Dodaj do ulubionych

Żarty, parodie, przedrzeźniania

22.09.07, 13:48
Nowe coś tam.
Obserwuj wątek
    • vauban H. Sienkiewicz - zapomniany fragment "Potopu" 22.09.07, 14:12
      Wstawał świt. Pan Zagłoba, obudzony przez rozgłośny krzyk drobiu, wstał z
      ziewnięciem i poprawił kontusz.
      - Zaprawdę, mocny miód mają w tej karczmie. Zacny, nie powiem, aż dziw, chamy
      taki miód piją... Michale ! Panie Michale ! Wstawajcież, dzień nowy i potrzeba
      nowa !
      - A dajcież mi pokój, Panie Onufry, mnie głowa wprost pęka... Pan Michał
      Wołodyjowski odmruknął zagniewan z sąsieku. - czy Tatary na nas walą ?
      - Nie, atoli mam nowy fortel, którego moglibyśmy zażyć, aby tym skuteczniejszym
      nasze oblężenie monastyru uczynić. Jest tu piwniczka pod dworkiem, którą
      zauważyłem z wieczora...
      - Też ją zauważyłem, trudno było nie zauważyć, mości panie Zagłobo, jako że noc
      całą nieomal w niej spędziliśmy, trunków próbując. Ustrzegła mnie chyba Matka
      Boska Częstochowska, iżbym ostatniego gąsiora poniechał... Hajduczku, o,
      gdzieżeś ty, Baśko ma najmilsza ?!
      - E, panie Michale, nic to ! Nie z takich opresyj wyszliśmy wszak cało, chociaż,
      nie powiem, dyzgusta nieraz nam czyniono. Przejdę ad rem. Waść bez przytomności
      już poległ, a ja z przeorem jeszczem zagadał, a on o przejściu podziemnym mnie
      opowiedział, co z piwniczki owej pod klasztor prowadzi. Przeor zacny człek, a co
      trzeźwy wie, pijany powie. Otóż, w czym rzecz jest: weźmiem garść zbrojnych,
      gankiem owym do klasztora przejdziem, załogę szwedzką wybijem, a z mniszkami się
      zabawim. Przebóg, gdy w Multańskich stronach u sułtana bywałem, przecie razu
      jednego harem tak mu deconstructio, iż na nowy musiał wymieniać, jako żywie !
      - Dajcież lepiej łyk wody, panie Zagłobo, czczość straszna mnie męczy... Wolej
      mi tak w boju zginąć, niźli w łożu, nie dla żołnierza los taki. Fortel zda się
      udanym...
      - Naści, panie Michale, oto gorzałki łyk, z prochem dla tęgości zmieszana, jako
      w Zbarażu czynilim. Na nogi wraz waści postawi ! Tylko, na rany Chrystusa, nie
      do dna !
      Pan Michał wypił i wzdrygnął. Świat wydał mu się teraz jaśniejszy, a myśl pana
      Zagłoby zrozumialszą. Namacał swą szablę, i, poruszywszy kilkakroć wąsikami,
      nabrał animuszu.
      - Prowadźże, panie Zagłobo, do piwniczki owej. Zobaczym, czy owym mniszkom
      jakowejś salwacji nie uczynim...
      - Jako żywo, panie Michale, jako żywo ! Hej, Rzędzian, sam tu !
      • vauban M. Houellebecq - zimowy bulwar 22.09.07, 14:55
        Wiatr wiał w poprzek ulicy tak, że musiałem podnieść kołnierz płaszcza. Z
        bulwaru wymiotło wszystkich, łącznie z arabskimi stręczycielami i ich
        ukraińskimi prostytutkami, byłem naprawdę sam. Pomyślałem, że tak właśnie będzie
        wyglądać świat po ostatecznej katastrofie - pustka, jałowy beton chodników,
        nawet bez psich kup.
        Idąc w zasadzie bez celu, znalazłem się obok rozjarzonej światłem witryny
        jakiejś knajpki. Żółte światło żarówek dawało złudną obietnicę przytulności,
        wszedłem więc do środka. Barman już z daleka dawał po sobie poznać, że jest
        pedałem, ale nie rzucał na mnie zbyt pożądliwych spojrzeń. Może nie podobałem mu
        się, zresztą, czy może się komuś podobać czterdziestoletni, zarośnięty i
        przygarbiony facet, po którym znać ciężar przeżytych klęsk ? Zamówiłem Southern
        Comfort z lodem, i, sącząc ją, zwróciłem wzrok na kobietę w rogu, kiwającą się
        nad do połowy opróżnionym kieliszkiem Cointreau.
        Nie była wcale ani stara, ani brzydka, miała w sobie zaskakującą wręcz świeżość,
        zastanowiło mnie, co ktoś taki robi tutaj, o czwartej nad ranem w podłym barze ?
        Czyżby i jej doskwierała ta sama egzystencjalna samotność, jaka doskwiera mnie ?
        Jej suknia wyraźnie była z górnej półki, kobieta nie pasowała w żaden sposób do
        tego baru. Ale pasowała do mnie, więc zabrawszy szklankę, podszedłem do stolika,
        i patrząc jej prosto w oczy, powiedziałem :
        - Pani tu nie pasuje. Ale ja również, czy nie moglibyśmy nie pasować razem ?
        Podniosła na mnie wzrok. W jej oczach zobaczyłem coś, czego nie umiałem nazwać,
        ale spodobało mi się to.
        - Jest pan zapewne samotny o tej porze - powiedziała, starannie wypowiadając
        wyrazy. - Mam na imię Monique.
        - Marcel. Po prostu, Marcel. - Nie zanadto potrafiłem sklecić jakiś początek
        rozmowy - Czy często tu przychodzisz, Monique ?
        - Nie, właściwie nigdy. Dziś, owszem... Szukam kogoś.
        - Kogo ?
        - Właściwego faceta, który wyliże mi cipkę.
        Poczułem, że jestem na właściwym torze. Tego należało się trzymać. Zapytałem:
        - Co sądzisz o mnie ?
        - Nie jesteś zły. Możesz to okazać ?
        - Naturalnie, ale może wyjdziemy ?
        - Nie. To musi być tutaj.
        Po takim wstępie, nie miałem już wątpliwości. Ta noc nie będzie stracona.
        Odstawiłem szklankę z niedopitym burbonem. Byłem gotowy, i zaczynałem mieć
        erekcję. Barman wciąż nie zwracał na nas uwagi, więc ukląkłem na wytartym dywanie.

        • vauban D. Masłowska - Jezusmaria 22.09.07, 16:20
          No i szłam tak wtedy ulicą i on podszedł i zapytał mnie zasadniczo czy on mnie
          się podoba a ja opowiedziałam taki jesteś jak reszta bez obrazy no i szacun że w
          ogóle pytasz ale on był nadal taki konkretny i zapytał znowu to jak mała
          poszłabyś ze mną a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć zatem powiedziałam iż nie
          jestem pewna ale wyglądasz uczciwie nie jak większość chłopaków przystojniaków z
          włosami na żelu takich wokół jest wielu zatem tak chcę tak a serce mi biło
          strasznie no bo co sobie pomyślą koleżanka ma zawsze wolną chatę powiedziałam a
          on na to że czemu nie tośmy tam poszli i ja pozwoliłam mu na wszystko co chciał
          koleżanka pracuje we firmie i wraca bardzo późno powiedziałam żeby się nie
          spieszył on na to dobra dobra i dalej mnie miętosił jak lalkę jakąś ale na
          koniec już miałam dosyć i powiedziałam żeby przestał on powiedział mnie już nie
          kochasz a ja miałem takie nadzieje takie plany Kocham cię moje kochanie
          chciałem ci kupić mieszkanie wyjumałem na Zachodzie masę kapuchy i teraz
          chciałbym rzucić ci to pod stopy jak królewnie ale jesteś zwykłą dziwką która
          nie umie docenić uczucia mojego które takie jest czyste i niewinne jakby nie
          wiem co a ja mu na to powiedziałam zabieraj swojego kutasa z dala bo się brzydzę
          tobą złodzieju i chamie wygląda to jak robal albo gorzej to ja oddaję ci moją
          dziewiczość abyś się mnie chwalił ile ukradłeś ja potrzebuję uczciwego mężczyzny
          nie gówniarza który nie zarabia na chleb powszedni tylko kradnie w
          zachodnioniemieckich sklepach uderzył mnie w twarz i już wiedziałam że nigdy
          nigdy nie pokocham żadnego mężczyzny żeby nie wiem co wszyscy są dno i śmierdzą
          serem moja matka mówiła gdy ojciec ten stary cap wracał do domu pijany w mordę
          ty się Dominisiu dobrze przypatrz i nie zrób nigdy błędu takiego jak ja bo płaci
          się do końca życia i pomyślałam sobie że mama miała rację odwróciłam się na bok
          i puściłam chyba pawia bo strasznie śmierdziało a koleżanka mnie na blogu potem
          nazwała od kurew nie wiem dlaczego w końcu sama chciała żebym tam do niej
          przyciągnęła chłopaka ona dziwna jakaś jest nie rozumiem jutro mam klasówkę z
          matmy i nie wiem jak to będzie, elo.
          • szprota Terry Pratchett - Dwie wiedźmy 22.09.07, 18:19
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=4279584&a=20238738
            (poszukiwałam ogóra)
            • vauban Re: Terry Pratchett - Dwie wiedźmy, re: 22.09.07, 18:34
              pojadę nadal wciąż wedle swego pomysłu...
              • szprota Dobrze 22.09.07, 19:51
                Ale nie masz mi za złe, że się wcięłam?
                • vauban Re: Dobrze jest 22.09.07, 23:10
                  A kto tu sprząta, ja ?
                  • vauban Re: Karaluchy do poduchy 22.09.07, 23:13
                    "Ja jestem tylko niewinnym karaluchem, proszę Pana", pisnąłem. Rozkosz. Biegać,
                    biegać. (Lepsza Przemiana, SF, autora chwilowo zapomniałem).
              • vauban E. Canetti - samozagłada 22.09.07, 23:41
                Kim jesteś ? Ich heisse Peter Brandt, jestem Peter Brandt. Jestem...
                Urzędnik skrzywił się, jego twarz przypominała przez chwilę trupią czaszkę,
                wargi zanikły, by pojawić się znów razem ze słowami:
                - Jesteś Miesepieter*. Wyprowadzić go na ulicę !
                Ulica, jak kloaka wybrukowana kamieniem, prowadziła ścierwo pomiędzy ścianami
                domów, o szczurzym kolorze. Szedłem unikając wzroku przechodniów, w ich oczach
                był wyrok, stanowcze zaprzeczenie mojej egzystencji, wieczne potępienie. Zza
                rogu wzmagał się gwar, starałem się uniknąć tego skrzyżowania, czując, że czai
                się tam zło, czai się mroczna siła ulicy, moje kroki gubiły ślad, ale
                nieuchronne przyciąganie charakteryzujące zgniliznę miało siłę motoru, stanąłem,
                i słuchałem narastającej ciżby głosów, tłum pęczniał i wydawało się już, że
                przeleje się ponad domami, dachy nie dawały mu granic, tłum wciąż narastał, oczy
                tłumu skierowane były na mnie, była w nich nienawiść. Skierowane na mnie,
                wybuchły jak wulkan, sięgnęły po mnie ręce, tysiące rąk, z okrzykiem stugardłym
                : "Zabić go ! Zabić trupa !" Wtłoczono mnie w trumnę, smród po poprzednim
                czechle przenikał ją na wskroś, niesiono mnie poprzez Ringstrasse, tłum wył
                "Zabić, zabić go !", ręce pełne narzędzi, ręce pełne drewna, benzyna i oleje,
                zapach, pośpiech układania stosu, wycie tłumu. Przybili mi ręce do pala, a ja,
                dziko się śmiejąc, patrzyłem, jak ich swobodne ręce układają stos. Więcej !
                Więcej, ułóżcie tyle, aż niech spłonie cały Wiedeń, krzyczałem, chociaż mój głos
                był już tylko echem w przepastnych kanionach ulic, kamień, kamień i tylko
                kamień, ktoś podłożył już ogień pod stos i kiedy ogarnął mnie żar i dym,
                zacząłem się śmiać, został mi naprawdę tylko ten śmiech, ostatnia kpina, gdy
                płomienie już lizały moje stopy, wykrzyknąłem tak, ja jestem Peter Brandt,
                popatrzcie na mój koniec, bo takiego już nie zobaczycie, śmiecie.

                *Miesepeter - niezdara, łajza.
                • vauban H. H. Kirst - Ostkrieg 10.10.07, 17:49
                  Przez krzywo zbite drzwi ziemianki przenikał przejmujący ziąb, drobiny śniegu
                  wirowały chwilę w świetle karbidówki, by stopnieć od ciepła pieca, który
                  zmajstrował był z beczki po benzynie Heini, ten zmyślny Heini, bez którego
                  wszyscy zdechlibyśmy tutaj, nawet bez pomocy Rosjan.
                  - Srał to wszystko pies. Macie może jakieś gazety ? Strasznie zimno.
                  Jupp przy piecu najwyraźniej tracił cierpliwość. Zacierał dłonie, brudne od
                  karabinowego smaru i błota.
                  - Skąd wytrzaśniemy ci gazety, Jupp ? Ostatnia poszła na podpałkę. I nie myśl,
                  że kolejna przyjdzie z ojczyzny na czas, Fuhrer ma nas w dupie. I Kriepke też.
                  Kriepke był zaopatrzeniowcem kompanii. Na pewno grzał teraz się w schronie
                  sztabu i popierdywał w siennik po tłustym kapuśniaku.
                  Jupp spojrzał na Walthera, tego poznańskiego ćwierćpolaka,
                  volksdeutscha, z nieukrywaną niechęcią.
                  - Nie gadaj na Fuhrera, co ? Jest mądrzejszy, niż ty. Wytrzasnąłbyś lepiej
                  kartofle, polska świnio. Tam u was, rosną nawet w doniczkach, a tu, w Rosji,
                  nawet trawa nie rośnie, kurwa, na huj to wszystko ! - Krzyk Juppa wyrażał
                  wszelką nienawiść, jaką miał w swym sercu, był jak skowyt zaszczutego zwierzęcia.
                  Jęk dartego przez rosyjskie pociski powietrza na chwilę sprawił, że w ziemiance
                  wszyscy zamarli. Przeszły górą i spadły gdzieś daleko za liniami.
                  - Nie krzyczcie na siebie. Musimy być razem, jeśli mamy żyć. Mało wam Iwanów ?
                  - znużonym głosem odezwał się Gottlob.
                  - Razem, razem. Ein Reich, ein Volk... Walther nie dokończył zdania, bo tuż obok
                  okopu spadł "kuferek", i ściany ziemianki skoczyły na wszystkich jak zwierzę na
                  łup. Kurz, dym i rozlana chuda zupka, mająca zastąpić obiad, kolację i
                  najpewniej też śniadanie, wypełniły ciasne schronienie lepką, duszącą kurzawą.
                  - Himmelherrgott, otwórzcie wejście ! Kapral Schultz jak zawsze nietknięty, ta
                  ucieleśniona germańska krzepa i nieustępliwość, wydzierał się w okopie. - Jabosy
                  przeleciały, Iwan atakuje !
                  Hans założył hełm na głowę, odruchowo zaciągnął pasek, i wybiegł w szarą kurzawę
                  wznieconą przez bomby. Na przedpolu migały w czerni i bieli niewyraźne sylwetki
                  krasnoarmiejców, między nimi widać było trójkątne sylwetki czołgów. Starannie
                  oparł nóżki MG - 34 na skraju okopu i wycelowawszy w najbliższą grupę, nacisnął
                  spust. Karabin zaszczekał, jak wierny pies. Jeszcze, jeszcze, aż znikną, jak
                  sen, to wszystko jest koszmarnym snem, pomyślał. Ktoś obok załkał na wpół
                  ludzkim głosem - to Walther, trafiony odłamkiem, przyciska do rozdartego brzucha
                  obie dłonie, twarz ma bladą i poważną. Spod palców pełzną mu jelita, jego wzrok
                  błaga o pomoc, ale teraz ważne są tylko te sylwetki przed lufą, jeśli dojdą,
                  nie pomoże mi nic, zupełnie nic. Z Waltherem już koniec, to widać, szkoda
                  chłopa, choć Niemiec z niego żaden, nie ma kto mu pomóc, ja mam jeszcze tylko
                  sto naboi w taśmie, gdzie się podział ten przeklęty Jupp z zapasem ? Karabin
                  trzęsie się, rozgrzewa, jedyne ciepło w tym przeklętym, zamarzniętym kraju, to
                  ciepło rozżarzonych luf.
                  • vauban Re: Bertolt Brecht - Que 23.11.07, 00:36
                    Bijcie bębny, bijcie, zaprawdę powiem Wam dziś wiele !
                    Dziś nadeszła noc prawdy, noc wielkiego ognia !

                    Dziś opowiem Wam o Que, co odeszła stąd daleko.
                    Que, której dłonie były jak ten ogień, który płonie.

                    Daleko chodziła, Que ! Skroś trawy ostre,
                    Skroś ciernie, tam chodziła bez lęku całe życie !

                    Cierpliwa była Que ! Jak skóra namiotu tak znosiła
                    Dzień i noc, i porę nieznaną. Przez lata i zimy.

                    Pracowita była Que ! Jak ziemia, która pochłania
                    Nasze prochy, tak cierpliwa była Que !

                    Teraz odeszła, lecz póki ją pamiętamy, żyje.
                    Niechaj sławi ją moja pieśń, pieśń pogrzebna !
                    • vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 23.11.07, 07:46
                      - A więc masz. To dla ciebie ! - rzekł Czarnoksiężnik, i podał chłopcu swój prezent.
                      - Co to takiego ? - zapytał Olle, bo nie mógł zgadnąć. Paczka była owinięta
                      grubym, eleganckim papierem, takim, jakiego używa się zwykle do pakowania tytoniu.
                      - To są skrzydła. Prawdziwe skrzydła. Przymierz, czy pasują do twych ramion !
                      Olle rozwinął paczkę i stwierdził, że Czarnoksiężnik mówił prawdę. To były
                      skrzydła ! Pasowały do jego ramion tak dokładnie, jakby się z nimi urodził. Olle
                      poruszył skrzydłami, i poczuł, że może oderwać się od ziemi.
                      - Ja latam ! Ja latam ! - wykrzyknął szczęśliwy - czy to możliwe, że ja latam ?
                      - Oczywiście, że latasz ! Do tego właśnie służą skrzydła. Są twoje.
                      - Bardzo dziękuję, ale nie mam czym odwdzięczyć się za taki dar - powiedział
                      Olle, poważniejąc i stając przed Czarnoksiężnikiem na podłodze.
                      - Drobiazg. Musisz jednak uważać, gdy będziesz latał. Mogą wziąść cię za kaczkę
                      i zestrzelić !
                      Olle roześmiał się, bo nie mógł sobie wyobrazić, by ktoś mógł wziąść go za
                      kaczkę. Czyż nie był chłopcem ? Ukłonił się pięknie Czarnoksiężnikowi, a ten
                      zamiótł kurz połą swego płaszcza, i już go nie było ! Olle został sam, a u
                      ramion miał skrzydła, piękne, lotne skrzydła.
                      - Teraz jestem jak orzeł, jak łabędź, jak wolna dzika gęś ! - wykrzyknął Olle, i
                      spojrzał za okno. Kopenhaga leżała u jego stóp. - Pofrunę, daleko, za koniec
                      horyzontu !
                      Olle rozpostarł skrzydła szeroko i pofrunął. Pod nim przesuwały się dachy domów,
                      łąki, lasy. Oddychał tak głęboko, jak nigdy dotąd ! Dusza śmiała się w nim, a
                      serce przepełnione było taką radością, jaka zdarza się tylko niewinnym dzieciom.
                      Unosił się w powietrzu, wolny i swobodny !
                      Kiedy poczuł w piersi ból, zrazu nie mógł zgadnąć, skąd mógł się on wziąść.
                      Zaczął słabnąć, i opadał coraz niżej. Nie pomagało trzepotanie skrzydłami, coraz
                      szybciej zbliżał się do ziemi !
                      - Bien - powiedział Książę po francusku (cały dwór mówił po francusku, bo
                      uważano, że tak jest o wiele bardziej elegancko), i odwiesił flintę na ramię. -
                      A więc mamy tu kaczkę.
                      - Tak jest, mój Książę - odparł Wielki Łowczy - czy zechce pan łaskawie, aby
                      przyrządzono ją dziś na obiad ?
                      - Niech trochę skruszeje. Dzień dopiero się zaczął, a ja mam dziś dobre oko ! -
                      powiedział Książę, śmiejąc się radośnie.
                      • vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 23.11.07, 21:49
                        Errata.
                        Zapomniałem jakoś o literce "C" w drugim imieniu Christiana.
                        Opowieść wyszła mi jakoś tak okropnie cyniczna, że aż sam czuję do niej odrazę,
                        zmieszaną z podziwem.
                        • lavinka Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 24.11.07, 13:31
                          Ale przerobiona trochę, czy zacytowana zupełnie? Pamiętam że to była jedna z
                          dłuższych baśni Andersena i jakoś nie bardzo pamiętam.... a nie chce mi się
                          przekopywać przez sterty książek by ją znaleźć (w domu stoją dwurzędowo na półkach).
                          • vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 04.12.07, 02:55
                            Lavinko,
                            Tej baśni nie napisał Andersen. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem, pełne
                            wydanie leży przede mną. Wzorowałem się. To wyłącznie moja wina, że zacząłem go
                            naśladować. Można powiedzieć, że gdyby Andersen miał nieco więcej czasu, to
                            popełniłby pewnie coś podobnego...
    • vauban Re: W. Wharton - Droga, popołudniem. 28.04.08, 20:11
      A więc dobrze, idziemy. Idziemy już cały dzień i paski plecaka wpijają się w
      moje ramiona jak głodne piranie. Zastanawiam się, kiedy je odetną, mówię głośno
      do Caroline i z zadowoleniem widzę, że jej twarz owiewa uśmiech, jak ożywczy
      wiatr. Jest zmęczona, tak jak ja.
      Potrzebujemy tego, chwili myślenia o czymkolwiek innym, niż wciąż o drodze. Czy
      może o Drodze. Kilometr za kilometrem, a końca nie widać. Gdzieś tu powinna być
      rzeka, mówię do Caroline. Taka zielona rzeka, z wodą mokrą jak cholera. Żeby
      można było zamoczyć nogi, zatrzymać się. Kto wie, może na cały dzień. Nonsens,
      mówi Caroline, a jej usta ściągają się w sposób, którego nie lubię. Tu nie ma
      żadnej rzeki, tu jest tylko droga, ten asfalt i rozjechane koty. Skąd się wzięło
      tyle kotów na tym zapomnianym zadupiu ? To już drugi od rana.
      Może gdzieś tu mieszkają ludzie, mówię. Koty są tam, gdzie są ludzie, a jeśli
      zostały przejechane, to musi coś tędy jeździć, to chyba logiczne, nie ? Caroline
      nachmurza się, widzę, że z trudnością panuje nad sobą. Durniu, mówi w końcu,
      jesteś równie głupi, jak brzydki i stary. Idziemy tą drogą już trzeci tydzień,
      nie ? Jechał nią chociaż jeden samochód ? Widziałeś chociaż jeden dom ? No
      powiedz. Nie jechał, nie widziałeś. Nie wiemy, gdzie jesteśmy, dokąd idziemy, i
      czemu ma to wszystko służyć. To twoja wina, kretynie. Idź sam, ja wracam.
      Odwraca się, i zaczyna podążać w przeciwnym kierunku. Stamtąd przyszliśmy. Tam
      nic nie ma, wracaj, Caroline ! - wołam za nią, ale wiem, że nie wróci. Powietrze
      nad rozpalonym asfaltem gnie się w wężowych splotach i już wiem, że odtąd będę sam.
    • vauban Re: Iain M. Banks - Rozwiązania 28.04.08, 22:08
      Ten szary kolor oblepiał jak klej, wszystko w zasięgu świateł wydawało się
      lepkie: ręce, kafle na ścianach, ochronny fartuch. Quarraye westchnął: nic nie
      poradzę, tak już wygląda moje miejsce pracy. Co właściwie robi ksenobiolog w
      takim miejscu ? Podszedł do stołu i wziął do ręki narzędzie, którego miał dziś
      szczególnie często używać: nóż o lekko ząbkowanym ostrzu. Nie był to szczególnie
      doskonały nóż, daleko było mu do precyzyjnych narzędzi wytwarzanych przez
      Kulturę, przeklętą Kulturę, ale tu nadawał się aż nadto dobrze. Kultura,
      pomyślał Quarraye, dobre sobie. Zostawili mnie, jak psa. Nie, poprawił się w
      myślach, Kultura nie zostawia tak nawet psów, na ogół. Psy lub inne domowe
      stworzenia zwykle miały jakiegoś opiekuna, który o nie się troszczył. Choćby
      dronę. Jego zostawiono bez jakiegokolwiek wsparcia, w samym środku wszechświata
      i w samym środku paskudnej, nic nie znaczącej, lokalnej wojny.
      Niewiele na to poradzę, westchnął Quarraye, i przystąpił do pierwszych tego dnia
      oględzin. Tułów Homomda nosił ślady gwałtownej śmierci, zwykła rzecz wśród
      materiału z jakim miał Quarraye na codzień do czynienia. Wyglądało na to, że
      Homomd został zmiażdżony przez jakiś ciężki pojazd, co było czymś niezwykłym.
      Notując w pamięci rejestratora swoje spostrzeżenia, Quarraye musiał w końcu
      przyznać, że rebelianci ostatnio weszli w posiadanie czołgów. Nic poza czołgową
      gąsienicą nie zadałoby takich obrażeń: nogi i dolna część tułowia były prawie
      zupełnie zmiażdżone, z odbytu wytrysnęły purpurowe jelita. Tors Homomda nie
      nosił żadnych śladów po pociskach, oparzeń laserowych ani charakterystycznych
      ran po użyciu broni typu CREW. Tylko czołg, skąd oni to wytrzasnęli, myślał
      Quarraye, to znaczy, że ta cholerna planeta stacza się w średniowiecze.
      • vauban Ten, Co Słyszy Głos Kozy Z Lasów - Księga Gór. 02.05.08, 15:39
        Czwartego dnia szaman wywołał nas z ayahuamatsi. Wyszliśmy wszyscy, drżący z chłodu, a wstające słońce świeciło na nas. Teraz miało się wiele okazać, duchy były wśród nas. Szaman podał mi skórzany worek i nie powiedział ani słowa. Całe plemię patrzyło na mnie, i ja musiałem zadecydować. Włożyłem rękę do worka, w środku był królik. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Czekałem na duchy. Nareszcie usłyszałem wskazówkę, i dalej już wszystko było proste. Przegryzłem królikowi szyję i wypiłem krew, niedużo, tyle, by było widać, jak spływa kącikami moich ust. Wtedy szaman wziął mnie za rękę i poprowadził do ołtarza Starych bóstw, abym położył tam królika. Przemawiał do Starych Bóstw i wiedziałem już, że zostałem przyjęty, że odtąd jestem wojownikiem. To był wielki dzień. Dzień, w którym Stare Bóstwa spojrzały na mnie i postanowiły mnie zachować. Tak było.
        Pozostali czekali na wskazówki szamana, ale nie dał im żadnych, tego dnia ceremonia była skończona. Duchy powiedziały, że trzeba zaczekać, aż gwiazdy przybiorą właściwą konfigurację. Duchom nie wolno się sprzeciwiać. One wiedzą o rzeczach, które działy się kiedy świat był młody, wiedzą o tym, co stanie się, kiedy się zestarzeje. Duchy kierują naszym życiem, a słuchać muszą tylko Starych Bóstw. Stare Bóstwa są najpotężniejsze, a ich imion nie wolno nam wymawiać. Bardzo potężny musi być ten, kto rozkazuje duchom, i nie należy o tym zbyt wiele mówić. Szaman może zwracać się tylko do duchów, one proszą Stare Bóstwa o wstawiennictwo. Czasem słuchają.
        Następnego dnia myśliwi zabrali mnie ze sobą na łowy.
        • vauban Piotr Wojciechowski - Strzałka czasu 24.05.08, 23:31
          Dolina wabiła zielenią, stoki gór, porozcinane wapiennymi żyłami spływały w dół
          wraz z drogą, którą nasza wyprawa dążyła wciąż bliżej morza, bliżej Joanny.
          Przepowiadałem sobie imię "Joanna", i w myślach widziałem już rozgrzane słońcem
          pokoje w Konstancy, obrót furkoczącej, koronkowej sukni, cichy śmiech: "jesteś
          znowu ? co za niespodzianka...". Ale przecież Joanny nie ma teraz w Konstancy,
          uprzytomniłem sobie. Jest w Zatoce, teraz jest tam zimno i nie mogłaby nosić
          takiej sukni...
          Wegner trącił mnie w ramię, przyłożywszy sobie do oczu Zeissowską lornetę,
          powiedział obojętnie, tak jakby chodziło o szczegół pejzażu:
          - O jakieś dwa kilometry stąd po prawej jest stanowisko artylerii. Dziwne, że
          jeszcze nas nie spostrzegli, pewnie samorodne kebabczerskie wino jest tego roku
          mocne. Nasze szczęście. Musimy zejść z drogi i obejść ich bokiem, z pewnością
          jest tam i piechota.
          Zeszliśmy z siodeł, i chwyciwszy konie za wędzidła poczęliśmy przedzierać się
          przez drzewa. Wegner milczał, aż przy jakimś większym wiatrołomie, gdy
          przeprowadzaliśmy niespokojne wierzchowce przez plątaninę zbutwiałych pni,
          odezwał się znowu.
          - Wiesz, Dymitrze, dziwnie mi się zrobiło, gdy zobaczyłem ten posterunek. Gdybym
          to ja, wtedy, powiedział to, co myślę... W sprawie baronowej M, to może stałbym
          teraz tam, w pyle tego wapiennego usypiska, wydawał rozkazy, aby obłożyć nas
          ogniem szrapneli. Ale nie powiedziałem, i teraz idę z wami, sam nie wiem, czy
          słusznie...
          - Ja też nie wiem, czy postępujemy słusznie. Ale znasz rozkazy. Mamy dotrzeć do
          wyspy i znaleźć tam to, na czym tak zależy stolicy. Czy myślisz, że nie wolałbym
          teraz stać przy stole kreślarskim, zamiast iść tędy, nie wiedzieć, czy nie ku
          własnej śmierci w imię jakiejś sztabowej tajemnicy ?
          - Ale tam, w górach, podczas narady...
          - Tam powiedziałem, co myślałem wtedy. Teraz - nie wiem. Dziś nie mam już
          pewności. Dajmy temu spokój. Już nie możemy wrócić.
          Nie chciałem wracać. Chciałem iść naprzód, bo droga kończyła się zawsze u
          Joanny, obok, przy niej. Chciałem wierzyć że o to chodzi. Że o to chodziło od
          samego początku. "Dziwnym życiem żyjesz, Dymku" powiedziała niegdyś, i oto
          miałem najlepszy dowód na to, że miała rację, jak zwykle.
    • vauban Howard P. Lovecraft - Oddech Cthulhu 08.06.08, 13:49
      Za namową profesora Isslingwortha, zagłębiłem się w archiwa Arkham University, aby odnaleźć w nich nowe, niepokojące ślady. Natrafiłem tam na szokujące dokumenty: "The Dzyan Book" wyraźnie wspominało o śladach, widniejących na statuetce, zaś przeklęty "Necronomicon" - do którego lektury bibliotekarze starali się ze wszelkich sił mnie zniechęcić - napomykał o nieskończonych wręcz otchłaniach grozy, jakich nawet szalony Abdul Al - Alhazred nie miał odwagi napisać wprost, lecz ukrył swą wiedzę za zasłoną niejasnych aluzji.
      Statuetka, wykonana z dziwnego, czarnego, nieco tłustego w dotyku kamienia, przedstawiała odrażającą postać, coś w rodzaju ośmiornicy dźwiganej przez Atlasa - jakiego widujemy na fasadach wiktoriańskich budynków, lecz proporcje tego stworzenia nie miały w sobie nic ludzkiego. Gdy patrzyłem na nią, w zaciszu swojego gabinetu, przy świetle gazowej latarni, wydawało mi się, że kamienna postać chwilami ożywa, macki kłębią się wokół nieludzkiej głowy, a im większym przejmował mnie wstrętem ten widok, tym bardziej przyciągał do siebie mój balansujący na krawędzi szaleństwa umysł.
      Runy, czy też znaki znajdujące się na oktagonalnym postumencie, udało mi się wreszcie odczytać, posługując się językiem Aklo - zapomnianym i przeklętym futharkiem dawno przebrzmiałej sekty, na którego ślad naprowadził mnie Isslingworth - przesyłając mi kopie zapisków znalezionych w opuszczonym kościele w Providence, na temat którego to kościoła już wcześniej krążyły złowrogie pogłoski, które dotarły i do mnie. Doprawdy, nasze życie przebiega zaledwie po naskórku spraw, o których zwykli śmiertelnicy nie powinni wiedzieć. Tuż za naszymi progami rozpościera się bowiem koszmar, jakiego nie jesteśmy w stanie pojąć.
    • vauban Boris Vian - Wakacje klechy 07.07.08, 12:28
      Jak co czwartek, ksiądz Szczypiorek skierował swe kroki ku klasztorowi Ojców
      Kapucynów, by dokonać tam rytualnego trzepania. Furtian już z daleka pozdrowił
      księdza Szczypiorka, gdy ten z uśmiechem przekraczał bramę klasztoru i kierował
      się na obszerny podwórzec. Jak zazwyczaj, dyżurni zwisali z trzepaków, jedni do
      góry nogami, inni trzymając się rękoma górnych poprzeczek i wymieniali uwagi o
      pogodzie, śniadaniu i nowym habicie przeora.
      Ksiądz Szczypiorek pordrowił wszystkich tradycyjnym: "Ele mele, dudki", i z
      zadowoleniem usłyszał w odpowiedzi chóralne: "Gospodarz malutki, ecie pecie,
      bęc" pobożnych katolików. Wziąwszy w rękę trzepaczkę (znakomity wyrób
      hiszpańskich jezuitów, z certyfikatem Inkwizycji oraz znakiem firmowym),
      przystąpił do trzepania kapucyna.
      Trzepany kapucyn był świadom swojej doniosłej roli w dziele zbawienia, i prężył
      się z uśmiechem na trzepaku, podstawiając co istotniejsze części pod trzepaczkę.
      Musiał już wcześnie rano gorliwie przeczołgać się przez klasztorne krużganki,
      bowiem po każdym uderzeniu z jego habitu ulatywały ogromne kłęby kurzu. Ksiądz
      Szczypiorek nie trzepał zbyt mocno, wiedząc że w ciągu dnia zjawi się tu jeszcze
      wielu innych celebransów, którzy będą spragnieni tych samych wizualnych i
      zmysłowych doznań.
      Po wytrzepaniu braciszka, ksiądz Szczypiorek pożegnał się serdecznie ze
      wszystkimi, zajrzał jeszcze przelotnie do kuchni, gdzie uszczypnął kucharza w
      policzek, za co został obdarowany wspaniałym ciastem z zapieczoną wewnątrz
      chrupiącą żabką, i wyszedł na ulicę. Ojcowie kapucyni na trzepakach mieli
      wyraźnie znakomite wiadomości na temat prognozy pogody: tak jak przewidywali,
      zaczął padać deszcz kaset magnetofonowych. Ksiądz Szczypiorek wydobył ze swego
      marynarskiego worka kasetoodporny spadochron, który służył mu za parasol, i
      zasłonił się nim przed szeleszczącymi wysuniętą taśmą kasetami. Niewiele
      brakowało, a wpadłby przez to pod autobus ! Był to ten sam autobus, którym co
      dzień dojeżdżał do pracy Amadeusz Dode, ale ksiądz nie wiedział o tym. I słusznie.
      • szprota pyszne :) a na dokładkę: 07.07.08, 12:56
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=1397610&a=3848288
        • vauban Re: pyszne :) a na dokładkę: 13.07.08, 23:38
          Smakowite, naprawdę, a zwłaszcza na kominie:
          Theria Kurwa My

          <rotfliczek>
          • vauban Moje i niesmaczne 21.09.08, 22:34
            Oswoić krew
            Zadanie na dziś -
            Krew
            I mocz
            Niespokojne jak deszcze

            Kłębi się mięso.
    • vauban W. I. Iwanow - wspomnienia kombatanta 21.09.08, 23:18
      Weszliśmy do miasta z samego rana. Śnieg na ulicach był poznaczony śladami kół, gąsienic, sań, butów...
      Na rogu ulicy leżał zamarznięty trup młodego żołnierza Wehrmahtu, ściskający jeszcze w rękach stary karabin Berthiera... Z okien, zza żaluzji, patrzyły na nas oczy wyzwolonych mieszkańców. Nie ufali nam... I nie bez przyczyny, bo chłopcy strzelali do każdego okna, wrzucali granaty do piwnic, nie wierząc w brak oporu w tym zajętym mieście... No, bo i w każdym domie dywersant...
      Postanowiłem, że batalion zakwateruje w dużej kamienicy na skraju miasta. Dwie staruchy naskrzeczały na nas: "Priwatnoje kwartiry, wojnom nielzia !" Kula w łeb, i cisza. Skąd znały ruski, znaczit, eto szpiony ? Rozkazałem oczyścić teren, chłopcy sprawili się dobrze. Trupy zrzucili na podwórko, na razie jest mróz, zatem mogą poleżeć. W mojej kwaterze jest piękne łóżko, na ścianach stare portrety, ot, Europa.
      Powinienem rozśrodkować sołdatów po domach, ale mi się nie chce. Dadzą sobie radę ! Od Murmańska tak idziemy i idziemy na Berlin, i jakoś to idzie. Pobiedim !
      Teraz sobie pośpię, bo już trzeci tydzień bez snu, to jakoś tak nie nada. Wodku niet. A szkoda.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka