Mogłaby być to historia długa, jak długa jest droga z naszej Wsi, czyli mojego podlaskiego Raju na miejscowy cmentarz i z powrotem, jakieś ze dwa kilometry c.a.
Otóż moje dwie siostry poszły na grób naszego Przyjaciela, który zmarł rok temu i tam jest pochowany. Przyjaciela, sąsiada przez tzw. miedzę.
Po drodze, z krzaczorów wylazło toto drąc się pomocy.
Polazło z siostrami na cmentarz, siadło na mogile naszego Przyjaciela i w powrotnej drodze nie odstępowało sióstr na krok.
Obie więc zgodnie uznały, że to znak od Henia i wsadziły mi mikropakiecik za pazuchę.
Teraz na gwałt będę mu szukać domu, bo pakiecik(nadal mikro) jest już w Warszawie, a ja nie mogę go przyhołubić.
Wygląda na ok 5 tygodni. Chudy jak przecinek, ma świerzbowca w uszach, trochę ropieją mu oczki. Póki co apetyt ma wspaniały, Choć wygłodzony był potwornie. Pierwszy posiłek zjadł prawie ze spodkiem. Nie bardzo potrafił się wypróżniać, ale po dobie masowania okolic intymnych ciepłym wacikiem - załapał i w asyście 10 -ga dorosłych ludzi zrobił potwornie wielką i potwornie śmierdzącą kupę w ogródku kwiatowym kopiąc niczym górnik przodowy.
"Dostał za to moc braw..." A zdrowie mikrusa wypiliśmy zgodnie to piwem, to malinówką, to łyskaczem, kto co tam miał pod ręką.
Poczem młody odtańczył taniec tyleż dziki co tryumfalny i zaległ pod baranicą p naszym Dziadku.
Robocze imię malucha - Henryk, jako, że siedział na grobie Henia właśnie.
Może ktoś słyszał o niedokoconej kociarze, czy kociarzu pragnącymi wychować sobie kota bojowego(na dziędobry moim kotom usiłował sprzedać liścia swoja drobniutką łapunią)
A oto Henryk: