Tak mnie natchnelo na fali watku o jedzeniu psow w Korei, moze cos doradzicie. Mam kilku znajomych Polakow w malzenstwach z obcokrajowcami, rowniez takimi z dalszych kultur, moj maz tez jest zza oceanu

Rozmawiali sobie ostatnio i wlasciwie wszyscy stweirdzili ze maja problem z wpychaniem w nich jedzenia przez tesciowe - Polki. Kolezanka jest wegetarianka z kraju arabskiego i wlasciwie co wizyte slyszy (a raczej jej maz) wyrzuty, ze znow nie je schabowego. Kolega mowi, ze pewne polskie potrawy ledwo mu przechodza przez gardlo i czuje sie "testowany" jakimis dziwnymi wynalazkami tesciowej. Moj maz tez przezywa kazda wizyte, bo boi sie, ze znow podana bedzie ta wpol-ugotowana kapusta (golabki) lub karp (wspomnienie swiateczne).
Odwracajac sytuacje, gdyby moja tesciowa zaserwowala mi tego wspomnianego koreanskiego psa, to mimo szczerej milosci do meza, nie tknelabym tego. Tak samo jak nie zjadlabym robaka mezcal w meksykanskiej rodzinie, ani surowego kurczaka w japonskiej.
Mozna by powiedziec laski bez- nie podoba ci sie to nie przychodz na obiad. Tylko jak w takim razie ulozyc taka kilkudniowa wizyte nas-dzieci u rodzicow, nie brac malzonka? Nigdy? Czy wyslac go na miasto w czasie obiadu? Wydaje mi sie, ze ten rodzinny obiad w Polsce jest bardziej celebrowany niz w innych krajach, a juz szczegolnie u gospodyni to jakis test na milosc (zje- jest w porzadku, nie zje- kogos ty przyprowadzil(a)!)
Wydaje mi sie, ze do pokolenia moich rodzicow wychowanych w kraju kompletnie zamknietym na innosc nie dociera, ze ktos ma zupelnie inne nawyki zywieniowe. Jak to ulozyc tak, zeby te rodzinne spotkania przebiegaly w spokoju i radosci a nie stresie, czy on to przelknie, czy mama sie nie obrazi, bo za malo sie zachwyca pierogami?