vauban H. Sienkiewicz - zapomniany fragment "Potopu" 22.09.07, 14:12 Wstawał świt. Pan Zagłoba, obudzony przez rozgłośny krzyk drobiu, wstał z ziewnięciem i poprawił kontusz. - Zaprawdę, mocny miód mają w tej karczmie. Zacny, nie powiem, aż dziw, chamy taki miód piją... Michale ! Panie Michale ! Wstawajcież, dzień nowy i potrzeba nowa ! - A dajcież mi pokój, Panie Onufry, mnie głowa wprost pęka... Pan Michał Wołodyjowski odmruknął zagniewan z sąsieku. - czy Tatary na nas walą ? - Nie, atoli mam nowy fortel, którego moglibyśmy zażyć, aby tym skuteczniejszym nasze oblężenie monastyru uczynić. Jest tu piwniczka pod dworkiem, którą zauważyłem z wieczora... - Też ją zauważyłem, trudno było nie zauważyć, mości panie Zagłobo, jako że noc całą nieomal w niej spędziliśmy, trunków próbując. Ustrzegła mnie chyba Matka Boska Częstochowska, iżbym ostatniego gąsiora poniechał... Hajduczku, o, gdzieżeś ty, Baśko ma najmilsza ?! - E, panie Michale, nic to ! Nie z takich opresyj wyszliśmy wszak cało, chociaż, nie powiem, dyzgusta nieraz nam czyniono. Przejdę ad rem. Waść bez przytomności już poległ, a ja z przeorem jeszczem zagadał, a on o przejściu podziemnym mnie opowiedział, co z piwniczki owej pod klasztor prowadzi. Przeor zacny człek, a co trzeźwy wie, pijany powie. Otóż, w czym rzecz jest: weźmiem garść zbrojnych, gankiem owym do klasztora przejdziem, załogę szwedzką wybijem, a z mniszkami się zabawim. Przebóg, gdy w Multańskich stronach u sułtana bywałem, przecie razu jednego harem tak mu deconstructio, iż na nowy musiał wymieniać, jako żywie ! - Dajcież lepiej łyk wody, panie Zagłobo, czczość straszna mnie męczy... Wolej mi tak w boju zginąć, niźli w łożu, nie dla żołnierza los taki. Fortel zda się udanym... - Naści, panie Michale, oto gorzałki łyk, z prochem dla tęgości zmieszana, jako w Zbarażu czynilim. Na nogi wraz waści postawi ! Tylko, na rany Chrystusa, nie do dna ! Pan Michał wypił i wzdrygnął. Świat wydał mu się teraz jaśniejszy, a myśl pana Zagłoby zrozumialszą. Namacał swą szablę, i, poruszywszy kilkakroć wąsikami, nabrał animuszu. - Prowadźże, panie Zagłobo, do piwniczki owej. Zobaczym, czy owym mniszkom jakowejś salwacji nie uczynim... - Jako żywo, panie Michale, jako żywo ! Hej, Rzędzian, sam tu ! Odpowiedz Link
vauban M. Houellebecq - zimowy bulwar 22.09.07, 14:55 Wiatr wiał w poprzek ulicy tak, że musiałem podnieść kołnierz płaszcza. Z bulwaru wymiotło wszystkich, łącznie z arabskimi stręczycielami i ich ukraińskimi prostytutkami, byłem naprawdę sam. Pomyślałem, że tak właśnie będzie wyglądać świat po ostatecznej katastrofie - pustka, jałowy beton chodników, nawet bez psich kup. Idąc w zasadzie bez celu, znalazłem się obok rozjarzonej światłem witryny jakiejś knajpki. Żółte światło żarówek dawało złudną obietnicę przytulności, wszedłem więc do środka. Barman już z daleka dawał po sobie poznać, że jest pedałem, ale nie rzucał na mnie zbyt pożądliwych spojrzeń. Może nie podobałem mu się, zresztą, czy może się komuś podobać czterdziestoletni, zarośnięty i przygarbiony facet, po którym znać ciężar przeżytych klęsk ? Zamówiłem Southern Comfort z lodem, i, sącząc ją, zwróciłem wzrok na kobietę w rogu, kiwającą się nad do połowy opróżnionym kieliszkiem Cointreau. Nie była wcale ani stara, ani brzydka, miała w sobie zaskakującą wręcz świeżość, zastanowiło mnie, co ktoś taki robi tutaj, o czwartej nad ranem w podłym barze ? Czyżby i jej doskwierała ta sama egzystencjalna samotność, jaka doskwiera mnie ? Jej suknia wyraźnie była z górnej półki, kobieta nie pasowała w żaden sposób do tego baru. Ale pasowała do mnie, więc zabrawszy szklankę, podszedłem do stolika, i patrząc jej prosto w oczy, powiedziałem : - Pani tu nie pasuje. Ale ja również, czy nie moglibyśmy nie pasować razem ? Podniosła na mnie wzrok. W jej oczach zobaczyłem coś, czego nie umiałem nazwać, ale spodobało mi się to. - Jest pan zapewne samotny o tej porze - powiedziała, starannie wypowiadając wyrazy. - Mam na imię Monique. - Marcel. Po prostu, Marcel. - Nie zanadto potrafiłem sklecić jakiś początek rozmowy - Czy często tu przychodzisz, Monique ? - Nie, właściwie nigdy. Dziś, owszem... Szukam kogoś. - Kogo ? - Właściwego faceta, który wyliże mi cipkę. Poczułem, że jestem na właściwym torze. Tego należało się trzymać. Zapytałem: - Co sądzisz o mnie ? - Nie jesteś zły. Możesz to okazać ? - Naturalnie, ale może wyjdziemy ? - Nie. To musi być tutaj. Po takim wstępie, nie miałem już wątpliwości. Ta noc nie będzie stracona. Odstawiłem szklankę z niedopitym burbonem. Byłem gotowy, i zaczynałem mieć erekcję. Barman wciąż nie zwracał na nas uwagi, więc ukląkłem na wytartym dywanie. Odpowiedz Link
vauban D. Masłowska - Jezusmaria 22.09.07, 16:20 No i szłam tak wtedy ulicą i on podszedł i zapytał mnie zasadniczo czy on mnie się podoba a ja opowiedziałam taki jesteś jak reszta bez obrazy no i szacun że w ogóle pytasz ale on był nadal taki konkretny i zapytał znowu to jak mała poszłabyś ze mną a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć zatem powiedziałam iż nie jestem pewna ale wyglądasz uczciwie nie jak większość chłopaków przystojniaków z włosami na żelu takich wokół jest wielu zatem tak chcę tak a serce mi biło strasznie no bo co sobie pomyślą koleżanka ma zawsze wolną chatę powiedziałam a on na to że czemu nie tośmy tam poszli i ja pozwoliłam mu na wszystko co chciał koleżanka pracuje we firmie i wraca bardzo późno powiedziałam żeby się nie spieszył on na to dobra dobra i dalej mnie miętosił jak lalkę jakąś ale na koniec już miałam dosyć i powiedziałam żeby przestał on powiedział mnie już nie kochasz a ja miałem takie nadzieje takie plany Kocham cię moje kochanie chciałem ci kupić mieszkanie wyjumałem na Zachodzie masę kapuchy i teraz chciałbym rzucić ci to pod stopy jak królewnie ale jesteś zwykłą dziwką która nie umie docenić uczucia mojego które takie jest czyste i niewinne jakby nie wiem co a ja mu na to powiedziałam zabieraj swojego kutasa z dala bo się brzydzę tobą złodzieju i chamie wygląda to jak robal albo gorzej to ja oddaję ci moją dziewiczość abyś się mnie chwalił ile ukradłeś ja potrzebuję uczciwego mężczyzny nie gówniarza który nie zarabia na chleb powszedni tylko kradnie w zachodnioniemieckich sklepach uderzył mnie w twarz i już wiedziałam że nigdy nigdy nie pokocham żadnego mężczyzny żeby nie wiem co wszyscy są dno i śmierdzą serem moja matka mówiła gdy ojciec ten stary cap wracał do domu pijany w mordę ty się Dominisiu dobrze przypatrz i nie zrób nigdy błędu takiego jak ja bo płaci się do końca życia i pomyślałam sobie że mama miała rację odwróciłam się na bok i puściłam chyba pawia bo strasznie śmierdziało a koleżanka mnie na blogu potem nazwała od kurew nie wiem dlaczego w końcu sama chciała żebym tam do niej przyciągnęła chłopaka ona dziwna jakaś jest nie rozumiem jutro mam klasówkę z matmy i nie wiem jak to będzie, elo. Odpowiedz Link
szprota Terry Pratchett - Dwie wiedźmy 22.09.07, 18:19 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=4279584&a=20238738 (poszukiwałam ogóra) Odpowiedz Link
vauban Re: Terry Pratchett - Dwie wiedźmy, re: 22.09.07, 18:34 pojadę nadal wciąż wedle swego pomysłu... Odpowiedz Link
vauban Re: Karaluchy do poduchy 22.09.07, 23:13 "Ja jestem tylko niewinnym karaluchem, proszę Pana", pisnąłem. Rozkosz. Biegać, biegać. (Lepsza Przemiana, SF, autora chwilowo zapomniałem). Odpowiedz Link
vauban E. Canetti - samozagłada 22.09.07, 23:41 Kim jesteś ? Ich heisse Peter Brandt, jestem Peter Brandt. Jestem... Urzędnik skrzywił się, jego twarz przypominała przez chwilę trupią czaszkę, wargi zanikły, by pojawić się znów razem ze słowami: - Jesteś Miesepieter*. Wyprowadzić go na ulicę ! Ulica, jak kloaka wybrukowana kamieniem, prowadziła ścierwo pomiędzy ścianami domów, o szczurzym kolorze. Szedłem unikając wzroku przechodniów, w ich oczach był wyrok, stanowcze zaprzeczenie mojej egzystencji, wieczne potępienie. Zza rogu wzmagał się gwar, starałem się uniknąć tego skrzyżowania, czując, że czai się tam zło, czai się mroczna siła ulicy, moje kroki gubiły ślad, ale nieuchronne przyciąganie charakteryzujące zgniliznę miało siłę motoru, stanąłem, i słuchałem narastającej ciżby głosów, tłum pęczniał i wydawało się już, że przeleje się ponad domami, dachy nie dawały mu granic, tłum wciąż narastał, oczy tłumu skierowane były na mnie, była w nich nienawiść. Skierowane na mnie, wybuchły jak wulkan, sięgnęły po mnie ręce, tysiące rąk, z okrzykiem stugardłym : "Zabić go ! Zabić trupa !" Wtłoczono mnie w trumnę, smród po poprzednim czechle przenikał ją na wskroś, niesiono mnie poprzez Ringstrasse, tłum wył "Zabić, zabić go !", ręce pełne narzędzi, ręce pełne drewna, benzyna i oleje, zapach, pośpiech układania stosu, wycie tłumu. Przybili mi ręce do pala, a ja, dziko się śmiejąc, patrzyłem, jak ich swobodne ręce układają stos. Więcej ! Więcej, ułóżcie tyle, aż niech spłonie cały Wiedeń, krzyczałem, chociaż mój głos był już tylko echem w przepastnych kanionach ulic, kamień, kamień i tylko kamień, ktoś podłożył już ogień pod stos i kiedy ogarnął mnie żar i dym, zacząłem się śmiać, został mi naprawdę tylko ten śmiech, ostatnia kpina, gdy płomienie już lizały moje stopy, wykrzyknąłem tak, ja jestem Peter Brandt, popatrzcie na mój koniec, bo takiego już nie zobaczycie, śmiecie. *Miesepeter - niezdara, łajza. Odpowiedz Link
vauban H. H. Kirst - Ostkrieg 10.10.07, 17:49 Przez krzywo zbite drzwi ziemianki przenikał przejmujący ziąb, drobiny śniegu wirowały chwilę w świetle karbidówki, by stopnieć od ciepła pieca, który zmajstrował był z beczki po benzynie Heini, ten zmyślny Heini, bez którego wszyscy zdechlibyśmy tutaj, nawet bez pomocy Rosjan. - Srał to wszystko pies. Macie może jakieś gazety ? Strasznie zimno. Jupp przy piecu najwyraźniej tracił cierpliwość. Zacierał dłonie, brudne od karabinowego smaru i błota. - Skąd wytrzaśniemy ci gazety, Jupp ? Ostatnia poszła na podpałkę. I nie myśl, że kolejna przyjdzie z ojczyzny na czas, Fuhrer ma nas w dupie. I Kriepke też. Kriepke był zaopatrzeniowcem kompanii. Na pewno grzał teraz się w schronie sztabu i popierdywał w siennik po tłustym kapuśniaku. Jupp spojrzał na Walthera, tego poznańskiego ćwierćpolaka, volksdeutscha, z nieukrywaną niechęcią. - Nie gadaj na Fuhrera, co ? Jest mądrzejszy, niż ty. Wytrzasnąłbyś lepiej kartofle, polska świnio. Tam u was, rosną nawet w doniczkach, a tu, w Rosji, nawet trawa nie rośnie, kurwa, na huj to wszystko ! - Krzyk Juppa wyrażał wszelką nienawiść, jaką miał w swym sercu, był jak skowyt zaszczutego zwierzęcia. Jęk dartego przez rosyjskie pociski powietrza na chwilę sprawił, że w ziemiance wszyscy zamarli. Przeszły górą i spadły gdzieś daleko za liniami. - Nie krzyczcie na siebie. Musimy być razem, jeśli mamy żyć. Mało wam Iwanów ? - znużonym głosem odezwał się Gottlob. - Razem, razem. Ein Reich, ein Volk... Walther nie dokończył zdania, bo tuż obok okopu spadł "kuferek", i ściany ziemianki skoczyły na wszystkich jak zwierzę na łup. Kurz, dym i rozlana chuda zupka, mająca zastąpić obiad, kolację i najpewniej też śniadanie, wypełniły ciasne schronienie lepką, duszącą kurzawą. - Himmelherrgott, otwórzcie wejście ! Kapral Schultz jak zawsze nietknięty, ta ucieleśniona germańska krzepa i nieustępliwość, wydzierał się w okopie. - Jabosy przeleciały, Iwan atakuje ! Hans założył hełm na głowę, odruchowo zaciągnął pasek, i wybiegł w szarą kurzawę wznieconą przez bomby. Na przedpolu migały w czerni i bieli niewyraźne sylwetki krasnoarmiejców, między nimi widać było trójkątne sylwetki czołgów. Starannie oparł nóżki MG - 34 na skraju okopu i wycelowawszy w najbliższą grupę, nacisnął spust. Karabin zaszczekał, jak wierny pies. Jeszcze, jeszcze, aż znikną, jak sen, to wszystko jest koszmarnym snem, pomyślał. Ktoś obok załkał na wpół ludzkim głosem - to Walther, trafiony odłamkiem, przyciska do rozdartego brzucha obie dłonie, twarz ma bladą i poważną. Spod palców pełzną mu jelita, jego wzrok błaga o pomoc, ale teraz ważne są tylko te sylwetki przed lufą, jeśli dojdą, nie pomoże mi nic, zupełnie nic. Z Waltherem już koniec, to widać, szkoda chłopa, choć Niemiec z niego żaden, nie ma kto mu pomóc, ja mam jeszcze tylko sto naboi w taśmie, gdzie się podział ten przeklęty Jupp z zapasem ? Karabin trzęsie się, rozgrzewa, jedyne ciepło w tym przeklętym, zamarzniętym kraju, to ciepło rozżarzonych luf. Odpowiedz Link
vauban Re: Bertolt Brecht - Que 23.11.07, 00:36 Bijcie bębny, bijcie, zaprawdę powiem Wam dziś wiele ! Dziś nadeszła noc prawdy, noc wielkiego ognia ! Dziś opowiem Wam o Que, co odeszła stąd daleko. Que, której dłonie były jak ten ogień, który płonie. Daleko chodziła, Que ! Skroś trawy ostre, Skroś ciernie, tam chodziła bez lęku całe życie ! Cierpliwa była Que ! Jak skóra namiotu tak znosiła Dzień i noc, i porę nieznaną. Przez lata i zimy. Pracowita była Que ! Jak ziemia, która pochłania Nasze prochy, tak cierpliwa była Que ! Teraz odeszła, lecz póki ją pamiętamy, żyje. Niechaj sławi ją moja pieśń, pieśń pogrzebna ! Odpowiedz Link
vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 23.11.07, 07:46 - A więc masz. To dla ciebie ! - rzekł Czarnoksiężnik, i podał chłopcu swój prezent. - Co to takiego ? - zapytał Olle, bo nie mógł zgadnąć. Paczka była owinięta grubym, eleganckim papierem, takim, jakiego używa się zwykle do pakowania tytoniu. - To są skrzydła. Prawdziwe skrzydła. Przymierz, czy pasują do twych ramion ! Olle rozwinął paczkę i stwierdził, że Czarnoksiężnik mówił prawdę. To były skrzydła ! Pasowały do jego ramion tak dokładnie, jakby się z nimi urodził. Olle poruszył skrzydłami, i poczuł, że może oderwać się od ziemi. - Ja latam ! Ja latam ! - wykrzyknął szczęśliwy - czy to możliwe, że ja latam ? - Oczywiście, że latasz ! Do tego właśnie służą skrzydła. Są twoje. - Bardzo dziękuję, ale nie mam czym odwdzięczyć się za taki dar - powiedział Olle, poważniejąc i stając przed Czarnoksiężnikiem na podłodze. - Drobiazg. Musisz jednak uważać, gdy będziesz latał. Mogą wziąść cię za kaczkę i zestrzelić ! Olle roześmiał się, bo nie mógł sobie wyobrazić, by ktoś mógł wziąść go za kaczkę. Czyż nie był chłopcem ? Ukłonił się pięknie Czarnoksiężnikowi, a ten zamiótł kurz połą swego płaszcza, i już go nie było ! Olle został sam, a u ramion miał skrzydła, piękne, lotne skrzydła. - Teraz jestem jak orzeł, jak łabędź, jak wolna dzika gęś ! - wykrzyknął Olle, i spojrzał za okno. Kopenhaga leżała u jego stóp. - Pofrunę, daleko, za koniec horyzontu ! Olle rozpostarł skrzydła szeroko i pofrunął. Pod nim przesuwały się dachy domów, łąki, lasy. Oddychał tak głęboko, jak nigdy dotąd ! Dusza śmiała się w nim, a serce przepełnione było taką radością, jaka zdarza się tylko niewinnym dzieciom. Unosił się w powietrzu, wolny i swobodny ! Kiedy poczuł w piersi ból, zrazu nie mógł zgadnąć, skąd mógł się on wziąść. Zaczął słabnąć, i opadał coraz niżej. Nie pomagało trzepotanie skrzydłami, coraz szybciej zbliżał się do ziemi ! - Bien - powiedział Książę po francusku (cały dwór mówił po francusku, bo uważano, że tak jest o wiele bardziej elegancko), i odwiesił flintę na ramię. - A więc mamy tu kaczkę. - Tak jest, mój Książę - odparł Wielki Łowczy - czy zechce pan łaskawie, aby przyrządzono ją dziś na obiad ? - Niech trochę skruszeje. Dzień dopiero się zaczął, a ja mam dziś dobre oko ! - powiedział Książę, śmiejąc się radośnie. Odpowiedz Link
vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 23.11.07, 21:49 Errata. Zapomniałem jakoś o literce "C" w drugim imieniu Christiana. Opowieść wyszła mi jakoś tak okropnie cyniczna, że aż sam czuję do niej odrazę, zmieszaną z podziwem. Odpowiedz Link
lavinka Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 24.11.07, 13:31 Ale przerobiona trochę, czy zacytowana zupełnie? Pamiętam że to była jedna z dłuższych baśni Andersena i jakoś nie bardzo pamiętam.... a nie chce mi się przekopywać przez sterty książek by ją znaleźć (w domu stoją dwurzędowo na półkach). Odpowiedz Link
vauban Re: Hans H. Andersen - Skrzydła Czarnoksiężnika 04.12.07, 02:55 Lavinko, Tej baśni nie napisał Andersen. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem, pełne wydanie leży przede mną. Wzorowałem się. To wyłącznie moja wina, że zacząłem go naśladować. Można powiedzieć, że gdyby Andersen miał nieco więcej czasu, to popełniłby pewnie coś podobnego... Odpowiedz Link
vauban Re: W. Wharton - Droga, popołudniem. 28.04.08, 20:11 A więc dobrze, idziemy. Idziemy już cały dzień i paski plecaka wpijają się w moje ramiona jak głodne piranie. Zastanawiam się, kiedy je odetną, mówię głośno do Caroline i z zadowoleniem widzę, że jej twarz owiewa uśmiech, jak ożywczy wiatr. Jest zmęczona, tak jak ja. Potrzebujemy tego, chwili myślenia o czymkolwiek innym, niż wciąż o drodze. Czy może o Drodze. Kilometr za kilometrem, a końca nie widać. Gdzieś tu powinna być rzeka, mówię do Caroline. Taka zielona rzeka, z wodą mokrą jak cholera. Żeby można było zamoczyć nogi, zatrzymać się. Kto wie, może na cały dzień. Nonsens, mówi Caroline, a jej usta ściągają się w sposób, którego nie lubię. Tu nie ma żadnej rzeki, tu jest tylko droga, ten asfalt i rozjechane koty. Skąd się wzięło tyle kotów na tym zapomnianym zadupiu ? To już drugi od rana. Może gdzieś tu mieszkają ludzie, mówię. Koty są tam, gdzie są ludzie, a jeśli zostały przejechane, to musi coś tędy jeździć, to chyba logiczne, nie ? Caroline nachmurza się, widzę, że z trudnością panuje nad sobą. Durniu, mówi w końcu, jesteś równie głupi, jak brzydki i stary. Idziemy tą drogą już trzeci tydzień, nie ? Jechał nią chociaż jeden samochód ? Widziałeś chociaż jeden dom ? No powiedz. Nie jechał, nie widziałeś. Nie wiemy, gdzie jesteśmy, dokąd idziemy, i czemu ma to wszystko służyć. To twoja wina, kretynie. Idź sam, ja wracam. Odwraca się, i zaczyna podążać w przeciwnym kierunku. Stamtąd przyszliśmy. Tam nic nie ma, wracaj, Caroline ! - wołam za nią, ale wiem, że nie wróci. Powietrze nad rozpalonym asfaltem gnie się w wężowych splotach i już wiem, że odtąd będę sam. Odpowiedz Link
vauban Re: Iain M. Banks - Rozwiązania 28.04.08, 22:08 Ten szary kolor oblepiał jak klej, wszystko w zasięgu świateł wydawało się lepkie: ręce, kafle na ścianach, ochronny fartuch. Quarraye westchnął: nic nie poradzę, tak już wygląda moje miejsce pracy. Co właściwie robi ksenobiolog w takim miejscu ? Podszedł do stołu i wziął do ręki narzędzie, którego miał dziś szczególnie często używać: nóż o lekko ząbkowanym ostrzu. Nie był to szczególnie doskonały nóż, daleko było mu do precyzyjnych narzędzi wytwarzanych przez Kulturę, przeklętą Kulturę, ale tu nadawał się aż nadto dobrze. Kultura, pomyślał Quarraye, dobre sobie. Zostawili mnie, jak psa. Nie, poprawił się w myślach, Kultura nie zostawia tak nawet psów, na ogół. Psy lub inne domowe stworzenia zwykle miały jakiegoś opiekuna, który o nie się troszczył. Choćby dronę. Jego zostawiono bez jakiegokolwiek wsparcia, w samym środku wszechświata i w samym środku paskudnej, nic nie znaczącej, lokalnej wojny. Niewiele na to poradzę, westchnął Quarraye, i przystąpił do pierwszych tego dnia oględzin. Tułów Homomda nosił ślady gwałtownej śmierci, zwykła rzecz wśród materiału z jakim miał Quarraye na codzień do czynienia. Wyglądało na to, że Homomd został zmiażdżony przez jakiś ciężki pojazd, co było czymś niezwykłym. Notując w pamięci rejestratora swoje spostrzeżenia, Quarraye musiał w końcu przyznać, że rebelianci ostatnio weszli w posiadanie czołgów. Nic poza czołgową gąsienicą nie zadałoby takich obrażeń: nogi i dolna część tułowia były prawie zupełnie zmiażdżone, z odbytu wytrysnęły purpurowe jelita. Tors Homomda nie nosił żadnych śladów po pociskach, oparzeń laserowych ani charakterystycznych ran po użyciu broni typu CREW. Tylko czołg, skąd oni to wytrzasnęli, myślał Quarraye, to znaczy, że ta cholerna planeta stacza się w średniowiecze. Odpowiedz Link
vauban Ten, Co Słyszy Głos Kozy Z Lasów - Księga Gór. 02.05.08, 15:39 Czwartego dnia szaman wywołał nas z ayahuamatsi. Wyszliśmy wszyscy, drżący z chłodu, a wstające słońce świeciło na nas. Teraz miało się wiele okazać, duchy były wśród nas. Szaman podał mi skórzany worek i nie powiedział ani słowa. Całe plemię patrzyło na mnie, i ja musiałem zadecydować. Włożyłem rękę do worka, w środku był królik. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Czekałem na duchy. Nareszcie usłyszałem wskazówkę, i dalej już wszystko było proste. Przegryzłem królikowi szyję i wypiłem krew, niedużo, tyle, by było widać, jak spływa kącikami moich ust. Wtedy szaman wziął mnie za rękę i poprowadził do ołtarza Starych bóstw, abym położył tam królika. Przemawiał do Starych Bóstw i wiedziałem już, że zostałem przyjęty, że odtąd jestem wojownikiem. To był wielki dzień. Dzień, w którym Stare Bóstwa spojrzały na mnie i postanowiły mnie zachować. Tak było. Pozostali czekali na wskazówki szamana, ale nie dał im żadnych, tego dnia ceremonia była skończona. Duchy powiedziały, że trzeba zaczekać, aż gwiazdy przybiorą właściwą konfigurację. Duchom nie wolno się sprzeciwiać. One wiedzą o rzeczach, które działy się kiedy świat był młody, wiedzą o tym, co stanie się, kiedy się zestarzeje. Duchy kierują naszym życiem, a słuchać muszą tylko Starych Bóstw. Stare Bóstwa są najpotężniejsze, a ich imion nie wolno nam wymawiać. Bardzo potężny musi być ten, kto rozkazuje duchom, i nie należy o tym zbyt wiele mówić. Szaman może zwracać się tylko do duchów, one proszą Stare Bóstwa o wstawiennictwo. Czasem słuchają. Następnego dnia myśliwi zabrali mnie ze sobą na łowy. Odpowiedz Link
vauban Piotr Wojciechowski - Strzałka czasu 24.05.08, 23:31 Dolina wabiła zielenią, stoki gór, porozcinane wapiennymi żyłami spływały w dół wraz z drogą, którą nasza wyprawa dążyła wciąż bliżej morza, bliżej Joanny. Przepowiadałem sobie imię "Joanna", i w myślach widziałem już rozgrzane słońcem pokoje w Konstancy, obrót furkoczącej, koronkowej sukni, cichy śmiech: "jesteś znowu ? co za niespodzianka...". Ale przecież Joanny nie ma teraz w Konstancy, uprzytomniłem sobie. Jest w Zatoce, teraz jest tam zimno i nie mogłaby nosić takiej sukni... Wegner trącił mnie w ramię, przyłożywszy sobie do oczu Zeissowską lornetę, powiedział obojętnie, tak jakby chodziło o szczegół pejzażu: - O jakieś dwa kilometry stąd po prawej jest stanowisko artylerii. Dziwne, że jeszcze nas nie spostrzegli, pewnie samorodne kebabczerskie wino jest tego roku mocne. Nasze szczęście. Musimy zejść z drogi i obejść ich bokiem, z pewnością jest tam i piechota. Zeszliśmy z siodeł, i chwyciwszy konie za wędzidła poczęliśmy przedzierać się przez drzewa. Wegner milczał, aż przy jakimś większym wiatrołomie, gdy przeprowadzaliśmy niespokojne wierzchowce przez plątaninę zbutwiałych pni, odezwał się znowu. - Wiesz, Dymitrze, dziwnie mi się zrobiło, gdy zobaczyłem ten posterunek. Gdybym to ja, wtedy, powiedział to, co myślę... W sprawie baronowej M, to może stałbym teraz tam, w pyle tego wapiennego usypiska, wydawał rozkazy, aby obłożyć nas ogniem szrapneli. Ale nie powiedziałem, i teraz idę z wami, sam nie wiem, czy słusznie... - Ja też nie wiem, czy postępujemy słusznie. Ale znasz rozkazy. Mamy dotrzeć do wyspy i znaleźć tam to, na czym tak zależy stolicy. Czy myślisz, że nie wolałbym teraz stać przy stole kreślarskim, zamiast iść tędy, nie wiedzieć, czy nie ku własnej śmierci w imię jakiejś sztabowej tajemnicy ? - Ale tam, w górach, podczas narady... - Tam powiedziałem, co myślałem wtedy. Teraz - nie wiem. Dziś nie mam już pewności. Dajmy temu spokój. Już nie możemy wrócić. Nie chciałem wracać. Chciałem iść naprzód, bo droga kończyła się zawsze u Joanny, obok, przy niej. Chciałem wierzyć że o to chodzi. Że o to chodziło od samego początku. "Dziwnym życiem żyjesz, Dymku" powiedziała niegdyś, i oto miałem najlepszy dowód na to, że miała rację, jak zwykle. Odpowiedz Link
vauban Howard P. Lovecraft - Oddech Cthulhu 08.06.08, 13:49 Za namową profesora Isslingwortha, zagłębiłem się w archiwa Arkham University, aby odnaleźć w nich nowe, niepokojące ślady. Natrafiłem tam na szokujące dokumenty: "The Dzyan Book" wyraźnie wspominało o śladach, widniejących na statuetce, zaś przeklęty "Necronomicon" - do którego lektury bibliotekarze starali się ze wszelkich sił mnie zniechęcić - napomykał o nieskończonych wręcz otchłaniach grozy, jakich nawet szalony Abdul Al - Alhazred nie miał odwagi napisać wprost, lecz ukrył swą wiedzę za zasłoną niejasnych aluzji. Statuetka, wykonana z dziwnego, czarnego, nieco tłustego w dotyku kamienia, przedstawiała odrażającą postać, coś w rodzaju ośmiornicy dźwiganej przez Atlasa - jakiego widujemy na fasadach wiktoriańskich budynków, lecz proporcje tego stworzenia nie miały w sobie nic ludzkiego. Gdy patrzyłem na nią, w zaciszu swojego gabinetu, przy świetle gazowej latarni, wydawało mi się, że kamienna postać chwilami ożywa, macki kłębią się wokół nieludzkiej głowy, a im większym przejmował mnie wstrętem ten widok, tym bardziej przyciągał do siebie mój balansujący na krawędzi szaleństwa umysł. Runy, czy też znaki znajdujące się na oktagonalnym postumencie, udało mi się wreszcie odczytać, posługując się językiem Aklo - zapomnianym i przeklętym futharkiem dawno przebrzmiałej sekty, na którego ślad naprowadził mnie Isslingworth - przesyłając mi kopie zapisków znalezionych w opuszczonym kościele w Providence, na temat którego to kościoła już wcześniej krążyły złowrogie pogłoski, które dotarły i do mnie. Doprawdy, nasze życie przebiega zaledwie po naskórku spraw, o których zwykli śmiertelnicy nie powinni wiedzieć. Tuż za naszymi progami rozpościera się bowiem koszmar, jakiego nie jesteśmy w stanie pojąć. Odpowiedz Link
vauban Boris Vian - Wakacje klechy 07.07.08, 12:28 Jak co czwartek, ksiądz Szczypiorek skierował swe kroki ku klasztorowi Ojców Kapucynów, by dokonać tam rytualnego trzepania. Furtian już z daleka pozdrowił księdza Szczypiorka, gdy ten z uśmiechem przekraczał bramę klasztoru i kierował się na obszerny podwórzec. Jak zazwyczaj, dyżurni zwisali z trzepaków, jedni do góry nogami, inni trzymając się rękoma górnych poprzeczek i wymieniali uwagi o pogodzie, śniadaniu i nowym habicie przeora. Ksiądz Szczypiorek pordrowił wszystkich tradycyjnym: "Ele mele, dudki", i z zadowoleniem usłyszał w odpowiedzi chóralne: "Gospodarz malutki, ecie pecie, bęc" pobożnych katolików. Wziąwszy w rękę trzepaczkę (znakomity wyrób hiszpańskich jezuitów, z certyfikatem Inkwizycji oraz znakiem firmowym), przystąpił do trzepania kapucyna. Trzepany kapucyn był świadom swojej doniosłej roli w dziele zbawienia, i prężył się z uśmiechem na trzepaku, podstawiając co istotniejsze części pod trzepaczkę. Musiał już wcześnie rano gorliwie przeczołgać się przez klasztorne krużganki, bowiem po każdym uderzeniu z jego habitu ulatywały ogromne kłęby kurzu. Ksiądz Szczypiorek nie trzepał zbyt mocno, wiedząc że w ciągu dnia zjawi się tu jeszcze wielu innych celebransów, którzy będą spragnieni tych samych wizualnych i zmysłowych doznań. Po wytrzepaniu braciszka, ksiądz Szczypiorek pożegnał się serdecznie ze wszystkimi, zajrzał jeszcze przelotnie do kuchni, gdzie uszczypnął kucharza w policzek, za co został obdarowany wspaniałym ciastem z zapieczoną wewnątrz chrupiącą żabką, i wyszedł na ulicę. Ojcowie kapucyni na trzepakach mieli wyraźnie znakomite wiadomości na temat prognozy pogody: tak jak przewidywali, zaczął padać deszcz kaset magnetofonowych. Ksiądz Szczypiorek wydobył ze swego marynarskiego worka kasetoodporny spadochron, który służył mu za parasol, i zasłonił się nim przed szeleszczącymi wysuniętą taśmą kasetami. Niewiele brakowało, a wpadłby przez to pod autobus ! Był to ten sam autobus, którym co dzień dojeżdżał do pracy Amadeusz Dode, ale ksiądz nie wiedział o tym. I słusznie. Odpowiedz Link
szprota pyszne :) a na dokładkę: 07.07.08, 12:56 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=1397610&a=3848288 Odpowiedz Link
vauban Re: pyszne :) a na dokładkę: 13.07.08, 23:38 Smakowite, naprawdę, a zwłaszcza na kominie: Theria Kurwa My <rotfliczek> Odpowiedz Link
vauban Moje i niesmaczne 21.09.08, 22:34 Oswoić krew Zadanie na dziś - Krew I mocz Niespokojne jak deszcze Kłębi się mięso. Odpowiedz Link
vauban W. I. Iwanow - wspomnienia kombatanta 21.09.08, 23:18 Weszliśmy do miasta z samego rana. Śnieg na ulicach był poznaczony śladami kół, gąsienic, sań, butów... Na rogu ulicy leżał zamarznięty trup młodego żołnierza Wehrmahtu, ściskający jeszcze w rękach stary karabin Berthiera... Z okien, zza żaluzji, patrzyły na nas oczy wyzwolonych mieszkańców. Nie ufali nam... I nie bez przyczyny, bo chłopcy strzelali do każdego okna, wrzucali granaty do piwnic, nie wierząc w brak oporu w tym zajętym mieście... No, bo i w każdym domie dywersant... Postanowiłem, że batalion zakwateruje w dużej kamienicy na skraju miasta. Dwie staruchy naskrzeczały na nas: "Priwatnoje kwartiry, wojnom nielzia !" Kula w łeb, i cisza. Skąd znały ruski, znaczit, eto szpiony ? Rozkazałem oczyścić teren, chłopcy sprawili się dobrze. Trupy zrzucili na podwórko, na razie jest mróz, zatem mogą poleżeć. W mojej kwaterze jest piękne łóżko, na ścianach stare portrety, ot, Europa. Powinienem rozśrodkować sołdatów po domach, ale mi się nie chce. Dadzą sobie radę ! Od Murmańska tak idziemy i idziemy na Berlin, i jakoś to idzie. Pobiedim ! Teraz sobie pośpię, bo już trzeci tydzień bez snu, to jakoś tak nie nada. Wodku niet. A szkoda. Odpowiedz Link