cześć kochane!
długo nie pisałam, nie odzywałam się. wreszcie się zebrałam i chcę napisać co
się u mnie dzieje.
dużo myślałam, dużo kombinowałam, no i w końcu do kilku wniosków doszłam.
moje pierwotne stanowisko - "zostać w Krakowie za wszelką cenę" - uległo dość
znacznej reformie i ... powoli się wyprowadzam z Krakowa
strasznie jest mi żal opuszczać Kraków, ale po gruntownym i wielokrotnym
przemyśleniu tego wszystkiego doszłam do wniosku, że tak będzie lepiej.
lepiej dla Asi, a o nią przecież w tym wszystkim chodzi... w Krakowie nie
jestem w stanie zagwarantować jest porządnej opieki, nie mam i nie jestem w
stanie teraz znaleźć na tyle dobrej pracy, żebym mogła z czystym sumieniem
zostawić dziecko na 10 godzin dziennie w żłobku. jestem strasznie uparta i
zawzięta i przestraszyłam się, że przez mój głupi upór w końcu dojdzie do
sytuacji, gdzie Asia będzie siedziała po 10 godzin dziennie z obcymi ludźmi
tylko po to, żebym ja roznosiła ulotki albo pracowała jako kelnerka w jakiejś
podrzędnej knajpie...
zapierałam się rękami i nogami, żeby tu nie wracać, ale... patrząc na to moje
ukochane dziecko stwierdziłam, że tak będzie lepiej. tutaj będzie miała
dziadków na miejscu, tutaj będę mogła na spokojnie przeczekać ten gorszy
(zwłaszcza ostatnio) okres życia. dopóki Asia nie pójdzie do szkoły to mam
jeszcze "wolną rękę" - przecież w każdej chwili będę mogła wyjechać znowu.
moja mama właśnie szuka mieszkania do kupienia tutaj. stałoby puste albo
komuś by je wynajęła, a w tej sytuacji ja z Asia będę w nim mieszkać. mój
tato prawdopodobnie będzie przenosił pracownię i teraz będzie miał biuro do
spółki z kilkoma kolegami - planują zrobić ze mnie "asystentkę", więc będę
miała dobrą pracę, w której dużo się nauczę, będę cały czas
siedziała "wewnątrz" branży, a z drugiej strony nie będzie problemów z
urlopami, wyjazdami na zjazdy itp (bo w końcu rodzina i znajomi - wśród nich
się wychowywałam...).
piszę właściwie nie wiem dlaczego. na pewno chcę Wam po prostu powiedzieć, że
zmieniam miejsce zamieszkania powoli. ale chyba też trochę piszę i
podświadomie mam nadzieję, że napiszecie "dobrze robisz, to dobra decyzja",
bo ja cały czas jakieś ziarno niepokoju mam. nie chcę tu zostać do końca
życia. mój plan jest taki, że posiedzę tu rok, dwa, odbiję się trochę od dna
i wyjadę znowu. dopóki Asia nie pójdzie do skzoły to uważam, że nie będę zbyt
mocno związana z tym miejscem. z Krakowem cały czas będę miała kontakt -
minimum co 3 tygodnie będę przyjeżdżała na zjazdy.
no i tutaj nie będę miała problemów z opieką do kotów, z autem (jak się tu
przeprowadzę to peirwszym zakupem będzie auto na raty!!), z zostawieniem Asi
po południu czy wieczorem, z jakąkolwiek pomocą.
może na moją decyzję wpłynął też fakt, że w niedzielę wylądowałyśmy z Asią w
szpitalu. małą dopadł chyba jakiś wirus, bo w ciągu 2 godzin dziecko mi się
odwodniło i wylądowałyśmy na noc na pediatrii

tragedii nie było, ale zaraz
zadzwoniliśmy do ciotki (mnie leczyła, mojego brata, bardzo dobra znajoma
rodziny), jest ordynatorką oddziału, zaraz rano zwolniła nas do domu, żebyśmy
nie siedziały w szpitalu i przyjechała wieczorem do domu. pomyślałam sobie co
by było gdybym wylądowała nagle w szpitalu w Krakowie - nawet nie miałby kto
mi przywieźć czegokolwiek z domu... nie mówiąc o braku znajomości wśród
lekarzy itp, żadnego oparcia
teraz myślę jeszcze co z Pchełką. być może potrzebna będzie oapracja tego
ogona, a w tej sytuacji nie będę w stanie tego upilnować. postaram się jutro
pojechać do Krakowa i dowiedzieć się dokładnie co i jak, i wtedy będę
kombinować.
a, no i jeszcze jedna dobra strona tego wszystkiego - będę mogła służyć
transportem kotów na trasie chełm-lublin-kraków co 3 tygodnie
pozdrawiam i ściskam mocno
Aga