troche te moją wczorajszą TFU-rczosc odespacsmile
    • hania404 miłej lektury:-) 16.09.07, 11:14
      Moja wrześniowa podróż na Kretę miała niewiele odbiegać charakterem od
      dotychczasowych. Myślę, że nie jestem odosobniona traktując ten kraj jako
      miejsce cudownego wakacyjnego odpoczynku, miejsca gdzie doswiadczamy i
      poszukujemy niewzwykle bogatych i różnorodnych doznań, emocji i przeżyć, miejsca
      gdzie chcąc niechcąc poszerzamy naszą wiedzę i wyostrzamy wszystkie zmysły, i
      gdzie inteligencja emocjonalna przychodzi nam z pomocą dużo częściej niż
      wszelkie inne formy sprawności umysłowejsmile Wybaczcie ten wysoki ton, ale wciąż
      jeszcze nie potrafie odpowiedziec sama sobie na pytanie czy kocham ten kraj, czy
      go nienawidzę. Oferuje nam niezrównane warunki wyluzowania sie i naładowania
      akumulatorówsmile a zarazem porusza w nas (a przynajmniej we mnie) pokłady tak
      różnych i sprzecznych emocji, których istnienia przez wiele lat nawet w sobie
      nie podejrzewałam.
      Jechałam tym razem do mojego raju trochę jako turysta, trochę jako przewodnik
      kompletnego żółtodziobasmile, a trochę jak tubylec (o tym pozwolicie napiszę
      zdecydowanie najmniej ze zrozumiałych mam nadzieje względówsmile. Moim towarzyszem
      podróży była koleżanka, nieco ode mnie młodsza, ale za to równie entuzjastycznie
      i otwarcie nastawiona na nowe doznania i nie zrażająca się byle przeszkodami. Na
      początku więc musiałysmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co dla nas obu będzie
      zarówno miarodajne w odkrywaniu wyspy od początku, jak i w jej zgłębianiu; co
      pozwoli mojej towarzyszce paść kolejną ofiarą kretomanii, a we mnie nie wzbudzi
      uczucia znużenia lub nie daj Boże rozczarowania. Obawy absolutnie płonne! Kreta
      się nie nudzi! Te same stoliki w Filo Sofies na placu z fontanną Morosiniego to
      znak stabilności mojego świata. Te same kamienie, które niewzruszenie leżą i
      czekają na kolejnych przybyszy w Festos to znak że Kreta chce być odkrywana. One
      są te same, ale nie takie same. Napis na murze przy plaży w Matali: "Live the
      life. Tomorrow never comes" nie jest chwilą tą samą, kiedy widziałam go
      poprzednim razem. To jak jedzenie oliwek z tego samego drzewa przez wiele wiele
      lat. One moga byc tylko lepsze, a nasze doznania tylko bogatsze. Tyle gwoli
      rozterek co do celu mojej szóstej podróży na Kretęsmile)
      Na lotnisku - super niespodzianka: Rzeczpospolita z książką o mitologii Greków -
      świetne wydanie, kolejne do kolekcji i obok "Pamietników Heleny Trojańskiej",
      które zabrałam na podróż, doskonała lektura do samolotusmile Okęcie, odprawa,
      drobne opoznienie, samolot centralwings... wszystko to doskonale znacie. 3
      godziny gdzies w przestworzach, mysli o Ikarze i rozmowy o tym, jak nam bedzie
      dobrze... znacie to, prawda? Znacie też ten moment kiedy z okien samolotu widać
      już "wyspy w dole jak rzucone na wodę płowe skóry dzikich zwierząt" (dziękuję
      panie Zbigniewie za to zdanie!). Znacie też moment kiedy samolot jednym
      skrzydłem niemal dotyka wody, wydaje się że koła już zanurzają się w granatowym
      morzu, a jednak nic złego się nie dzieje... jestesmy na wyspie! Nie Wam również
      opowiadać o zapachu jaki uderza w nas kiedy po trapie schodzimy na płyte
      lotniska, ale o tym jak "smakuje" pierwsze dotknięcie ziemi kreteńskiej opowiem:
      to jak dotknięcie dawno niewidzianego kochanka, jak muśnięcie rozpaloną dłonią
      zimnej powierzchni bezpiecznego domu, jak uścisk przyjaciela, z którym
      rozstaliśmy się wczoraj ale tak wiele zostało do obgadania... po prostu
      elektryzuje i już. Przynajmniej mniesmile

      Dla koleżanki transfer do hotelu, dla mnie dotarcie do domu. Wieczór, w który
      witam się z Kretą trudno opisać bo to głównie pole do popisu dla smaku, węchu i
      dotyku... Wiem tylko jedno: ta wyspa mnie kocha i jestem tu bezpieczna, gdzies
      daleko został świat, w którym toczy się moje zwykłe życie, a tu toczy sie życie
      zwykłe dla tych których kocham, cenię i mam zaszczyt być traktowana na równi z
      resztą rodziny.

      Wiem, że wielu z Was jeśli już czyta tę opowoeść czeka na relację gdzie
      dotarłam, co widziałam, jaką nową atrakcję odkryłam, na czym polegał
      "oryginalny" sposób dostania się na Balossmile Choć daleka jestem od "zaliczania"
      punktów na mapie (nie powiem, że mnie to nie kręci, ale tym razem moja
      współtowarzyszka brylowała w tymsmile, to jednak tak bardzo chciałabym abyscie
      przez moment poczuli tą kolosalną ilość namacalnego dobra, piękna i prawdy,
      która spływa na mnie tylko tam... Poczujcie to proszę przez chwilęsmile Właśnie to
      jest dla mnie bezcenne...

      Kiedy juz doszłam do siebie po uniesieniach kolejnego przywitania z wyspą,
      sprawdziłam czy ulubione punkty herakliońskiej starówki, portu i dzielnicy Agia
      Triada są na miejscu, przyszedł czas na podjęcie wyprawy i przejęcie roli
      przewodnika.
      Na pierwszy rzut - super lightsmile: cel Matala. Po drodze Gortyna, Festos, Agia
      Triada (ta inna od herakliońskiej). No cóż podróż sentymentalna, pomyslałam.
      Jakże się myliłam! Wiszące nad Psiloritis ciężkie chmury odstręczyły nas od
      odwiedzenia Obserwatorium astronomicznego w okolicy jaskini Ida. Bedzie nastepny
      raz, wierzę w to święcie!! Pierwszy postój: Agia Varvara - kafenion doskonale mi
      znany z nocnych wypraw do Zaros, kiedy jestem pasażerem, a nie niewolnikiem
      kierownicysmile polecam tam szklaneczkę domowego wina - marzenie, tym razem
      jedynie dla współtowarzyszki, a dla mnie tamtejsza frapka. Przy okazji
      zdziwienie; lokal naprzeciwko, który jeszcze w lutym spełniał rolę przybytku
      politycznego (był siedzibą komitetu wyborczego czyba Nowej demokracji) jest
      teraz niemal fimowym salonem odziezowo-gadzetowym! Dziwny widoksmile. Nie do końca
      mnie to zachwyca więc nasz stalowy fiacik punto musi ruszać dalej. Agii Deka
      mozna minąć nie wiedząc że tuż obok, po przejechaniu krótkiej i wąskiej uliczki
      w lewo stoi niezwykłej urody kościół pod wezwaniem Dziesięciu Świetych (czy
      Męczenników). Tylu ich bowiem zginęłó w tym miejscu, kiedy odmówili w 250 r.
      n.e. wzięcia udziału w uroczystości. Absolutny spokój wokół, w pobliżu maleńki
      sklepik z dewocjonaliami i pamiątkami (wśród nich m.in. koposkini - zazwyczaj
      czarne bransoletki na rekę z małych czarnych kuleczek wykonanych zwykle z
      jakiegos rodzaju przędzy czy wełny noszone przez wyznawców prawosławia jako
      rodzaj ochrony, obrony, protekcji ze strony Najwyższego). Cisza, przejmujaca
      cisza. W środku przepiekny ikonostas oraz coś co wywołuje niezwykły dreszcz;
      jako relikwia fragment marmurowego bloku z odcisniętymi śladami kolan dziesięciu
      męczenników, którzy klęcząc zostali ścięci w tym miejscu). Chwila zadumy...
      jedziemy dalej.
      Gortyna - miejsca nie będe opisywać - każdy przewodnik o nim wspomina. mnie tu
      przygnało po raz kolejny bo to właśnie tu po porwaniu Europy, Zeus posiadł naszą
      przodkinię pod wiecznie zielonym platanem. Przyznam szczerze że legendarny
      platan wcale nie wygląda imponująco i cos mi sie zdaje że nie tylko nie ma 2000
      lat ale jest calkiem młodziutkismile Za to kamienie, mury bazyliki Sw Tytusa,
      kodeks praw i drzewa oliwne wokól są w słusznym wieku. Nie wiem czy macie
      zwyczaj dotykania pni drzew oliwnych, ale ja na tym punkcie mam lekkiego świra.
      Kazdy pień czuje się inaczej, każdy przez te krótką chwile jakby chcial
      opowiedziec swoją historię, każdy namawia: zostań tu dłużej.... I cyprysy,
      wielkie strzeliste, zielone i milczące... Rzymskiej stolicy Krety mozna tu
      szukac długo i do końca nie byc pewnym czy to na pewno to. Światynia Apollina w
      pobliżu, termy czy łaźnie, fragmenty marmurowych posadzek (marmur nie zawsze
      jest tak zimny jak nam sie wydajesmile W takich chwilach przychodzi mi do głowy
      hasło Barbelka: chwilo trwaj....
      Niemozliwe aby Festos czyms mnie zaskoczyło, myslę sobie... Kiedy byłam tu
      poprzednim razem jawiło mi sie oazą spokoju, romantycznym miejscem do rozmyslań,
      lektury, napawania się oszałamiającym widokiem doliny Messara, szczytu Idy czy
      panoramy Psilorotis. I znów Haneczko byłaś w błedzie1 Tym razem kompletnie
      oszalałam na punkcie tamtejszych schodów. Wiecie zapewne że rozszyfrowanie
      planów wykopalisk porównując je z planami zamieszczonymi w przewodnikach to
      zadanie co najmniej tr
    • hania404 milej lektury cz.2 - jedziemy do Matali:-) 16.09.07, 11:22
      Niemozliwe aby Festos czyms mnie zaskoczyło, myslę sobie... Kiedy byłam tu
      poprzednim razem jawiło mi sie oazą spokoju, romantycznym miejscem do rozmyslań,
      lektury, napawania się oszałamiającym widokiem doliny Messara, szczytu Idy czy
      panoramy Psilorotis. I znów Haneczko byłaś w błedzie1 Tym razem kompletnie
      oszalałam na punkcie tamtejszych schodów. Wiecie zapewne że rozszyfrowanie
      planów wykopalisk porównując je z planami zamieszczonymi w przewodnikach to
      zadanie co najmniej trudnesmile Zazwyczaj nic nie pasuje, jak już nam się uda coś
      dopasować to czytając opis nasze przypuszczenia biora w łeb itd. Dlaczego główne
      schody pałacu w Festos kończą się ścianą - nie wiem. Ale po ponad godzinie
      studiowania tego jednego elementu moja skóra na plecach powiedziała dość, moja
      koleżanka zażądała natychmiastowego umieszczenia jej w morzu na plaży w Matali,
      a mój rozsądek wspomagany odglosami głodnego żołądka skłonił mnie do
      zaprzestania rozszyfrowywania tej zagadki. Nie sądzę abym miała predyspozycje do
      bycia minojską księżniczką, ale chodzenie po tych schodach przebiło wszelkie
      doznania związane nawet ze Schodami Hiszpańskimi. Nie wierzycie? Sprawdźcie
      samismile Po tym doznaniu willę Agia Triada uznałam juz za szczyty pławienia się w
      luksusie przez Minojczyków. Ten widok i ten rozmach przypomniał nam że czas na nas.
      Tu krótka refleksja kulinarna: po drodze do Matali jest maleńka miejscowość
      Agios Ioannis - 3 domki i 2 restauracje - jedna z nich specjalizuje się w
      królikach. A tak! Odważyłam się! Nie było to stifado z królika ale całkiem
      smaczne danie. Właściciel oczywiście za wszelką cene usiłował pokazać mi królika
      PRZED zanim pokaże go PO. Nie dałam się! Choć zapewniał że królik był dziki to
      miałam co do tego wątpliwości. Dziki powiniem mieć ciemne mięso, prawda Jacku?
      Ten był pyszny, ale zdecydowanie jasny! Miejsce sprawdzone. Polecamsmile
      Matala, Matala, Matala - hippisem nigdy nie byłam ale cos jest w tym miejscu że
      zaczynasz myśleć o wolności, muzyce, najważniejszych wartościach i przestajesz
      martwić się, co bedzie jutro. To tu po raz pierwszy podczas tej podróży
      spotkałam wiecej niż 15 osób w jednym miejscu. Sława robi swoje. i morze, i
      słońce też. Fale około metra, kamyczki z plaży panowie mają w 1 częsci stroju
      kąpielowego, panie - dla odmiany w 2 (lub 3 zalezy jak liczyc części). Na skale
      z jaskiniami trwa sesja fotoreporterów - jeden czlonek rodziny wchodzi jak
      najwyżej, reszta kieruje nim (stań bardziej w prawo, zrób krok do przodu,
      przepuść tą paniąsmile, a fotoreporter cyka, cyka i cyka. Tyle folklorusmile
      Niewielu z tych ludzi decyduje sie zostac do zachodu słońca. W tawernach na
      brzegu już gra muzyka (troche greckiej, ale więcej w stylu hippi), obsługa zwija
      leżaki, zaawansowani wiekiem hippisi zwijają swoje straganiki z biżuterią i
      innymi niezbędnymi elemeneami stroju porządnego dziecka - kwiatu). Jest godz.
      19.41 - cudowne, życiodajne, poprawiające nastrój i dające chęć do życia słońce
      chowa się bardzo szybko za maleńką wysepką Paximadia (to własciwie 2 wyspy, ale
      widać je jako jedną). Poczuj chwilę, zostań dłużej - śpiewa wiatr. Nie
      wierzycie? Posłuchajcie kiedys bardzo uważniesmile)
      Mimo oddanego ostatnio sporego nowego fragmentu drogi Matala-Heraklion, który
      pozwala skrócic czas jazdy o jakieś 10-15 min nadal ta droga po zachodzie słońca
      jest typową kreteńską drogą. Widać tylko to, co oświetlą swiatła samochodu,
      czasem dostrzeżesz tył furgonetki Kreteńczyka, który wyprzedził cie na
      wydawałoby się bardzo ostrym zakrecie, czasem małe wioski i miasteczka szykujące
      sie do nocnej zabawy. Mężczyźni przed kafenionami, kobiety w domach albo przed
      domami, dzieci rozbiegane i cudownie radosne. To nie folklor, to życie. Czasem
      surowe, ciężkie, bez wygód, ale jakże pełne, prawdziwe i radosne...
      Skonana koleżanka została bezpiecznie odstawiona do hotelu, a co może byc
      najlepszą nagrodą dla kierowcy i przewodnika? Wieczór w gronie przyjaciół w
      Fodele! Tawerna na srodku ulicy, stół uginajacy się od pyszności, domowe wino
      które tylko tam tak dobrze smakuje, białe i czarne łabędzie czekające na swoję
      kaski (o tej porze juz nie chciały jeść chleba - chyba czekały na coś
      konkretniejszego), arni z grilla, słodkości, których jeden kęs mnie wystarcza na
      miesiąc i grecki, grecki, tylko grcki jezyk. Dobrze ze czasem ktoś sie zlitował
      nad biedną Polką używając angielskiegosmile. Tomku! Kiedy zaczynają się lekcje
      greckiego na Poznańskiej? Tym razem nie ma siły - muszę się podkształcić bo
      nastepnym razem popełnię dużą niezręczność i stwierdzę, że czuję się jak na
      tureckim kazaniusmile)))) Mimo tej niedogodności to ogromna frajda być w takim
      gronie, w takich okolicznościach, w tym miejscu i o tej porze. Zabawa przeniosła
      nam się do Nanu Cafe w Agii Pelagii. Tu moi przyjaciele przypomnieli sobie o
      tym, że muzyka i taniec są ponad granicami kultur i jezyków - więcej chyba pisać
      nie powinnam...smile))
      • tomaszkozlowski1 Re: milej lektury cz.2 - jedziemy do Matali:-) 18.09.07, 22:12
        Haniu, przecudownie czyta się Twój opis smile W ostattnich dniach
        bardzo mało czasu u mnie więc powoli czytam ten wątek, za to
        uważnie smile
        Na Poznańskiej grecki pewnie ruszy jak zwykle od początku listopada.
        Jak będzie już coś wiadomo o spotkaniu organizacyjnym, dam znać smile
        Pozdrawiam serdecznie! Tomek smile
    • hania404 milej lektury cz 3 - Balos:-)))) 16.09.07, 11:24

      Teraz o Balos, ok?smile
      Ponieważ noc była wyczerpujaca dla kierowcy wyruszyłyśmy z Heraklionu dobrze po
      godz. 10-tej. Nie powiem, abym nie miała stracha, więc ambitny plan: Fodele,
      Moni Arkadiou, Chania, Balos wziął w łeb i pomknęłyśmy jak najszybciej do
      Kissamos. Po drodze tyle pokus: tu monastyr, tam piekny widok, gdzieś kafejka na
      urokliwym tarasie, ale my twarde, nastawione na celsmile Po jakichś 3 godzinach
      Kissamos więc postój w pierwszym napotkanym kafenionie. Czy wiecie może dlaczego
      w wielu kafenionach mają takie krzesła z trzciny czy siatki, że jak sie posiedzi
      nad jedna frapką w krótkich spodenkach to później z tyłu wygląda się tak jakby
      człowiek usiadł na grillu??? Aby oszczędzic sobie, a raczej tym co będą mnie
      ogladać z tyłu takiego widoku, usiadłam sobie na moim ulubionym plażowym
      ręczniku. I oczywiście, stres dał o sobie znać bo reczniczka, który niewątpliwie
      przydałby mi się na Balos z kafenionu zapomniałam. Wszystkich wielbicieli
      Kreteńczyków spieszę jednak uspokoić: kiedy kilka godzin później wracałam po
      zdobyciu Balos, ręczniczek czekał na mnie pod opieką właściciela, który wyglądał
      na niezmiernie rozbawionego moim widokiem. Ciekawe dlaczego?smile W każdym razie
      kafenion polecam: frapka pyszna, a do tego dbają o własność klientówsmile
      Po przejechaniu miasta dalej wszystko zgodne z opisami na forum: wielki
      drgowskaz oznaczajacy wjazd na półwysem Gramvoussa, droga w prawo na Kaliviani,
      na placyku, czy skrzyzowaniu żywy znak drogowy w postaci Greka kierującego na
      Balos z dodatkowym ostrzeżeniem: Be careful i jedziemy. Jeszcze odręczny napis
      na czyms, co przypomina nasz przystanek autobusowy, ale tam na pewno nim nie
      jest: BALOS i strzałka w lewo. Koniec asfaltu, droga płaska ale juz szutrowa,
      stado owiec niechętnych do ustąpienia drogi. Po prawej stronie morze w kolorze
      ultramaryny, po lewej góry, coraz wyższe. Za nami widok na Kissamos. Docieramy
      do miejsca, dzie skały tworzą swoista bramę. teraz my mamy swoje 5 min dla
      fotoreporterów. Widzimy samochody zjeżdzające waską drogą, za nami zatrzymują
      się inni - czy dla urody miejsca, czy z obawy przed dalszą drogą... Ruszamy.
      Pierwsze wzniesienia nie stanowią szczególnego problemu, jednak już na kolejnych
      nasze biedne punto zaczyna wydawać dziwne dzwieki i co gorsza roztaczac dość
      niepokojący zapach. Ale jednak dalej jedziesmile Kierowca to może i ze mnie jest,
      ale nieznany samochód, 200 km od domu, na nieznanej trasie to było dla mnie
      troche za dużo. Nie mam zaufania do fiatów, szczególnie z przebiegiem prawie 100
      tys. km i po całym sezonie zapewne bez przeglądu. Mijamy dwa czy trzy porzucone
      samochody po drodze, chwila namysłu i decydujemy: ważniejsze jest dla nas wrócić
      do domu tego samego dnia (koleżanka do hotelu) niz pokonywanie na siłę trasy,
      którą mozna pokonać w sposób pewniejszy i bezpieczniejszy (przynajmniej dla
      samochodusmile. Decyzja: idziemy dalej piechotą. Humor nam sie od razu poprawił.
      Wreszcie i ja miałam czas aby się porozglądać, delektować widokami, moje
      ulubione zestawienie: beże, brący, miedziane czerwienie i błekit nieba oraz
      ultramaryna morza. Poezja! Po drodze zdjęcia mijanych detali krajobrazu,
      niesmiało kwitnących roślinek, odszukiwanie ukrytych wśród skał i kamieni kóz po
      dźwieku dzwonka. Oczywiście nie jesteśmy jedyne na drodze: mijają nas samochody,
      w których widzimy nie tylko przerażonych pasażerów, ale tez spiętych do granic
      możliwości kierowców. Niemal nikt z nich nie reaguje ani na "hello", ani na
      "jasas". Jedynie pasażerowie typowego miejscowego pick-upa odwzajemniają nasze
      pozdrowienie i przygladają dość ciekawiesmile. Po ok pół godziny wędrówki
      spotykamy pierwszych piechurów: zmierzają w dół w stronę Kissamos: ona Rosjanka
      ale mocno zniemczona, on Niemiec. Krótka i miła rozmowa, z której wynika, że:
      1. jesteśmy szalone i nieodpowiedzialne
      2. do Balos mamy jakieś 3 godziny drogi
      3. powinnysmy natychmiast zawrócić bo albo umrzemy z pragnienia (mamy ze sobą ok
      3 litrów wody), albo zgubimy sie na prostej drodze (nie ma tam dróg w bok, chyba
      że ktoś koniecznie chce się pokaleczyc o porastający wysuszoną ziemię tymianek),
      albo inne bliżej nieokreślone zagrożenie czyha tuż za nastepnym zakrętem.
      Pani Rosjanko-Niemka zgaduje,że jesteśmy albo Polkami albo Rosjankami, bo
      podobno tylko one są aż tak uparte i zdeterminowane. Miłe? Nie wiemsmile
      Mimo licznych ostrzeżen postanawiamy jednak absolutnie nieodpowiedzialnie iść
      dalejsmile Robi się absolutnie coraz piękniej, czujemy zapach ziemi, wiatru i
      morza. Gramvoussa wydaje nam się na wyciągnięcie ręki, ale każdy kolejny zakręt
      mówi nam: jeszcze nie!Gdzieś po drodze mijamy mały kościółek, chyba Agia Irini,
      ale nie jestem pewna, niestety zamknięty. Po ok. 20 minutach spotykamy bardzo
      miłych Polaków, którzy właśnie wracaja z Balos, do którego wyprawili się
      piechotą z samego rana z... Kissamos. Od nich również dowiadujemy się, że czeka
      nas przynajmniej godzina drogi do parkingu, potem długie zejście w dół -
      przynajmniej 40 min, a potem dziewicza plaża i wszelkie cuda natury. Ta
      dziewiczość troche mnie dziwi, jeśli przypomnę sobie to, że w stronę Balos
      zmierzało przynajmniej 20 samochodów oraz dopływa tam statek wycieczkowy z
      Kissamos. Podbudowane jednak psychicznie ruszamy niemal kursgalopkiemdo góry (a
      czasem w dół) i wkrótce docieramy do czegos w rodzaju tawerny u dwóch Janisów,
      albo dwóch Kostasów. Tu tez jakiś porzucony samochodziksmile UWAGA: opisane dalej
      wypadki moga być zbyt drastyczne dla wrażliwych czytelnikówsmile
      Kilka minut później wyłania się początek niewątpliwej dziewiczości: parking z
      około setką samochodów, krążącymi kozami, nawołującymi się turystami. Tawerna
      lub coś w tym rodzaju sprzedająca domowy miód, rozmowy chyba we wszystkich
      językach świata i wszechogarniające nas lekkie rozczarowanie: jak to? a miało
      byc tak daleko i takciężko na piechotę? dziarskim krokiem i niemal z pieśnią na
      ustach zmierzamy w dół. Wiatr wtłacza nam słowa do gardeł, ale nie wtłacza
      pewnemu Polakowi wracającemu już z plaży, który na dźwięk: Idziemy? natychmiast
      odpowiada: "współczuje Wam tej drogi pod górę - przynajmniej godzina".
      Nigdy, przenigdy, obiecuje to sobie solennie nie odezwę się w takim miejscu po
      polsku. Kochani to są szczyty żenady i obciachu! jak można udzielać komukolwiek,
      kiedykolwiek i w jakichkolwiek okolicznościach tak mylących i nieprawdziwych
      wskazówek. Nikt z napotkanych przez nas ludzi nie był w stanie lub nie chciał
      udzielić prawidłowej informacji. A przecież wszyscy wracali stamtąd dokąd my
      dopiero szłysmy! Drogę, którą wg Niemców miałyśmy brnąć przez 3 godziny
      pokonałyśmy w niecałe półtorej godziny, bez pośpiechu i zadyszki. Zejscie
      schodami niczym z "Władcy pierścieni" (pamiętacie jaskinię Szeloby? - takie tam
      są schodkismile na dół zajął nam raptem 25 minut, a z powrotem może 30. To tyle
      jeśli chodzi o uczynność i umiejętność komunikacji innych turystów. Kiedys
      pamiętam obowiązywał jakiś kodekst etyczo-honorowy turysty w naszych Tatrach.
      To, co widziałam na Gramvoussie to cos absolutnie przeciwnego.
      A Balos? CUDO, RAJ, MARZENIE!!!! Takiego widoku się nie spodziewałam, takiej
      przestrzeni, takich kolorów, takiego poczucia wolności i nieskrępowania.
      Elafonissi jest cudem, ale Balos to raj na ziemi. W jednej chwili zrozumiałam że
      zrobiłyśmy jeden błąd: nie mamy namiotu i śpiworu aby zostać tu na noc. Jak
      wszyscy odjadą, jak będzie całkiem pusto: zobaczyc najpierw zachód, a potem
      wschód słońca. I to jest mój kolejny cel: kolejny powód, dla którego po raz
      siódmy tu przyjadę, może po raz ósmy. Balos w innej porze roku, Balos w nocy,
      Balos o świcie...
      Oczywiście wszelkie pogłoski na temat dziewiczości tego miejsca są absolutnie
      nieprawdziwe. Dziesiątki pojemników po napojach, opakowań po chrupkach i
      orzeszkach, a nawet porzucone opakowania po kosmetykach do opalania dla moich
      dość wyczulonych oczu nie były trudne do znalezienia. Nieopodal cumujący statek
      (a nawet dwa: jeden duży, drugi sporo mniejszy) na szczęście
      • hania404 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 16.09.07, 11:27
        Nieopodal cumujący statek (a nawet dwa: jeden duży, drugi sporo mniejszy) na
        szczęście zabrał swoich pasażerów ok godz 16-tej do Kissamos, a i inni zaczęli
        szybko się zbierać. Zostałyśmy niezbyt długo chlapiąc się w płytkiej wodzie i
        pluskając jak dziecismile Od północy zaczęły zbierać się chmury, zerwał się
        silniejszy wiatr więc zdecydowałyśmy się na odwrót. Jeszcze chwila na zdjęcia,
        plaża bez ludzi, złudzenie dziewiczości i w drogę do góry. Kiedy wyszłyśy na
        drogę, po której wiekszość turystów porusza się samochodami wiatr stał się
        bardzo dokuczliwy. Musiałyśmy wyglądać niezmiernie malowniczo: koleżanka z super
        długimi włosami rozwiewanymi wiatrem, ja w pareo na bikini, które chyba częściej
        zasłaniało mi twarz a nie nogi, skoro wkrótce zatrzymał się koło nas samochód z
        dwojgiem przesympatycznych Francuzów i z pytaniem czy nas nie podwieźć.
        Hardcore'u na dziś dość uznałyśmy i uroczym Suzuki Jimny pomknęłyśmy jakieś 4-5
        km w dół gdzie nasz wierny i zdecydowanie już chłodniejszy punciak czekał
        cierpliwie na swe niewierne właścicielkismile Zjeżdżając w dół dostrzegłyśmy
        pierwsze krople deszczu na szybie, a za nami ogromną chmurę, z której chyba
        zamierzało spaść więcej deszczu.
        Najpierw Kissamos (i odzyskany ręcznik), potem z daleka Chania i widok góry
        Zorby (wtedy to Gosiu, jechałyśmy do Was z chrzanemsmile - droga powrotna mijała
        nam bardzo szybko. Koleżance chyba szybciej, bo spałasmile. Krótki postój w
        Georgioupoli (przyznaję urokliwa ta kapliczka na morzu) i szybka decyzja:
        jedziemy nad jezioro Kournas. Dobra decyzja: jezioro przed zmrokiem mieniło się
        setką barw. Widok na jezioro i morze jednocześnie to jeden z piękniejszych jakie
        zapamiętałam ostatnio. I znów ta uparta myśl: tu trzeba zostać - na kolację, na
        wino, na wieczór, na noc...Następnym razem, obiecujemy sobiesmile Mijamy
        Rethymnon, robi się coraz ciemniej. Choć to nie jest moje hobby jeździć po
        zmroku drogą krajową, to jednak wiem że pod koniec drogi do Herklionu czeka nas
        nagroda: widok na stolicę wyspy rozświetloną milionem świateł, widok za które
        mogę oddać królestwo, widok, który warto pamiętać, a który mnie pomaga w
        smutnych i zimnych polskich zimowych wieczorach. To miasto tętniące życiem o
        każdej porze dnia i nocy, w nocy zdecydowanie zyskuje. Jest w nim antyczne
        niemal dostojeństwo, jest czasem orgiastyczne rozpasanie, jest elancholia i
        dekadencja, jest prostota jak na całej Krecie i kicz, jak w całej Grecji, jest
        życie i jest szacunek dla śmierci. Taki jest mój Heraklion, a z wysokości
        Akrotiri Panagia on leży u stóp. Dla tej chwili warto wziąć przez moment udział
        w wyścigu szczurów na drodze krajowej piątkowym wieczoremsmile
        A noc? Jak to noc... w moim ukochanym Zaros, poranek wśród moich drzew oliwnych,
        cytrynowych i pomarańczowych, w dole szum strumienia tylko zimą zwanego rzeką i
        zapach, zapach, zapach... I drzewa, na których rosną takie brazowe, twarde
        strączki smakujące jak karmel, jaszczurki uciekające spod kamieni, me-ee lub
        be-ee kóz z okolicznych pastwisk ale i cisza, cisza, cisza.... sama sobie czasem
        zazdroszczęsmile
        ....................................smile
        • tomaszkozlowski1 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 19.09.07, 22:50
          wiem że pod koniec drogi do Herklionu czeka nas
          > nagroda: widok na stolicę wyspy rozświetloną milionem świateł,
          widok za które
          > mogę oddać królestwo, widok, który warto pamiętać, a który mnie
          pomaga w
          > smutnych i zimnych polskich zimowych wieczorach. To miasto
          tętniące życiem o
          > każdej porze dnia i nocy, w nocy zdecydowanie zyskuje. Jest w nim
          antyczne
          > niemal dostojeństwo, jest czasem orgiastyczne rozpasanie, jest
          elancholia i
          > dekadencja, jest prostota jak na całej Krecie i kicz, jak w całej
          Grecji, jest
          > życie i jest szacunek dla śmierci. Taki jest mój Heraklion, a z
          wysokości
          > Akrotiri Panagia on leży u stóp. Dla tej chwili warto wziąć przez
          moment udział
          > w wyścigu szczurów na drodze krajowej piątkowym wieczoremsmile

          Haniu droga,
          jak ja Ci dziękuję za te zdania!!! smile))))))
          Stolica Krety obiektywnie mówiąc przegrywa w wyścigu "piękna" z
          Chania czy Rethimno.Ale moim zdaniem to najbardziej kreteńskie
          miejsce na całej wyspie.Wbrew wyidealizowanym wyobrażeniom.
          Najważniejsze miejsce kreteńskiej codzienności.Miasto nie na pokaz,
          bez zbędnej stylizacji i patosu.I stało się moim ulubionym miastem
          na Krecie i tam czuję się najbardziej naturalnie (choć spory kawałek
          moich emocji do dziś mieszka w Rethimno smile, w Ierapetra; Chania
          chyba za mało dotąd poznałem).
          A widok wieczornego rozświetlonego Iraklio z lotu ptaka? (bo inaczej
          nie da się tego nazwać). Ach, pięknie było tego zaznać latem 2005
          roku. Komuś ten widok zawdzięczam- i jeśli nas tu podczytuje- to
          bardzo mu za to dziękuję smile (to było podczas powrotu z przefajnej
          kolacji w Rethimno także z kimś, kto tu u nas regularnie pisuje smile)
          Ach Iraklio.. I moje magiczne tam miejsce- Astoria (czyli Platija
          Elefterijas) smile Mam nadzieję, że tam wrócę smile


          >I drzewa, na których rosną takie brazowe, twarde
          > strączki smakujące jak karmel,

          To drzewa chleba świętojańskiego smile) Po grecku drzewo to nazywa się
          charupia (χαρουπιάwink.

          Haniu,
          wielka przyjemność czytać Twoje opisy!Pozdrawiam! T.
          • hania404 Re: milej lektury cz 3 - Balos:-))))- c.d. 19.09.07, 23:28
            dzieki Tomku, to starszna frajda przeczytac miłe słowa o tym co sie upubliczniło
            z drżeniem serca. Dziekuję Wam wszystkimsmile
            Kocham Heraklion całą sobą choc w urokliwości i turystycznej atrakcyjności
            ustepuje innym miastom, ale kocham bez "dlatego, że", kocham taką milością
            bezwarunkową i bez żadnego powodu, a cichutko, w głębi duszy żywię nadzieję że i
            on mnie kocha...smile
    • hania404 milej lektury cz 4 - Moni Arkadiou 16.09.07, 11:50
      Nie ma litości dla turysty, który przyjechał na jeden tydzień na Kretę, nie ma
      wymówek, że wczoraj bylo dużo chodzenia. Samochód czeka, trasa na mapie
      narysowana, mądrości z przewodnika w głowie, serce pełne pozytywnych emocji: w
      drogę!smile Aradena siłą rzeczy nam odpadła (wybaczcie ci, którzy czujecie się
      rozczarowani), postanawiamy wrócic tu z większym zapasem gotówki na samochódsmile
      Neronko, szykuj dla nas na przyszły rok przynajmniej Jimniakasmile. Potrzebujemy
      dziś czegoś szczególnego: czegoś co wyciszy, ale i doda energii, czegoś czego
      obie nie znamy, ale jednocześnie jest symbolem Krety, czegoś, co każdy powinien
      zobaczyć i co zapamięta na zawsze. Teraz, gdy to piszę wiem, że takie miejsce
      jest tylko jedno: MONI ARKADIOU.
      ..............................................

      Plan wydawał się całkiem prosty: Moni Arkadiou, Rethymnon, Chania i Cafe Vafe, w
      drodze powrotnej może Bali, może Achlada. Jest takie powiedzenie: jeśli chcesz
      rozćmieszyć pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. Zazwyczaj stosuje się je do
      bardziej poważnych, życiowych sytuacji, ale tym razem odczułam jego sens
      szczególnie dobitnie. W porze, gdy każdy "porządny" turysta otwiera oko lub ten
      mniej porządny juz podąża na najbliższą plaże, my znów wsiadamy do samochodu,
      który powoli staje się naszym drugim (trzecim?) domem. W niespełna godzinę
      jestesmy w okolicach rethymnonu i zaczynamy szukać odpowiedniego skrętu do Moni
      Arkadiou. Do doktoratu w dziedzinie kreteńskich znaków drogowych jeszcze mi
      daleko, ale czuję, że ta specjalizacja bedzie ode mnie w przyszłości wymagała
      coraz większych wyrzeczeń i poświęceń. W końcu skręt jest, wiec juz całkiem
      spokojnie i na luzie kierujemy sie ku legendarnemu, historycznemu i niezwykle
      waznemu religijnie osrodkowi. Cudna droga najpierw przez oliwne gaje i
      miasteczka, a później przez niezwykłej urody mini wąwóz wprowadza nas w
      szczególny nastrój. Za nami po zakrętach mknie kolejny turysta żądny zaliczenia
      kolejnego obiektu. Podczas gdy my delektujemy sie okolicą, widokami i wymieniamy
      uwagi na temat niezwykłej scenerii, rzeczony turysta tylko kombinuje jakby nas
      tu wyprzedzić. I wyprzedza. W najmniej odpowiednim momencie: tuż przed zakrętem,
      za którym inna zafascynowana okolicą rodzina postanowiła umilic sobie podróż
      krótkim popasikiem. Nie wiedzieć tylko czemu zrobiła to na środku drogi. Chwila
      grozy, ale spieszący się turysta jest doskonałym kierowcą, zgrabnie omija stadko
      przerażonych ludzi i mknie dalej ku swemu przeznaczeniu (jakie by ono nie było).
      Docieramy do kompleksu klasztornego, dalej prosto drogowskaz do starożytnej
      Eleftherny - obiecujemy sobie ja zwiedzic później. Na parkingu kilkanaście
      samochodów, brak miejsca w cieniu, nic to mówimy sobie, zaraz wrócimy, samochód
      się zbytnio nie nagrzeje. Wysiadamy, kierujemy sie ku potężnej ścianie, która
      jak później się okazuje otacza ten kompleks. Nic nie zapowiada tego, co dane
      było nam zobaczyć a mnie przeżyć. Wejście główne, bilety, przemiły Grek, chusty
      wiszące do uzytku przez zbyt roznegliżowane turystki, krótkie pytanie czy możemy
      robic zdjęcia i tu pierwszy symptom: Grek twierdzi, a przynajmniej ja tak to
      rozumiem; mozesz robic zdjęcia w kościele, ale nie w muzeum. Troche to dla mnie
      dziwne (w swiątyniach raczej zdjęć nie robię), ale nie zastanawiam się nad tym
      dłużej. Wchodzimy.
      Kochani, jeśli w tym fragmencie mojej opowieści znajdziecie powtórzenia,
      niekonsekwencje, pomyłki czy tez zastanawiająco urwane zdania - wybaczcie. O
      tym, co przeżyłam w Moni Arkadiou rozmawiałam do tej pory tylko raz, po
      angielsku. Nie byłam w stanie przełożyc na słowa tych wszystkich emocji, które
      uderzyły we mnie z siłą, której nie rozumiem i nie potrafię się przeciwstawić.
      Prawdopodobnie, po napisaniu tych zdań nie byłam tez w stanie ich przeczytać aby
      dokonać choć powierzchownej korekty - po prostu poszło bez cenzury.
      Sam widok świątyni, tak znanej mi z setek zdjęć i opisów już byłby wystarczająco
      wzruszający. Co mnie szczególnie uderzyło, to niespotykana cisza - mimo
      dziesiątek ludzi krążących po dziedzińcu, nie słychać było nawet szeptu, nie
      mówiąc o rozmowie czy śmiechu. To nie było miejsce ponure, to było miejsce
      święte. Święte historycznie, tak ludzko święte. Weszłam do swiątyni, jeszcze
      całkiem w nastroju poznawczo-ciekawskim. Skoro moge robić zdjęcia, czemu nie -
      nie uzywając lampy błyskowej starałam sie zachować w pamięci maszyny widok
      ikonostasu, ikon na ścianach, przepieknych rzeźbien, świec... Czułam że jest w
      tym coś świętokredzego, ale w końcu gość wiedział co mówi, prawda? Wyszłam na
      dziedziniec z zamiarem obejrzenia całości kompleksu. Jest śliczny, jest
      absolutnie śliczny, jest grecki, jest kreteński, prosty i szalenie prawdziwy.
      Wrzesień to nie pora na najpiekniejsze na wyspie kwiaty, ale i tak ogród i
      roślinność w donicach wyglądały imponująco na tle szaro-beżowych murów. Tym
      razem dopasowanie planu klasztoru do stanu zastanego poszło mi znacznie łatwiej
      i na początek trafiłam do pomieszczeń uzywanych do przyjmowania gości i
      pielgrzymów. kamienne ściany, kamienna posadzka, wszystko beżowe, ale wpadające
      w jakiś odcień różowości, jak ten piasek w Elafonissi, co stał sie różowy po
      rzezi kobiet i dzieci jaką podobno Turcy tam urządzili. Nie ma w tym
      pomieszczeniu ani ław, ani stołów, które z pewnością tem były wtedy, gdy
      pielgrzymi nawiedzali kościół i zostawali na noc.Chciałam zobaczyc najpierw
      miejsca gdzie mnisi mieszkali, zobaczyć kruzganki, magazyny na żywność, ale
      jakaś dziwna siła kazała mi pójść wprost do TEGO miejsca - magazyn wina i oliwy,
      w czasie powstania w 1866 zamieniony na magzyn prochu i amunicji. Kiedyś
      istniało nad nim łukowate sklepienie - teraz sklepieniem było wściekle błękitne
      niebo. Poszarpane ściany, usmolone od ognia i tego wybuchu. Długiewąskie
      pomieszczenie, które pomieściło ponad 500 osób... Nie ma posadzki, tam rosnie
      trawa, na końcu pomieszczenie na ścianie vis a vis wejścia rodzaj malowidła czy
      ryciny (czarno-białej) przedstawiającej ówczesnych powstańców, strach i
      nieustepliwość na ich twarzach. malowidło jest szalenie dynamiczne, to nie
      martwa natura to obraz niemal batalistyczne - tylko dlaczego te postacie były
      tak realne? na środku kamień z napisem w języku greckim - chciałam zrobic
      zdjęcie - juz nie mogłam, chciałam aby ktos mi to przeczytał - teraz ten sens
      rozumiem tak: "Nie ma nic bardziej godnego i szlachetnego niz umrzeć za swój
      kraj. Ogniem, mieczem czy w jakikolwiek inny sposób..." Dotknęłam ściany i
      wszystkie wspomnienia wróciły, widziałam tych ludzi, czułam ich ból, czułam swąd
      palenizny, słyszałam krzyk - nie teraz - nie. Ten sprzed 141 lat. Chciałam
      stamtąd uciec inie mogłam się ruszyć, chciałam krzyczeć, mogłam tylko płakać...
      To bardzo osobiste wyznanie i nie do końca jestem pewna czy powinno się tu
      znależć. Ale moje refleksje czy impresje związane z ostatnim pobytem na Krecie
      bez chociażby próby opisania tego przeżycia byłyby nie tylko niepełne, ale wręcz
      fałszywe. Nie wiem, czy to był mistycyzm, metafizyka, wrażliwość historyczna czy
      pamięc poprzednich pokoleń. Wiem, że to nie była egzaltacja, bo za nią byłoby mi
      wstyd.
      Nie wiem, co działo się ze mną przez kolejną niemal godzinę. Chyba po prostu
      snułam się z dość nieprzytomnym wzrokiem (dobrodziejstwo słonecznych okularów)
      od wejscia do wejścia, od krużganków do ogrodu... Z tej podróży w czasie wyrwała
      nie lektura książek w sklepiku, m.in cudownej książki znanego greckiego
      fotografika "Twarze Krety' (zbiór fenomenalnych czarno-białych zdjęć i
      komentarze w 3 językach). Cena ok 50 euro i waga ok 5 kg (widac doszłam juz w
      tym momencie do siebie skoro nie dokonałam natychmiastowego impulsowego zakupu,
      mając w pamięci nie tylko stan mojego konta ale i ew nadbagaz w samolocie.
      Muzeum klasztorne to oddzielny temat: skarby tam zgromadzone musicie zobaczyc:
      sztandary, dokumenty,księgi, szaty liturgiczne i... warkocz włosów jednej z
      kobiet, która zginęła w wybuchu (jedyna "żywa" pamiątka tych wy
      • hania404 Re: milej lektury cz 4 - Moni Arkadiou c.d 16.09.07, 11:52
        Muzeum klasztorne to oddzielny temat: skarby tam zgromadzone musicie zobaczyc:
        sztandary, dokumenty,księgi, szaty liturgiczne i... warkocz włosów jednej z
        kobiet, która zginęła w wybuchu (jedyna "żywa" pamiątka tych wydarzeń). Na
        dziedzińcu słynne drzewo z pozostałym pociskiem tureckim, uschłe, bez życia ale
        dalej ważne. Ossuarium - miejsce szczególne gdzie przechowywane są czaszki i
        kości obrońców klasztoru.
        Potrzebowałam jeszcze dobrych 40 min aby zmienic się z powrotem w zwykłą
        turystkę, która pragnie zobaczyc w tym kraju wiecej i więcej. Chyba do dziś mi
        się to do końca nie udało...

        W tej sytuacji w naszym zasiegu pozostał jedynie Rethymnon, na podróż do Chani
        juz nie miałam głowy. Urokliwy port, urokliwe tawerny nad brzegiem, cały
        kalejdoskop morskich stworów, które podobno nadają się do jedzeniasmile, atmosfera
        wakacyjnej beztroski i codziennej krzątaniny pozwoliły mi wrócić do
        rzeczywistości. Zamiast Chanii (Gosia już chyba wtedy straciła nadziejęsmile
        powrót do Heraklionu urokliwą starą drogą przez góry. Mijane wsie i miasteczka,
        przepiękne widoki panoramy gór Psiloritis w zachodzącym słońcu, leniwie wijąca
        się droga wśród pól, gajów oliwnych, maleńkie kapliczki po drodze, oblegane
        kafeniony w miasteczkach - droga naprawde niezwykłej urody. szkoda że troche
        strach się na niej zatrzymywać - niezbyt szeroka i z dość ograniczoną
        widocznością bo tu to dopiero jest miejsc a miejsc dla fotoreporterówsmile
        Ostatnie odcinki górskiej drogi pokonałysmy już po ciemku, ale i tak nie
        mogłyśmy odmówić sobie zatrzymania sie w miejscu zwanym Doxa (nie Drosia i nie
        Doxarou, tylko jeszcze bliżej Heraklionu). To właściwie ostania przed Arolithos
        knajpka po lewej stronie drogi. Ma coś w rodzaju przeszklonej werandy niemal
        wiszącej nad urwiskiem. Na werandzie oczywiście stoliki dla gości. Specjalnością
        tej rodzinnej knajpki są pyszne placuszki i pierozki z serem obowiazkowo
        popijane raki (nie piłam bo prowadziłam, ale wąchałam i jadłam pierożkismile
        Gratis dla wszystkich którzy usiądą na tej wiszącej werandzie - widok: Heraklion
        nocą - marzenie! Polecam to miejsce w czasie pełni księżyca - do światel miasta
        dochodzi jeszcze wielki pyzaty księżyc i jego światło odbite w morzusmile Bajka,
        to mało! Przez Arolithos (słynące z tzw wieczorków greckich) przejeżdżałyśmy
        właśnie w momencie, kiedy goście wysypywali się z autokarów. Jeszcze tylko zakup
        domowego wina w sklepie na drodze (gosc udawał chyba że nie mówi po angielsku,
        więc musiałam użyć mojej niezwykle sugestywnej grekismile i kolejny dzień stał się
        historią, historią, która długo pozostanie mi w pamięci...
        Acha, i jeszcze jedno: zdjęcia z kościoła Katholikon (ten na terenie klasztoru
        Moni Arkadiou) nie istnieją - prawdopodobnie nigdy nie zostały zrobione... lub
        zniknęły w nieznany mi sposób...
    • hania404 zakonczenie nieco refleksyjne... 16.09.07, 12:01
      Opisałam wam tylko część moich przygód i przeżyć z ostatniej podróży. Jeśli
      dodacie do tego samotną wyprawę do Gosi i Bartka do Chanii autobusem KTELsmile)
      (uwaga! są co najmniej 2 firmy przewozowe; połączenie Heraklion - Chania
      istnieje, koszt biletu powrotnego to 18 euro; super warunki, klimatyzacja, 2
      godziny - jestesmy w Chanii; wreszcie się czułam jak turysta, którego się
      "obwozi"), wieczór i noc w winnicy pod górą Juchtas (to ta góra która przypomina
      twarz Zeusa i z powodu której Kreteńczyków nazywa się łgarzamismile - gdzie cisza
      dosłownie kłuje w uszy, stifado z królika przygotowane specjalnie dla mniesmile,
      krewetki i inne pyszności, domowe wino, którego nie mozna kupić a tylko dostać,
      leniwy dzień w przeuroczej Agii Pelagii (tu znalazłam świetne czasopismo: CRETE
      GEOGRAPHIC nr 1 - polecam wszystkim Kretomaniakom!) oraz podróż powrotną z
      międzylądowaniem w Krakowie bo w Warszawie była mgła, a w samolocie chyba ciut
      za mało paliwasmile, to bedziecie mieć w miarę pełny obraz.
      To chyba jasne, że nie wszystko da sie nazwać i opisać ale mam nadzieje, że
      udało mi się przekazać jedno: mimo że czasem nienawidzę, to jednak KOCHAM - i
      wiem, że nie jest to miłość jednostronna, nie jest też platoniczna bo wciąż mnie
      zmienia i otwiera na nowe doznania, bo chcę więcej i więcej choć coś mi
      podpowiada, że kiedyś to uczucie mnie zabije...

      Gdy zamykam oczy cały czas widzę ujecia i migawki jak z national geographicsmile:
      góry, morze, nieprawdopodobną grę kolorów, zapierające dech przestrzenie,
      przedziwne twory skalne, niemal 1000-letnie oliwki, pomidory na talerzu i
      niezwykły blask słońca i wody w słońcu. Wiem, że tak będzie jeszcze co najwyżej
      2 tygodnie... a potem znów zacznę poważnie tęsknićsmile) i planowaćsmile

      Acha, i co najważniejsze! Koleżanka została kolejną ofiarą Krety - może jeszcze
      nie kretomaniakiem, ale za rok chce tam wrócićsmile
      • barbelek Haniu- czytając Twoje wspomnienia 16.09.07, 12:22
        nie musiałem zamykać oczu- ja po prostu widziałem te góry, to morze, te kolory.
        W przyszłym roku napewno Moni Arkadi, napewno zachód słońca na Balos, a
        wcześniej pieszo na koniec Gramvoussy. Jak ja już tęsknię do tych zapachów,
        widoków, miejsc. Dziękuję za tą wycieczkę, dziękuję bardzo
      • ewa.mila Re: zakonczenie nieco refleksyjne... 16.09.07, 12:58
        Haniu cudna opowieść, moje wspomnienia wróciły. Niesamote Twoje
        przeżycia w Moni Arkadiu, piękne. Ciesz sie, że coś takiego
        doznałaś. Tęsknię, ach!
        • jacek1f Bardzo subiektywne, ale urocze. A królik, nawet 16.09.07, 13:55
          dziki, ma białe mięso. To ten sam królik, co domowy w końcu, tylko
          był pierwszy kiedyśsmile

          Zając ma ciemne.

          Są taverny specjalizujace sie w królikach i dzikich też. Zamawiają u
          rodziny i pasterzy, stawiają sidła i zawsze maja codziennie 2-3smile A
          reszta w zamrażarce - też dobra.


          A BAlos... Tak. Musisz pojechac tam popoludniem, ok. 16-17 zejsc na
          dol, miec troche drzewa lub mini grilla i mate i spiwor lub koc
          (zalezy od pory roku.) My mielismy lodowke turystyczna.

          Ach, pic i jesc samemu (obok zawsze jest kilka osob jednak...smile)
          nad Balos przy zachodzie i co wazniejsze byc obudzonym tam..?! Super.

          Polecam.
          • hania404 bo obiektywnie nie umiem nawet myśleć o miłości... 16.09.07, 22:57
            ... a co dopiero pisać...
            tak, Jacku, mysle ze ten tekst wiecej mowi o mnie niz o Krecie, ale myśle też,
            że my wszyscy jesteśmy już maleńką cząstką Grecji...
            smile
    • bebicka Re: jak dotarłam do Balos i inne opowieści:-) 16.09.07, 22:50
      haniu jaka wspaniala niepodzianka wiczorowa pora po marnazcym dniu...
      lezka mi sie az zakrecila w oku...
      wspaniale piszesz, jak zreszta wszyscy tutaj, czy tylko my podruzujacy do grecji
      jestesmy w stanie poczuc te zapachy opisywane slowami, zobaczyc obrazy mijanych
      przez Was miejsc...
      ja bylam w Moni Arkadiou, bylam wiedzac o martyrologii tego miejsca...ale jakos
      wtedy niewiele poczulam, moze nie mialam na to czasu, pamietam ze to byl ostatni
      przystanek na naszejt rasie tamtego dnia, ale pamietanm tez ze bylo tam
      pieknie...I ja tam wroce, mam nadzieje ze juz w tym roku...znaczy kurcze w
      nastepnym, ale juz w najblizsze wakacje.
      A moze jeszcze wczesniej na naszym zlociesmile
      pozdrawiam
      Maraska
      • hania404 Re: jak dotarłam do Balos i inne opowieści:-) 16.09.07, 22:55
        dzieki kochani za mile slowasmile tak Marasko, chyba masz racje: my umiemy poczuc
        zapachy opisywane słowami, po prostu chcemy je poczuć...

        Ale aby nie wszystko zostało w sferze wyobraźni zamieściłam zdjęcia:
        fotoforum.gazeta.pl/72,2,882,69131344,69131344.html
        • gacek95 Hania, dziękuję za opowieść:)) 18.09.07, 09:03
          znów było wspaniale przenieść się na wyspę za sprawą Twojej opowieści.
          Tylko to Balos.. czy ja dam radę? a gdyby Ci nie rzęził? dojechałabyś?
          • hania404 Gacku, spoko dojedziesz! 18.09.07, 09:40
            ja po prostu nie mialam zaufania do samochodu i nie chcialam sobie
            robic klopotow ze sciaganiem go z drogi, ubezpieczenie nie
            obejmowalo jazdy po szutrze, nie chcialam stracic calego wieczoru i
            pewnie czesci nocy na dotarcie do Heraklionu, gdzie czekaly mnie
            kolejne atrakcje (chyba wlasnie na tą noc miałam zaproszenie do
            winnicy pod Juchtassmile
            ludzie jezdzą roznymi pojazdami, nawet cieniaskami (o przepraszam -
            cinquecento). Nie jest to ekstremalna jazda nad przepaścią! Dasz
            rade!smile
            • q3a1 HANIU!!! 02.10.07, 21:49
              Z dwutygodniowym opóźnieniem, ale muszę to napisać: rewelacyjnie mi się czytało
              Twoją relację. I kropka smile.
              Pozdrawiam,
              q3a
              • hania404 Re: HANIU!!! 03.10.07, 20:24
                bardzo mi miło i bardzo się cieszęsmile dziękismile

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka