Normalnie zakochałam się w swoim kocurze..W dzieciństwie w zasadzie nie
miałam żadnego zwierzaka.Jak w sierpniu tego roku usłyszałam od swojego męża-
bedziemy mieć kota

, nie cieszyłam sie. KOt przecież smierdzi,chodzi po
meblach, drapie. No ale tak naprawde miał byc to kot dla córki i dla męża.
Jak po niego pojechaliśmy to sie go bałam-szczególnie jak patrzył mi w
oczy.Miałam wrażenie że zaraz mi skoczy do oczu i je pazurami wydrapie
Potem z czasem go polubiłam.Ale tez Wkurzał mnie że hałasował w nocy, że
ciagle miauczy itd.I myślała po co mi to było?Tym bardziej że wszystkie
obowiazki spadły oczywiście na mnie....Tak było do czasu...Kot chyba
njbardziej mnie lubi.jak wstaje wszedzie za mna chodzi. Przytula się, mizia,
liże.Jak został wykastrowany 2tyg temu moje uczucie rozkwitło!!1dziwne ale
jak zobaczyłam tego biedaczka po zabiegu, takiego biednego,zmeczonego, który
tylko u mnie chciał leżeć na kolanach i dochodzic do siebie...to lody pękły!!
Normalnie zakochałam się w nim

)Tulamy się, bawimy,drapiemy.On w podziece
za ciepło przychodzi w nocy i przytula się, obejmuje łapką! Tak, tak obejmuje
łapką!!!! Ach ta moja kocina.Teraz to ja sobie niewyobrażma zycia bez
niego

)Ech...