zmija_w_niebieskim
29.12.14, 21:29
Pierwsze dwa tygodnie Kai w naszym domu były trudne.
Mia od razu została moją przyjaciółeczką i pomocniczką (nawet przy odkurzaniu mi asystuje), ale Kaja byla nieufna, nie dała się dotknąć. To było jak hodowanie szopa pracza - piekne zwierzę, które tylko w porze karmienia można było z daleka podziwiać...
Raz zafundowala nam koszmarny wieczór- schowala się tak, że nie moglismy jej nigdzie znaleźć, nie wyszła na kolację - więc doszliśmy do wniosku, że musiała się wymknąć na dwór...Przemierzaliśmy po ciemku ulice, zaglądając pod każde zaparkowane auto, wymachując miseczką z tuńczykiem i potrząsając suchą karmąw pudełku...wyobrażałam ją sobie zagubioną, przerażoną i zziębniętą...a kiedy po jakims czasie stwierdziliśmy, że to beznadziejne, wróciliśmy do domu, a panna Kaja siedziała sobie na parapecie i na nasz widok dała nura pod szafkę, gdzie nie przyszło nam do głowy szukać...
Równo tydzień po tym zdarzeniu mąż siedział na kanapie, a Kaja zaczęła się do niego skradać. Wskoczyła na kanapę, on ostrożnie wyciągnął rękę i pogłaskał ja po policzku - i się zaczęło! Eksplozja uczuć. Mruczenie, łażenie dokoła, siadanie na kolanach na chwilę, udeptywanie, barankowanie, przewracanie się na grzbiecik, a nawet delikatne podgryzanie w rękę. Normalnie miałam ochotę nabazgrać na ścianie K+P=WM jak za szkolnych czasów...Małżonek mój skwitował to słowami, że trudno, już on ma taki wpływ na kobiety i nic na to nie poradzi
Teraz już nawet ja dostąpiłam zaszczytu pogłaskania Lady Kai...cuda, jak widać, się zdarzają...