Każdy z nas w swoich pracach badawczych opiera się bardziej na materiałach
opisujących pewne dokumenty niż na samych tych dokumentach. Niejednokrotnie
dostęp do oryginału czy chociaż jego kopii budził we mnie zdumienie, gdyż
widziałem co innego, niż opisują podręczniki. Było to oczywiście całkiem
zrozumiałe podczas nauczania historii powojennej za czasów PRL. Niemniej
sprawa dotyczy znacznie starszych tekstów.
Otóż zaglądam ci ja do gierkowskiej 4-tomowej encyklopedii PWN i widzę
niewyraźną odbitkę dokumentu znanego jako Dagome iudex. Nie na tyle jednak
niewyraźną, żebym nie mógł odróżnić literek. Patrzyłem tak i siak, a nawet
owak, i zawsze widziałem DagoNe, nie DagoMe. Niby nic... (ale wiadomo, że to
jakiś masońsko-komunistyczny spisek
Albo czytam sobie książkę o Wrocławiu (z serii A to Polska właśnie), a tam
odbitka strony pierwszego tekstu drukowanego w języku polskim (nie wiem, czy
w ogóle pierwszego, czy tylko na Śląsku), Credo bodajże. Czytam i czytam, a
ten polski to jakiś czeskawy się wydaje (wszechmoguczi, umrl itp). Choć i
całkowicie czeski też on chyba nie jest (ślady rozsynchronizowania nosówek).
No i komu tu wierzyć.
Juz nie wspominam takich drobnostek, jak aneksja Biskupina i kultury
łużyckiej do Prasłowiańszczyzny.