Tydzień temu Katastrofa miała zabieg sterylizacyjny. Po zabiegu, jak to po zabiegu, ubranko, dochodzenie do siebie, wiadomo. Do wczoraj osowiała, stłamszona, tylko leżała na fotelu i jedyne co to do miski i kuwety, ale nawet jej się nie chciało zakopać. Już się zaczynałem martwić że trzeba będzie ksywkę zmienić, ale wstaję dzisiaj rano, a tu kocisko leży na parapecie z niewinną miną, kubraczek na fotelu (w całości, troczki zawiązane elegancko - hudini jakiś czy co?), suszarka z praniem zwalona, listwy pod meblami w kuchni poodsuwane, kwiatek przewrócony, opaska z gumek (wakacyjny przebój Młodego) rozszarpana na strzępki.
A ta leci do mnie, ociera się i gada i gada i gada.
Obejrzałem jej podwozie, wygląda ok, ładnie się goi, nic się nie dzieje. Póki co. Właśnie. Bo nie wiem, czy wbijać ją w ten kubraczek z powrotem, czy dać spokój. W dzień pod obserwacją czy próbuje sobie sama wyciągać nitki, ale w nocy zrobi co będzie chciała. Kubraczek założę (najpierw sobie narciarskie rękawice) ale co z tego, jak już umie z niego wyjść? Iść do weta niech oceni i ewentualnie szwy zdejmie? Można już? Miało być teoretycznie 10 dni...
Poradźcie, bo nie wiem. Z chłopakiem prościej było