Dodaj do ulubionych

Mój poród w dwóch szpitalach

23.01.07, 18:37
Będzie bardzo długo, ale może opis mojego porodu w dwóch szpitalach zainteresuje osoby, które zastanawiają się nad wyborem szpitala w W-wie. Myślę też, że może być ciekawy dla osób, które będą rodziły drugi raz (bo zwraca uwagę, jak duże tempo może mieć drugi poród).

Lekarz prowadzący powiedział, że gdy zaczną się regularne skurcze, to raczej nie należy na nic czekać, tylko pakować się i jechać do szpitala, bo to drugi poród, a poza tym organizm już jest przygotowany i raczej wszystko pójdzie szybko. Tak więc, gdy odszedł krwawy czop, a skurcze przepowiadające zaczęły być mniej przepowiadające, a bardziej bolesne zadzwoniłam do umówionej położnej z Karowej, gdzie rodziłam mojego pierwszego synka. Było około 21.30. Niestety, położna powiedziała, że będzie mogła być w szpitalu dopiero o 8.00 rano następnego dnia. Jako że skurcze były co 6 min., a potem co 5 min. zadzwoniliśmy po babcię, aby przyjechała posiedziała ze starszym synkiem, a sami ruszyliśmy na Karową. Byliśmy tam około 22.30 i na wstępie dowiedzieliśmy się, że nie ma miejsc, ale mogę zostać zbadana, zarejestrowana i szpital znajdzie mi miejsce w innym szpitalu. Zbadano rozwarcie (na 1 palec), położono mnie pod KTG. Leżałam tak ponad godzinę. Nie wiem, czy dlatego, że leżałam bez ruchu, ale skurcze stały się słabsze i mniej regularne. W końcu położna stwierdziła, że moje skurczyki to nie skurcze, chociaż ja zapewniałam, że chociaż skurcze nie są jeszcze bardzo bolesne (bolało na tyle, żeby zaniemówić, ale nie na tyle, żeby wić się z bólu), to jednak jako osoba rodząca po raz drugi potrafię odróżnić skurcz przepowiadający od porodowego. Szefowa dyżuru (chyba nazywała się Gawryszewska) powiedziała, że nie będą mnie odsyłać do innego szpitala, bo wcale nie rodzę i żebym „też nie urządzała scen” (Nie wiem dlaczego mówiła o urządzaniu scen, bo byłam bardzo spokojna i pokornie przyjmowałam informacje. Pewnie jakaś inna wcześniej odesłana pacjentka była bardziej nerwowa ode mnie). Tak czy inaczej kazano mi jechać do domu i powiedziano, że nic nie zapowiada porodu i właściwie to równie dobrze mogą mi za 2 godziny odejść wody, jak i mogę urodzić za tydzień.
Już po 24.00 ruszyliśmy do domu, a mnie bolało coraz bardziej. Uznałam, że lekarki mają chyba jednak trochę większą wiedzę niż ja i jeśli się położę, to pewnie skurcze się wyciszą. Mieszkamy pod Warszawą, więc podróż do domu zajęła nam ponad pół godz. Położyłam się i czekałam, aż skurcze się uspokoją, ale one się nasilały. Około 01.10 odeszły mi wody i nagle zaczęło boleć jak… Po prostu bardzo boleć. Zebraliśmy się i ruszyliśmy do Warszawy. Całe szczęście, że mąż przetrenował wcześniej drogę do innych szpitali i miał do nich numery telefonów. Zadzwoniliśmy na Czerniakowską i dowiedzieliśmy się, że tam są miejsca. Na początku mąż jechał zgodnie z przepisami, ale gdy zobaczył, że sprawa jest poważna (darłam się jak głupiawink, wtedy skorzystał z tego, że był środek nocy i ruszył pędem przez miasto (mam nadzieję, że nie czyta tego żaden policjant, bo zasłużyliśmy chyba na 100 pkt karnych). Gdyby nie jechał tak szybko, urodziłabym w samochodzie. Gdy dojechaliśmy pod szpital na Czerniakowskiej poczułam pierwszy skurcz party i … wychodzącą główkę. Jakoś dotarliśmy na izbę przyjęć. Krzyknęłam, że mam skurcze parte i bez żadnej dyskusji zaczęłam się wdrapywać na fotel. Trochę zaspana położna powiedziała „Spokojnie, spokojnie”, a gdy mnie zbadała krzyknęła: „Szybko na fotel (ten na kółkach), żebyśmy zdążyli dojechać na porodówkę!”. Zadzwoniła jeszcze do lekarza na porodówce i pojechaliśmy. Trafiłam na dwustanowiskową salę, położyli mnie na łóżku i wszystko potoczyło się błyskawicznie. Mąż zszedł na dół mnie zarejestrować i przekazać wszystkie dokumenty, mnie położna zapowiedziała, że będzie chronić krocze (chciałabym ją za to uściskać, bo dzięki temu już w kilka dni po porodzie swobodnie siedzę) i razem z lekarzem kazali mi przeć. Chciałam poprosić o jakiekolwiek znieczulenie, chociażby młotkiem po głowie, ale nie zdążyłam, bo po kilku parciach śliczny synek już leżał na moim brzuchu. Gdy mąż do mnie wrócił, już było po wszystkim.
Od wyjazdu z domu do urodzenia dziecka minęło dokładnie 38 min. Nie wiem jak długo trwał sam poród w szpitalu, ale wydaje mi się, że na łóżku porodowym akcja nie mogła trwać dłużej niż 5 min.
Nad ranem trafiłam na 6-osobową salę.
Jeśli chodzi o porównanie szpitala na Czerniakowskiej z Karową, na której rodziłam 3 lata temu, to jest nieco gorzej wyposażony (mniej nowoczesne łóżka, wspólna łazienka na korytarzu) i jedzenie jest raczej średnie, ale za to w pełni dietetyczne. Co mnie zdziwiło (ale moje podejście do tego faktu jest neutralne) to to, że nie kąpią tam codziennie dzieci tylko położna przemywa je gazikiem. Jestem za to pod niesamowitym wrażeniem pracy całego personelu. Począwszy od izby przyjęć poprzez blok porodowy aż po opiekę na oddziale poporodowym (zarówno ginekologiczną jak i pediatryczną) wszyscy byli niesłychanie mili i kompetentni. Nie spotkałam ani jednej nieprzyjemnej osoby. Położne na każdą prośbę tłumaczyły, jak przystawić dziecko do piersi, raz dziennie (ale tylko od poniedziałku do piątku) przychodziła pani, która zajmowała się doradztwem laktacyjnym. Obchód pediatryczny odbywał się dwa razy dziennie. Dzieci były badane przy mamach, a gdy cokolwiek niepokoiło lekarza, natychmiast wykonywano dodatkowe badania (Np. gdy jedna z mam przypomniała sobie, że podczas ciąży miała rotawirusa, dziecko natychmiast pojechało na badania). Lekarze wszystko szczegółowo tłumaczyli. Muszę powiedzieć, że czułam się tam bardzo bezpiecznie i spokojnie.
A jeśli chodzi o Karową, to czuję do osób tam pracujących żal, że naraziły mnie na taki stres i ryzyko. Być może badanie rzeczywiście nie wykazywało postępów w porodzie, ale wydaje mi się, że czegoś tam na Karowej zabrakło. Może zabrakło posłuchania pacjentki, może indywidualnego podejścia, może ludzkiej życzliwości, może zwyciężyła rutyna. Nie wiem, ale wiem, że gdyby nie to, że cała akcja odbywała się w nocy, to dzięki ekipie z Karowej poród odbyłby się w samochodzie i wcale nie jestem pewna, czy dobrze by się to skończyło dla mnie i dla dziecka.

Uff, to tyle. Gdyby ktoś mimo wszystko miał jakieś pytania, to chętnie odpowiem 
Obserwuj wątek
    • olus1984 Re: Mój poród w dwóch szpitalach 23.01.07, 19:17
      Długo, ale czytałam z zainteresowaniemwink i ciesze sie ze wszystko dobrze sie
      skonczylosmile bywa roznie, ja mialam termin na 14 listopad, czekalam jak glupia,
      zeby sie zaczelo, tydzien po nim potem trafilam do szpitala,urodzilam 28 i
      dobrze ze bylam na miejscu, bo "wszystko" czyli od momentu kiedy poczulam
      pierwszy skurcz do momentu urodzenia corki trwalo 4 godz. Gdybym byla w domu
      pewnie czekalabym az skurcze beda regularne itd. a do szpitala pewnie
      dojechalabym tak jak Ty. I nikt mi nie wmowi ze pierwszy porod trwa- jak to
      powiedziala polozna -od 12 do 18 godzwink pozdrawiam i duzo zdrowka dla Ciebie i
      Twoich synkowsmile
      • agunia2101 Re: Mój poród w dwóch szpitalach 24.01.07, 19:22
        Witamn zgadzam się z tobą pierwszy poród wcale nie musi trwać od 12 do 18
        godzin.To jest rutyna która rządzi lekarzami.11 miesięcy temu urodziłam
        synka.To moje pierwsze dziecko a poród trwał zaledwie 5h i 50minut a w szpitalu
        spędziałam zaledwie 3 godziny.Pozdrawiam i życzę wszystkim szybkich porodów.
    • fergie1975 a ja na odwrót 24.01.07, 00:21
      Dokładnie to 2 razy byłam na żelaznej, potem w Orłowskim i wreszcie na Karowej.
      Na Zelaznej nie miałam rozwarcia jeszcze, w Orłowskim powiedzieli mi, ze "mam
      blokade psychiczna i n-i-e c-h-c-e mi sie rodzic oraz ze mam wracac do domu i
      odbyc stosunek z mezem bo to pomaga" (ja to wszystko rozumiem), mialam skurcze
      od jakis 12h, jak dla mnie były one bolesne i nie miałam ochoty na żadne
      stosunki.
      Przyjeli mnie dopiero na Karowej, po jakiejs 1h od Orłowskiego. Rodziłam
      jeszcze jakies 12 kolejnych godzin, wiec nie sadze aby w ciągu tej 1 godziny
      pomiędzy szpitalami nastapiła jakaś drastyczna zmiana stanu. Ba! a nawet w
      samochodzie doszło, podczas drogi, do psychicznego odblokowania.

      Wiec nie mozna uogolniac co do szpitali bo to może bardzo różnie być.

      Natomiast do Orlowskiego chodziłam do Szkoły Rodzenia i byłam bardzo
      zadowolona. Wiec pomimo ze mnie nie przyjeli i gadali glupoty, to nie moge ich
      krytykowac ale żal pozostał.
      Próbowałam na początku na Żelzną, poniewaz ten szpital jest najblizej mnie. Ale
      cała ta Zelazna to była dopiero porażka !

      O moich "przygodach" mozna poczytac tu:
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=588&w=54738889&a=55061437
      oraz tu
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=548&w=53228006&a=53228006
    • morda296 Re: Mój poród w dwóch szpitalach 24.01.07, 09:16
      No to przezyłaś, ale najwazniejsze, że wszystko dobrze sie skonczyło. To co napisałas czytałam z zapałem, bo ja tez niedługo rodze drugie dziecko, wiec zastanawiam sie czy porod będzie szybszy(pierwszy skurcze 4 godz, parte 20 min).A z tym znieczuleniem, chocby młotkiem po głowie, to Ci się udało!smile))Pozdrawiam i życzę Wam dużo zdrowka
    • e-millie Re: Mój poród w dwóch szpitalach 24.01.07, 09:36
      ciesze sie, ze wszystko dobrze sie skonczylo, ale to juz nie pierwszy watek,
      gdzie pada opinia, ze lekarze nie sluchaja rodzacych i wiedza lepiej, czy ktos
      rodzi czy nie. przykre, szczegolnie, jesli rodzisz po raz kolejny i rzeczywiscie
      znasz swoj organizm. ja pewnie nie zdazylabym, bo pierwsze dziecko rodzilam - od
      pierwszego skurczu i odejscia wod - 2,5h. na izbie przyjec krzywo patrzyli, ze
      tak wolno wypelniam karte przyjec ( bo pol godziny wczesniej na ktg nie mialam
      jeszcze zadnego skurczu, a w trakcie wypelniania juz chyba kilka cm rozwarcia) i
      gdyby nie polozna, ktora stwierdzila, ze jestem jakas taka zielona i ona mnie
      lepiej zbada raz jeszcze, pewnie nie zalapalabym sie na znieczulenie. jesli
      drugi porod ma byc szybszy niz pierwszy, to chyba powinnam zamieszkac w tym
      czasie w szpitalu smile)) na szczescie mieszkam na przeciwko tego przybytku - chyba
      zrzadzenie losu. jedyne, czego sie troche boje, to braku miejsc, ale tego to juz
      nikt nie przewidzi.
    • ujso Re: Mój poród w dwóch szpitalach 25.01.07, 09:19
      Dzięki za opis, myślę, że przyda się innym dziewczynom, żeby przede wszystkim
      ufały sobie. Ja rodziłam, jak to mówi mój M.: 3 h wliczając w to podwieczorek.
      Na szkole rodzenia, tłukli nam do głowy,żeby za wcześnie nie jechać do
      szpitala, przy pierwszym porodzie, w podtekście nie zawarać im gitary skurczami
      co 20 min, bo pierwszy poród trwa średnio 18-24h. No więc czekaliśmy. Coś co
      mogłam nazwać regulnymi skurczami pojawiło się o 17h, i były to skurcze co
      10min, gdyby nie kuzynka, która przyszła do mnie na ów "podwieczorek", czyli
      kawę i ciacho, a odwiozła już do szpitala parę rodzących, to pewnie
      czekalibyśmy dalej. Wygoniła nas do szpitala. Na izbie przyjęć pani
      pielęgniarka pokiwałą głową z powątpiewaniem tak tak, pierwszy poród.... No i
      na ktg nie wyszły żadne skurcze, a już ledwo stałam na nogach, była 17.45. Przy
      badaniu okazało się, że jednak jest rozwarcie na 5cm. Było nawet za późno na
      znieczulenie, o 19.45 było po wszystkim. Dodam, że oprócz tego standartowego
      myślenia o dł. pierwszego porodu, personel, lekarze, położne, pielęgniarki
      laktacyjne itd. wszyscy byli super, mili i profesjonalni. Inna sprawa, że ten
      poród nie był zbyt skomplikowany. Teraz jestem w 7 tygodniu i cieszę się, że
      mieszkam 5 min. od szpitalawink
      pozdrawiam

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka