Narzeczony mojej siostry, który jest profesorem na uczelni gdzie studiuję, oblał mnie w zeszłym semestrze (miałam z nim zajęcia, dodam, że dziekan nie wyraził zgody na zmianę wykładowcy tego przedmiotu, uznał, że tego typu znajomość to nie jest wystarczający powód). Przyznaję, że zapewne zasłużyłam na tę dwóję, bo przedmiot który wykłada akurat nie należy do moich mocnych stron, ale nie ukrywam, że mam do niego żal. Już na początku wyczułam problemy. Wiedział, kim jestem, zaczepił mnie przed zajęciami i kazał do siebie mówić „formalnie" (tzn. per „panie profesorze”

. Czy to jest normalne? Od początku powiedział, że nie będzie żadnej taryfy ulgowej, ale nie sądziłam, że posunie się do tego, żeby mnie oblać! Mógł jakoś zagadać, czy rozumiem przedmiot, czy potrzebuję pomocy itp, tak mi się przynajmniej wydaje. Najgorsze są teraz te wszystkie rodzinne obiadki itp, w których nie uczestniczę, kiedy on tam jest. Nie potrafię się zmusić, żeby z tym człowiekiem usiąść przy jednym stole, bo nie wiem, jak się zachować - jakby nigdy nic się nie stało? I jak mam się do niego zwracać, czy po imieniu, czy „panie profesorze"? Jest to dla mnie bardzo trudna sytuacja, proszę więc o radę, jak z tego wybrnąć zgodnie z sv.