la_felicja
18.03.21, 23:14
Jeszcze przed pandemią byłam na szkoleniu, na którym raczej nie spodziewałam się Polaków. Szkolenie odbywało się w niewielkim budynku uniwesyteckim, z osobnym wejściem - i w sumie poza kursantami, wykładowcami i personelem nikt inny nie miał po co tam przebywać.
Była lista obecności i plakietki imienne, ale nie zauwazyłam żadnych polskich nazwisk - zresztą, sama mam niepolskie.
Na długiej przerwie wyszłam na szybki "power walk" dookoła obiektu - bo zawsze to siedzenie w półmroku sal wykładowych powoduje u mnie potężny ból głowy. Wróciłam jakieś 5-10 minut przed rozpoczęciem następnego wykładu, znalazłam ławkę w przedsionku, klapnęłam na nią z rozkoszą - możecie to sobie wyobrazić, jak się czułam - zadyszana, zgrzana i zmarznięta zarazem, ciężki płaszcz, ciężka torba, średnio wygodne buty - i ból glowy nie do końca wyleczony, nie chciałam jeszcze wracać do dusznej sali wykładowej. Padłam na to siedzenie z mocnym postanowieniem nieruszania się aż do ostatniej chwili.
Po chwili usiadła koło mnie kobieta z nastoletnim synem. Polacy. Zaczęli rozmawiać o jakichś rodzinnych sprawach, planach wyjazdów - w sumie nic mocno osobistego, ale zdecydowanie nie było to przeznaczone dla moich uszu. Jak ja się nie spodziewałam Polaków w tamtym budynku, tak oni pewnie też nie.
Pytanie do forum: Jak się zachować w takiej sytuacji, jak - i czy - dać ludziom znać, że rozumie się ich rozmowę?
W innej sytuacji po prostu bym wstała i odeszła, ale wtedy nie było innego miejsca, żeby usiąść oprócz dusznej, niewywietrzonej sali wykładowej, do której jeszcze nie chciałam wracać, a nogi za bardzo mnie bolały, żeby wyjść na dwór albo błąkać się po korytarzu.
Nie bardzo miałam też ochotę zaczynać pogawędkę typu: O. państwo z Polski, a skąd? A ja z Rzeszowa - a ja z Poznania - i takie tam...