W mieszkaniu mojej mamy jest długi, wąski i niestety źle oświetlony
przedpokój. Ciemna kiszka sześć metrów na metr. W połowie przedpokoju
najczęściej na wysokości łazienki uwala się On. Kot Psot.
Jest tak wielki, że ciężko obejść. Łatwiej przeskoczyć... Główny problem
jednak w tym, że jest nieoświetlony

i chyba trochę brakuje mu instynktu
samozachowawczego. Już nie wymagam, żeby słysząc i widząc nadchodzącego
złaził mu z drogi. No nie, w końcu jest to Kot a nawet Koooot i dla byle kogo
nie będzie znosił z chodnika swojej pręgowanej rzyci. Ale mógłby chociaż
miauknąć! Poruszyć się! Jakkolwiek dać znać "tu jestem"...
Na potknięcia się o niego i nadepnięcia reaguje różnie. Na ogół ze stoickim
spokojem, choć czasem nadeptujący ma wrażenie, że wlazł w wilczą paść - wbija
mu się w nogę większa ilość zębów i pazurów.
A teraz Fred. Dopóki nie zaczął chorować, sypiał na szafie i dobrze mu było.
Teraz śpi na dywanie, starannie, chyba z cyrklem w łapie, wybierając środek
pokoju. Proszę obchodzić, odstawiać krzesła, w ogólności uważać. Ponadto o
ile potknięcie o Psota skutkuje krzywdą głównie człowieka (wilcza paść), o
tyle Fredziowi mogłoby się coś naprawdę stać...
No i chodzimy jak te baletnice, na paluszkach, omijając śpiącego kicura, i
myśląc o Mahomecie jako towarzyszu niedoli...
A Wy? Macie w domu kocie zawalidrogi?