Dodaj do ulubionych

Dzień Chagalla

06.08.06, 02:21
Dzień Chagalla, to taki dzień, w którym elementy baśniowe splatają się z
elementami przyziemNEmi. Dzień, w którym wychodząc na ulicę, zderzamy się z
konduktem pogrzebowym znanego w okolicy katolicko - narodowego mafiosa, paradą
hodowców kanarków, demonstracją połączoną ze strajkiem włoskim psychiatrów,
zbiorowym zatruciem makaronem etc.
Mój dzień Chagalla wyglądał z początku banalnie - ot, natrafiłem na procesję
pielęgniarek, żądających podwyżki płac. Ale dlaczego prawie każda z nich miała
na głowie SŁOMIANY KAPELUSZ ? Żadna z nich nie potrafiła udzielić mi sensownej
odpowiedzi... Powtarzało się zdanie "panie, upał straszny" !
Czy to cała prawda o tym niezwykłym wydarzeniu ? A może powstaje opozycja
względem "moherowych beretów" - "słomiane kapelusze" ?
Trzeba koniecznie śledzić bieżące wydarzenia społeczno - polityczne !
Obserwuj wątek
    • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych 06.08.06, 12:55
      Na początek, pieśni ściśle wodne.

      Pieśń pierwsza, czyli Kapitan Papawa.

      Na świetlistych mglistych wyspach Hawaii
      Na Tahiti i Isle de Cook
      Żył raz słynny kapitan Papawa
      Co pił palił i murzynów tłukł

      Biedni byli tłuczeni murzyni
      Ci murzyni tłuczeni na miał
      Lepiej miały palmy na pustyni
      Kiedy zimny wiatr od morza wiał

      Lecz i palmy lubił tłuc kapitan
      Brał za włosy i kokosy jadł
      W nocy żonę swą dusił jak pyton
      Straszny pyton australijski gad

      Fatma miała oczy ultrafiolet
      Włosy kobalt nogi ultra iks
      Na jej ustach wiecznie lśnił fou - viollet
      Lecz kapitan miał idee fixe

      Szedł w pustynię i zrywał kokosy
      Słodkie ich łupiny lubił żuć
      Te kokosy całował we włosy
      Kiedy straszna go gnębiła chuć

      Lecz kokosy wyrastły w palmy
      I żołądek pęczniał mu jak słoń
      Z przejedzenia wizje absurdalne
      Na korabiach przypływały doń

      Wreszcie umarł kapitan Papawa
      I położył skromnie sie na wznak
      Na świetlistych mglistych wyspach Hawaii
      Tak się żyło umierało tak !


      Pieśń druga, czyli Korsarze.

      Płuyie okręt, na nim śmierci znaki
      Trupia czaszka i piszczele w skos,
      Na pokładzie same zabijaki,
      Brudne łachy i splątany włos.
      Komu widok taki się przytrafi,
      Ten z kostuchą zawarł ślub.
      Bledną ludzkie twarze -
      Przebóg, to korsarze ! To szakale wychodzą na łów !
      Refren:
      Bo to okręt krwawych braci !
      Bo to okręt zgryzoty i łez !
      Lepsza śmierć z własnych rąk, niż piraci !
      Bo gdy dopadną, to drogi twej kres !

      Na pokładzie pełne beczki wina -
      Podział łupów aż do rana trwa.
      Komu w dziale przypaść ma dziewczyna ?
      Kto rozkoszy pierwszy zaznać ma ?
      Stoją wokół, pożądliwe twarze,
      Każdy pieścić i całować chce -
      Bledną ludzkie twarze,
      Przebóg, to korsarze !
      To szakale wychodzą na łów !
      Refren (...)
      Refren (opcjonalnie):

      Bo to ponton krwawych nurów !
      Bo to ponton zgryzoty i łez !
      Lepsza śmierć z własnych rąk, niźli nury !
      Bo gdy dopadną - to drogi twej kres !
      • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 13:45
        Gwoli wyjaśnienia - są to pieśni bojowe nurów turońskich spod znaku Płetwala,
        albo Klubu Pod Kapslami. Na specjalne zamówienie Huann.

        Pieśń rubaszna, która powstała na obozie drugiego stopnia w Miłakowie na
        Mazurach (68 metrów głębokości !). Na melodię " W Ołomuńcu na feldplacu".

        W Miłakowie nad jeziorem,
        Gdym na wachcie sobie stał (bis)
        Wszyscy mi się, kurwa, dziwowali,
        Jaką długą fajkę mam (i chuja) (bis)

        Ogłosił się klub studencki,
        Każda dupa na kurs rwie (bis)
        Wzięły szpilki i szałowe suknie,
        A namiotów, kurwa, nie, (jebane) (bis)

        Kiedy szedłem raz nurkować,
        Prezes ze mną poszedł też (bis)
        Siedem butli, kurwa, wziął ze sobą,
        Ale ja musiałem nieść (takie ciężkie) (bis)

        Nurkowałem kiedyś sobie
        Przy rybackiej siecicy (bis)
        Sam Posejdon jaja mi odstrzelił,
        Z taakiej wielkiej rusznicy (jak chuj) (bis)

        Nurkowaliśmy już w Syrii
        W Grecji fajno było też (bis)
        Tutaj woda czysta jak gnojówka
        I do tego jebie deszcz (jebany) (bis)

        Kiedy ponton już przypłynął
        To się chamy zaczły pchać *(bis)
        Wszystkie chamy, kurwa, powsiadały,
        A ja sam musiałem stać (na brzegu) (bis, z opcją "jak chuj")

        Kiedy kurs się już zakończył
        Wpisów w książce jest już w bród (bis)
        Zaliczyłem, kurwa, wszystkie głębokości,
        Ale już nie czuję nóg (i chuja) (bis)

        Dziś kolejny raz obchodzę
        Urodziny, kurwa, swe (bis)
        Wszystkim piwo, kurwa, postawiłem,
        A prezentów ni chuja (nie widzę) (bis)

        Jeśli wszyscy są w dobrych humorach, a młodzież posnęła (lub oddaje się innym,
        zdrożnym rozrywkom), wykonywana jest dalsza zwrotka:

        Kiedy szedłem raz na wojnę,
        Spierdalał przede mną wróg (bis)
        Żebyś sobie, kurwa, nie myślała,
        Że ja całkiem nie mam nóg (i chuja)* (bis)

        To samo, w wersji hard core:

        Gdym się, kurwa, z kurwą kurwił,
        Kurwa, z kurwą było źle...

        * - tak ma być, bo inaczej nie ma rymu.

        Pieśń z repertuaru zespołu Dr. Hackenbush:
        (na melodię przeboju Beatlesów)

        Raz po schodach na dół schodzę, czuję, idzie ktoś,
        Nawalony w cztery dupy i mamrocze coś.
        Refren:
        Więc ja go raz kosą w brzuch, i dalej wiecie:
        Nie ma drugiej takiej kosy w całym świecie,
        Sika krew, wokół syf - ale jatka.
        Co za dzień !

        W autobusie tłok jak kutas, czuję : pcha się ktoś,
        Nawalony, ledwo stoi, widać, że ma dość.
        Refren.

        Pyta kelner, co ma podać, mówię: trzy piwa.
        Patrzę, a ten pierdolony, niesie tylko dwa.
        Refren.

        Znakomita piosenka marszowa - nadaje się, np. na pielgrzymki :)

        • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 13:53
          vauban napisał:

          > Na specjalne zamówienie Huann.

          b. dziekuję, przydałoby się to kiedyś nagrać na jakiś podręczny przenośny vodafon :)


          > Znakomita piosenka marszowa - nadaje się, np. na pielgrzymki :)

          i na czasie! ;]
          • vauban I o to chodzi/nt 06.08.06, 14:10
            • vauban Re: Okrzyk bojowy 06.08.06, 14:19
              • vauban Re: Okrzyk bojowy/cd 06.08.06, 14:26
                Pusty enter, jak piszą w xięgach... :)
                Okrzyk bojowy nurów, zwiastujący ponurą konieczność nadania wyrazu
                wszechogarniającej nawet ludzi - żaby frustracji, uogólnionej klimatem
                umiarkowanie pojętej huculszczyzny:

                Kurwa mać, kurwa mać,
                Czemu nie mogę przeklinać ?
                Będę robił to codziennie,
                Odpierdolcie się ode mnie !
                Chuj, chuj, chuj !

                Na wykopaliskach (wypłukiwaniskach ? Brak adekwatnego określenia) w Lednicy
                (jeszcze nie Silnej Słowem i Zrybiałej, to przyszło kilka lat później:

                Pierdolona wyspa,
                Pierdolony płot,
                Pierdolony klimat,
                Spierdalajmy stąd !
                ...Lednickie reggae...
                • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 14:51
                  Były też akcenty punkowe (mile widziane):

                  Pieśń bojowa nr 1.

                  Ja i ona
                  Ty i ona
                  My i ona
                  Wy i oni
                  Zera, zera, zera zera...

                  Ja i pielęgniarka
                  Ty i pielęgniarka
                  Ksiądz i pielęgniarka
                  Ksiądz i prostytutka
                  Zera, zera, zera, zera...

                  Ja jestem zerem
                  Ty jesteś zerem
                  Zera nic nie znaczą
                  Numery nic nie znaczą
                  Zera, zera, zera, zera...


                  Pieśń bojowa nr 2.

                  Ja na wszystko leję z góry,
                  Nie chodzę do kina,
                  Czasem mogę - w sześciu naraz -
                  Kochać się dziewczynach.
                  Nie dziękuję za przysługi,
                  Nie proszę o rady.
                  Przekonywać się nie daję -
                  Choćby dla zasady.

                  Refren:

                  Dlaczego ja - nie wiem sam -
                  Na, na, na na, na, na na !
                  Dlaczego ja - nie - rację mam.

                  Dzisiaj znowu padam z góry,
                  Dzisiaj znów zaczynam.
                  Po upadku szybko wstaję -
                  Nie zdążę zatrzymać.
                  Nie uważam na ulicy,
                  Czasem szukam zwady,
                  Milionerem nie zostanę -
                  Bo nie mam posady.

                  Refren.

                  Pieśń bojowa nr 3.

                  Pieniądze !
                  Lecą papierki !
                  Więcej by się chciało,
                  Szkoda, że za mało !
                  Oczy ciągle patrzą,
                  Jak na Boga !

                  Boga ! (bis)

                  Alkohol !
                  Reglamentowany !
                  Wypić by się chciało !
                  Szkoda, że za mało !
                  Oczy ciągle patrzą,
                  Jak na Boga !

                  Boga ! (bis)

                  Stówa !
                  Dziś już bez wartości !
                  Więcej stów, za mało,
                  Więcej by się chciało !
                  Oczy ciągle patrzą
                  Jak na Boga !

                  Boga ! (bis)
                  • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:05
                    Vauban zananał:

                    > Na, na, na na, na, na na !

                    to mi przypomniało wczorajsze gg ze Szprotem:


                    SZPROTKA (5-08-2006 17:41)
                    czy ty też masz gładkie włosy bez spłukiwania?
                    ja (5-08-2006 17:41)
                    nie wiem, nigdy nieniespłukiwałem.
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:42)
                    bo mnie GG chyba usiłuje obrazić
                    ja (5-08-2006 17:43)
                    ja mam banner: 'zamawiaj na'.
                    ja (5-08-2006 17:43)
                    to b. dobra inwestycja
                    ja (5-08-2006 17:44)
                    zwłaszcza Moostankowi można opchnąć kilka ‘na’ jakby zapomniał tekstu piosenki
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:44)
                    morele może wezmę? byłby to niezły helpening. owocny znaczy
                    ja (5-08-2006 17:44)
                    może jednak dysponować kilkoma lalami jeszcze z poprzedniej dostawy. hmmmm....
                    ja (5-08-2006 17:45)
                    weź! najwyżej zjemy!
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:45)
                    dobra.
                    ja (5-08-2006 17:45)
                    tak czy inaczej będzie to happening polegający na nana la la la "Jedzeniu Bądź
                    Niejedzeniu Moreli".
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:46)
                    tak. to całkiem buddyjskie.
                    ja (5-08-2006 17:46)
                    morelatywnie rzecz ujmując - tak.
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:46)
                    Kotangens mi przyszedł miągwnąć
                    ja (5-08-2006 17:47)
                    cóż, zawsze możesz zrobić unhappening, jakby Ci się wdał w kość czy cość...
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:51)
                    rerere.
                    ja (5-08-2006 17:51)
                    realizacja recepty rekreacją.
                    ja (5-08-2006 17:53)
                    że co? że geny ogólnie predysponujące do autyzmu znajdują się na chromosomie 7,
                    ale istnieją też geny związane z ryzykiem tego zaburzenia wyłącznie u chłopców -
                    na chromosomie 11 oraz wyłącznie u dziewczynek - na chromosomie 4?
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:54)
                    7+4=11. to znak jakiś.
                    ja (5-08-2006 17:54)
                    dwie jedynki to dwie pałki jak dwie zapałki na osiem części dzielone!
                    ja (5-08-2006 17:55)
                    to dwa włosy w zupie to dwie muchy w barszczu! znalazłem! ulicę! na planie Wawy
                    Rodziny Hiszpańskich!
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:55)
                    dobrze, że mi przypomniałeś. fajki muszę kupić.
                    ja (5-08-2006 17:55)
                    proszę
                    ja (5-08-2006 17:56)
                    Rodziny Hiszpańskich Much.
                    ja (5-08-2006 17:56)
                    krawat zaś z Paryża.
                    ja (5-08-2006 17:56)
                    klient pod hiszpańską muchą jest bardziej.
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:57)
                    ja mam chlep.
                    ja (5-08-2006 17:57)
                    ale wielorazowy?
                    SZPROTKA (5-08-2006 17:58)
                    z ziarenkiem z piekarni.
                    ja (5-08-2006 17:58)
                    do takiego chleba najlepszy miód wielkokwiatowy ze słonecznika.
                    SZPROTKA (5-08-2006 18:06)
                    teraz będę śpiewać.
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    pamiętam ten dzień
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    jak dziś padał deszcz
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    a Ty stałaś tuż obok mnieeee!
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    tylko wciąż
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    nie wiem czy
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    to był szept
                    ja (5-08-2006 18:06)
                    czyżby deszcz
                    ja (5-08-2006 18:07)
                    powiedział wtedy
                    ja (5-08-2006 18:07)
                    jeeeść!
                    ja (5-08-2006 18:07)
                    [Niemen, zmienione]
                    ja (5-08-2006 18:26)
                    a re?
                    SZPROTKA (5-08-2006 18:26)
                    rere.
                    ja (5-08-2006 18:26)
                    recepcja reporterów reasumuje resoraki rewidując renty renomowanym redbullom
                    rewitalizujące resztki reflektorów regionalnych regałów rewidowanych rewiami
                    Redy i Rewy.
                    ja (5-08-2006 18:26)
                    no.
                    ja (5-08-2006 18:28)
                    to reasumując: smacznego!
                    ja (5-08-2006 18:31)
                    Łatawce Dmuuuchawce Krowiatr!
                    ja (5-08-2006 18:33)
                    odpaliłem sobie teledysk do piosenki 'dziwny jest ten świat'
                    ja (5-08-2006 18:33)
                    znaczy google earth sobie odpaliłem.
                  • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:08
                    A czasami szło lirycznie :
                    (na melodię Toma Waitsa: "Chelsea Girl")

                    Bywał czas, że prowadzili mnie,
                    Bóg wie za co, bóg wie, gdzie,
                    Strzelby nabite mieli dwie,
                    Chcieli mi z nich strzelić w łeb.

                    Kto nie wierzy, jego rzecz,
                    Może znów jestem twardy,
                    Ze strachu ja śpiewałem pieśń,
                    Ze strachu tekst też miałem gdzieś.

                    Za żebrami miałem dzwon,
                    Czułem go, i czuł mnie on.
                    Stulić pysk, i kolbą w brzuch,
                    Wściekli, bo nie znali słów. Śpiewałem:

                    Refren:
                    Sia na na nana, sianana naa nanana naaaa !

                    Kiedy zarepetowali broń,
                    Bardzo chciało mi się żyć.
                    Nie minęły chwile dwie,
                    Gdy ktoś z plutonu do mnie rzekł:
                    "Każdy swe zadania zna,
                    Miał po tobie zginąć ślad,
                    Ale nam rozkazów brak,
                    By pieśń twoją trafił szlag".

                    Refren.

                    Nie odszedłem kroków trzech,
                    Kiedy rozkaz dopadł mnie.

                    Refren.
                    • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:12
                      vauban napisał:

                      > Toma Waitsa

                      "każdy, kogo lubię, albo nie żyje, albo nie czuje sie zbyt dobrze" [ ;D ]
                      • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:19
                        Za wypowiedzi Mistrza nie odpowiadam - od czego jest Mistrzem, do cholery ?
                        • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:22
                          Łapię, że cUś za poważnie wychodzi - ale pogoda deszczowa taka...
                          Spaaać... Nie ! Najpierw Żryć !
                          • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:27
                            vauban napisał:

                            > Najpierw Żryć !

                            zawsze Najpierw! :>
                            • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:30
                              Sławek się chyba nie obrazi - ma fajnego jamniora, czasem spotykam go, gdy
                              jamnior wyprowadza go na spacer. A teraz, przerwa objadowa !
                              • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:39
                                vauban napisał:

                                > Sławek się chyba nie obrazi - ma fajnego jamniora, czasem spotykam go, gdy
                                > jamnior wyprowadza go na spacer.

                                nożesz kurcze, Ty to masz koneksje! być tak blisko Pierwszych Organek Dwóch z
                                Czterech Rzeczpospolitych, że aż Jamnik?!


                                > A teraz, przerwa objadowa !

                                to ja inwigikolacjuję: a co do żrycia? :>
                                • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 16:00
                                  Gołompki w mipodorowym sosie ze słoja i chlebuś drugiej świeżości ( Małżowinka w
                                  Olu u teściów zażera się, ale ma przywieźć). Ja tylko kotów pilnuję...
                                  Nie było wcale takie złe ;)
                                  • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 16:04
                                    czy Gołompki były takie jak z wiadomego filmiku? ;>
                                    • vauban Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 16:10
                                      No, niezupełnie... Nawet nie z wiadomej powieści dla dziewcząt o narkotyczno -
                                      kulinarnym tytule... Właściwie, gdybym ich nie doprawił ekstra, to byłyby nie do
                                      zjedzenia - sam ryż i trzeciorzędowa (wiekiem i cechami) kapusta ;)
                                      • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 16:20
                                        vauban napisał:

                                        > sam ryż i trzeciorzędowa (wiekiem i cechami) kapusta ;)

                                        O Mój Bożre... :<
                                        • vauban Re: Awruk 07.08.06, 01:19
                                          Od razu wiedziałem, że te gołe pompki jakieś nie teges ani smalec.
                                          Eueychhhh !!!
                                      • szprota [ot] 08.08.06, 20:23
                                        w rosole było opium, a nie gołąbki!
                        • huann Re: Dzień Chagalla - wiązanka pieśni bojowych cd. 06.08.06, 15:27
                          od cholery spraw jest! ;)))

                          no, może nie umie ładnie grać na organkach, ale akurat ja też nie umiem, więc w
                          tym też jest jak dla mnie. ponadto z Torunia pochodzi Sławomir Wierzcholski, cóż
                          za przeoczenie wczorajszej nocy!
    • lolik2 Dzień Chagalla był wczoraj 07.08.06, 08:16
      pan w tv powiedział, że chyba zobaczyłem przedmiot wielkości nakrętki!
    • huann Picasso 17.08.06, 20:26
      Picasso nie miał żadnego interesu w uchu Van Gogha,.
    • huann Dzień Hienny 17.08.07, 11:42
      vauban napisał:

      > Trzeba koniecznie śledzić bieżące wydarzenia społeczno - polityczne!

      dobrze.
      • vauban Re: Dzień Canettiego 21.09.07, 01:09
        - Moje wargi są spalone, a moja dusza pragnie wyłącznie odpoczynku - wyszeptał.
        - Grzeszysz... Grzeszysz ! - odpowiedziało echo bezbrzeżnego sklepienia.
        - Tak, grzeszę, jestem... jestem Peter Brandt.
        - Kłamiesz.
        - O, tak, kłamię... Codziennie. Kłamię mówiąc żyjącym, że wciąż żyję, a naprawdę
        nie ma powodów... By tylko tak, tak mówić, dla pozorów, to tylko z
        przyzwyczajenia. Szczególnie, ach, szczególnie po to, aby ONA się nie
        dowiedziała. Ona, tak. Tylko o to chodzi. Kiedy wstaję, połykam poranną kawę,
        myślę o Niej. O jej wargach, o cipce. Nie ma znaczenia, jeżeli...
        - Mówisz wciąż nieprawdę !
        - Ależ staram się, mam na imię Peter, nazwisko moje Brandt... Mówię prawdę, nie
        staram się oszukiwać, nie, nie... To nie o to chodzi. Mam bibliotekę, mam wiele
        książek... Starałem się je czytać i poznać prawdę, co ludzie mają do powiedzenia
        na ten temat. Ale zawiodłem się... Nie ma odpowiedzi, tam są tylko wyrazy,
        słowa... Pytania. Sam miałem ich zbyt dużo, naprawdę... Teraz nie wiem już nic,
        nic... Tylko tyle, że stanąłem na krawędzi czegoś, czego nie umiem nazwać, to
        coś jest ogromne i pożera mnie żywcem, jest jak otchłań, jak potworna paszcza
        morskiego stwora, który wchłania wszystko, co znajdzie się w pobliżu. A jeszcze,
        słowa uczyniły mnie, o, Wielki, małym. Nierozumiejącym. Jestem zapałką w Twoim
        ręku. Potrzyj mnie, zapal, daj mi moc, chociaż tą ostatnią moc, zniszczenia !
        - Grzeszysz... Ha ha ha !
        - Tak, grzeszę. Właśnie, chciałem o tym... Nie mogę inaczej, jestem człowiekiem,
        rozumiesz to ?
        - Rozumiem, ale to nie zmienia mojego wyroku.
        - Jakiego wyroku, czy ja jestem o coś oskarżony ? Tak, kłamię, kłamałem przez
        całe życie, ale nie to, to nie może być to, ja naprawdę... To znaczy... Nie o to
        chyba chodzi ? Są takie rzeczy - no, wiesz, ja nigdy, chociaż wiem, ale nigdy,
        przysięgam ! Nie, jestem - jestem zwyczajnym karaluchem, proszę mnie nie
        zgniatać, bardzo proszę... Ja wszystko wytłumaczę. Z karaluchem, to mnie się
        zmieniło samo z siebie, tak nagle, obudziłem się, i już... Ojciec był bardzo
        oburzony, ale Matka brała mnie w obronę, to dobra kobieta, tak przy okazji...
        Pozwolił, ale nigdy nie zaakceptował, trochę mam do niego o to żal, ale jako
        karaluch nie mogłem już tego mu powiedzieć, no przecież... Nie mogłem mówić, to
        taka strata, nie móc mówić, mieć oczy jak wiązka latarek, to okropne, ale
        przywykłem, w końcu... Są rzeczy straszniejsze, śmierć na przykład, mnóstwo
        ludzi - ludzi - umiera na przykład na zawał serca, a karaluch nie... Ja ciągle
        myślę o śmierci, że mnie tak ktoś nadepnie, ale to powinna być dobra śmierć, tak
        w moment, nie mam mnie - a człowiek, jak ja kiedyś miałem, to się męczy, bo
        duży, niełatwo się umiera, jak jest się dużym, ja wiem, ja tylko tak sobie
        mówię, ale będzie jak Ty chcesz, Panie...
        - Grzeszysz.
        - Spalę dom. I bibliotekę. Spalę siebie w tym domu, czy to jest to, chcesz tego
        ? Jestem gotowy to zrobić, jeszcze tylko przejdę tymi wszystkimi korytarzami
        moich snów jeszcze raz, jeszcze tylko raz i koniec. Ciemność, płomienie, ból,
        ale ból ostatni. Nie boli tak ogień, jak życie, to Ty wymyśliłeś, o, tak, to Ty,
        zdrajco, zdradziłeś mnie i resztę, teraz idą tu do mnie - niosą trumnę, krzyczą
        : "zabić trupa !" i rozumiem, że ich wola jest słuszna, trzeba dokończyć
        zaczęte, zatem, bywaj... Płonie biblioteka, płonę, płonę.
        - Grzeszysz. Idź w pokoju.
        • huann Noc na Desolation 21.09.07, 01:19
          Pssst pssst, powiada wiatr przynosząc wiatr i błyskawice bliżej - Tyk, powiada
          piorunochron otrzymawszy włókienko elektryczności z uderzenia, a Skagit Peak,
          ogromna energia, cichutko i bez przeszkód prześlizguje się przez moje ochronne
          pręty i kabelki i znika w ziemi pustkowia - Nie ma strzałek piorunowych tylko
          śmierć - Pssst, tyk, czuję w mym łóżku jak ziemia się rusza - Piętnaście mil na
          południe, zaraz na wschód od Ruby Mountam, gdzieś w pobliżu Panther Creek
          domyślam się grasującego dużego pożaru, wielka pomarańczowa łuna, o dziesiątej
          elektryczność, która ciągnie do ciepła wali tam znowu i rozpłomienia to
          katastrofalnie, odległa katastrofa, która powoduje że mówię Ałała! - Kogo tam
          pieką oczy od płaczu?

          Piorun nad górami
          żelazko
          miłości mej matki

          I w tym gęstym elektrycznym powietrzu czuję wspomnienie Lakeview Avenue,
          niedaleko Lupine Road gdzie się urodziłem, burza pewnej nocy latem 1922 ze
          żwirem na mokrym chodniku, szyny tramwajowe elektryczne i lśniące, z tyłu mokry
          lasek, mój apokaliptyczny paratomanotialny wózek dziecięcy na werandzie z
          błękitów, mokry, pod owocowym globem światła jak wszystkie znaki Tathagaty w
          poziomym błysku i gruchoczący grom z dna łona, zamek w nocy.
          Około północy patrzyłem tak uporczywie w mroczne okno, że dostałem halucynacji
          pożarów wszędzie i blisko, trzy prosto nad Lighting Creek, fosforyzujące mdłe
          piony pożarów - duchów, które przychodzą i odchodzą w mych rojących się
          zelektryfikowanych oczach - Burza powoli się ucisza przesuwając się gdzieś w
          pustkę a potem znów wali w moją górę, w końcu zasypiam - Gdy się budzę stukocze
          deszcz szary ze srebrnymi dziurami nadziei ku południowi - Tam na 117° 16' gdzie
          widziałem duży pożar widzę dziwną brązową plamę na ogólnie ośnieżonej skale,
          pokazującą gdzie ogień szalał i został zapluty przez całonocny deszcz - Wokół
          Lighling i Cinammon ani śladu po nocnych pożarach duchach - Mgła się czołga,
          deszcz pada, dzień jest gęsty i podniecający i w końcu w południe czuję surową
          biała zimę Północy zmiataną przez wiatr od Hozomeena, poczucie śniegu w
          powietrzu, stalowoszare i żelaznoniebieskie wszystkie skały - Jej, ona tu była!
          wrzeszczę myjąc naczynia po wyśmienitym naleśniku jaki zjadłem na śniadanie do
          czarnej kawy.

          [J. Kerouac]
          • vauban Re: Noc nad Norwidem 21.09.07, 22:40
            - Więc, mówi Pan, że Norwid jest piękny ?
            Westchnąłem, smakując woń skarpetek mojego rozmówcy. Gorgonzola ? Raczej nie,
            raczej Olomoucky tvarozek...
            - Tak. Nie jako mężczyzna, rozumie Pan... W zasadzie, daleki jestem od
            jakiegokolwiek sądu w tej kwestii. Jest to sprawa dla mnie, by tak rzec,
            obojętna... Natomiast, jeżeli chodzi o jego twórczość...
            - Nie ma Pan racji - przerwał mi z zapałem - to, co możemy powiedzieć o
            twórczości CZYJEJKOLWIEK, to tylko odbicie, eideolon, nie zaś właściwa
            twórczość... Wybaczy Pan, ale nie mogę się z Panem zgodzić. To tak, jakby
            oceniać działalność mątwy po jej płytce, zawieszonej w klatce kanarka. Tak nie
            można, to niewybaczalny błąd...
            - A jednak - zauważyłem, wypuszczając jednocześnie z ust kłąb wonnego dymu z
            delikatnego rosyjskiego papierosa - można mówić o takich aspektach twórczości
            danego poety, jak metrum, jak kształt widma wypowiadanej strofy, widocznej na
            oscylatorze, jak szczegółowa analiza mitotronicznej sfery jego grafologii...
            Jeśli zaniedba się te szczególne aspekty, pozostanie na zawsze zagadką myśl
            autora. A przyzna mi Pan zapewne rację, że w tym akurat wypadku, nie można tak
            oto postąpić. Czyż nie ?
            - Nie wiem - odparł bez wahania - wiem jednak, że w środku czuję jakieś
            przemożne pragnienie, aby tę różnicę, tę zasadniczą różnicę wypowiedzieć. To jak
            idea nieskończoności, jak gotyckie sklepienie ponad barokowym robactwem ołtarzy,
            to... Zresztą, sam Pan rozumie...
            - Tak. Rozumiem Pana.
            - A więc...
            - Zaiste.
            Zapadła głucha cisza, przerywana jedynie rytmicznymi jękami służących. Zmrok
            wlewał się przez ciężkie story do salonu, i miało się wrażenie, iż ta ciemność
            przytłacza wszystkich, jak lawa, gorąca i lepka, oblepiając sprzęty i rozmówców.
            Wszedł majordomus, jęknąwszy, postawił na stole ciężki świecznik.
            - Podano kolację - wychrypiał siwowłosy starzec.
            • vauban Jednak punk not dead/wyjaśnienia niebawem 27.09.07, 13:07
              nt
            • latajacy_rosomak Koc nad Kamilem 27.09.07, 15:39
              vauban napisał:

              > - Więc, mówi Pan, że Norwid jest piękny ?

              A najbardziej "Czarne kwiaty". Być może najlepsza próbka stylu w polskiej prozie
              od kiedykolwiek do zawsze.
              • vauban Re: Kac nad Abba, Ojcze ! 05.10.07, 03:56
                Czemu, kurwa, mam wciąż wrażenie, że jeszcze pozazdrościmy tym spryciarzom,
                którzy zawinęli się na cmentarz przed nami ? Ha ?
                pl.youtube.com/watch?v=Q_lxlfhOSww&mode=related&search=
                • vauban Poranne zorze. 05.10.07, 04:32
                  Gdy zadzwoni budzik, jak zwykle, wtulam głowę w poduszkę jeszcze nieco głębiej,
                  aby tylko uciec od tego jazgotu, od tego, że trzeba znów wstać i rozpocząć nowy
                  dzień. Dziś jak zazwyczaj, na dzień dobry coś miłego - matematyka. Kiedy
                  wreszcie ta kobieta - myślałem o nauczycielce matematyki z niechęcią - przyjmie
                  do wiadomości, że mnie nie da się nauczyć niczego i da mi nareszcie spokój ? Kto
                  do cholery każe jej wstawać o wpół do szóstej nad ranem i gnać do szkoły, by
                  uczyć takich kretynów jak ja ?
                  Myjąc zęby, spoglądałem posępnie w lustro. Nic ciekawego. Włosy zmierzwione -
                  cholera, trzeba jeszcze je umyć, a niech to, brak czasu - pryszcze, no, cóż.
                  Nie jest lekko mieć siedemnaście lat. Ten mogę ostatecznie wycisnąć, tamten też,
                  ale z całością to sobie powalczę. Jak dupa z batem, kurwa.
                  Buty, kurtka. Schody. To samo lastryko od kiedy pamiętam. Nogi, nogi. Mgła. Nic
                  nie widać, ale idę i tak na pamięć. Teraz przejście przez jezdnię, potem
                  asfalcik, i tak kurwa do zajebania. Ciekawe, co będzie. Zadania nie mam
                  zrobionego, odpisać nie było jak, L. chory, zresztą, można liczyć na to, że dziś
                  nie. Szron na krzewach, idzie jesień. I zima. I znowu wiosna, no niech to.
                  Klap, klap, moje buty człapią o asfalt ścieżki wzdłuż działek. Idzie się
                  piętnaście minut. Piętnaście minut zastanawiania się, piętnaście godzin życia.
                  Wrócę, będzie już zmrok. Srał to pies. Idę. Znowu zasnę z twarzą w talerzu. No
                  to co. To za ileś tam godzin, idź. O, widzę plecy koleżanki Beaty. Koleżanka
                  Beata jest tak brzydka, że żaden z kolegów nie zaproponuje jej rozmowy, nie
                  wspominając o propozycji, by wzięła do buzi. To po prostu niemożliwe. Jest
                  wzorową uczennicą, zawsze wychodzi wcześniej niż ja i przemierza tą samą
                  przestrzeń o kilka chwil wcześniej niż ja, klap, klap, jej brzydkie chude nogi
                  przemierzają przestrzeń od - do, jak moje. Nosi fajne dżinsy, ciekawe, skąd je
                  ma. To wszystko. Pryszcze.
                  Idę, robię zakręt. Do cholery, kiedy to się wreszcie skończy, myślę.
                  Matura, zabawne. Wczoraj piliśmy piwo na przerwie, jak to jest, że nie mam kaca.
                  Może to dla starszych, dobrze im tak. Wczoraj też mówiłem na historii. J.
                  patrzyła. Jej spojrzenie jest jak oblanie wrzątkiem. Chciałbym być z J. Nie ma
                  tak miło i nigdy nie będzie, dobrze o tym wiesz, durniu.
                  O, już znajomy mur i schody. Teraz w lewo. Żółta zatęchła żarówka, jak zwykle.
                  - Cześć, cześć, wymieniam gesty powitalne, cześć, cześć, nie widzieliśmy się od
                  wczoraj. Co dziś może być, ciężkie westchnienia, ale wczoraj jednak balanga
                  była, żałuj. No, żałuję, a co ? Z pięć piw na łeb, a Z... rozebrała się
                  niechcący. No, to raczej nie mam specjalnie czego żałować, stwierdzam cynicznie,
                  bo już przede mną otwierają się drzwi sali numer dwa i oto wchodzimy na lekcję
                  matematyki. Brzęczą świetlówki.
                  • vauban Brzęczyk. 05.10.07, 06:27
                    O, można byłoby ostatecznie przetrwać te trzy kwadranse, i jeszcze trzy, gdyby
                    nie świetlówka, sęk ją jechał. Mruga trupim światłem, brzęczy, daje do
                    zrozumienia "ja teraz, a ty - zaczekaj", wredna. Nie ma chyba nic ohydniejszego,
                    niż zimowo - jesienny poranek w świetle rury. Ściany wprost lepią się od tego
                    pseudo - światła, ociekają wilgocią skroplonego potu pokoleń męczenników,
                    uczestników, skąpanych w gazowym świetle, w neonowym, uchacha.
                    Spoglądam tępo na tablicę, zielona. Kredą nakreślone - znaki - klecą sensy nie z
                    tego świata. Przede mną zeszyt, długopis, nieskończona czczość. Nie wiem, o czym
                    myślę, sam nie wiem. Kratkowany, laminowany blat pulpitu, pewnie pamięta lata
                    pięćdziesiąte. Cieniutkie rysy tworzą na nim delikatny wzór, tatuaż z wtartego
                    tuszu.
                    Zegarek, jeszcze dwadzieścia minut. Potem będzie ulga, potem będzie lekcja
                    biologii, to przynajmniej rozumiem, jakoś przetrwam. Wprawdzie nie wiem co tam w
                    temacie pierścienic, ale za to naprzeciwko mnie będzie siedziała J. Będę patrzyć
                    na to, jak odrzuca włosy do tyłu, jak błyszczą jaj oczy o niesamowicie wielkich
                    źrenicach, jej sweter będzie obejmował - na moich oczach ! - jej ciało, och.
                    Wytrzymamy, wytrzymamy wszystko. Wytrzymamy jeszcze parę lat, parę mniemanych
                    zgonków, kilka połamań sercowych, to zupełnie nic takiego. Wytrzymamy stres
                    matury, wytrzymamy nawet stres studiów wyższych, to doprawdy nic takiego.
                    Wytrzymamy stres wieku średniego, w końcu, kurwa, o to się Polska biła, o to się
                    biłeś, na oślep przedzierając się przez dni co podobne do siebie jak dwie krople
                    wódy, ale jeszcze o tym nie wiesz, jesteś na lekcji matematyki w drugiej klasie
                    liceum, masz przed sobą dużo czasu. Wbij więc teraz wzrok w kratki na pulpicie,
                    która pamięta nawet poetów, pomyśl, że to wszystko minie, minie. Już tylko kilka
                    minut, na marginesie zaznaczyłeś dziesięć kresek - teraz skreślasz co minutę
                    jedną i marzysz o innych cierpieniach. Narysuj sobie szlaczek z trupich czaszek.
                    To było, nie. Może więc swastyki. Albo pacyfki, bum tarara. Zadanie na jutro.
                    Udało się. Przetrwałeś, szczęściarzu, jeszcze kolejny dzień.
                    Gdybyś tak wiedział, ile jeszcze musisz przetrwać, nie cieszyłbyś się tak, mówi
                    daimonion. Ale, jak na razie wychodzę z sali numer dwa, oddycham tak pełną
                    piersią że papieros w ubikacji jest aż zbyt oczywisty, teraz idę, zamaszystym
                    krokiem, szczęśliwy.
                    • vauban Granaty ćwiczebne. 05.10.07, 07:08
                      Lekcja Przysposobienia Obronnego jest jedną z przyjemniejszych. Pół biedy
                      zwyczajowe, podręcznikowe utyskiwanie na wrogie knowania NATO, chodzi o coś
                      zupełnie innego, o męskie marzenie silniejsze od seksu, o BROŃ.
                      Dostaję do ręki karabin. Jest piękny: lufa jest wyczyszczona, słoje na kolbie są
                      jak obraz impresjonisty. Do magazynka wskakują naboje: złote kluseczki. Nie, nie
                      muszę powtarzać jeszcze raz wszystkich reguł strzelnicy, znam je na pamięć.
                      Teraz ważna jest tylko tarcza.
                      Mierzę do niej spokojnie, naciskam spust na wydechu, tak jak uczą. Strzał
                      zaskakuje mnie, to również prawidłowe. Naciskam spust jeszcze i raz jeszcze.
                      Koniec, wszystko. Tarcza płynie do mnie, na sznurku.
                      Piękny wynik. Wszystkie pociski w celu.
                      Nachodzi mnie myśl, aby powiedzieć o tym J. Pochwalić się, zobacz: tak strzelam.
                      J. jest roztargniona, rozmawia z koleżanką, nie patrzy w moją stronę. Strzelała
                      przede mną, nie wydaje się zainteresowana wynikiem. Odchodzę na bok, nie patrzę.
                      Słyszę tylko śmiech, komendy szefa strzelań, krótkie trzaski wystrzałów. Długi
                      bunkier podziemnej strzelnicy, szary jak szczur.
                      Ale dziś mamy coś ekstra, dziś będzie wypas, bo dziś będziemy rzucać ćwiczebnymi
                      granatami. Niebo nad stadionem - rzutnią jest tak samo szare jak szczurzy beton
                      strzelnicy.
                      Ćwiczebny granat jest ciężki, i wygląda groźnie. W środku jest drewno i piasek,
                      wiemy. Chodzi o to, kto rzuci dalej.
                      Robię zamach ramieniem, i patrzę, jak skorupa odlatuje w szarą dal. Wymagane
                      jest zarycie się nosem w żużel, więc ryję w nim, jakbym rzucał prawdziwym,
                      śmiercionośnym ładunkiem. Zaczyna padać deszcz.
                      Ale oto na rzutni pojawia się E., z granatem w ręku wygląda groteskowo. Robi
                      zamach i rzuca granatem przed siebie. Wspaniały biust nieomal wyskakuje jej zza
                      skąpej bluzeczki, a ona sama z uśmiechem kwituje rzut: "słaby". Każdy to wie,
                      ale nikt oprócz nauczycielki nie ocenia tego rzutu, liczy się ten błysk
                      obnażonych piersi i białych zębów w uśmiechu. Wynik jest rzeczywiście nie
                      najlepszy, ale w granicach tolerancji, więc ogólnie jest dobrze. Zbieramy
                      przybory, teraz czas na powrót i na geografię.
                      • vauban Geografia, Kapitanie. 05.10.07, 15:21
                        Nauczycielka geografii przypomina żywy szkielet, jest tak wychudła i zasuszona,
                        że ma się wrażenie, że jej kości klekocą podczas ruchu. Jednak szkielety na ogół
                        nie mają nosów, a nauczycielka jest posiadaczką nosa: to prawdziwe nosisko,
                        szpikulec wysunięty w przód, dziób okrętu. Brakuje tylko rzeźbionej syreny pod
                        spodem. Można sobie wyobrazić szum fal.
                        Nos zatacza kręgi wokół katedry, coraz wolniej, zgodnie z rytmem spadających
                        płatków pierwszego, wczesnego śniegu. Nos jest odrobinę zaokrąglony na czubku i
                        kieruje się ze szczególną niechęcią w stronę dziewcząt. Dla nosa dojrzewające
                        dziewczęta wydają z siebie nieznośną woń młodości i jako takie są znienawidzone.
                        Nauczycielka geografii jest starą panną. Kolega tańczy przed mapą. Nauczycielka
                        zwraca się do niego per "Kapitanie". "Żeglując, jaką widzisz przed sobą
                        cieśninę, Kapitanie ?". Kapitan przybiera postawę wilka morskiego i bryluje.
                        Siedzę jak w bańce ogłuchłego powietrza, gdzieś głęboko na dnie wszechoceanu.
                        Szmery przepływających ryb - szelesty map, syk powietrza w zaworze - to cichutko
                        szeleszczą kartki książki czytanej pod ławką. Jestem bezpieczny, broni mnie moja
                        płeć i położenie, zajmowana przeze mnie ławka jest tak bardzo z przodu, że
                        właściwie aż z tyłu - za plecami nauczycielki. Właśnie rzuciła cierpką uwagę na
                        temat Domu Spokojnej Starości, do którego niechybnie zaprowadzi ją los. Ma
                        zapewne rację, rację.
                        Ale nie myślę teraz o tym, myślę o J., bo to nieprawda, że moja ławka jest
                        pierwsza w szeregu po prawej. Jest jeszcze jedna przede mną i widzę przed sobą
                        plecy J., włosy J., i czuję od niej zniecierpliwienie, chęć ucieczki z
                        zagrożonego terenu. Jak zwierzę schwytane w pułapkę, J. chce się uwolnić, uciec,
                        zmienić miejsce. Ja przyglądam się temu ze spokojem wynikającym z poczucia
                        bezsilności. Mnie nic nie zagraża. Ostrożnie przekładam stronę książki,
                        jednocześnie skreślając kolejną kreskę na marginesie: dziewiętnaście minut.
                        Dzień trwa, lecz robi się coraz ciemniej.
                        • vauban Hades. 05.10.07, 16:05
                          Dzwon wolności zabrzmiał, dzwon wyczekiwany, błogosławiony Dzwon ! Moje stopy
                          furkocą na schodach, już, już. Oto podziemny świat, miejsce odpoczynku.
                          Łuki sklepienia w korytarzu: raz, dwa, trzy, cztery, maszerują oficery, a za
                          nimi czarne wołgi, za wołgami jakieś czołgi, szlus.
                          S. spogląda niespokojnie za moje plecy, ale odpręża się, nie, nie ma kontroli,
                          można palić. Wygrzebuję z kieszeni paczkę papierosów, to "Stołeczne", kolega
                          przywozi je z Warszawy, nigdzie indziej nie można ich dostać, a są dobre. Na
                          bibułce jest litera S, dorysowujemy kotwiczkę i paląc papierosa w szkolnej
                          ubikacji mamy poczucie walki o demokrację, "Solidarność" i takie tam. No,
                          sprzeciw wobec systemu. Zaciągam się aż do pępka, czuję, jak opada ze mnie
                          napięcie. Patrzę na grzejnik pod sufitem, i fascynuje mnie jego struktura:
                          połączenie żeber z okrągłą rurą. Cuchnie moczem i dymem.
                          - A wiesz, K. się przewrócił i złamał nogę - próbuje zainteresować mnie kolega.
                          Kiwam głową: tak, słyszałem. No, niektórzy to mają. Wydech. Wdech. Wydech,
                          smród. Szmer wody.
                          - Myślisz może, że jest strasznie ? Nie, jeszcze nie jest tak strasznie. Dopiero
                          może być - w oczach Z. pojawia się dziwny, pusty błysk. - Strasznie jest wtedy,
                          gdy budzisz się rano, i przy łóżku nie ma prochów. Wtedy, tak, wtedy właśnie
                          jest strasznie - wypuszcza dym jak Indianin z fajki pokoju, uspokojony. Myślami
                          jest gdzieś indziej, przy jakichś innych, odległych koszmarach. Dzwonek. Pet w
                          koryto, schody. Jeszcze nie koniec.
                          • vauban Pasaż, kroki. 06.10.07, 02:30
                            Świat jest fioletowy, cały zmierzch ma kolor fioletowy, tu i ówdzie rozdarty
                            sodowym światłem latarni. Ogarnia mnie ten fiolet, prowadzi, napełnia płuca.
                            Wyraźnie widzę piasek wciśnięty między płyty chodnika, szron w szczelinach,
                            suchy stukot. Tap, tap.
                            Idę tą samą drogą co zawsze, ale przyspieszam kroku, mam dziś jeszcze sporo do
                            zrobienia. Jedzenie, najpierw. Od rana nie jadłem.
                            Schody, lastryko, korytarz. Wieżowiec ma dziesięć pięter, osiemdziesiąt osiem
                            mieszkań, a mimo tego jest mały jak pudełko zapałek. Zupełko Padałek. Dziwne,
                            ale nie znam sąsiadów, a mieszkam tu praktycznie od urodzenia. No, nic.
                            Makaron z sosem, no, a czego się spodziewałeś. Zimny, nieważne, teraz mamy inne
                            sprawy do załatwienia. Chwyć za bas, już czas, już czas.
                            Wracam. Znów fiolet, ale teraz zrobił się bardziej sodowy. Na ziemi śnieg, ręka
                            marznie, powinienem był wziąść rękawiczki, to w końcu już listopad. Przekładam
                            gitarę w pokrowcu do lewej ręki, prawa dłoń do kieszeni, niech się ogrzeje.
                            Głupia dziwka.
                            Aula szkoły: R. już wywlókł z piwnicy głośniki, odłożył czerwoną gitarę na bok,
                            mamrocze coś o wzmacniaczu. Tak, mam zapasowy bezpiecznik w kieszeni, zaraz
                            wymienię. Stratoaster. Przyszedł M., rozstawia perkusję, stuka sobie w jakimś
                            feerycznym rytmie, nie słyszy.
                            Wtyczka wskakuje do gniazda, sprawdzam położenie potencjometru: OK. Nie ma
                            sprzężenia, reguluję ton przy mocno szarpniętej strunie G. Dźwięk jest głęboki,
                            mocny, lampowe wzmacniacze to jednak to.
                            Trochę trzeszczy, poprawiam wtyczkę, już lepiej. Gotowe.
                            Przez następne trzy godziny, nie ma świata. Jest radość, radość.
                            • vauban Reminiscencje, apologia. 06.10.07, 02:53
                              Sam właściwie nie wiem, dlaczego w ogóle zacząłem opisywać szczegółowo i
                              kompletnie bez surrealistycznej fantazji własne przeżycia sprzed dwudziestu lat.
                              Widocznie, w jakiś tam sposób, potrzebuję tego. Psychoterapia.
                              Może to wynik zmęczenia, naporu ciemności, znużenia powszedniego, potrzeba
                              spojrzenia wstecz, że czasem bywało jeszcze gorzej niż dziś, czy ja wiem.
                              Mam nadzieję, że nie dręczę tym nikogo, zresztą, można po prostu tego nie czytać.
                              • vauban Pocałunki. 06.10.07, 04:36
                                A więc (wiem, że nie zaczyna się zdania od "a więc"), jestem tutaj, nad ziemią,
                                okno jest otwarte a niżej jest beton, piętro dziewiąte. Kto lubi, ten ma.
                                Za oknem jest noc, ciemność i drzewa. Spoglądam na nie jak na coś zupełnie
                                nierealnego. Są za nisko, dochodzę do wniosku, i zwracam wzrok w inną stronę. To
                                wszystko się nie zgadza.
                                J. przytula się do mnie, czuję słodycz jej ust. Jej język dotyka mojego języka,
                                mówi do mnie szeptem "będziesz tego kiedyś żałował". Ma oczywiście rację, ale
                                odpowiadam jej między pocałunkami "teraz to nieważne. Teraz jest teraz". Mylę
                                się, ale na póki co przeżywam chwilę. "Chciałabym z tobą się kochać", mówi J., i
                                wiem, że mówi prawdę. Nie ma niestety możliwości, odpowiadam, i wypowiedzenie
                                tych słów boli mnie jak wyrywany ząb. Dookoła nas zapada noc, gęsta, jak kisiel.
                                Można skoczyć, myślę, to kilkanaście metrów w dół, pewna śmierć. Ale mocniejszy
                                jest strach, lęk, i słodkie usta J., język i szept, nie, nie ma mowy, abym skoczył.
                                • vauban Pętla. 06.10.07, 05:12
                                  Kiedy zawiodły już wszelkie sposoby, kiedy pozostał ostatni projekt, ukłoniła
                                  się pętla.
                                  Wiązać pętlę nauczył mnie S., po prostu przy okazji. Młodzi chłopcy mają
                                  rozmaite pomysły, mniej lub bardziej perwersyjne. Pomysłem S. była pętla.
                                  - Pamiętaj, węzeł musi być przy lewym uchu. Musi być też pewien luz na sznurze,
                                  inaczej nic. W przeciwnym wypadku nie złamie się kręgosłup, i człek wisząc męczy
                                  się bez sensu, dusząc się i dręcząc, a nie o to wszak chodzi. Nasmaruj sznur
                                  mydłem, lub innym smarowidłem, tak będzie dobrze. Musi być poślizg.
                                  Kolega zmarł na AIDS, porady okazały się być bez sensu. Wciąż patrząc na wschody
                                  i zachody słońca, zastanawiam się: czy warto było ?
                                  • vauban Deszcz, śnieg, ołów. 06.10.07, 15:00
                                    Odgłos kapiącej wody jest rytmiczny, od czasu do czasu wpada weń synkopa
                                    zaśpiewana w rynnie, zakłóca taniec kropel lecz w gruncie rzeczy jest z nim
                                    związana, nie przeszkadza. Żarówka oświetla małą przestrzeń.
                                    W małej przestrzeni siedzę ja: zagubiony. Nie ma jeszcze komputerów, bowiem na
                                    terenie całego kraju, a nawet poza jego granicami, panuje niepodzielnie rok
                                    1988. Nawet w telewizorze w najlepszym przypadku zobaczyłbym obrazy kontrolne,
                                    jest noc. Piszę list.
                                    List właściwie jest do nikogo, piszę go po prostu po to, żeby pisać, żeby
                                    wypełnić miejsca pomiędzy kroplami deszczu. Stawiam uważnie literę za literą,
                                    smakuję ich okrągłość, ich lepki kształt. Napawam się władzą zaklinania.
                                    Zapisywania.
                                    Wczoraj szedłem pospiesznie, miałem powody. Kobieta z rozwianymi, siwymi włosami
                                    uczepiła się mojego ramienia, mówiła nieskładnie. Panie młody, on się zamknął z
                                    siekierą w domu, niech mi pan pomoże. Gdzie tu jakaś milicja, on zabije mnie
                                    albo siebie, powiedział skurwysyn że to koniec, a ja mam tylko rentę, no niech
                                    oni wreszcie coś z nim zrobią. Deszcz pada, śnieg pada, a ja zastanawiam się
                                    przez chwilę, czy warto oberwać siekierą, nie warto. Milicjant stoi tam, proszę
                                    pani, i wskazałem nieruchomy klocek w mundurze, istotnie widzialny pod wiatą
                                    przystanku, ale on mnie nie zrozumie, to musi być człowiek, a nie mundur, czy
                                    pan mnie rozumie ?
                                    Nie, nie rozumiem, proszę mnie puścić, odpowiadam, i delikatnie wyrywam się z
                                    uchwytu, deszcz teraz skośnie faluje na moich okularach, chce mi się wymiotować.
                                    Uciekam, dalej.
                                    Rozmoknięte płatki śniegu pokrywają asfalt, więc brudnobiały duży fiat ma
                                    kłopoty z zatrzymaniem się, uderza mnie o jakieś dziesięć centymetrów nad prawym
                                    kolanem. Cios nie jest bolesny, ale sprawia, że podrywam się do lotu, przez
                                    ułamek sekundy wiruję w powietrzu i spadam na ziemię, obok mnie przemyka
                                    ciężarowy Star, ja leżę spokojnie, jakbym nie był z tego świata. Widzę nad sobą
                                    ołowianą pokrywę nieba.
                                    Facet w okularach, siwiejący, mógłby być mną za lat trzydzieści, wysiada z
                                    fiata, i podaje mi ogień. Trzęsą nam się obydwu ręce tak, że zapalenie dwóch
                                    papierosów zajmuje właściwie cały tydzień. Pyta raz po raz, czy nic mi nie jest,
                                    oklepuję się dłońmi po całym ciele, i ku własnemu zdziwieniu stwierdzam, że nie,
                                    jestem ciągle w jednym kawałku, a pan ? Szczęście, że dopiero wyjechałem zza
                                    zakrętu, drugi bieg, aha. Serio, nic mi nie jest, jestem nawet zdziwiony. Gdyby
                                    coś, to ja owszem. Nie, nie sądzę, aby to było potrzebne. Widział pan to niebo ?
                                    Jest jak z ołowiu, nieprawdaż ?
                                    Potrząsa głową, nie wierzy. Odjeżdża.
                                    Tego samego wieczoru, S. czyta wiersze P. w Miejskim Domu Kultury. Deszcz.
                                    • vauban Irysy. 06.10.07, 21:38
                                      To naprawdę jest przeklęta noc, ani słowa ! Ciemno, choćby w mordę. Żaby drą
                                      pyski - nie za późno, płaziki ? Już właściwie czerwiec !
                                      Idziemy sobie grzecznie, ścieżka jest wysypana żużlem, przyjemnie chrzęści pod
                                      nogami. Troszeczkę się zataczamy na boki. Dziś jest początek reszty naszego
                                      życia, zażartował ktoś, kto najwyraźniej naoglądał się zbyt wielu filmów
                                      wojennych. Zdaliśmy maturę, do diabła z nią, nareszcie jesteśmy wolni. Nie ma
                                      siły dziś nikt, nikogo nie podniesie nawet najpiękniejsza flaszka z wódką, nie
                                      ma na to żadnych szans. Tępa obojętność uderza w mózg, już się zakończył szalony
                                      wyścig, i o co tak naprawdę było się bić ? Niebawem zacznie się wyścig jeszcze
                                      bardziej szaleńczy. To wszystko okazało się być zresztą dużo prostsze, niż się
                                      początkowo wydawało.
                                      Ale wciąż jeszcze trwa czerwcowy, a może jeszcze majowy wieczór, pachnie bez że
                                      aż ach, ach, a przy moim boku idzie J. "Więc to koniec ? - tak, wygląda na to.
                                      Popatrz, te kwiaty są takie piękne".
                                      Więc ścinam scyzorykiem mokre irysy tuż przy ziemi i formuję z nich coś na
                                      kształt bukietu. Działkowicz z pewnością będzie niezadowolony, to jego problem,
                                      ech. Z naręczem kwiatów dochodzimy do betonowej pustyni, niesłusznie
                                      zamieszkiwanej przez ludzi nie mających wyboru.
                                      "Do widzenia ?" "Ależ tak, do widzenia". Zostaje perspektywa sodowych lamp,
                                      taksówka, prędko.
                                      • vauban Poezja. 11.10.07, 03:38
                                        Miał być wiersz, ale jest tylko napad kataru zamiast. Zupełnie zapomniałem, co
                                        właściwie chciałem napisać.
                                        Owszem, rozumiem, że ciało i ewolucja warunkują kulturę, ale, żeby aż tak
                                        dosłownie, no, to deklaruję bunt oraz sprzeciw. Precz z katarem.
                                        • huann Re: Poezja. 06.10.08, 23:05
                                          katar oczyszcza. i zat oki.


                                          szkoda wątka.
                                          • vauban Re: Poezja. 07.10.08, 00:05
                                            O. Właściwie zapomniałem o tym wątku :(
                                            • vauban Kiedy byliśmy młodzi, miła ma 07.10.08, 00:27
                                              Szajsowaty deszcz, co w ołów nieboskłon oblókł, zmierzał niewątpliwie do
                                              efektownego finału.
                                              Tym finałem z mego punktu widzenia okazał się być potop, wszechsurfingowa fala,
                                              która podniosła się spod opon Syreny, mijającej nas w obłędnym pędzie, coś ze 40
                                              km/h.
                                              - Ja Ci mówię: pierwsze lata kapitalizmu, to będzie koszmar. Wszystko trzeba
                                              będzie zaczynać od nowa. I, co najgorsze, nikt naprawdę dziś nie wie, jak to
                                              zrobić, ja też nie - perorowałem do L., otrząsając z ortalionu błoto - wiem
                                              tylko tyle, że będzie ciężko, ale musimy to przetrwać, innego wyjścia nie ma.
                                              L. spojrzał na mnie, ale w jego wzroku nie było ani potwierdzenia, ani
                                              zaprzeczenia. Chyba interesowało go tylko to, czy uda mi się strzepnąć
                                              skutecznie błoto z ortalionu, co też w końcu uczyniłem. Pozostały jednak szare
                                              smugi. - Teraz wygląda to na barwy ochronne - powiedział L. z jakimś smutkiem w
                                              głosie - nie dożyjemy tego, ja nie mam żadnej nadziei na to. Będzie trzeba
                                              wyjechać do Niemiec, jak myślisz ?
                                              - Mógłbym, pewnie. Wszyscy możemy, my wszyscy, których przodkowie mieszkali tu
                                              przed wojną - odpowiedziałem, jednocześnie próbując zeskrobać paznokciami błoto
                                              z rękawa - Dziadkowie z obu stron mieli VL II. Mógłbym się podać, tylko... Po
                                              dwóch latach nauki, to sam wiesz, jaki mamy poziom niemieckiego. I, jakoś się
                                              tak nie czuję... No, na siłach. Wytrzymałbyś tam ?
                                              - Nie wiem - odpowiedział po namyśle L, wyminął kałużę i wzruszył ramionami - ja
                                              nie mam przodków, i oni mnie by nie dali obywatelstwa. Więc nie mój problem. Ja
                                              jestem Słowianin. Ale, gdybym mógł, to bym chyba spróbował. Pomyśl, oni mają
                                              piwo od rana, nie od dziesiątej. .
                                              Nie wiedziałem jeszcze, ale rok później zrozumiałem, co L. miał na myśli.
    • vauban Francuski staniczek 07.10.08, 00:57
      Poszli po wódkę: Z., A. i koleżka Wieloryb.
      Z. był niezbędny, bo tylko on wiedział, jak należy pukać do drzwi, aby
      konsjerżka (he he) sprzedała bez marży. Albo z minimalną, kto wie. W każdym
      razie, bez Z. ani rusz. A tu spragnione pyski.
      - Czy wydaje ci się, że W. ma rację, co do tego, co ostatnio mówił o szkole
      Frankfurckiej ? Ja myślę, że on trochę w piętkę goni, ciągle ten Weber i Levi -
      Strauss...
      - Ale chyba coś ci się myli, to nie Frankfurt, to jest...
      - Te badania terenowe w B., to było coś ! Przywieźliśmy stamtąd znakomitą
      odmianę grypy, Grypę B, by tak powiedzieć...
      - Kurde, walnąłem pawia. To po tym twarogu. Chcesz zobaczyć, jak wygląda paw z
      twarogu ? Jest okazja.
      Robi się zamęt, na szczęście wracają Z. i A. Są nieco nietrzeźwi, a zamiast
      litra przynieśli ledwie pół. A. tłumaczy się:
      - Bo jest tak zimno, i pada, zatrzymaliśmy się w parku i ani się spostrzegłam, a
      już nie było tej połówki. Następnym razem nie idę, za daleko !
      Faktycznie, jest daleko, wychodzi na to, że prawie godzinę w jedną stronę. Nic
      nie mówię, opieram się o ramię A., która nagle eksploduje entuzjazmem jak bomba:
      - Czy chcesz zobaczyć mój nowy, francuski staniczek* ? Popatrz, jest super !
      Rozpina bluzkę, i mogę przekonać się naocznie o tym, że faktycznie, jest super.
      A. mruczy mi do ucha:
      - Był naprawdę niedrogi. Prawdziwy, francuski...
      Jest chyba ładny, ale brak mi ekspertyzy. W dotyku wraz z zawartością może i nic
      specjalnego, ale.. Rezygnuję z obejrzenia podszewki. I żałuję tego, cholera, do
      dziś. Trzeba jednak było.

      *no offence jeśli chodzi o biuściaste. Poważka. To zbieg okoliczności.
      • szprota Re: Francuski staniczek 07.10.08, 21:59
        Cytat vauban napisał: no offence jeśli chodzi o biuściaste. Poważka. To zbieg
        okoliczności.

        Spoko, francuzy i tak są takie sobie. Takie, kurwa, pompatyczne brytyjczyki to
        zupełnie co innego.
        • szprota Ostatni papieros 07.10.08, 22:09
          W paczce ostatni papieros. Kalkulował: zostawić na rano, czy zapewnić sobie
          spokojny sen? A co, jeśli w środku nocy znów zbudzi go drżączka, gadająca mu w
          głowie bełkotem tysiąca głosów i aby ją wyciszyć stamtąd, będzie musiał, po
          prostu musiał, zapalić? A z drugiej strony: będzie patrzył szeroko otwartymi
          oczami w ciemność. On wiedział, że tam jest szafa o lśniącej politurze, ale w
          dawnych, dziecinnych lękach po pierwszych lekturach Mastertona błyski w
          politurze zawsze układały się w surowo patrzącą twarz. W twarz. W twarz daje ta
          dręcząca myśl, że on tam jest, jeden, bielutki, z żółtą końcówką, pełen dymiącej
          ambrozji, która wszak tylko czeka, by spłynąć do gardła. Za oknem drzewa drapią
          jak Cathy, ta podła mameja, co nie chciała przybłędy Cygana, bo poleciała na
          kiecki i nowy wózek. Albo ta dziewczynka: pojechała do leśniczówki, o której jej
          opowiedziano, że kiedyś tam kogoś zjadły wilki. Z metalową skrzynką.
          Przypomniała to sobie w nocy i zaczęła krzyczeć na całe gardło.
          Gardło. Gardło staje się kołkiem. Suchym i sztywnym. A jednak ciągle zbierała
          się ślina, której nie mógł przełknąć.
          Sięgnął po włącznik lampki i mrużąc oczy zasilił usta.
          Miał wszak aż cztery pokoje.
          • vauban Dobrze jest/nt 08.10.08, 00:16

            • vauban A kiedy już zapłonę aniołem niewygodnie 21.12.08, 00:42
              jak fenomeny które targa boski wiatr/ to poproszę o bilet nad jezioro Wielkie
              Bobięcińskie/I w jedną stronę może być/Tam usiądę sobie i będę patrzyć/Na wodę/I
              dookoła, na kolanach może będzie martwy kot/Nie wiem jeszcze, który/Kiedy mgła
              rozlegnie się dzwonem, wtedy konduktorowi powiem dobrze a teraz donikąd/Ulgowy
              poproszę.
              • vauban Stare i przeklejone 21.12.08, 01:23
                z FFT.
                "Rubinkowo ma w sobie jakieś ciemne moce, które sprawiają, że ludzie przemykają
                ulicami i chronią się w szufladach mieszkań, w kręgu światła żarówki, za
                starannie zamkniętymi drzwiami.
                Nie było wcale takie wykluczone, że mógłbym swego czasu tam zamieszkać. Ślepy
                traf zadecydował, że jednak nie. Z czasem dopiero, zacząłem dopomagać owemu
                trafowi...
                Pierwsze wspomnienie, to spacer z ojcem, miałem może cztery czy pięć lat. Zza
                zrujnowanych schronów przy Wschodniej, zza wzgórków ziemi porośniętej chwastami,
                między koleinami gąsienic spychaczy, szczerzyły się jak połamane zęby pierwsze
                bloki. Białe ściany, jeszcze nie ochlapane nieustanną ulewą kwaśnych deszczy,
                stały w pustym krajobrazie, jak memento tego, co ma nastąpić. Trawy chwiały się
                w popołudniowym słońcu.
                Na pograniczu miasta i świadomości, narastało alternatywne miasto. Ludzie,
                którzy przenosili się tam, znikali jak cienie. Rubinkowo nie kontaktowało się z
                Toruniem, stawało się zamkniętą - choć otwartą na oścież - enklawą, jego
                mieszkańcy pojawiali się na starych ulicach jako pracownicy, uczniowie lub
                przechodnie, nie jako tubylcy.
                Ja bywałem tam rzadko. Nie czułem się dobrze wśród betonowych zagród dla wiatru,
                kierujących go prosto w twarz, niezależnie, od kierunku w którym się idzie.
                Trawa między ulicami wytyczonymi przez pijanego węża rosła powoli, zasolona po
                zimach.
                Dopiero w liceum, kiedy nie dawałem sobie rady z matematyką, zacząłem bywać tam
                regularniej. Korepetytor mieszkał na samym krańcu, tuż obok "Czeczenii", która
                jeszcze nie nosiła tej nazwy. Czasami, odrywając wzrok od zeszytu, spoglądałem
                stamtąd przez okno, na szary beton, asfalt, ściany. Byłem wtedy przekonany, że
                świat będzie zawsze tak wyglądać. Czuło się nadciągającą zagładę.
                Dziewczyna, w której się zakochałem... Mieszkała na dziewiątym piętrze
                odrażającej masy betonu. Dzięki niej zauważyłem, że na Rubinkowie też niekiedy
                świeci słońce, a spacer na Skarpę może być jednak przyjemnością. Jak
                wspomniałem, Rubinkowo jest oddzielnym miejscem, i nie wie nic o tym, co tam się
                dzieje, kto na stałe tam nie mieszka...
                Mijały lata, zmieniłem miasto. Na trochę. Olsztyn to w 75 % takie Rubinkowo,
                tylko klimat jest surowszy. Zrozumiałem nareszcie, co kieruje ludźmi,
                wybierającymi takie miejsce na zamieszkanie: brak alternatywy i przyzwyczajenie.
                "Wszyscy ludzie, których znam tu mieszkają. Gdzie miałbym się przenosić ?" -
                powiedział jeden taki, i odwrócił się do okna. Za oknem był blok, za blokiem
                blok kolejny.
                Oto wieczór. Już świecą żółte kręgi żarówek".
                • vauban I ja tego nie znałem dotąd? 09.12.09, 00:23
                  Niewiarygodne.
                  www.youtube.com/user/mantrakota#p/a/u/1/6HiyoJMVQnw
                  Pasuje jak ulał.
                  • vauban Telewizor Lazuryt w tle 09.12.09, 00:59
                    Gdy mój ojciec przyniósł do domu szczeniaka, było już jasne, że nic nie będzie
                    już takie, jak przedtem.
                    To jest Kubuś - powiedział, wyciągając z kieszeni futrzaną kulkę - to jest nasz
                    pies, syn Funi.
                    Syn Funi, omatkosałatko, a jakże. Znałem suczkę znajomych jak znałem ich samych,
                    beżowy kłąb futra aportujący kamienie. Kubuś był kolorystycznie odmienny, taki
                    jakiś klerykalny. Czarny z koloratką.
                    Pierwsze tygodnie upłynęły pod znakiem nauczenia zwierzaka, że nie sika się na
                    dywan, ostatnie na zapewnieniu mu braku bólu. Dwanaście lat, jak
                    dziewięćdziesiąt ludzkich, ała.
                    Pamiętam go, jak szczał z zadartą nogą. I wciąż zadaję sobie pytanie: ile z tego
                    całego zamętu pojęły psie oczy.
                    Czasem wyliśmy razem. Pamiętasz ? Pamiętasz ?
    • lavinka To jest chyba dziś 22.12.08, 01:05
      Bo się całą mocą płuc wydarłam z 11piętra na 3 chuliganów tłukących czwartego
      (chyba jakieś wewnętrzne porachunki). I siłą głosu ich przegoniłam rycząc że
      dzwonię na policję i że WON!
      Sobie poszli.
      To musiało nieźle wygląda z dołu, jak nagle niebiosa przemówiły ;)
      • aard Rezerwartowy Rezewat Wątków Ginących pozdrawia 05.12.10, 14:26
        Przeprowadzając Ratunkową Akcję Spamerską "Niewidzialna Ręka Boga"
        • vauban Re: Rezerwartowy Rezewat Wątków Ginących pozdrawi 26.12.10, 02:57
          O_O, #dziękiaardu.
          • aard Nawet nostalgia nie jest już tym,czym była dawniej 30.12.10, 21:37
            vauban napisał.

            O, Vauban! :o
            • szprota Re: Nawet nostalgia nie jest już tym,czym była da 30.12.10, 21:58
              Vaunban istnieje i nawet dzielnie parska jadem czasem.
    • sprajowy_obszczymurek Dzień Szagala 11.08.12, 16:38
      Nocnej Marki. Kapelusze są halucynacją,
      na nogi powstań.
      Choćby ostatnim zielonym skazanym na upadek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka