franeksalata
24.01.10, 14:30
Witam dziewczyny!
Jestem mamą 15 miesięcznego rozrabiaki - słodkiego urwisa, łobuziaka...Jestem
mamą uśmiechniętą i szczęśliwą, ale jeszcze kilka miesięcy temu stałam nad
kołyską synka i przez łzy mówiłam, że kocham, obiecywałam dobre życie.
Franek urodził się w terminie przez cc. Ważył 3360 i mierzył 51 cm. W chwili
urodzenia dostał 6/6/6/8 punktów - żadna rewelacja! A potem cios za ciosem:
trudności z oddychaniem, wylewy dokomorowe odczytane w usg jako III i II
stopnia i neonatolog, który w kilka godzin po przyjściu synka na świat
zawyrokował "urodziła pani matołka". Dramat. Gdyby nie znieczulenie pewnie
rzuciłabym się z okna. Pani doktor neonatolog raczyła mnie kolejnymi
informacjami na temat Franka tak średnio co dwie godziny, było gorzej i
gorzej. Ale coś mi zaczynało świtać, że chyba nie do końca Pani jest
zorientowana jak zarzuciła mi, że spodziewałam się kogo urodzić przy takim
wielowodziu...pytam szanowną panią o jakim wielowodziu ona mówi, a ona na to,
że o moim, hmmmmm ja wysoce zorientowana (lol) ze spokojem odpowiadam, że
wskaźnik FI wynosił 10, a brzuch duży od jedzenia...bo lubię. I się zaczęło,
oprócz wylewów w momencie doszły szmery w sercu i coś jeszcze i jeszcze.
Konkluzja na ostatniej wizycie Pani doktor była taka: dziecko leży pod tlenem
w inkubatorze, zobaczy je może Pani za kilka dni a może nie...Wyję i czekam. o
10 rano dnia następnego przywożą mi dziecko, jakie było moje zdziwienie,
przecież tlen, inkubator...inny już lekarz odpowiada mi na to pytaniem "a za
szkody które dzieciak wyrządził w inkubatorze płacić pani chce?" pytam o
jakich szkodach mówi, a on mi na to, że Franciszek pozrywał jakieś kabelki, bo
mu się nie podobały. Franek zostaje ze mną. Po kilku godzinach pojawia się
Pani doktor - ta od wylewów, i mówi, że ewidentnie zaburzenia neurologiczne,
bo mały nie chce ssać... Teraz jestem mądrzejsza to i pytam pielęgniarkę o to
ssanie, a ona mi na to, że mały wydudlał 20 ml mleka, a po takiej dawce
glukozy to i dorosły spałby ja suseł. Myślę - dom wariatów, ale dobra
wytrzymamy, tylko te wylewy. tak upłynął nam czas w szpitalu- no może jeszcze
rzecz o ostatniej wizycie. Wyżej rzeczona Pani doktor na ostatnim obchodzie
bada tego mojego Franciszka i z niesmakiem mówi tak" hmmm hmmm to dziecko
ewidentnie robi mi na złość" pytam dlaczego, a ona na to - że odruchy
neurologiczne ma prawidłowe, a przy tak zalanej główce mieć nie
powinien...zostałam bez słów. po 5 dniach jedziemy do domu...
W domu lamentuję nad 6 punktami, i płaczę i narzekam, na los na ludzi na Bóg
wie co. Tylko moja mama taka zdziwiona, bo jej się wydaje że 6 to dużo. Po
kilku dniach przychodzi z moją książeczką dziecka i z satysfakcją mówi- 6 to
dużo, ty miałaś 3, znowu nie wiem co powiedzieć...
Dostajemy namiar na rewelacyjnego pediatrę neonatologa, jedziemy do Zabrza.
Pani ogląda Franusia przez godzinę, czyta opis USG główki i coś się jej nie
zgadza. Wysyła na kolejne USG...trzeba odczekać w kolejce trzy tygodnie, bo
synek nie jest z tej grupy " na cito". Ja płaczę, karmię piersią, przewijam,
próbuję żyć...USG w Chorzowie, zanim jednak do niego doszło Pani doktor czyta
opis ze szpitala i pyta, "a kto Wam takie bzdury popisał, to się k... d... nie
trzyma - skseruję sobie pokażę studentom żeby widzieli co ich czeka jak nie
będą się uczyć". Z mężem zamrliśmy...ja nie ma odwagi siedzieć z synkiem jak
pani robi usg - trwa to wieczność, po czym słyszę, "niech Pani tu wejdzie,
jeśli mozna mówić o wylewie to o jedynce, ale i tak nie jestem pewna". Dla
niewtajemniczonych tłumaczę, że wylewy dokomorowe klasyfikuje się od I do IV.
W zasadzie, (nie zawsze niestety) jedynki dwójki, przechodzą do historii nie
pozostawiając śladu w rozwoju dziecka, III i IV niestety to już poważny kaliber.
Nic to jestem przewrażliwiona, pierwsze dzieciątko straciłam, teraz historia
Franciszka...rehabilitujemy bo jakiś wiotki się wydaje (oczywiście za zgodą
pani doktor ale bez jej entuzjazmu - "to taki aerobik będzie"). Robię przegląd
rehabilitantów i jest Pani Agatka z bobatha i Pani Ola z Vojty. Franek z
zapałem ćwiczy. Nie byliśmy jeszcze u neurologa ale odwlekam tę myśl bojąc się
wyroku. Franek nie przechodzi testu trakcji jak ma 2 miesiące. dramat.
Ćwiczymy ze wzmożoną siłą. I tu najlepsze: pewnego dnia podczas Vojty (to
znaczy odwiedzin pani rehabilitantki bo cwiczeń nie było) przychodzi mój mąż
do pokoju, i jak zawsze ma zaciśnięte dłonie i palce u stóp, to taka norma, a
jak proszę żeby rozprostował to mówi, że nie bo bolą. Pani reh. patrzy na
niego w skupieniu, dyplomatycznie czeka jak wyjdzie i wtedy ściszonym głosem
mówi do mnie " a czemu Pani nic nie powiedziała, że Pani mąż cierpi na mózgowe
porażenie...?" to już trzeci raz nie wiem co powiedzieć za dużo jak na trzy
miesiące...lol.
Franek u neurologa...jedzie do znanej Pani profesor, ta patrzy na niego i pyta
" a co mu jest poza tym, że tak mądrze patrz..." opowiadamy historię
Franciszka, a ona na to że tu żadnego mózgowego porażenia nie ma, i jakby się
rozwijał w tempie o połowę wolniejszym, też byłby w normie. Płaczę ale teraz
już ze szczęścia. Franek ćwiczy... w 4 miesiącu przewraca się w według wyboru,
jak ma 6 raczkuje, w 7 wstał na własne nogi, nie siada ale nie dlatego, że nie
umie, ot nie ma czasu, chodzi jak ma 13 miesięcy, a ćwiczy do 9 bo potem to
chyba przyspieszony bunt dwulatka się zaczął czy coś. A może ona taki
niepokorny od urodzenia...?
Dziewczyny opowiadam Wam historię mojego synka, bo wiem, że czasami jest
trudno, bo wiem jak ciężko jest uśmiechać się przez łzy, bo wiem jak to jest
czekać na wyrok. Ale nie zawsze musi być to wyrok skazujący...A ludzie no cóż,
zdrowy rozsądek, szczypta humoru czasem dystansu i wiara, że chcą pomóc...
Pozdrawiam Was serdecznie z franklandu i życzę samego zdrowia