W tym roku zaczelam studia na lingwistyce stosowanej, byl to moj wymarzony
kierunek, moja pasja jest angielski ale slyszac wszedzie " angielski zna
kazdy" nie oposzlam w koncu na anglistyke a lingwistyke z niemieckim, ktory
owszem lubie ale bez "acho i ochow" no i tu zaczelo sie moje staczanie po
rowni pochylej... Niemiecki znam znacznie gorzej niz ang, na studiach okazalo
sie,ze na niemiecki kladziony jest wielki nacisk a z ang robimy wlasciwie to
co w liceum jednak mam z nim nadal kontakt przeciez a czuje jak mimo to go
zapominam, na poczatku staralm sie go sama rozwijac ale zauwazylam,ze im
wiecej ucze sie niemieckiego tym bardziej zapominam angielskiego...jakby
kazde nowo poznane niemieckie slowo zabijalo jedno NGIELSKIE. Mam metlik w
glowie, dowiedzialam sie chyba upokarzajacej prawdy o sobie,ze jestem za tepa
na nauke 2 jezykow a przeciez kazdy z moich znajmoych studiujacy cokolwiek
uczy sie rownolegle 2 a nawet 3 czy 4 jezykow obcych i dobrze im to idzie
Czy sa tu absolwenci lingwistyki, ktorzy z poczatku tez przezywali taki
kryzys? Zastanawiam sie nad rzuceniem studiow i dostaniu sie po raz drugi na
anglistyke ale to ryzykowna decyzja przy 20 osobach an miejsce