Dodaj do ulubionych

Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1

10.08.04, 21:18
Franza Blättlera „Warszawa 1942. Zapiski szofera szwajcarskiej misji
lekarskiej”

Tydzień pierwszy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14466925
Tydzień drugi
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14553035
Tydzień trzeci
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14587297
Tydzień czwarty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14671109
Tydzień piąty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14724974
Tydzień szósty
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14746425
Tydzień siódmy
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=59&w=14754633
Tydzień ósmy
forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=59
Tydzień dziewiąty

W dzisiejszej Polsce zastępuje się Niemcami wszystkich polskich urzędników,
którzy przed wojną zajmowali ważniejsze stanowiska. Problem rozlokowania tego
nieustającego napływu niemieckich rodzin do Warszawy władze okupacyjne
rozwiązały w następujący sposób: całe ulice albo pojedyncze bloki mieszkalne,
które tylko niewiele albo w ogóle nie ucierpiały podczas bombardowań
niemieckich, zostaną zarekwirowane przez Niemców. Mieszkańcy muszą w ciągu
kilku godzin opuścić swoje miejsca zamieszkania, wolno im zabrać za sobą
tylko tyle dobytku, ile każdy może sam unieść w rękach. Meble i całe
wyposażenie stają się własnością zajmujących mieszkanie Niemców. W wyniku
takiego postępowania znaczna część ludności polskiej nieuchronnie zmuszona
jest do bytowania w pomieszczeniach nadmiernie zagęszczonych, nie
spełniających podstawowych wymogów higieny. Nie należy do rzadkości w
dzisiejszej Warszawie, fakt, że w samej kuchni mieszka i śpi nawet dziesięć
osób. Osłabiona epidemiami i głodem ludność miasta jest w takiej sytuacji
całkiem bezbronna wobec niebezpieczeństwa rozprzestrzeniania się zarazków,
dlatego też w mieście stale wzrasta śmiertelność.
Obserwuj wątek
    • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 IP: 217.153.24.* 11.08.04, 13:20
      czekamy Grba, czekamy pilnie....
    • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 IP: 217.153.24.* 11.08.04, 14:58
      my czekamy a Ty spisz....
      • diablo1987 Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 11.08.04, 14:59
        Gość portalu: warszawianka napisał(a):

        > my czekamy a Ty spisz....

        Czy aby sam?
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 2 11.08.04, 15:30
      Żołd żołnierza niemieckiego wynosi na okupowanym obszarze 3 złote dziennie.
      Zauważyłem już dawno, że większość żołnierzy przebywających na zapleczu frontu
      dysponuje znacznymi zasobami pieniężnymi. Rozliczne rozrywki, jakie stoją przed
      nimi otworem w warszawskich mocnych lokalach, najczęściej przekraczają ich
      możliwości finansowe. Wielu żołnierzy nie robi żadnej tajemnicy z tego, w jaki
      sposób zdobywa dodatkowe pieniądze. Najczęściej podają na swoje
      usprawiedliwienie: „Na górze też kantują, dlaczego więc my mielibyśmy
      postępować inaczej?” Wywieszony wszędzie zakaz: „Sprzedaż mienia wojskowego
      będzie karana śmiercią”, nie na wiele się zdaje. Dla różnych artykułów paskarze
      ustalili określone ceny, na przykład za koce wełniane, które żołnierze kradną z
      transportów wiozących rannych lub z lazaretów, otrzymać można od Polaków, w
      zależności od gatunku, 40 do 70 złotych. Handlarzom z czarnego rynku, którzy
      mają w Warszawie własne określone narożniki ulic lub ukryte kryjówki, sprzedaje
      się za niewiarygodną cenę specjalne opony, benzynę, a nawet broń palną z
      amunicją.
      Ja sam mam okazję uczestniczyć w tego rodzaju handlu, gdyż uprawia go Niemiec
      towarzyszący mi w podróżach po mieście. Z uwag, jakie czynię, dawno już
      zorientował się, że nie należę do entuzjastów Trzeciej Rzeszy. Ponieważ każda z
      akcji handlowych wymaga w miarę możliwości dwóch osób, proponuje mi udział w
      takim handlowym przedsięwzięciu. Jedziemy wolno karetką wzdłuż ruchliwej ulicy
      Nowogrodzkiej, położonej niedaleko Dworca Głównego. Obiektem sprzedaży jest
      nowa opona, którą mój towarzysz zdjął z jakiegoś rozbitego wozu w wojskowym
      parku samochodowym w Jabłonnie. Wszędzie widać grupki Polaków, są to woźnice,
      rikszarze itp., w większości jednak – jak twierdzi mój towarzysz – ludzie co
      zajmują się kombinacjami czarnorynkowymi, gdyż nielegalny handel pozostał w
      Warszawie jedynym zajęciem, które daje jakiś dochód. Dostrzegamy z przodu,
      przed skrzyżowaniem ulic, fotografa ulicznego z charakterystyczną skrzynką,
      takiego jakiego można spotkać na całym świecie przed pomnikami czy innymi
      atrakcjami turystycznymi. Podejrzewam, że będzie to nasz pośrednik.
      Zaparkowaliśmy samochód i powoli zmierzamy w kierunku owego człowieka. Najpierw
      oglądamy w uwagą wystawione przez niego zdjęcia, które w większości
      przedstawiają niemieckich żołnierzy i podoficerów. Stwierdzam niebawem, że obaj
      mężczyźni już się znają. Mój towarzysz mówi tylko: „Opona z dętką i obręczą,
      całkiem nowa, wymiary 520 na 18”. Polak zastanawia się przez chwilę, wkładając
      w tym czasie nową płytkę do swej skrzynki. „Za ile? – pada lakoniczne pytanie
      spod czarnej chusty. „800 złotych” – odpowiada bez namysłu mój towarzysz. Nie
      wiem na razie, czy to jest za dużo, czy też za mało jak na ceną opony. Fotograf
      każe nam zaczekać z karetką na poboczu naprzeciwko gmachu sądu wojskowego dla
      lotników. Tak jak chce, ustawiamy nasz wóz na dziedzińcu , tuż koło portalu
      znajdującego się tam małego kościółka. Po mniej więcej pięciu minutach zjawia
      się jakiś mężczyzna, który – jak można sądzić na podstawie wyglądu
      zewnętrznego – jest mechanikiem; świadczą o tym liczne plamy po oleju na jego
      ubraniu. Bez słowa podchodzi do naszej karetki, otwiera maskę silnika,
      manipuluje coś koło gaźnika. Zdaje się, że jest to już bezpośredni
      przedstawiciel kupca, którego my sami nie poznamy. Udaje, że musi skorzystać z
      naszych narzędzi, które znajdują się w tylnej części karetki, bada przy tym z
      miną znawcy ukrytą pod kocem oponę, sprawdzając jej markę, profil, wymiary. Po
      zakończeniu tego badania oferuje nam 500 złotych wyjaśniając, że po pierwsze
      opona nie jest amerykańskim produktem, a więc nie reprezentuje najwyższej
      jakości, i po drugie trzeba opłacić wiele prowizji, zanim towar przez nieznany
      nam łańcuch pośredników dotrze do nabywcy.
      Mój towarzysz, jak się wydaje, też stoi na stanowisku, że dyskretne załatwienie
      tej transakcji jest ważniejsze od większego zysku i interes zostaje szybko
      ubity. Rzekomy mechanik wyjmuje z portfela 5 banknotów stuzłotowych. Z ogromną
      szybkością, która zdradza duże doświadczenie „mechanika” w tej branży, nasza
      opona znika w bocznych drzwiach kościółka. Mam wrażenie, że także kościelny ma
      swój udział w tym interesie. Pomimo tego, że Niemcy bezlitośnie wieszają
      każdego schwytanego paskarza, handel czarnorynkowy zatacza coraz większe kręgi.
      Gdy któraś z takich „firm” wpadnie w ręce Niemców, zwykle musi zapłacić życiem
      kilkudziesięciu Polaków, i to takich, którzy z tymi machinacjami nic nie mieli
      wspólnego.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 3 11.08.04, 16:41
      Nasza kwatera znajduje się niedaleko lokalu nocnego „Paradies” na rogu placu
      trzech Krzyży i Nowego Światu. Czasami, gdy wracamy późnym wieczorem z pracy i
      nie mamy jeszcze ochoty, żeby gryzły nas zamieszkujące w naszych pryczach
      pluskwy, wpadamy na krótko do owego raju. Nazwę tę lokal nosi nie całkiem
      bezpodstawnie, to znaczy: tak to mogą odczuwać wyłącznie goście lokalu. Może
      się bowiem zdarzyć, że gdzieś blisko wejścia w załomie muru kulą się
      przemarznięte, na wpół zagłodzone dzieci. Wystarczy jednak otworzyć drzwi, aby
      znaleźć się w całkiem innym świecie, w „raju”. Nie ma tu brudu, głodu, zimna.
      Już we foyer stoi służący w liberii, który kłaniając się nisko odbiera nasze
      czapki. Schody wyłożone dywanami, wybite jedwabiem wnęki ze stolikami dla
      gości, siedmioosobowa orkiestra i najlepsze atrakcje taneczne. Ze światłem
      elektrycznym, o które w całej Warszawie trudno, tutaj nie ma kłopotu.
      Publiczność składa się w przeważającej mierze z oficerów SA i SS oraz kobiet
      (polscy mężczyźni mają surowy zakaz wstępu do lokalu). Kontrast między smutnym
      otoczeniem i tym nienaturalnym, księżycowym jakby światem do którego się tutaj
      wpada, wydaje się za każdym razem tak ogromny, że człowiek łapie się mimo woli
      za głowę i pyta sam siebie: czy to jest rzeczywistość? Jednakże podczas
      płacenia rachunku zauważa się szybko, że istnienie lokalu jest autentycznym
      faktem, takich cen prędko się nie zapomina. Nigdy jednak nie odniosłem
      wrażenia, aby obecni tutaj oficerowi czy urzędnicy musieli oszczędzać.
      Pieniędzy ma się przecież w Polsce pod dostatkiem, jeśli potrafi się je
      zdobywać.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 4 11.08.04, 17:00
      Siedzę w tym lokalu i z zainteresowaniem oglądam dobry program prezentowany
      przez polskich artystów. Gdy program zbliża się do końca, podchodzi do mnie i
      siada przy moim stoliku tancerka Sonika, znajoma jednego z kolegów. Sonika była
      kiedyś artystką Opery Warszawskiej, a teraz z trudem zarabia tu na życie. Wiem
      z doświadczenia, że wszyscy Polacy, skoro tylko zorientują się, że jesteśmy
      Szwajcarami i reprezentujemy Czerwony Krzyż, obdarzają nas szczególną sympatią
      i zaufaniem, z jakim nie spotkałby się żaden Niemiec. Dlatego też nie dziwię
      się specjalnie, gdy Sonika występuje z propozycją złożenia wizyty w „Siódmym
      Niebie”, gdzieś, gdzie nigdy jeszcze nie byłem. Nie mam oczywiście pojęcia, co
      to jest „Siódme Niebo”, a Sonika odpowiada na moje pytanie
      tajemniczym: „Zobaczy pan sam”.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 5 11.08.04, 21:23
      Ponieważ zakończyła już swój występ w programie, ubiera się szybko i razem
      opuszczamy „Paradies”. Prowadzi mnie Nowym Światem, potem przechodzimy na drugą
      stronę Alei Jerozolimskich, skręcamy w lewo, w przejście pod jakimś budynkiem,
      dalej idziemy jeszcze prosto kilkaset metrów wzdłuż małej uliczki. W
      ciemnościach nie bardzo orientuję się, gdzie się w danej chwili znajdujemy.
      Zatrzymujemy się przed jakimiś niepozornymi drzwiami. Sonika daje zainstalowaną
      kołatka jakieś tajemnicze sygnały w określonej kolejności. Słychać ciche kroki,
      zza drzwi, które w dalszym ciągu pozostają zamknięte, rozlega się lakoniczne
      pytanie: „Proszę?”, Sonika, wymienia, jak przypuszczam, jakieś określone hasło
      i drzwi uchylają się nieznacznie. I dopiero teraz, gdy portier dostrzegł
      Sonikę, możemy wejść do środka. Nie potrafię wytłumaczyć sobie tej całej
      konspiracji. Znajdujemy się w wytwornym mieszkaniu, wejście, z którego
      korzystaliśmy, było kiedyś zapewne wejściem dla służby. W okazałym holu
      oddajemy naszą garderobę, a służący zwraca mi uwagę, że mógłbym oddać także
      pistolet. Chcę mu już powiedzieć o odpowiednim przepisie, który surowo zabrania
      odkładania broni w lokalach, ale służący wskazał na szatnię, gdzie istotnie
      wiszą wraz z pasami pistolety niemieckie. Dodaje jeszcze uwagę: „Tutaj wszyscy
      są prywatnie”.
      Otwiera przed nami ciężkie dębowe drzwi i nagle staję zdumiony i ogłupiały.
      Widzę bowiem na własne oczy coś, co mi się do tej pory wydawało niemożliwe:
      oficerowie niemieccy, zwykle tak surowi, tak nienaganni, szkoleni według
      pruskiego drylu, zachowują się tu zupełnie nie po wojskowemu. Sonika dostrzega
      to zdumienie w moich oczach i prowadzi mnie do jednego z wolnych stolików.
      Kelner pyta, czego sobie życzymy, zamawiam małą buteleczkę wódki, taką, jakie
      tutaj zwykle są w użyciu. Mam chwilę czasu na rozejrzenie się po sali, widzę
      duży, wspaniale salon w stylu Ludwika XV, ciężkie żyrandole, perskie dywany i
      fortepian. Tyle, jeśli chodzi o wyposażenie. Przy fortepianie siedzi pianista.
      Publiczność trudniej mi będzie określić. Wzdłuż ścian znajdują się małe wnęki,
      które przesłonięte są roślinami pokojowymi i oświetlone tylko słabym,
      przyćmionym światłem. Na kanapach siedzą lub leżą wygodnie liczni oficerowie,
      wszyscy podpici, w kłębach dymu, w porozpinanych kołnierzykach, głośno
      manifestujący swoje rozbawienie. Są nie do poznania w tych swobodnych pozach, w
      tym nastroju, który ich ogarnia. Żaden nie jest tu sam, każdemu towarzyszą
      kobiety. taniec, który jest przecież surowo zakazany [taniec z Polkami],
      zamienia się tutaj w szaloną orgię.
      Kelner przynosi naszą wódkę i chce zainkasować za małą buteleczkę 150 złotych.
      Sonika poinstruowała go jednak szybko, że nie należymy do zwyczajnych gości,
      spojrzała przy tym znacząco na ryczących na całe gardło oficerów, i cena szybko
      spadła do 45 złotych. „Do kogo należy ten lokal?” – pytam Sonikę. „Tego nikt
      dokładnie nie wie, ale gdyby jakiś Polak zechciał prowadzić nielegalny lokal
      nocny, to niedługo pozostałby między żywymi. W każdym razie jest to bardzo
      intratny interes”. „Kto ma prawo wstępu do lokalu?” – pytam dalej
      Sonikę. „Określony krąg oficerów i kobiet. Nowe osoby są najczęściej
      wprowadzane przez oficerów”. Na moja obecność nikt nie zwraca uwagi. Sam fakt,
      że się tutaj znajduję, zdaje się stanowić dla obecnych wystarczającą rękojmię
      mego prawa do przekraczania ich kręgu. Nie mogę sobie inaczej wytłumaczyć
      istnienia tego lokalu jak tylko w ten sposób, że jakiś wysoki urzędnik władz
      okupacyjnych robi tutaj na boku świetny interes.
      Sonika daje mi tajemniczo do zrozumienia: „Niekiedy zdarza nam się usłyszeć
      trochę za dużo”, na jej ustach pojawia się w tym momencie bardzo specjalny
      rodzaj uśmiechu. Ja sam zresztą mam wrażenie, że istnienie takich lokali nie
      leży w interesie Naczelnego Dowództwa Wehrmachtu. Pomiędzy obecnymi tutaj
      kobietami, a polskim ruchem oporu istnieją z pewnością liczne nici powiązań.
      Ale może właśnie tutaj leży słaby punkt niemieckiego korpusu oficerskiego?
      Chociaż będąc na służbie są tak twardzi i bezlitośni wobec wroga i podbitej
      ludności, wydaje mi się całkiem możliwe, że kobieta, jeśli potrafi postępować
      dyplomatycznie, może usłyszeć od tych rozbawionych oficerów niejedną rzecz,
      która nie jest przeznaczona dla jej uszu.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 6 12.08.04, 09:32
      Utrzymuję przyjacielskie stosunki z kupcem Janem Dońskim, mieszkającym w
      pobliżu ulicy Marszałkowskiej. Poznałem go przez Szwajcara Meierhansa, który
      pracował przez pewien czas w Warszawie jako przedstawiciel koncernu stalowego.
      Spędziłem wiele godzin z panem Dońskim i właściwie dopiero dzięki niemu
      poznałem tak zwane drobne bolączki ludności polskiej. Nie tylko terror
      przygnębia tych ludzi, ale także codzienne bytowanie, jak na przykład, jeśli
      chodzi o Dońskiego, załatwienie porady lekarskiej dla jego żony w ciąży,
      kupienie środka przeciw grypie, której nie może się ona pozbyć, troska o pokarm
      dla mającego przyjść na świat dziecka. Są to ogólnie biorąc drobnostki, ale
      przecież dla pojedynczego człowieka stanowią problemy; rozwiązanie ich kosztuje
      to niejedną nieprzespaną noc. Żona Dońskiego, bardzo słabowita kobieta, powinna
      bezwzględnie przebywać w ciepłym pomieszczeniu. W ich sytuacji rozwiązaniem
      jest trudne pozostawanie przez nią cały dzień w łóżku. On spożywa tylko jeden
      posiłek dziennie, mianowicie kolację, żeby tymi nielicznymi artykułami
      spożywczymi, które udaje mu się jeszcze zdobyć, móc nakarmić małżonkę.
      Na krótko przed moim wyjazdem z Warszawy składam mu jeszcze raz wizytę.
      Spostrzegam zaraz, że jest jeszcze bardziej przygnębiony niż zwykle.
      Zrozumiałem stan jego ducha, gdy mi opowiedział, jak bliski był śmierci. Oto,
      co od niego usłyszałem: „Niedaleko stąd znajduje się polska restauracja. Jak
      pan wie, większość restauracji zarezerwowana jest dla Niemców, Polacy nie mają
      tam prawa wstępu. Ale jest też kilka restauracji przeznaczonych dla Polaków,
      gdzie Niemcy mają zakaz wstępu. Wszystkie te restauracje są odpowiednio
      oznaczone. Restauracja, o której panu mówię, była dostępna tylko dla Polaków,
      gdy więc zjawiło się tam dwóch niemieckich żołnierzy, gospodarz wskazał im
      wywieszony rozkaz Wehrmachtu. Żołnierze byli pijani, nie przejęli się wcale
      protestem gospodarza i zażądali wódki. Obydwaj rozpoczęli sprzeczkę z polskimi
      gośćmi, którzy przebywali w restauracji, rozpętała się bijatyka, w której dwóch
      Polaków i jeden żołnierz niemiecki ponieśli śmierć, a pozostali odnieśli
      cięższe lub lżejsze obrażenia. Policja i gestapo przystąpiły do badania
      okoliczności sprawy. Na planie miasta z miejsca, gdzie znajduje się ta
      restauracja, zakreślono koło i dokonano rewizji we wszystkich domach
      znajdujących się wewnątrz wyznaczonego w ten sposób okręgu. Wszyscy mężczyźni w
      wieku od 18 do 45 lat, którzy tam zamieszkiwali, zostali rozstrzelani w odwet
      za śmierć niemieckiego żołnierza. Granica tej strefy przebiegała tuż obok
      mojego domu” - zakończył relację mój polski przyjaciel.
      • carrramba Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 6 12.08.04, 09:34
        Dziękujemy:)
        • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 6 IP: 217.153.24.* 12.08.04, 10:20
          BARDZO !!!
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 7 12.08.04, 09:47
      Dzisiaj mamy okazję odwiedzić szwajcarski majątek ziemski w Starej Wsi.
      Szczęśliwym trafem nasze siostry zakonne, pracujące w tutejszych lazaretach,
      zostały kiedyś zatrzymane przez pewnego mężczyznę, który poznał po ich
      kornetach, że są Szwajcarkami. „O rodaczki!” – usłyszały nagle za sobą jego
      radosny okrzyk i zanim się spostrzegły, ten jegomość w kwiecie wieku zasypał je
      najróżniejszymi pytaniami, gdyż okazało się, że od dłuższego już czasu nie miał
      żadnych wiadomości z ojczyzny. Tak to się zaczęło, a dzisiaj, w słoneczne
      marcowe popołudnie, czekamy z dwiema karetkami pod lazaretem „Lazarus” na kilku
      lekarzy i nasze siostry. Jesteśmy w świątecznych nastrojach, udajemy się
      przecież jako duża szwajcarska rodzina do naszych rodaków. Wisła nigdy jeszcze
      nie wydawała mi się tak błękitna jak dzisiaj, a ciepłe wiosenne powietrze i
      słońce pozwalają zapomnieć na pewien czas o okropnościach wojny.
    • grba Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 8 12.08.04, 13:30
      Szczęśliwie udaje nam się wyjechać z miasta, chociaż prowadzenie samochodu po
      warszawskich ulicach nie jest bynajmniej rzeczą łatwą. Polscy woźnice krążą po
      całym mieście ze swoimi wozami zaprzężonymi w chude, wiecznie rozbrykane
      koniki, a że są indywidualistami, nie przestrzegają zbyt ściśle przepisów
      ruchu. Jeżdżą najczęściej środkiem drogi i dopiero gdy się na nich z dziesięć
      razy zatrąbi, zjeżdżają zależnie od humoru na prawą lub lewą stronę i pozwalają
      przejechać samochodowi. Na przekleństwa, które za każdym razem padają z okien
      samochodów pod ich adresem, dawno już się uodpornili i kwitują je najczęściej
      uśmiechem wyrażającym zadowolenie z siebie. Z początku mnie też denerwowało to
      tutejsze sobiepaństwo woźniców, ale dzisiaj już nie rzucam przekleństw. Czy w
      ich zachowaniu nie jest przypadkiem więcej rozmysłu niż głupoty?
      Właściwie dopiero podczas dzisiejszej spacerowej przejażdżki spostrzegam, że
      polski krajobraz może mieć także swoje uroki. Lekko wznosząca się szosa w
      kierunku Siedlec prowadzi przez zawsze zielony las sosnowy. Wysokie drzewa,
      pozbawione aż po korony gałęzi, jakby w zamyśleniu spoglądają na nas z góry.
      Wiele już widziały na szosie, która biegnie u ich stóp: Patrzyły na sznur
      wycofujących się Polaków, oglądały wkraczających Niemców, przyglądały się
      zwycięzcom i zwyciężonym i z tym samym spokojem będą także obserwować ruch w
      odwrotnym kierunku. Polskie wioski z ich krytymi strzechą chatami prezentują
      się najczęściej, jeśli nie są siedzibami dworów ziemiańskich, ubogo, a przecież
      one też w takiej właśnie postaci są cząstką krajobrazu i tworzą wizerunek
      ludności. We mnie przyzwyczajonym do gór i dolin, polski krajobraz wywołuje
      zawsze nastrój pewnej melancholii i tęsknoty. Te rozległe tereny, ich bezkresna
      przestrzeń budzą w mej szwajcarskiej duszy wrodzoną chęć podróżowania, a
      jednocześnie naszą przysłowiową tęsknotę za stronami ojczystymi.
      Niestety, nigdy nie mam okazji do nawiązania kontaktu z mieszkańcami polskich
      wiosek. Na pewno nie mógłbym się porozumieć z polskim chłopem za pomocą tych
      kilku słów i zwrotów, które opanowałem. Wiem ponadto, że niemiecki Wehrmacht
      nie wykazałby zrozumienia, jeśli zażyczyłbym sobie zatrzymać się kiedyś w
      polskiej wsi. Poza tym postój w polskich wioskach nie jest łatwy i bezpieczny –
      nazbyt często spotyka się wielkie żółte tablice z napisem „Uwaga! Tyfus!
      Zatrzymywanie się surowo wzbronione!”
      Majątek z należącymi do niego wioskami położony jest u podnóża łagodnego
      wzgórza. Na pierwszy rzut oka nie widać tu ani mundurów, ani jakichkolwiek
      śladów zniszczenia, ale przecież także tutaj spokój jest tylko pozorny.
      Powitanie z dzierżawcą panem Haechlerem ze Szwajcarii i jego rodziną jest
      serdeczne. Najpierw zwiedzamy sam majątek, który ukazuje się nam w całej swej
      okazałości i bogactwie. Trasa naszego obchodu prowadzi przez tartak, młyn i
      budynek administracyjny. „Pałacu nie mogę wam, niestety, pokazać – wyjaśnia
      nasz rodak – majątek należał przed wojna do pewnej polskiej hrabiny, po
      przejęciu go przeze mnie dawna właścicielka pozostał tutaj z nami. Po zajęciu
      kraju przez Niemców przybyło do majątku także kilku żandarmów, żeby – jak się
      sami wyrazili – doglądać porządku (to znaczy zgarniać podatki do swojej
      kieszeni). Nie namyślając się wiele rozlokowali się oni w pałacu, a hrabina
      musiała przeprowadzić się do pomieszczenia dla drobiu, gdzie zresztą wegetuje
      do dzisiejszego dnia”. Spełniono moja prośbę zobaczenia hrabiny. Rzeczywiście,
      w kurniku, zabrudzonym jeszcze kurzym nawozem na stercie liści leży siwiuteńka
      kobieta w wieku około 80 lat. Mam wrażenie, że staruszka wcale mnie nie
      dostrzega. Wstrząśnięty do głębi tym widokiem opuszczam kurnik. A więc wszystko
      wskazuje na to, że w okupowanym przez Niemców kraju nawet jednego dnia nie
      można przeżyć spokojnie.

      (Koniec tygodnia dziewiątego)
    • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 IP: 217.153.24.* 12.08.04, 14:02
      czekamy ....
    • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 IP: 217.153.24.* 12.08.04, 15:49
      Grba, co dalej ?!?!?!!?!?!?!?
      • carrramba Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 12.08.04, 15:52
        Gość portalu: warszawianka napisał(a):

        > Grba, co dalej ?!?!?!!?!?!?!? Warszawianko Miła, daj facetowi odetchnąć:))
        • grba Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 12.08.04, 16:02
          carrramba napisał:

          > Gość portalu: warszawianka napisał(a):
          >
          > > Grba, co dalej ?!?!?!!?!?!?!? Warszawianko Miła, daj facetowi odetchnąć:)
          > )


          Trochę cierpliwości i pojawi sie nowy wątek "Tydzień dziesiąty". Czytajcie
          uważnie, bo przeczytacie relację Szwajcara z rozstrzelania 100 zakładników.
          Autor zanotował też kilka fragmentów narodowosocjalistycznej propagandowej
          paszy.

          grba
          • Gość: warszawianka Re: Warszawa 1942 Tydzień dziewiąty- odcinek 1 IP: 217.153.24.* 12.08.04, 16:39
            wiem, wiem ze juz jest nowy odcinek, ale i tak nie spoczne poki nie
            skonczysz :)))
            PISZ GRBA< dobra robote robisz :)))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka