Kiedys gdzie indziej o tym cos trulem w nieco innym kontekscie:
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=188&w=59&a=7943289
Ale w skrocie idzie o to: jak jakies miasto/miejsce funkcjonuje w swiadomosci
otoczenia leksykalnego mowiacego (no co?

to sie je odmienia. I mamy: Rzymu,
Rzymie, Rzymem, Lodnynu, Londynie, Londynem etc. Dowcipnie rowniez Helsinkach,
Helsinek, Helsinkami (uwielbiam te liczbe mnoga w nazwie tego miasta, ze sie
Helsinki odmienia jak Ryki albo Stukotki). Ale juz Tampere, Lahti, Norwich,
Reggio di Calabria nie. A w miare jak sie otoczenie leksykalne (no co?)
dowiaduje ze takowe jest czyms wiecej niz miejscem na mapie, bo np. szwagier
tam pracuje to - zaczynamy odmieniac. I jezdzimy np. do Borasu, Aarhusu albo
Koldingu. Czytalem ostatnio szewdzki kryminal tlumaczony przez pania o
podwojnym polsko_szwedzkim nazwisku i tam bylo regularnie: kolo Ystadu,
policja z Borasu etc.
Jakie wasze obserwacje w tym wzgledzie? Czy polonia holenderska jezdzi np. do
Lejdenu?