Wdarł się szturmem w nasze progi. Żadne tam podręcznikowe oswajanie, stawianie klatki na środku pokoju i wzajemne obwąchiwanie. Gdy tylko drzwi transporterka się uchyliły puścił się pędem przez chałupę. W ciągu minuty zorientował się, gdzie są kuwety, a gdzie na parapetach stoją miseczki z chrupkami i wodą. Obskoczył wszystkie fotele, łóżka, tapczany. Trzy leniwe rezydencje omal nie padły na zawał. A on, jakby przestraszony własna śmiałością , schował się pod kanapę. Zaraz zresztą wylazł i udał się do kuwety względem wilgoci. A następnie zniknął na godzinę, cała rodzina go szukała, sprawdzałam nawet, czy mógłby wyjść dziurką od klucza. Pojawił się tak samo nagle i jest do dzisiaj

Cdn.
A teraz parę fotek