Dodaj do ulubionych

Koncik literadzki Arica

26.08.03, 09:30
Jako, że moje forum za bardzo spojrzało w nicość, a dzieła me wiekopomne
zaginąć nie powinny, watek ten poświecej swojej grafomani i róznym projektom
wypoconym z mojego umysłu. Niektórym może się spodoba. Aaa, nie bedę zakładał
osobnych watków do osobnych tekstów, tylko wszystkie zarzucę tutaj. Miłej
lektury. Opowiadania beda oddzielone znajomą skądinąd grubą krechą, aby
zachować w miare jakis porządek.:)
No to sru!
Obserwuj wątek
    • aric "Co się dzieje z nami po śmierci" 26.08.03, 09:33
      Przez całe życie gramy kartami, które rozdaje Rick. Wszystko więc sprowadza się
      do partyjki pokera, po której, albo będziesz kimś, albo będziesz martwym
      niemowlakiem. Tylko, gdy ryzykujesz możesz osiągnąć wymarzone życie doczesne,
      albowiem to, co zdarzy się przed narodzinami jest ważne, a nie to jak spędzisz
      swój czas na Ziemi
      ***.
      Nastał ranek sto trzeciego dnia nowego tysiąclecia, kiedy pieprznęło tak
      okrutnie, że życie na Ziemi przestało istnieć. Pozostały tylko piasek i woda, a
      Rick zdecydował, że nie chce, aby cośkolwiek działo się z organicznymi formami
      życia po okrutnym pieprznięciu.
      ***
      John jak zwykle ogrywał swojego dwunastoletniego syna w pokera. Był sto drugi
      dzień nowego tysiąclecia i John wiedział już co zrobi po okrutnym pieprznięciu.
      - Co się dzieje z nami po śmierci? – Zapytał nagle syn Johna.
      John spokojnie uniósł wzrok znad trzymanych w ręku kart i zaczął się wpatrywać
      w świdrujące oczka syna. Nastoletni syn Johna przechodził od jakiegoś czasu
      mutację i jego głos zdawał się brzmieć jak nakręcany piszczący wróbel.
      „Co mi właściwie szkodzi mu powiedzieć.” Pomyślał John. „Jutro i tak nie będzie
      nic pamiętał.” Partyjka pokera z synem wydała mu się odpowiednią chwilą, by
      wyjaśnić co stało się z jego matką. Wreszcie będzie mógł wyrzucić z siebie to,
      co go gnębiło od dwudziestu dwóch lat, czyli od chwili, gdy objawił mu się Rick
      i przedstawił wydarzenia, które miały miejsce dawno temu.
      - Spodziewasz się po tej odpowiedzi czegoś szczególnego? – Zapytał badając
      grunt John.
      Młody rzucił na stół swoje karty, miał karetę waletów.
      - Nie jestem pewien co stało się z mamą. – Podniósł wzrok i czekał na wyłożenie
      kart przez ojca. John spojrzał na karetę waletów leżącą na błyszczącym blacie.
      „Ma szczęście skubany.” Pomyślał i pokazał treflowego pokera. „Ale jeszcze
      wiele musi się nauczyć”.
      - Ciągle wygrywasz! – Zezłościł się młodzian. – Szczęściarz.
      - I właśnie dzięki szczęściu wygrałem to co mam i to co wiem. - Odparł
      spokojnie John. – Zaraz ci opowiem co właściwie dzieje się z nami po śmierci,
      chociaż... – Zastanowił się przez krótką chwilę i dokończył: - Może właściwie
      dzieje się to przed naszymi narodzinami. Ale czy to nie wszystko jedno.
      John uśmiechnął się mimochodem wspominając pewną partyjkę pokera, w której
      stawką było jego przyszłe istnienie.
      ***
      Cofnijmy się zatem do początku tej historii, który równie dobrze mógłby być jej
      końcem. Choć prawdę mówiąc moment, w którym zacząłem, oraz moment, w którym
      skończę nie był tej historii ani początkiem, ani końcem. Nie można także
      powiedzieć, że był jej środkiem. Po prostu był i nie należy się nad tym
      zastanawiać. A temu, kto chciałby wszystko uporządkować życzę szczęścia.
      ***
      Świadomość Johna zaistniała nagle. Otworzył oczy i zobaczył błękit wokół
      siebie. Gdzie był i kim lub czym był, początkowo nie wiedział. Lecz w jednej
      chwili jego umysł stał się w pełni uświadomionym tworem i dla Johna wszystko
      stało się jasne. Czuł się dość dziwnie, ale nie umiał tego uczucia ściśle
      sprecyzować. Można by powiedzieć, że dopiero co przyszedł na świat, lecz
      wiedział o nim dokładnie tyle ile powinien. Wiedział też, że określenie
      przyjścia na świat nie było tutaj na miejscu, gdyż znajdował się w Strefie
      Doboru Nowego Życia i nie posiadał ciała. Posiadał natomiast coś co można by
      nazwać możliwością widzenia innych. Zdawało mu się, że zna wszystkich w Strefie
      i wie dokładnie co ma w niedalekiej przyszłości uczynić. Jedyne co pamiętał, to
      jak umarł.
      ***
      Mała dygresja. Dla ułatwienia wszystkiego co wydarzy się w Strefie Doboru
      Nowego Życia autor postanawia nadać owej strefie cechy ludzkie i opisać
      rozgrywające się tam wydarzenia w sposób dużo prostszy niż powinno to zostać
      opisane. Głupi leń. Koniec dygresji.
      ***
      John usiadł na łóżku i spojrzał na jedzącego śniadanie Taylora. Dzielił z nim
      pokój hotelowy i uważał go za sympatycznego faceta, chociaż trochę
      nierozgarniętego i tchórzliwego.
      - Okrutne pieprznięcie co? – Spytał Taylor.
      - Co? A tak. – Odparł nieco zaspany John. – Co wcinasz?
      - Kanapki z tuńczykiem. Chcesz jedną?
      John przetarł oczy, przeciągnął się i ziewnął.
      - Pewnie, dawaj. – I nie czekając na reakcję Taylora łapczywie schwycił i
      kąsnął leżącego najbliżej sandwicza. Na jego twarzy zaczęło się malować uczucie
      spełnienia największego z marzeń.
      - Wybrałeś już sobie nowe życie? – Spytał John z pełnymi ustami.
      - Prawie, zastanawiam się tylko czy nie pokusić się o kilka chorób więcej?
      - Masz coś konkretnego na myśli? – Spytał John ponownie, przełykając trzeci
      kęs. Mało co nie dostał czkawki z braku dopływu powietrza.
      Taylor wyciągnął zmiędloną kartkę z kieszeni i sięgnął po Podręcznik Doboru
      Nowego Życia. Kartkę, na której zapisana była lista plusów i minusów nowego
      życia położył na stole, podręcznik natomiast otworzył na drugiej części p.t.
      Minusy i rozdziale trzecim p.t. Choroby. Chwilę się przyglądał waloryzacji
      poszczególnych chorób.
      John skończył właśnie kanapkę i sięgnął po następną. Zaczął także myśleć o
      dobrodziejstwie obecnej sytuacji. Chociaż zostanie tutaj tylko trzy doby,
      należy zaliczyć wszystkie uciechy, które był w stanie sobie wyobrazić.
      Pierwsze, co przyszło mu do głowy to jak najszybsze zbliżenie płciowe z
      kobietą. Postanowił się jednak powstrzymać jeszcze przez piętnaście
      najbliższych minut, które pozostały Taylorowi na podjęcie decyzji.
      - Może spróbujesz zagrać o coś lepszego? – Zapytał nagle John Taylora,
      sporządzającego na swojej kartce bilans punktów.
      - Żartujesz. – Oburzył się Taylor, wyrwany z procesu sporządzania. – Poker z
      apostołami. Wszyscy, o ile wiem, którzy z nimi grali wylądowali niezbyt dobrze.
      Tylko przez te trzy dni, które tutaj byłem dowiedziałem się, że wszyscy lądują
      albo w średniowieczu jako chłopy feudalne, albo prymitywy z neolitu. W
      najlepszym wypadku, o ile wiedzą, że mają czas się wycofać, lądują jako
      robotnicy w fabrykach w XIX w., albo na czarnym lądzie, czy chociażby po II
      Wojnie Światowej w Korei Pn. Niezbyt miła perspektywa, nie wspominając już o
      martwych niemowlakach. – Po wypowiedzeniu słów: martwy niemowlak, Taylor
      wzdrygnął się niemile, ale ciągnął dalej. - Coraz więcej woli przeżyć spokojne
      swoje nowe życie jako przeciętniacy i w sumie dobrze na tym wychodzą. Ja też
      postanowiłem się do nich przyłączyć. – Taylor zdawał się być pewny swojego
      zdania, jednak dla Johna był po porostu tchórzem. Ponownie zerknął na
      podrozdział dotyczący chorób. A propos tego rozdziału to składał się z trzech
      podrozdziałów o następujących tytułach: choroby nieuleczalne, o największej
      waloryzacji punktowej, choroby przewlekłe, wypadki, choroby ciężkie, choroby
      lekkie i choroby dnia codziennego o najmniejszej waloryzacji punktowej, do
      których można by zaliczyć np.: katar, sraczkę, ból głowy i takie tam pierdoły.
      Podręcznik uwzględniał także częstość ich występowania, wiek, w którym miały
      miejsce i wiele innych współczynników, w których niewiadomo dlaczego nikt nigdy
      się nie pogubił. Nie czas jednak na opis tej grubej książki.
      - Weź raka piersi w wieku sześćdziesięciu lat. Wydaje się być dosyć
      wartościowym minusem, a jest łatwo uleczalny i po co cycki po sześćdziesiątce. –
      Poradził John.
      - Ocipiałeś! Ja mam być babą? Odpada. – Zezłościł się Taylor. – Chociaż prawdę
      mówiąc to byłoby dosyć rozważne posunięcie. Nie mniej jednak odpada. A co
      powiesz na bezpłodność i brak nogi po pięćdziesiątce. Po co mi noga na starość.
      A i tak prawie wszystkie punkty oddałem za życie w USA pod koniec drugiego
      tysiąclecia. Przyjmując opcję losowego miejsca urodzenia i losowego statusu
      społecznego, zarobię kilka punktów by podnieść sobie współczynnik inteligencji
      do 125 i poradzę sobie w życiu. Bezpłodność i brak nogi zamienię na powodzenie
      • aric 'Co się dzieje z nami po śmierci' cd 26.08.03, 09:35
        - Ocipiałeś! Ja mam być babą? Odpada. – Zezłościł się Taylor. – Chociaż prawdę
        mówiąc to byłoby dosyć rozważne posunięcie. Nie mniej jednak odpada. A co
        powiesz na bezpłodność i brak nogi po pięćdziesiątce. Po co mi noga na starość.
        A i tak prawie wszystkie punkty oddałem za życie w USA pod koniec drugiego
        tysiąclecia. Przyjmując opcję losowego miejsca urodzenia i losowego statusu
        społecznego, zarobię kilka punktów by podnieść sobie współczynnik inteligencji
        do 125 i poradzę sobie w życiu. Bezpłodność i brak nogi zamienię na powodzenie
        u kobiet. A w sumie i tak myślę, że skończę na okrutnym pieprznięciu.
        - Co prawda to prawda. – Potwierdził John. – Jednak ja stawiam wszystko na
        jedną kartę. Pieprzę podręcznik. Zabawię się przez trzy dni i zgolę w pokera.
        Wydaje mi się, że jestem w tym nadzwyczaj doskonały.
        Wtem zabłysło zielone światełko nad łóżkiem Taylora. Ten spojrzał na Johna,
        zamknął podręcznik, rzucił go na łóżko, wstał i podał dłoń Johnowi.
        - No to powodzenia stary, na mnie już czas, a ty zachowaj zimną krew i załatw
        apostołów na cacy.
        - Się rozumie, że ich skubnę na kilka tysiączków punktów i skończę jako
        bogacz. – Odparł z uśmiechem John i uścisnął dłoń Taylora. Choć zdawał sobie
        sprawę, że go już nie ujrzy, to jednak jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu coś
        zupełnie innego. Poklepał Taylora po ramieniu i pozwolił mu spokojnie odejść w
        kierunku wyjścia. Taylor zaczynał nowe życie.
        ***
        Zanim John zgłosił się do udziału w grze, użył sobie sowicie. Zapłacił co
        prawda aż sześćdziesiąt punktów ze swojego przyszłego życia, ale wcale tego nie
        żałował. Na pięć rozdań amerykańskiego pokera w pojedynku z apostołami wydawało
        mu się to wystarczające na wejście. Nie dopuszczał do siebie myśli, że może
        skończyć jako martwy niemowlak. Podążał do celu by zwyciężyć.
        Na pięć minut przed upływem czasu stawił się w biurze rejestracji i wylosował
        przeciwników. Święty Jerzy odebrał wylosowane numery od Johna i przedstawił
        sytuację:
        - Stolik trzeci, poczekasz tam na swoją kolej. – Recytował jak automat nie
        przejawiając żadnych emocji oprócz posępnego spojrzenia. Chyba we wszystkich
        widział smoki.
        „Cóż, w końcu swoje przeszedł.” Pomyślał John i zapytał spokojnie, patrząc Św.
        Jerzemu prosto w oczy:
        - Z kim będę grał?
        - Twoimi przeciwnikami będą: Tadeusz, Szymon i Judasz Iskariot.
        - Myślałem, że Judasz jest wyklęty? – Zdziwił się John.
        - Jezus mu wybaczył na prośbę ojca. Jest najlepszy w pokera ze wszystkich
        apostołów, więc myślę, że słabo trafiłeś.
        - Jeszcze zobaczymy. – Powiedział John niewzruszony i dziarskim krokiem ruszył
        w stronę poczekalni.
        Usiadł na jedynym wolnym miejscu i cierpliwie czekał. Kolejka posuwała się
        całkiem szybko. Tura nie trwała dłużej niż piętnaście minut. Wchodziło się
        czwórkami i czwórkami się wychodziło. Prawie zawsze. Prawie wszyscy także,
        którzy wychodzili kończyli bardzo źle lub źle. Chociaż zaletą tych rozgrywek
        była możliwość wycofania się w każdej chwili, niewielu to czyniło, próbowali do
        oporu. No cóż, hazard wciąga.
        ***
        - Jestem John. – Przedstawił się John siadając do stolika. – Mogę mówić wam po
        imieniu?
        - Jasne chłopie. – Odparł Judasz i przypalił papierosa. – To jest Tadzik, a to
        Szymek. Znasz zasady?
        - Mniej więcej.
        Tadeusz przetasował talię i rozdał po dwie karty, jedną zakrytą, jedną odkrytą.
        John sprawdził kartę koszulką do góry. Dama karo.
        - W pierwszej partii podbijamy tylko o pięć punktów. – Zaczął Szymon siedzący
        po prawej stronie Johna i rzucił na środek stołu żeton o znanym nominale. Przed
        Szymonem leżała dama kier. John bez namysłu dorzucił jeden z ośmiu leżących
        przed nim niebieskich krążków. Wiedział, że jeżeli przegra będzie musiał się
        wycofać. Więc porażka nie wchodziła w rachubę. Odkryta karta Johna nie była
        zbyt imponująca. Siódemka pik.
        - Wchodzę. – Dorzucił się Judasz zadowolony, że dysponuje leżącym na stole
        asem. Tadeusz wziął duży łyk jasnego piwa i także wszedł do gry. Miał piątkę
        kier.
        Tadeusz rozdał następne karty. Szymon dostał damę pik. John dostał siódemkę
        kier. Judasz asa. Tadeusz położył przed sobą króla karo. Wszyscy jak jeden mąż
        dorzucili po piątaku i gra toczyła się dalej.
        Następne rozdanie było dla Johna dość szczęśliwe. Dostał trzecią siódemkę, ale
        Judasz miał już trzy asy. Wszystko więc zależało od ostatniego rozdania. Szymon
        i Tadeusz już się nie liczyli, ale swoje dorzucali, taki był ich obowiązek.
        Ostatnie rozdanie poprawiło Johnowi humor w sposób zdecydowany. Dostał damę
        trefl i wiedział, że trzeba trzymać kciuki za nieszczęście Judasza. Ten dostał
        waleta. John odetchnął z ulgą, natomiast Judasz nerwowo zaciągnął się dymiącym
        papierosem.
        - Poczęstujesz mnie fajką? – Rzucił John w stroną Judasza.
        - Spoko. – Odparł Judasz z lekkim zaniepokojeniem w głosie. John zorientował
        się, że Iskariora jest dla niego za krótki.
        - Może podniesiemy stawkę. – Zaproponował John.
        - Ile masz jeszcze do stracenia? – Zapytał Szymon żując gumę.
        - Zostało mi dwadzieścia pięć.
        - Dobra, ale zostaniesz martwym niemowlakiem, jeżeli Judasz cię oskubie. –
        Wtrącił Tadeusz.
        - Judasz może mi skoczyć. – Odparł John z pogardą dla swoich współgraczy i
        przesunął swoją skromną pulę na środek stołu. Wszyscy trzej apostołowie
        badawczo popatrzyli na siebie, po czym bez słowa uczynili swoją powinność.
        Najdłużej ociągał się Judasz.
        ***
        - Co jest chłopaki do jasnej cholery? Podobno jesteście nie do pokonania? –
        John rozbawiony nagłym przypływem znacznego majątku postanowił w końcu, że
        puści ich z torbami. – Dajcie mi jeszcze jedno piwko i kończymy ten nierówny
        pojedynek.
        Judasz odpalał jednego od drugiego. Po trzech nerwowych godzinach został
        oskubany z siedmiu tysięcy punktów. Szymon stracił tylko dziewięćset, a Tadeusz
        dwa tysiące pięćset dwadzieścia. John mógł pozwolić sobie na wszystko czego
        chciał, ostatnia partyjka była tylko czystą formalnością.
        - Skąd ty się wziąłeś? – Spytał Tadeusz wstając od stolika po ostatniej
        partii. – Pierwszy raz ktoś nas ograł na dwanaście tysięcy. Co zrobisz tymi
        wszystkimi punktami?
        - A jakie są możliwości? – Spytał John patrząc na spoconego Judasza, w
        milczeniu kopcącego szluga. Judasz nie mógł uwierzyć co się stało. Jego dwie
        karety, trójka, ful i poker kierowy na nic się nie przydały.
        - Poczekaj tu na mnie i strzel sobie jeszcze jedno piwko. Dowiem się co mamy z
        tobą zrobić.
        John lekko zaniepokoił się ostatnim zdaniem wypowiedzianym przez Tadeusz, lecz
        nie pokazał tego po sobie i zaczął spijać kolejne piwo przyniesione przez Św.
        Franciszka. John dopiero teraz zauważył, że dostawcą drinków był Św.
        Franciszek. Nie omieszkał więc zapytać:
        - Co ty tu robisz? Kelnerem jesteś?
        • aric 'Co się dzieje z nami po śmierci' cd 26.08.03, 09:36
          - Nie kelnerem, ale barmanem. – Odparł Franciszek siadając obok zdruzgotanego
          Judasza i klepiąc go przyjaźnie po plecach. – Rick poprosił mnie bym zajął się
          barem, bo uznał, że włóczęga sobie poradzi. No więc nie odmówiłem i serwuję
          trunki śmietance towarzyskiej.
          - Śmietance towarzyskiej? – Zdziwił się John. – Widzę, że jestem specjalnym
          gościem.
          Franciszek pokiwał znacząco głową. Jego mina wyrażała wielkie uznanie dla Johna.
          - Pierwszy raz widzę, żeby ktoś ograł Judasza. Było trochę osób, które wygrały
          pojedyncze partie z apostołami i udało im się osiągnąć większy pułap w nowym
          życiu, ale nikt jeszcze nie opędzlował Iskarioty.
          - Zamknij się Franek. Pieprzysz jak zawsze. – Ocknął się z odrętwienia Judasz. –
          Kopsnij lepiej szluga, bo mi się skończyły.
          - Za dużo palisz. – Dodał dotychczas milczący Szymon.
          Franciszek sięgał właśnie do kieszeni po dyżurną paczkę papierosów, gdy zza
          uchylonych drzwi wyszedł Tadeusz w towarzystwie Św. Marka. Powoli podeszli do
          stolika i dosiedli się do stołu. Marek spojrzał badawczo na Johna i zaczął
          rozmowę od propozycji:
          - Nie zagrałbyś z Rickiem?
          - Jakim Rickiem? – Zapytał John
          - Najwyższym. – Odparł Marek uśmiechając się przyjaźnie.
          - Nazywacie Go Rickiem? – Zdziwił się John. - Kurwa ale numer.
          - Tylko bez kurw! – Krzyknął z lekka oburzony Tadeusz. – Trafił się nietypowy
          gość. – Tu zwrócił się do Marka. – Coś się chyba wam pochrzaniło z tym facetem.
          Jest on zupełnie inny od pozostałych.
          Marek pogładził swoją nie ogoloną brodę i zagłębił się we własne myśli. Myślał
          przez dobre trzydzieści sekund, wpatrując się Johnowi prosto w oczy. Nikt nie
          warzył się nawet drgnąć. Widać było, że Marek jest tu ważną osobistością.
          - Cztery doby temu była tu niezła balanga. – Zaczął niepewnie. – Pewnie któryś
          ze świętych coś na kacu schrzanił.
          - To znaczy, że może ich być więcej? – Zapytał wyraźnie zagrożony Judasz. Wstał
          nagle od stolika, nerwowo dogasił peta i skierował się w stroną baru, dodając
          na odchodne: – Muszę się napić, bo z nerw pęknę.
          Marek pomyślał jeszcze chwilę i orzekł co następuje, zwracając się do Johna:
          - Tak czy inaczej masz swoje prawa chłopcze. To jak będzie, masz chęć na
          pogawędkę z Rickiem przy partyjce?
          - Pewnie, czemu nie. – Odparł John, wzruszając od niechcenia ramionami. – Jaka
          jest stawka?
          - Jak wygrasz, dostaniesz wszystko, czego sobie zażyczysz. – Odparł Marek
          zażenowany lekko zuchwałością Johna.
          - No to na co jeszcze czekamy? – Poderwał się John gotowy do akcji. Sięgnął
          szybko po prawie pustą szklankę piwa i rzekł: - Zdrowie Ricka. – Przechylił nie
          czekając na aprobatę szklankę i przełknął ostatni łyk złocistego napoju.
          Odstawił naczynie na blat stołu, obtarł rękawem wilgotne wargi i beknął na znak
          pokoju.
          ***
          Trzydzieści minut później John zasiadł przed obliczem Boga. Wbrew wyobrażeniom
          Johna na temat szefa Strefy Doboru Nowego Życia, Rick miał wygląd
          trzydziestoletniego kochanka dużego kalibru. Metr dziewięćdziesiąt wzrostu,
          muskularne ciało i twarz jakby wycięta z okładki miesięcznika dla biznesmenów.
          Stał ze szklaneczką napełnioną przezroczystą cieczą na środku swojego
          apartamentu i uśmiechał się przyjaźnie, patrząc na stojącego przy drzwiach
          wejściowych Johna. Nie czekając na nic szczególnego, zamaszystym gestem
          zaprosił swojego gościa by usiadł przy niewielkim zielonym stoliku. John bez
          słowa, jakby pozbawiony własnej woli wykonał polecenie.
          - Czego się napijesz? – Zapytał Rick.
          John przez chwilę zachowywał się jakby zapomniał o języku w gębie. Gdy pamięć o
          języku wróciła wyksztusił pytanie:
          - A co pan pije?
          - Zwykle czystą. I mów mi Rick. W końcu należą ci się pewne względy.
          - W takim razie niech będzie czysta. – Zakończył stanowczo John, klepiąc się
          przy tym po udach. Wyglądało to tak, jakby nie miał co zrobić z dłońmi, albo
          chciał wytrzepać spodnie z kurzu.
          Rick podszedł do swojego barku zaopatrzonego w trunki rozmaitego rodzaju i
          napełnił Johnowi szklankę czystą wódką. Podszedł do stolika i usiadł na krześle
          naprzeciwko Johna. Podał mu drinka i uśmiechnął się szeroko, jakby za chwilę
          miała mu wypaść z jamy ustnej cała gromadka białych kolesi.
          - Słyszałem, że skopałeś tyłek tym frajerom. – Zagadnął Rick, na co John omal
          nie wypluł przełykanego właśnie alkoholu. Miał zdecydowanie inną wizję języka,
          którego będzie używał Najwyższy. – Co się stało? Wszyscy tu tacy spięci i
          porządni na co dzień. Tylko Judasz i Janek od czasu do czasu wpadną na luzacką
          pogawędkę. Chociaż jak Janek sobie chlupnie to ciągle ględzi o chrzczeniu.
          Czasami jest tu zupełnie jak w lesie na grzybach. Nudno i samotnie chociaż
          bardzo przyjemnie.
          John, ciągle jeszcze zbity z tropu nie umiał zaakceptować obecnej sytuacji.
          Najwyższy żalił mu się jakie to ma nudne życie. To było coś zupełnie nowego.
          Rick natomiast zamyślił się, wlepiając oczy w przezroczysty płyn na dnie
          szklanego naczynia.
          - A co z twoim synem i jego matką? – Zapytał John nie mogąc znaleźć
          odpowiedniego tematu na rozmowę.
          - Marycha uciekła do Józka, a mój syn, zaraz po tym jak wymyślił sobie, że
          spróbuje zbawić świat i mu się niezbyt powiodło, szlaja się gdzieś po Strefie.
          - Jak to mu się nie powiodło? Myślałem, że wszystko było w porządku. Przecież
          ukrzyżowali go, a on umarł by zbawić ludzkość.
          - Pic na wodę. Chłopaki z nudów nawymyślali te pierdoły o powstaniu świata i
          takie tam bujdy o przygodach mojego syna. Trzeba przyznać, że mają wyobraźnię.
          A najlepszy z nich wszystkich był Janek. I to jego wyobraźnia podsunęła mi myśl
          o okrutnym pieprznięciu.
          John siedział nie wiedząc co o tym wszystkim myśleć. Miał totalny mętlik w
          głowie, który wymagał zdecydowanego uporządkowania. Postanowił więc drążyć
          dalej.
          - A Adam i Ewa, Noe i cała reszta.
          - Głupi Mojżesz, egoista jeden. Wymyślił sobie pierdy o swoim pochodzeniu i
          swoich kumplach, a potem twardo utrzymywał, że należy mu się lepsze stanowisko
          w strefie. Miał kompleks boga. – Widać było, że Rick nie bardzo lubił
          Mojżesza. – W pierwszej wersji pierwszych pięciu ksiąg to on był najważniejszy
          i on niby te plagi spuścił i spowodował rozstąpienie się morza. Musiałem
          gówniarza nauczyć gdzie jego miejsce i zamiata teraz mieszkania.
          - Coś mi się wierzyć nie chce. Ale przecież Jezus czynił cuda. Uzdrawiał i
          zmieniał coś tam w coś innego.
          - Jezus to niedorajda. – Oburzył się Rick. - Stale musiałem mu wysyłać Ducha
          Św. by mu pomagał. Ciągle zapominał regułek i np. zamiast uzdrowić Łazarza
          zmienił go w świnkę morską. – Rick pokręcił głową. – Najlepiej wyszedł na tym
          Judasz, skoro już musiał żyć w tych bezsensownych czasach, postanowił się
          trochę zabawić za trzydzieści srebrników i chociaż to dość niemoralne jak na
          mnie, nie potępiam go, bo cała ta szopka z przyjściem zbawiciela była dla mnie
          za bardzo męcząca. Zakazałem więc Jezusowi powtórnych numerów, kazałem dać
          spokój Judaszowi i usunąłem ten rozdział z dziejów świata.
          • aric 'Co się dzieje z nami po śmierci' cd 26.08.03, 09:39
            John podrapał się po głowie, starając się uporządkować ten natłok nowej wiedzy.
            To była ciężka robota.
            - To co mówisz nasuwa wniosek, że wszystko co dzieje się na świecie jest jedną
            wielką złudą. A co z innymi religiami? Przecież było kilku innych zbawicieli.
            Rick zaśmiał się siarczyście i poszedł napełnić szklanki nową porcją czystej.
            - Dałem Luckowi się trochę zabawić, w końcu mój braciszek też musi się czasem
            rozerwać.
            Johna zamurowało.
            - Masz brata, Lucka?
            - Lucyfera. Jak myślisz, gdzie przepuściłeś część swoich punktów, zanim
            usiadłeś do gry. – Wyjaśnił Rick, wracając z trunkami do stolika. – To mi
            przypomina, że mamy sobie pograć. Może zagramy dla rozrywki. Tak dobrze się z
            tobą gada, że nie zależy mi zbytnio na twoich zdobytych punkcikach. Jak
            wygrasz, pomyślimy co dalej. W porządku?
            John pokiwał głową. Wziął do ręki leżącą przed nim talię kart i przetasował.
            - Po amerykańsku? – Spytał szykując się do rozdawania.
            - Nie, w zwykłego. Zastanawia mnie dlaczego nazywa się on amerykańskim, skoro
            to ja go wymyśliłem.
            John rozdawał kary, a Rick ciągnął dalej swoje żale na temat otaczającego go
            światka towarzyskiego.
            - Zastanawiam się ciągle czy dobrze zrobiłem wymyślając całe te przepisy
            Strefy. Jak myślisz, dobrze zrobiłem?
            John właśnie podniósł swoje pięć kart i sprawdził co sobie rozdał. Para
            czwórek. Nie było najlepiej.
            - Tak sobie myślę, że wszystko niby się kupy trzyma. Przez te trzy dni można
            się tu dobrze zabawić, chociaż szkoda trochę, że wszyscy są tu oszukiwani. –
            Odparł John nie podnosząc wzroku znad kart.
            - Ja natomiast sądzę, że po prostu mało wiedzą o tym co się tu dzieje i jak to
            wszystko funkcjonuje. – Johnowi wydawało się, że wyjaśnienia Ricka zaczynają
            nabierać trochę sensu. – Wyobrażasz sobie co by się stało, gdyby wszyscy się
            dowiedzieli o dobrodziejstwach obecnej sytuacji. Powstałby tu taki burdel, że
            nie śmiem nawet o tym myśleć. Natomiast teraz wszystko jest pod kontrolą.
            Chociaż jak na ciebie patrzę to myślę, że trochę się tu zmieni. Wiele trzeba
            będzie naprawić, bo zdaje mi się, nie będziesz odosobnionym przypadkiem, a to
            nie może mieć tu miejsca. Daj mi jedną kartę.
            John spokojnie podał kartę Rickowi. Był lekko zszokowany wnioskami swojego
            nowego przyjaciela. Cały czas gnębiły go dwie kwestie. Skąd się wziął Rick i
            jak skonstruowany jest świat. Tymczasem wymienił dwie karty zostawiając sobie
            oprócz czwórek waleta. Dostał dwa walety. Zastanawiało go też skąd u niego
            pewność co do swojego szczęścia. Wyjaśnienie znalazł wmawiając sobie, że
            powodem były błędy proceduralne skacowanych pracowników Strefy. Rick położył
            swoje karty, miał fula na dziesiątkach. John uśmiechnął się szyderczo i
            zaprezentował swojego fula na waletach. Rick zabluźnił pod nosem, zamykając na
            moment oczy i pokręcił głową.
            - Zrobimy tak. – Odezwał się ponownie Rick. – Każda twoja wygrana, zadajesz mi
            jedno pytanie, a ja na nie odpowiem. Przegrasz, tracisz połowę punktów. Gramy
            do trzech wygranych. Jeżeli wygrasz spełnię twoje życzenie. Jeżeli przegrasz,
            dostaniesz dwa tysiące punktów i ułożysz sobie życie jak będziesz chciał. Stoi?
            - Stoi. – Odparł odruchowo John.
            - Zaczynamy od następnego rozdania.
            ***
            - Skąd się wziąłeś? – Zapytał John po wygraniu pierwszego rozdania.
            - To zdaje się podstawowy problem, który należałoby wyjaśnić. Jednak nie jest
            to takie proste. – Rick zatrzymał się na chwile. Postanowił ponownie napełnić
            szklanki. Tym razem, wracając do stolika zabrał butelkę ze sobą. – Też
            zastanawiałem się skąd się wziąłem. Otóż nie wiem. Po prostu zaistniałem z całą
            obecną wiedzą. Pierwsze co zobaczyłem, to był Lucyfer, jak mi się przedstawił.
            Wiedziałem także jak mam na imię, ale Rick wydaje mi się mniej oficjalne, poza
            tym nie lubię swojego prawdziwego imienia. Wiedziałem, że jestem dobry, Lucek
            wiedział natomiast, że jest zły. Nie było to jednak dobro i zło w czystej
            postaci. Powołaniem Lucka była rozrywka w Strefie, moim powołaniem było
            administrowanie nią. Powiem ci, że trochę zazdroszczę mojemu bratu.
            John zastanawiał się przez chwilę nad wyjaśnieniami Ricka i doszedł do wniosku,
            że niewiele się od niego różni. Różnica polegała jednak na tym, że Rick był
            pierwszy.
            - Wszystko pięknie, ale skąd w takim razie wziął się Jezus? – John zastanawiał
            się czy pytanie to zostanie potraktowane jako pomocnicze, czy też Rick zakończy
            rozmowę na ten temat.
            - Nudziło mi się od samego początku. Postanowiłem, więc zabrać się za robotę i
            stworzyłem sobie żonę. Tak na marginesie to przypomniała mi się historia o
            nawiedzeniu. Niby to Józef był jej mężem, a ja byłem ojcem jej syna, którego w
            sumie spłodził Duch Św. Jak w psychodelicznym romansidle. – Rick uśmiechnął się
            i kontynuował opowieść o powstaniu Strefy. – Potem stworzyliśmy z Marią sobie
            syna, ale jak ci wspominałem zupełnie nam się nie udał. Chyba też byliśmy po
            jakimś nadużyciu. Hm... Ciekawe. – Rick po raz kolejny się zamyślił. -
            Pamiętam, że kiedyś gdy tylko coś postanowiłem to tego dokonałem, a teraz jakoś
            nie potrafię już tak wiele. Chyba nie jestem tu najwyższym, ale cóż skoro mam
            największą władzę, to ja decydują o życiu i śmierci. – Rick zrobił taką minę
            jakby posiadł właśnie różowego kadilaka. – Reszty możesz się domyślić.
            Rick wziął talię kart, przetasował i rozdał.
            ***
            - W jaki sposób urządziłeś świat? – Zapytał John, nalewając sobie kolejną
            kolejkę.
            - Początki były trudne. – Westchnął Rick, jakby zmęczony ciągłym gadaniem. –
            Musiałem zacząć od jego stworzenia. Ta cała ewolucja to straszne pierdoły.
            Znaleźli jakieś szczątki moich pomyłek i pieprzą o naturalnym doborze. Gdy
            wydało mi się, że czas umieścić na świecie ludzi to ich umieściłem. Zacząłem w
            roku 8000 p.n.e. i zostawiłem ich w spokoju. Skończyłem w sto trzecim dniu
            trzeciego tysiąclecia naszej ery. Zauważyłeś chyba, że operuję ziemskim
            określaniem czasu. Skurczybyki mieli łeb. Wiele rzeczy mnie zaskoczyło, gdy
            obserwowałem ich przez wieki. Aż tu nagle mój synalek spiknął się z niektórymi
            z moich podwładnych i wspólnie wyskoczyli zbawiać świat. Trochę ich obśmiano,
            ale cóż, później musiałem to ciągnąć, bo Jezus tak namieszał, że ludzie na
            ziemi zaczęli wariować. Zaczęli budować świątynie, kościoły i inne miejsca
            czcząc mnie i mojego syna i innych, którzy pomagali Jezusowi. Kazałem więc
            napisać co trzeba i tak oto powstała religia w pełnym tego słowa znaczeniu.
            Później się to trochę skomplikowało. Ludzie zaczęli wykorzystywać w różny
            sposób to co im dano, a Lucek wymyślił Allacha i innych temu podobnych. Ci
            idioci z bliskiego wschodu myślą, że wierzą w dobro, tymczasem czczą zło. Lucek
            zawsze miał poczucie humoru. Ale dobrze się stało, bo dzięki nim mogłem
            ograniczyć się do dziesięciu tysięcy lat i wszystko jakoś się kupy trzyma.
            • aric 'Co się dzieje z nami po śmierci' koniec 26.08.03, 09:44
              John przetasował talię, teraz on miał rozdawać.
              - To znaczy, że jesteś trochę leniwy. – Zauważył John.
              - Po prostu wygodny. Wyobrażasz sobie jakby się skomplikowała sytuacja, gdyby
              świat trwał i trwał, a rotacja dusz byłaby nieograniczona?
              John pokiwał głową i po raz drugi rozdał karty. Nie potrzeba było mu dalszych
              wyjaśnień. Wszystkiego się domyślił i wiedział jak stworzone jest życie na
              ziemi. Według jego spostrzeżeń istniało ciągle, a każdy był tą samą osobą i
              ciągle robił to samo. Wszystko było ustawione jak należy i każde odstępstwo od
              reguły mogło spowodować zawalenie się misternie skonstruowanej machiny życia.
              Niezbyt mu się to podobało, ale skoro tak ma być to trudno, nie on za to
              odpowiada i nic mu do tego. Wiedział natomiast o co zapyta i o co poprosi po
              rozegraniu tego rozdania.
              ***
              - Czy mogę najpierw, zanim zadam ci ostatnie pytanie, poprosić o spełnienie
              moich życzeń odnośnie mojego przyszłego życia? – Spytał John, a było to dość
              chytre pytanie.
              Rick popatrzył na Johna.
              - Nie mam nic przeciwko temu.
              - Chciałbym więc trzy rzeczy. Po pierwsze przeżyć to samo życie co zwykle, po
              drugie, żeby pozostało przy mnie szczęście w kartach, a po trzecie chciałbym
              pamiętać wszystko co miało miejsce w Strefie, zarówno w życiu na ziemi jak i po
              powrocie tutaj.
              Rick wyraźnie zaniepokoił się tymi słowami. Teraz zaczął sobie zdawać sprawę
              ile błędów popełnił rozmawiając z Johnem. Największym błędem było zaproszenie
              go do pokoju, jednak taka była zasada.
              „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła.” – Pomyślał Rick. Po czym dodał na
              głos: - Słowa muszę dotrzymać. Jak to załatwimy?
              John myślał dość krótko, gdyż wiedział już jak chce poznać prawdę.
              - Jak skończę osiemnaście lat oświecisz mnie. Prosta sprawa. Odbędziemy mały
              seans filmowy, oczywiście w przenośni. To nie będzie chyba zbyt trudne, co?
              - Da się zrobić. Masz jeszcze w zanadrzu jedno pytanie.
              - Powiedz mi co się stanie, kiedy trafię tu ponownie?
              - Nic, po prostu będziesz pamiętał i nic więcej. Wszystko będzie tak samo.
              Musisz mi jednak obiecać jedno. Gdy tu wrócisz nie będziesz rozpowiadał o
              naszej pogawędce.
              - To mogę obiecać. – Odparł John. Był w pełni usatysfakcjonowany obecną
              sytuacją. Pozostało tylko zaczynać nowe życie.
              ***
              I nadszedł 103 dzień nowego tysiąclecia. 103 dzień 2000 roku. I nie spodobało
              się to Johnowi. Nie spodobało mu się, że nagle zgasło tak wiele istnień
              ludzkich. Nie spodobało mu się, że musi zapomnieć o swoim synu, o swojej
              rodzinie.
              ***
              Świadomość Johna zaistniała nagle. Otworzył oczy i zobaczył błękit wokół
              siebie. Gdzie był i kim lub czym był początkowo nie wiedział. Lecz w jednej
              chwili jego umysł stał się w pełni uświadomionym tworem i dla Johna wszystko
              stało się jasne. Czuł się dość dziwnie, ale nie umiał tego uczucia ściśle
              sprecyzować. Można by powiedzieć, że dopiero co przyszedł na świat, lecz
              wiedział o nim dokładnie tyle ile powinien. Wiedział też, że określenie
              przyjścia na świat nie było tutaj na miejscu, gdyż znajdował się w Strefie
              Doboru Nowego Życia i nie posiadał ciała. Posiadał natomiast coś co można by
              nazwać możliwością widzenia innych. Zdawało mu się, że zna wszystkich w Strefie
              i wie dokładnie co ma w niedalekiej przyszłości uczynić. Pamiętał wszystko co
              przydarzyło mu się przed śmiercią..
              ***
              Rozmowa z Taylorem tym razem nie miała miejsca. Zanim Taylor zdążył otworzyć
              usta, by wypowiedzieć swoją stałą kwestię, John pochwycił w mig leżącą na stole
              kanapkę i ruszył do drzwi. Wiedział dokładnie o co zapyta Taylor, lecz nie miał
              ochoty na wymianę tych samych zdań co kiedyś. Wychodząc rzucił w stroną Taylora
              krótkie: - Trzymaj się stary. – I zniknął za drzwiami. Taylor wzruszył tylko
              ramionami i zaczął wertować podręcznik Strefy.
              John miał tylko jeden cel. Wiedział już, że nie ma innych mu podobnych
              osobników w strefie. Już Rick o to zadbał. Pozostał tylko jeden odmieniec i
              tylko on mógł zmienić przyszłość.
              ***
              - Jakie jest twoje życzenie tym razem? – Zapytał Rick po tym jak ponownie
              sromotnie przegrał z Johnem w pokera.
              - Chcę aby życie toczyło się dalej. Chcę aby mój syn dożył sędziwego wieku i
              żeby jego wnuki dożyły sędziwego wieku i ich wnuki i tak dalej. Nie powinieneś
              odbierać życia ludziom bo tak właśnie ci się chce.
              - Ależ ja jestem panem i władcą ich życia i śmierci. – Zdenerwował się Rick. –
              Ja ich stworzyłem i ja będę decydował o ich losie, czy tego chcesz czy nie.
              - Moim życzeniem jest to co powiedziałem. Nic więcej mnie nie obchodzi. –
              Odparł spokojnie John. – A teraz żegnam i mam nadzieję, że jesteś słowny, w
              końcu przecież dobry Stwórca powinien dotrzymać słowa.
              John opuścił apartament Ricka, nie zwracając na nic uwagi. Rick usiadł na
              kanapie i nalał sobie setkę czystej wódki. Miał ochotę się upić.
              - Dobrze, że przewidziałem jego kolejne życzenie i w końcu od czego mam
              urzędasów. – Pocieszył się i zaczął robić to, na co przed chwilą zaczął mieć
              ochotę.
              ***
              I nastał 103 dzień nowego tysiąclecia, i nic szczególnego się nie wydarzyło.
              John siedział na werandzie swojego domu i przyglądał się gwiazdom, popijając
              zimny kompot z wiśni. John pamiętał i był wdzięczny, lecz nie zazdrościł
              Rickowi, który według niego będzie miał pełne ręce roboty. Rick natomiast
              popijał sobie czystą wódkę, siedząc w wygodnym fotelu i słuchał muzyki
              chińskich mnichów, a wszyscy Święci harowali za niego. W końcu on tu był
              najważniejszy.
    • aric ================================================== 26.08.03, 09:46
      Tak wyglada gruba krecha:)
    • aric "Kusicielka i Łowca Diabłów" 26.08.03, 09:49
      Nosiła imię Jo Ann i potrafiła kusić. Spotykała się jednocześnie z wieloma
      mężczyznami i twierdziła, że żadnemu z nich nie wyrządza krzywdy, ale tylko
      jeden nie odbył z nią stosunku płciowego. Nazywał się John Silver i myślał, że
      zna ją na wylot. Wiedział o jej wielowątkowym życiu, bo Jo Ann rozmawiała tylko
      z nim o swoich uwiedzionych i w pełni oddanych jej mężczyznach. Niestety nie
      wiedział najważniejszej rzeczy, o której dowiedzieć miał się już niedługo, a
      która zdecydowanie odmieni jego dotychczasowe życie.
      ***
      John poznał Jo Ann studiując nauki polityczne na Uniwersytecie Kalifornijskim.
      Była młodsza od niego o rok i miała u swoich stóp całą uczelnię. Wybierała
      sobie ofiary i deprawowała do tego stopnia, że poszłyby one dla niej do Nowego
      Jorku i z powrotem bez ubrania i na kolanach, by tylko móc całować jej
      niesamowicie piękne piersi, do granic możliwości napięte pośladki i wszystkie
      pozostałe części jej jedwabnej skóry, w którą była odziana. John jednak nie był
      zbytnio zainteresowany umizgami w kierunku drewnianego klocka, choćby nie wiem
      jakie piękno z niego wydobyto. Jo Ann nie posiadała za grosz serca. John za to
      posiadał na tyle dużo rozumu, że postanowił nie zwracać na nią uwagi i
      zainteresować się innymi odmianami kobiet. Dlaczego nie chciał z nią spędzić
      upojnych godzin? Stwierdził, że będzie inny niż wszyscy. I dopiął swego. Jednak
      któregoś upalnego popołudnia natknął się na nią, siedząc samotnie nad brzegiem
      oceanu i wsłuchując się w szum bezkresnych połaci wody. Podeszła do niego
      niemal na odległość wyciągnięcia dłoni, zanim wyczuł jej obecność i odwrócił
      się. Miała na sobie jedwabną tunikę poruszaną przez wiatr wiejący od oceanu.
      John skamieniał, Jo Ann natomiast odezwała się do niego głosem o barwie, którą
      można by porównać do mlecznej czekolady, rozpływającej się w ustach zaraz po
      zetknięciu z podniebieniem:
      - Chciałabym cię poznać. Masz coś czego innym brakuje.
      John poczuł się bardzo dziwnie, jakby śnił na jawie.
      - Co takiego? – Resztkami własnej woli pokusił się o pytanie.
      - Nie myślisz swoim fiutkiem, co znaczy, że masz rozum powyżej pasa. – Odparła
      Jo Ann, uśmiechając się zalotnie.
      I tak mijały lata. Jo Ann zdobywała mężczyzn i wyssawszy z nich życiodajną
      energię zostawiała na pożarcie ich własnym demonom. John wiedział o wszystkich
      poczynaniach nietypowej przyjaciółki i czasem tak się uodpornił na jej wyczyny,
      że rozmowę z nią traktował jak jajecznicę na śniadanie.
      ***
      Aż nadszedł pewien letni wieczór, gdy John dowiedział się prawdy o Jo Ann.
      Siedząc przed telewizorem zajadał się chipsami, gdy w kilka sekund po tym jak
      wybiła dwudziesta druga, rozległo się pukanie do drzwi wejściowych. Nie było to
      jednak pukanie typowe, brzmiało raczej jak melodia wyśpiewywana przez istoty z
      lekko zaniżonym poziomem słuchu. Johnowi wydawało się nawet, że rozpoznaje tę
      melodię, lecz po chwili otrząsnął się z początkowego zdumienia i postanowił
      przyjrzeć się gościom przez judasza. Na korytarzu zobaczył przystojnego
      mężczyznę w lekko podeszłym wieku i młodą kobietę o nietuzinkowej urodzie.
      Wyglądali bardzo przyjaźnie, więc John nie zastanawiał się zbytnio nad decyzją
      o rozmowie twarzą w twarz. Otworzył drzwi i zapytał w sposób standardowy:
      - Czym mogę państwu służyć?
      - Pan John Silver? – Zapytał przepisowym basem mężczyzna.
      - Zgadza się. – Odpowiedział John wpatrując się bezczelnie w oczy dziewczyny.
      - Mamy do pana pewną sprawę, która może się okazać dla pana bardzo intratna. –
      Mężczyzna nie czekając na możliwą odpowiedź Johna wkroczył do mieszkania,
      ciągnąc za rękę swoją młodą towarzyszkę. John bez słowa ustąpił miejsca
      wpraszającej się dwójce gości i zamknął za nimi drzwi. Nim zdążył cokolwiek
      przedsięwziąć oboje usadowili się na skórzanych fotelach i zaczęli się
      rozglądać na wszystkie strony. Taki obrót spraw nie pozwolił Johnowi na nic
      innego jak na wędrówkę do kuchni i propozycję:
      - Napiją się państwo czegoś? Herbata, kawa, jakiś napój, piwo, może wódka, a
      może pościelić państwu łóżko i przenocować. – Ostatnie słowa John wypowiedział
      z wyraźną złością, wchodząc niespodziewanie do pokoju.
      - Nie będziemy u ciebie nocować, ale z chęcią napijemy się herbaty. –
      Odpowiedział mężczyzna, a zanim John zdążył odpowiedzieć usłyszał ciepły głos
      dziewczyny: - A dla mnie browarek, jeśli można.
      - Nie można, przygotuj jej herbatę. – Skarcił mężczyzna.
      - No pięknie. – Powiedział John i znikając w kuchni dodał po cichu: - Już nawet
      jesteśmy na ty.
      Spokojnie przyrządził dwie filiżanki gorącej herbaty i wyjął jakieś stare
      herbatniki z kuchennej szafki. Chciał ze złości opluć herbatniki, bo tylko to
      mu przyszło na myśl, jako zadośćuczynienie chamskiemu panoszeniu się obcych po
      prywatnych obszarach johnowego bytu. Nie uczynił tego jednak i bez słowa
      poczęstował przybyszów dobrodziejstwami swojego domu. Gdy siadał na kanapie
      obitej skórą i stawiał poczęstunek na blat ławy, niecodzienna para, wyraźnie
      czymś zaaferowana, szeptała między sobą. Zdążyli już zdjąć wierzchnie okrycia i
      teraz wyglądali jakby to oni byli u siebie, a John był nieproszonym gościem.
      - Przepraszam bardzo, może ja sobie pójdę na spacer, a wy sobie pogadajcie. –
      John poruszony ignorancją obcych przerwał ich zawzięta dyskusję.
      - Nie gniewaj się John. – Odparł mężczyzna. – Gdzie się podziały nasze maniery.
      Ja mam na imię Maksymilian, a to jest Waleria.
      - Miło mi. Może zechcielibyście mi wyjaśnić, co jest tu grane.
      - Przybyliśmy tu, bo jesteś jedynym człowiekiem, który jest w stanie nam pomóc.
      John popatrzył badawczo na mężczyznę, wziął herbatnika i zapytał:
      - Czemu akurat ja? I kim wy właściwie jesteście?
      - Jesteśmy aniołami i przybywamy z polecenia Najwyższego, by położyć kres
      działalności szatana.
      John mało się nie zakrztusił przełykając niewielki kawałek ciastka. Jednak
      okruch ugrzązł w złej dziurce i John zaczął nieładnie chrząkać w celu pozbycia
      się ciała obcego. Gdy pozbył się niepożądanego okrucha uśmiechnął się i
      zagadnął:
      - Anioły, co? To powiedzcie mi w takim razie ile diabłów mieści się na łepku od
      szpilki?
      Anioły popatrzyły się na siebie, potem na rechoczącego Johna. Na ich twarzach
      malowało się wyraźne zdezorientowanie.
      - Nie kpij sobie, bo stanie się coś złego. – Waleria wydała się Johnowi bardzo
      poważna, gdy wypowiadała te słowa.
      - Ale ja nie wierzę w Boga, ani w anioły i co za tym idzie nie wierzę też w
      szatana.
      - W takim razie będziesz musiał uwierzyć. – Powiedział grobowym głosem Maks.
      • aric 'Kusicielka i Łowca Diabłów' cd 26.08.03, 09:50
        John przestał się śmiać, a jego uśmiech zamienił się w minę wykazującą
        zaintrygowanie obecną sytuacją. Stawał się ciekawy i zaczynał mieć chęć na
        rozmowę, a nuż dowie się czegoś o czym nie ma pojęcia. Nie należy zakładać
        klapek na oczy.
        - Żądam dowodów. Może jakieś cuda, albo coś tam innego. – Powiedział John w
        nadziei na ciekawe przedstawienie.
        - Nie potrafimy czynić cudów. – Powiedział ze smutkiem Maks. – Może coś innego
        cię przekona.
        Maksymilian wstał i zaczął zdejmować ubranie z górnej części ciała. Gdy zdjął
        podkoszulek oczom Johna ukazały się niewielkie lecz okazałe skrzydła. Wyglądem
        przypominały nieco skrzydła dorosłego łabędzia. John patrzył na to niecodzienne
        zjawisko z fascynacją w oczach, lecz nie miał zamiaru przekonać się o ich
        autentyczności bez wykorzystania zmysłu dotyku. Pióra pod palcami Johna
        wydawały się jakby z najdroższego jedwabiu. John był oszołomiony. Znalazł
        miejsce skąd wyrastały i stwierdził, że nie jest to żadna sztuczka. Pokręcił
        głową z podziwu lecz nie poddał się od razu.
        - Ty jesteś w porządku, a ona? – Zwrócił się do Maksa, patrząc lubieżnie na
        Walerię.
        Waleria nagle się zaczerwieniła i spuściła głowę.
        - Ja się trochę wstydzę. – Rzekła pochlipując pod nosem. – Dostałam skrzydełka
        dopiero dwa dni temu i są jeszcze bardzo malutkie.
        Johnowi żal się zrobiło łkającej dziewczyny więc postanowił dać jej spokój.
        - Dobra, nieważne. W jaki sposób mogę się wam przydać i co z tego będę miał.
        John zaczął się zastanawiać nad swoją wiarą w Boga i we wszystkie bujdy, które
        według niego zawierała Biblia. Chociaż zawsze uważał, że musi w niej znajdować
        się choć odrobina prawdy, to jednak napisali ją ludzie, a nie jakieś
        nadprzyrodzone siły. Ludzie natomiast mają nieraz chorą wyobraźnię i potrafią
        wypisywać różne pierdoły. No ale skoro w grę oprócz dobrego uczynku wobec Boga
        wchodziła gotówka, miał chęć się poświęcić.
        - A co cię interesuje? – Zapytał Maksymilian.
        - Oczywiście banknoty. – Odparł John. – Jak większość stworzeń ziemskich jestem
        materialistą i przydałoby się małe wsparcie w życiu doczesnym.
        - Muszę cię jednak ostrzec, że możesz nie być zbytnio zadowolony z tego co masz
        dla nas uczynić.
        - Do rzeczy, do rzeczy. – Ponaglał jednak John. – Odpowiednia kwota zawsze
        przemówi do rozsądku normalnego człowieka.
        Maksymilian skończył właśnie zakładać wełnianą marynarkę.
        - Jesteś pierwszym mężczyzną, który ma kontakt z szatanem i nie został
        skażony. – Zaczął swoją wypowiedź Maks. – Do tej pory nie znalazł się żaden,
        który by się oparł kusicielce i zyskał jej zaufanie. Kusicielka to taka postać
        szatana, która przy pomocy swoich wdzięków zbiera dusze mężczyzn. Ostatnio
        coraz mniej duszyczek trafia do nieba. Podejrzewamy, że jedna taka kusicielka,
        podczas całego życia na ziemi potrafi przywłaszczyć sobie kilka tysięcy
        myślących swoim interesem facetów. A jeżeli kusicielek jest kilka tysięcy,
        przynajmniej tak nam wyszło z wyliczeń, to pomyśl jaką armię diabłów płci
        męskiej szykuje szatan. Podejrzewamy, że ten ojciec zła planuje jakąś inwazję.
        W związku z tym wysłano nas by poznać strategię i zamiary diabłów wcielonych w
        kobiece ciała.
        - Co oznacza, że muszę znać jednego z nich i on musi mi ufać. – John podrapał
        się w czubek głowy i nagle posmutniał. – Chcecie powiedzieć, że mam ukatrupić
        Jo Ann?
        - Niestety, twój jedyny przyjaciel to szatańskie nasienie.
        John poderwał się i ruszył w kierunku drzwi wejściowych. Na jego twarzy
        pojawiły się oznaki narastającego gniewu. Nie zamierzał dłużej tolerować
        obecności swoich gości.
        - Kurwa mać. – Zaklął, nie zważając na obecność aniołów. – Wypierdalać mi z
        domu. Gówno mnie obchodzi wasze zadanie i wasze pobudki. Gówno mnie obchodzi,
        że jesteście aniołami i w ogóle mnie gówno obchodzi wszystko co jest z wami
        związane.
        Nie chciał rozstania z Jo Ann. Była jedyną osobą, która dawała mu szczęście.
        Mógł z nią przebywać godzinami i wpatrywać się w jej piękne ciało, jednak nigdy
        nie czół do niej pociągu fizycznego. To stawiało Jo Ann ponad wszystko czego
        doświadczył w życiu. Gdyby nie myślał o niczym innym niż o fizycznej miłości z
        Jo Ann, podjęcie decyzji o spełnieniu dobrego uczynku wobec najwyższych władz
        nie byłoby aż tak trudne. Jednak John postanowił, że nie pozbędzie się osoby,
        która była dla niego jedyną rodziną.
        - No co się tak gapicie? Wynocha mi stąd, ale już. – Krzyczał John trzymając
        klamkę otwartych drzwi.
        Waleria i Maks bez słowa podnieśli się z miejsc i skierowali się do wyjścia.
        Minęli Johna i wyszli na korytarz. John chciał zatrzasnąć drzwi, jednak stopa
        Maksa na to nie pozwoliła.
        - Zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego nie czujesz do niej pociągu fizycznego?
        Dlaczego nie korciło cię, żeby się na nią rzucić i pieścić do końca swoich dni?
        Dlaczego traktujesz ją jak kumpla?
        John nie odpowiedział tylko tępo wpatrywał się w czarny but Maksa blokujący
        drzwi.
        - Jeżeli chcesz poznać prawdę, skontaktuj się z nami. – Ciągnął Maks,
        zabierając nogę. – Zostawiłem ci numer telefonu na stole, a teraz żegnam panie
        Silver. Proszę przemyśleć niektóre sprawy, a może się jeszcze spotkamy.
        - Pewnie w piekle. – Rzucił John i trzasnął drzwiami. Po chwili uświadomił
        sobie, że jego ostatnia wypowiedź nie miała sensu. Trochę mu się pomieszała
        góra z dołem. Niestety kwestia „Pewnie w niebie” brzmi zbyt miękko, więc żeby
        być twardym trzeba spotkać się w piekle.
        ***
        • aric 'Kusicielka i Łowca Diabłów' cd 26.08.03, 09:50
          Piekło. W sumie słowo to nie wydaje się brzmieć zbyt groźnie. Tego wieczora
          John sięgnął po kilka głębszych lufek. Upijając się myślał dlaczego właściwie
          nigdy nie swawolił z Jo Ann. Wszyscy, którzy ją poznali, wcześniej czy później
          kończyli w jej ramionach. Kilka numerków i do widzenia. John zaczął się kiedyś
          zastanawiać nad rozwiązłością Jo Ann, ale wmówił sobie na podstawie rozmów z
          nią, że ona po prostu to uwielbia, seks, władzę, pieniądze, rozkosz posiadania
          wszystkiego i wszystkich. John natomiast stanowił pewnego rodzaju wyzwanie,
          dzięki czemu mogła się sprawdzić jako przyjaciel. Taka była jego opinia.
          Ciekawość. Nęci jak jasna cholera. Nęciła także Johna. Upijając się w
          samotności coraz więcej rozmyślał o tym co mogłoby być, gdyby...
          Ciekawość i piekło. Jest takie przysłowie...
          Gdy nad ranem, John obudził się z okrutnym bólem głowy, pierwsze słowa, które
          się wydobyły z jego suchego gardła brzmiały:
          - Pierwszy stopień jest najtrudniejszy do pokonania.
          Po czym wziął ogromny łyk zimnego piwa i wykręcił numer telefonu napisany przez
          Maksa.
          ***
          - Nie całkiem chodzi o zabicie Jo Ann. – Tłumaczył Maks. – Chcemy mieć ją
          żywcem.
          - Trzeba było tak od razu mówić. – Ucieszył się John. – Nie doszłoby do tej
          wczorajszej sprzeczki.
          Maks jednak nie podzielał radości Johna.
          - Nie zrozumiałeś mnie. Jo Ann, którą znasz umrze. My chcemy prawdziwą postać
          kusicielki. Wytłumaczę ci teraz na czym to wszystko polega. Może wtedy
          zrozumiesz pewne sprawy, które jak sądzę nie pozwalają ci przekonać siebie do
          naszych propozycji. – W tym momencie Maks sięgnął do kieszeni po rzecz
          przypominającą pistolet. Położył ją przed sobą i mówił dalej. – Za pomocą tego
          urządzenia można zdjąć zewnętrzną powłokę z człowieka. – Maks uśmiechnął się
          lekko. – Kretyńsko brzmi co? Ale to najbardziej obrazowe wytłumaczenie. Nasi
          specjaliści z wywiadu pracowali nad tą zabawką dosyć długo. Strzał pozwala na
          dezintegrację fałszywej osobowości. W tej chwili wszystkie kusicielki są ludźmi
          jak ty. Różnica polega na tym, że w ich ciałach siedzi diabeł, który steruje
          ich zachowaniem. Dzięki temu urządzeniu można ujrzeć po prostu wnętrze danego
          człowieka. Jedyną wadą jest jego krótkie działanie. Po trzech sekundach wraca
          dawna postać. Dlatego trzeba działać szybko.
          John słuchał w skupieniu jak Maks snuje niestworzone historie na temat zupełnie
          mu abstrakcyjny.
          - Dlaczego ja. Możecie przecież wziąć kogoś z ulicy, albo sami to zrobić. Z
          tego co mówisz to wydaje się to zupełnie proste dla każdego. Podejść, strzelić
          i po sprawie.
          - Niestety, nie masz racji. Gdybyśmy mogli to załatwić w inny sposób, to czy
          byśmy rozmawiali z tobą?
          John pomyślał przez chwilę, wpatrując się w czarny przedmiot na kształt
          pistoletu. Nie udzielił odpowiedzi, gdyż wiedział, że nie ma po co jej udzielać.
          - Diabeł to sprytna bestia. – Podjął ponownie Maks. – Sami zdziwiliśmy się gdy
          odkryliśmy, że istnieje ktoś, kto oparł się pokusie. Nasi chłopcy do zadań
          specjalnych próbowali różnych sposobów, lecz wszystkie nie dały rezultatu.
          Udało się nam zlokalizować zaledwie siedemnaście kusicielek, natomiast siedzący
          w nich diabeł nie pozwolił się nam zbliżyć na mniej niż sto metrów. Nie mamy
          tak doskonałych urządzeń, żeby obezwładniać z tak dalekiej odległości.
          - Nikt nie jest doskonały. – Rozbawił się John.
          - Raczej szatan jest niezłym spryciarzem. – Zauważył Maks. – Ma całe fury
          sztuczek w zanadrzu. Ty także będziesz musiał uważać. Może przejrzeć twoje
          zamiary. Przygotowaliśmy ci dokładne informacje na temat tego co wiemy o
          kusicielkach.
          John wziął do ręki niewielki zeszyt leżący na stole i zaczął przeglądać
          zapisane kaligrafowanym pismem strony.
          - Na lekturę będzie czas później. Dowiesz się także w jaki sposób obsługiwać
          urządzenie do demaskowania diabłów, jak również wielu innych ciekawych spraw.
          Pozostaje tylko jedna sprawa. Sprawa twojego wnętrza.
          Maks chwycił za leżące urządzenie i nacisnął spust. John chciał zaprotestować
          jednak nie pozostawiono mu nawet cienia szansy. Jego zewnętrzna powłoka
          zniknęła momentalnie. Na trzy sekundy ukazała się jego prawdziwa osobowość.
          ***
          Gdy John opuścił pokój hotelowy z notesem i urządzeniem do demaskowania
          diabłów, które zaczął później nazywać U3D, Maks siedział na fotelu i
          zastanawiał się nad tym co ujrzał kilka chwil wcześniej. Chociaż prawdę mówiąc
          nie ujrzał nic. John nie posiadał wnętrza, był pusty.
          - Teraz wiemy dlaczego? – Rozległ się głos Walerii wychodzącej z sąsiedniego
          pokoju.
          - Pierwszy raz widziałem coś podobnego. – Powiedział Maks, kręcąc głową. –
          Wszyscy, których do tej pory badaliśmy mieli wnętrza, byli źli, dobrzy, smutni,
          weseli, zawsze coś nimi kierowało, jakieś wnętrze. Johnem Silverem nie kieruje
          nic. Ciekawe czy są inni mu podobni. Trzeba to sprawdzić. Możemy wreszcie
          dokopać pieprzonemu szatanowi.
          - Jak ty nieładnie mówisz. – Oburzyła się Waleria.
          - Raz kiedyś, od święta można.
          ***
          Lektura notatnika okazała się zdumiewająco ciekawa. John dowiedział się także o
          istnieniu wielu innych odmian diabłów, a także o tym w jaki sposób deprawują
          oni swoje ofiary. Jednak na razie ciekawiło go zadanie, dzięki któremu będzie w
          stanie dowiedzieć się prawdy o swojej przyjaciółce jak i zarobić okrągły
          milionik. Niewiadomo co jest bardziej kuszące. Zrobić to w celu poznawczym czy
          dla pieniędzy. Górę wzięła żądza bogactwa, natomiast reszta, jeżeliby się
          okazało, że jego zleceniodawcy mieli rację, odsunięta została na plan dalszy.
          Schemat działania był zdumiewająco prosty. Iść do domu Jo Ann, nie wykazywać
          zbytniego entuzjazmu co do przyczyny odwiedzin, strzelić raz w celu odsłonięcia
          wnętrza, strzelić drugi raz w celu unieszkodliwienia diabła, zadzwonić po
          niebiańskie siły specjalne.
          - Kurde, ależ to proste. – Powiedział do siebie John dopijając trzecie piwo.
          Należało więc sięgnąć po następne i zakończyć wertowanie stronnic notatnika.
          ***
          • aric 'Kusicielka i Łowca Diabłów' koniec 26.08.03, 09:52
            Dziewiętnaście godzin i trzynaście minut później, dokładnie o dwudziestej
            pierwszej John, ukrywając z tyłu U3D przekroczył próg mieszkania niezwykle
            ponętnej kobiety o imieniu Jo Ann. Metr siedemdziesiąt złożone z niebiańskich
            nóg, piekielnego tyłeczka służącego do pracy, tali wziętej prosto z wystawy,
            powalających, krągłych piersi bez krzty związków krzemu. Falujących jak smukłe
            topole na lekkim wietrze, delikatnych kończyn górnych i gładkiej szyi bez
            cienia zmarszczki, uwieńczonej najpiękniejszą spośród istot, nieziemską wprost
            głową. Słowem zajebista bogini o włosach promienia słońca i oczach głębokich
            jak rów Mariański. Mogła masakrować wyglądem. John dopiero teraz zwrócił uwagę,
            przyglądając się z lekko innego punktu widzenia, że taki cud natury nie
            powinien był istnieć.
            - Czego się tak gapisz. – Jo Ann wyrwała Johna z wzrokowego amoku. – Siedzę na
            golasa czy co?
            - Zamyśliłem się. – Odparł John siedząc naprzeciwko swojej przyszłej ofiary. –
            Szkoda kurde, wielka szkoda. – Wymamrotał i przystąpił do realizacji zadania.
            Nie było sensu przedłużać ostatniego spotkania.
            - Naćpałeś się czy jak? Bredzisz od rzeczy. Co ty roo... – Strzał zamknął usta
            Jo Ann.
            Diabeł był nawet zabawny, lecz nie było czasu przyglądać mu się. Nim przeciwnik
            Johna zdążył zareagować padł drugi strzał i diabeł stał się niegroźny. John
            sięgnął po słuchawkę telefonu i wykręcił numer Maksa.
            - Robota wykonana, możecie wpaść na piwko. – Powiedział spokojnie i odłożył
            słuchawkę na widełki.
            Unieruchomiony diabeł siedział na kanapie przyglądając się Johnowi w milczeniu.
            Nie mógł się ruszyć, jednak mógł mówić.
            - Wszystko czego chcesz, za wykonanie kolejnego telefonu. – Rzekł diabeł prawie
            wcale nie ruszając ustami. Chociaż prawdę mówiąc trudno było nazwać coś przez
            co mówił ustami. – Moi kumple będą tu szybciej niż te obszczańce od Pana Boga,
            a ty dostaniesz wszystko czego sobie zażyczysz.
            - Nie powiedzieli mi, że będziesz mógł mówić. Niestety mój niegrzeczny
            chłopczyku. Nie mam ochoty na dalszą przyjaźń z podłymi złodziejami męskich
            dusz. Przestań kłapać swoimi paskudnymi usteczkami, a może ci nie dam kopa w tą
            twoją trójkątną gębę.
            Diabeł zamrugał jedynie czymś na kształt powiek i nie odezwał się więcej ani
            słowem.
            ***
            - Czy anioły uprawiają sex? – Zapytał John patrząc na kształtny biust Walerii.
            - Kiedyś muszą zacząć. – Odparła nie okazując zbytniego zawstydzenia Waleria.
            - To znaczy, że mam okazję przespać się z aniołem dziewicą. Chyba zrzeknę się
            tego miliona na rzecz dokonania przełomu w stosunkach anielsko-ludzkich.
            - Nie tak szybko, mamy dla ciebie następną propozycję. Maks!
            Johna zamurowało. Nadzieja na miłe spędzenie wieczoru prysła natychmiast. Maks,
            z uśmiechem szerokości chevroleta na twarzy, wkroczył do pokoju i uścisnął
            zdziwionemu Johnowi dłoń.
            - Chyba podziękuję już państwu za gościnę. – Powiedział z powagą John i
            postanowił opuścić towarzystwo aniołów.
            - Nie chciałbyś zasmakować przygody? – Spytał Maks. – Chcielibyśmy ci
            zaproponować stałą współpracę za dowolną cenę.
            John zamyślił się przez chwilę.
            - Waleria. – Powiedział uśmiechając się pod nosem.
            - Jeśli tylko to, to nie ma sprawy. – Maks zdawał się być zupełnie beztroski.
            - No wiesz Maks, sprzedasz mnie bez mrugnięcia okiem. – Oburzyła się Waleria,
            ale po chwili na jej twarzy pojawił się bajkowy uśmiech. – Czemu nie. Podoba mi
            się życie na Ziemi. A gdy wtapiamy się w tłum nie należy zachowywać się jak
            ignorant.
            - Oczywiście gotówka na drobne wydatki też by się przydała. Powiedzcie mi także
            czym będę się zajmował.
            - Jesteś pierwszym Łowcą Diabłów i chcemy abyś ukatrupiał dla nas armię
            ciemności.
            ***
            Mijały miesiące, a John unieszkodliwiał złych i szkolił kolejnych ludzi, którzy
            pozbawieni byli wnętrza. Nieraz tylko zastanawiał się czy aby nie powinien
            zmienić profesji, gdyż jak tak dalej pójdzie zostanie wysłany by ukatrupić
            samego szatana. Zło przestanie istnieć, a rozpusta i szalone czasy odejdą w
            niepamięć. Zapanuje dobroć i nuda.
            ***
            - Kiedyś twój kumpel wspomniał o numerze telefonu do twoich bliskich. –
            Powiedział John unieruchomiwszy sto pięćdziesiątego trzeciego diabła w swojej
            karierze. – Znudziła mi się ta robota. Może macie jakiś wolny etat, bo nadszedł
            czas przywrócić równowagę na Ziemi.
            Diabeł podał numer telefonu. John zawiadomił specjalną ekipę diabłów, która
            zjawiła się momentalnie zabierając ich do głównej kwatery zła. Johnowi szkoda
            było tylko romantycznych nocy z aniołem. Czuł się wtedy jak w siódmym niebie.
            Chociaż siedem to chyba trochę za dużo, powiedzmy że czuł się jak w niebie z
            numerem pięć.
    • aric ================================================== 26.08.03, 09:52
      Yo! Krecha gruba znów;)
    • aric "Pewna sprawa za prawą rękę" 26.08.03, 09:54
      Początek

      Jeżeli prawdą jest, że wszyscy ludzie pochodzą tylko od dwojga zwykłych
      śmiertelników, to mamy odpowiedź dlaczego świat jest taki popieprzony. I
      chociaż to co mi się przydarzyło, miało ścisły związek z powyższą myślą i mogło
      spotkać jedynie mnie, do tej pory nie mogę uwierzyć, że mam 753 lata i spisuję
      historię swojego życia. I cóż, nie będzie ona może zbyt szczegółowa, ale po co
      przedłużać. Drobniejsze fakty stanowią tylko ubarwienie dla treści mego życia i
      mogą być spisywane w dowolnie wybranej chwili, w której wpadną mi do głowy.
      Najważniejszy jest początek, ewentualnie plan ramowy, najmniej ważny natomiast
      jest koniec, gdyż tak naprawdę nigdy nie zostanie osiągnięty.
      ***
      Dawno, dawno temu stałem na krawędzi jednego z tych kilkusetmetrowych drapaczy
      chmur w Nowym Jorku i zastanawiałem się jak długo będę spadał. Czy nękały was
      kiedyś myśli samobójcze, w jaki sposób odebrać sobie życia i co się będzie
      dalej działo? Założę się, że tak. Po prostu leży to w naturze naszej rasy, a w
      mózgach mamy tyle bałaganu, że nawet przy pomocy 17 tysięcy śmieciarek nie uda
      nam się usunąć odpadów gromadzonych przez lata. Dlaczego lot w bezkresną
      otchłań, zapytacie. No cóż, nigdy nie dane mi było skoczyć ze spadochronem,
      chociaż bardzo chciałem tego dokonać. Powiedzieli jednak, że jednoręka
      karykatura mężczyzny nie może tego uczynić. Chodziło o jakieś tam przeróbki
      pozwalające sterować przy pomocy dostępnych członków. Postanowiono więc dać mi
      do zrozumienia, że takie coś, jak skok ze spadochronem kaleki z kikutem
      wystającym z barku jest niewykonalne. I tak oto więc stoję sobie na krawędzi,
      zastanawiając się nad swoim popieprzonym życiem i szykuję się do swobodnego
      spadania, gdy nagle odzywa się dziwny głos i pyta:
      - Nie lepiej byłoby kupić byle jaki bilet na samolot i skoczyć z kilku tysięcy
      metrów? Dłużej byś spadał, większa frajda no i ten pęd powietrza.
      Odwróciłem się odruchowo do tyłu, po czym zacząłem się nerwowo rozglądać, ani
      żywej duszy. Wtedy nie pomyślałem o niczym innym niż coś żywego. Cóż za
      krótkowzroczność z mojej strony. Pomyślałem jednak, że skoro i tak nikogo nie
      ma, nie zaszkodzi zamienić kilka słów z samym sobą. Przecież i tak nie zostało
      mi wiele czasu, a za wariata nikt już mnie nie weźmie. Rzekłem więc z pełną
      świadomością w głosie:
      - Nie mam tyle pieniędzy, żeby wynajmować samolot. A złodziej ze mnie żaden.
      Nie chcę także grzeszyć przed śmiercią.
      - Niedoceniasz siebie. A propos, ze słyszenia wiem, że oni tam w górze nie
      przyjmują samobójców. Rozmyślanie natomiast, po skoku z większej wysokości, nad
      tym co zrobiłeś zajęłoby ci trochę do czasu końcowego starcia z grawitacją. Nie
      zapominaj także o tym przyjemnym uczuciu spadania. Flaki podchodzą pod gardło i
      ten pęd powietrza.
      - Wała mnie obchodzi gdzie się znajdę po zetknięciu z ziemią. Niebo czy piekło
      będzie z pewnością ciekawsze od egzystencji na tym idiotycznym świecie. – Nagle
      wróciła mi świadomość. Do kogo ta gadka. To mój strach przed ostatnim krokiem
      tak do mnie gadał. – Nie wiem kim jesteś, ale już postanowiłem. Dobranoc kurwa.
      Ruszyłem do przodu dziarskim krokiem, a raczej tak to miało wyglądać gdybym
      mógł się ruszyć. Wytężałem każdy mięsień. Nawet te, których nie miałem zdawały
      się być napięte do granic możliwości. Ni freda, ani drgnąłem
      - Dokąd to mój drogi. Jeszcze nie skończyliśmy pogawędki. – Głos nie dawał za
      wygraną. To musiało mieć coś wspólnego z tym, że nie mogłem przesunąć się nawet
      o mikron.
      - Czego chcesz ode mnie? – Zapytałem więc, raczej w myślach niż na głos, bo co
      mi w sumie pozostało. Jakiś diabeł więził mnie z jakiegoś powodu.
      - Nie jakiś tam diabeł, tylko Eddie. – Odparł oburzony głos. – Sprawa jest
      bardzo prosta. Ja ci zapewnię dostatnie życie, a ty namieszasz dla mnie trochę
      w historii świata.
      Co za poroniony pomysł, pomyślałem. Jakaś nieczysta siła o imieniu Eddie
      proponuje jakąś absurdalną pracę człowiekowi, który stoi na krawędzi
      trzystumetrowego wieżowca i chce tylko jednego od siebie. Jednego kroku,
      którego nie może jednak wykonać, a powodem tego pewnie także jest jakiś tam
      Eddie. Co miałem odpowiedzieć. Jedyne co przyszło mi do głowy zanim się
      zgodziłem przyszło mi następujące krótkie zdanie pytające:
      - Czy dasz mi nowa rękę?
      Odpowiedział, że tak. Następnie zostałem uwolniony od niewidzialnej,
      trzymającej mnie siły. Zrobiłem odruchowo krok do przodu i spadałem kilka
      sekund nim umarłem łamiąc sobie wszystkie możliwe kości. Taki był początek.
      ***
      Wyobraźcie sobie jak zajebisty może być widok prawej dłoni o idealnych
      wymiarach. Byłem zamroczony szczęściem, gdy zerkałem co chwila na moją
      nieobecną przez piętnaście lat prawą rękę. Mówi się, że oddałoby się rękę za
      życie w bogactwie do końca swych dni, a ja wam mówię, że jeszcze więcej jest
      warta możliwość jedzenia łyżką jak Bóg przykazał. To było coś, na dokładkę nie
      zapomniałem po piętnastu latach niczego co mógłby zapomnieć praworęczny
      podrywacz. A propos podrywania, Eddie okazał się tak oszałamiającą laską, że
      nie mogłem oderwać od niej oczu. Nie żadne tam diabelskie moce z kopytami i
      szatańskim ogonkiem. Jedynie średniego wzrostu kobieta, na widok której twój
      mały mógłby tańczyć non stop przez całe życie. Gdy stałem na skraju wieżowca
      właściciel głosu wydawał się być wrednym mieszkańcem piekieł, gotowym na
      wszystko. Krótko mówiąc fiutem bez skrupułów. Zaczynałem się wprawiać w
      krótkowzroczności. Po raz kolejny złapałem się na tym, że brak mi było
      pozytywnego myślenia. Przez cały okres kalectwa rozważałem tylko wariant
      najbardziej pesymistyczny. To właśnie stało się przyczyną chęci zakończenia
      mojej egzystencji. Tu, gdzie znajdowałem się, choć nie wiedziałem gdzie to
      jest, wróciła do mnie chęć dalszego uczestnictwa w tworzeniu historii ludzkości.
      - Nie będziesz jej tworzył. – Odezwał się kobiecy głos za moimi plecami.
      Zdecydowanie słodszy od pierwszego głosu, który należał do Eddie. – Będziesz ją
      zmieniał.
      Odwróciłem się jak najszybciej tylko mogłem. Taka wielka chęć ogarnęła mnie, by
      ujrzeć ideał piękna. Ona uśmiechnęła się i dodała:
      - Pięć uczynków spełnisz, aby ją zmienić. Aby świat był normalniejszy, a ludzie
      szczęśliwsi.
      - Jak to pięć? – Oburzyłem się.
      - Za każdy palec u twojej nowej dłoni.
      - Nie pamiętam takiej umowy.
      - Nie szkodzi. Właśnie to ustaliłam. – Nagle Eddie zamyśliła się. – A może
      ustaliłem. Nigdy nie wiem do końca czym jestem. No ale skoro teraz nie posiadam
      przyrodzenia będę oną.
      Cała ta sytuacja zaczynała mnie wkurzać. Jednak nie byłem w stanie odmówić.
      Widok pięciu moich na nowo odzyskanych palców przyprawiał mnie o zawrót głowy,
      podobnie jak obecna forma Eddie. Cholera, ja też nie mam pojęcia jak to coś
      nazywać. Eddie to zrobił, czy Eddie to zrobiła, a może Eddie to zrobiło.
      Dylemat godny uwagi kreta, a jednak muszę jakoś opisywać to, co robił mój
      rozmówca.
      - Niech ci będzie. – Powiedziałem po chwili. – Jedno zadanie za jeden palec.
      Ale zanim zacznę starać się o kciuka może mi cokolwiek opowiesz, o co właściwie
      chodzi.
      • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 09:55
        - Wszystko zaczęło się, gdy mój ojciec wypędził z raju moje rodzeństwo. Te
        opowieści o żebrach Adama to takie tam bajeczki, co by trochę pofantazjować.
        Tatuś zrobił z nich ludzi i skazał na wygnanie z naszej cudownej krainy. Ci
        natomiast, dla zabicia nudy zaczęli się bawić w doktora i Ewa urodziła
        bliźniaczki. Dobrze że wtedy żyło się po kilkaset lat. W ciągu pięciu stuleci
        wasza Ziemia zaroiła się od ludzi. Byli dużo doskonalsi niż teraz, jednak
        pomyśl, wszyscy spółkowali z jakimiś tam krewnymi, po prostu jedna wielka
        rodzinna orgietka, z której powstała cała dzisiejsza cywilizacja. Każdy z was
        współżyje z ciotką wujkiem i każdy z was płodzi coraz bardziej nienormalne
        dzieci. Niezłe bagno. Im ludzie stawali się mniej doskonali, tym krócej żyli i
        spółkowali tylko z dalszymi krewnymi, lecz i tak w ich żyłach płynęła ta sama
        krew. Czas, żeby to naprawić. Z naszych obserwacji wynika, że właśnie ty nam w
        tym pomożesz.
        Gdyby się zastanowić to właściwie była prawda. Jeśli nawet nie pochodzilibyśmy
        od tych dwojga to i tak w którymś miejscu naszej historii byliśmy spokrewnieni.
        Więc co szkodzi przyjąć jej punkt widzenia i wypełnić powierzone zadania.
        - To co właściwie mam najpierw zrobić? – Zapytałem w celu przyspieszenia naszej
        rozmowy.
        - Zapłodnić wiele kobiet, które żyły dawno temu.
        - Przecież mogliście wybrać każdego do tego zadania, dlaczego właśnie ja. –
        Zapytałem, bo właśnie to mnie dziwiło. – Skoro potraficie wszystko to dlaczego
        ja stałem się właśnie tym jedynym?
        - To dość skomplikowane i na pewno teraz o tym się nie dowiesz. Przyczyna, dla
        której nie mieszamy się w sprawy ziemskie jest prosta, chociaż dla ciebie może
        być absurdalna. Nasz stwórca zabronił nam tego. Zgodził się na trzy wyjątki.
        Dwa z nich już miały miejsce. Gdy powstrzymałam cię od samobójstwa,
        wykorzystaliśmy trzeci.
        - Chcesz mi wmówić, że my wierzymy w Boga, którego ty jesteś jedną z córek, a
        wy macie swojego Boga, który z kolei jest waszym stwórcą. Straszne bzdury tu mi
        opowiadasz.
        - To tak jak z grami komputerowymi, w które bez przerwy gracie, tylko w
        znacznie większej skali. Gdy wypełnisz zlecone ci zadanie, przechodzisz na
        wyższy poziom gry. Z nami jest podobnie. Kiedyś przeszliśmy na wyższy poziom.
        Pokręciłem głową, podrapałem się po nosie, postanowiłem dalej nie drążyć.
        - W sumie zwisa mi to wszystko. Mam rękę, mam też zobowiązania, trzeba brać się
        do roboty. Ile kobiet mam wpędzić w ciążę?
        - Dajmy na to setkę. Nie powinno ci to zająć więcej niż kwartał. Około jednej
        na dzień. Wtedy kobiety robiły to na potęgę. Co za zwierzęta. – Eddie pokręciła
        głową z rezygnacją i dodała na odchodne: - To zadanie będzie najdłużej trwało,
        a jego wypełnienie będzie miało znaczące skutki. Następne będą może
        trudniejsze, ale zdecydowanie mniej czasochłonne. No to hajda na kuń. –
        Zakrzyknęła i uśmiechnęła się do mnie w sposób prześliczny tak bardzo, że dla
        niej mógłbym zabić, ale o tym w swoim czasie.
        Cały kwartał spędzony na kopulacji wydawał się być miłą perspektywą. W dodatku
        nie miałem kobiety od piętnastu lat. Brzydziłem się płacić za seks, więc
        pościłem skręcając się w bólach. Zaczynałem lubić Eddie. Była bardzo hojna.

        Pierwsze

        Coś huknęło, jakby odrzutowiec przełamał barierę dźwięku. Coś błysnęło, jakby
        piorun pieprznął w elektrownię jądrową. Poczułem nagły skurcz wszystkich mięśni
        jednocześnie i w jednej chwili znalazłem się na przepięknej zielonej łące,
        wśród śpiewających ptaków i krzątających się wokół zwierzaków nie tylko
        czteronożnych. Pachniało cudownie, a mnie czekało cudowne zadanie. Cóż może być
        przyjemniejszego, niż stosunek płciowy i świadomość zmian w ludzkiej
        społeczności na lepsze. Chyba tylko dobrze zjeść i się wyspać. To było coś!
        Wstałem więc z mięciutkiej trawki i ruszyłem odziany w tunikę przed siebie na
        zachód. Zapytacie skąd miałem na sobie tunikę. Odpowiedź brzmi: nie mam bladego
        pojęcia. Tak idąc przed siebie zastanawiałem się co zrobić, gdy zachce mi się
        pić albo jeść. Z innymi sprawami chyba nie powinienem mieć problemu, lecz to
        zaczynało mnie niepokoić i zaczynałem żałować, że nie zapytałem Eddie o więcej
        spraw, które mogą stać się problemem podczas odzyskiwania kolejnych palców.
        Nurtowało mnie również jaki był drugi wyjątek z tych trzech, o których
        wspomniała podczas naszej pogawędki. O ile dobrze myślę pierwszym było odejście
        Adama i Ewy, a raczej ich wygnanie z „rodzinnego domu”, a trzecim wyrwanie mnie
        z postanowienia o popełnieniu samobójstwa. Co było drugim stanowiło dla mnie
        zagadkę. Zagadką był również wybór mojej osoby do wypełnienia powierzonej mi
        misji. Co posiadałem takiego, czego brakowało innym. Zacząłem wmawiać sobie, że
        powodem było właśnie to, że brakowało mi ręki. Dałem sobie słowo honoru, że
        zapytam Eddie o ten wyjątek przy najbliższej, możliwej okazji.
        Szedłem sobie więc na zachód i szedłem, aż tu naglę widzę dziewczę. Wyglądała
        może na szesnaście lat, ale chyba w tych okolicznościach nie obowiązywała
        ustawa o nienaruszalności nieletnich i to właśnie uznałem za największe
        dobrodziejstwo obecnej sytuacji. Ironia nieprawdaż. To było niesamowite. Mogłem
        bez żadnych konsekwencji rwać tą wspaniałą „ryczącą” szesnastkę. Pozostawał
        tylko jeden problem, jak tu zagaić do owej nieznajomej, młodej bogini. Pewnie
        angielskiego nie zna, bo skąd by miała znać. To był niezły klin. Postanowiłem
        jednakże mimo wszystko zagaić, bo co mi w sumie szkodzi zagaić. Fajowe słowo,
        zagaić, kojarzy się raczej z gajowym albo z gajem. Zagaić gajowego w gaju, dla
        mnie bomba.
        I tu stało się coś bardzo dziwnego, tak dla mnie dziwnego, że osłupiałem na
        wzór drewnianego pala. Jakby to ująć, czy kiedyś zdarzyło się wam rozmawiać we
        śnie w języku, którego w ogóle nie znacie, w sposób tak płynny jakby był waszym
        ojczystym. W dodatku rozumieliście wszystko co mówicie i co się do was mówi.
        Tak się działo właśnie w tej chwili. Przypominało to trochę rozmowy między
        różnymi rasami w Star Treku, ale bez tych śmiesznych komunikatorów
        uniwersalnych przypiętych na piersiach.
        Rozmowa była dość dziwna i krótka. Nie minęło piętnaście minut, a pomyślnie
        zakończyłem jedną setną mojego pierwszego zadania. Poza tym zostałem ugoszczony
        jak jakiś hrabia wyśmienitymi owocami i pożywnym mięsiwem. Upiłem się winem i
        poszedłem spać. Może cała ta historyjka brzmi trochę zbyt prosto, ale to było
        wszystko co zapamiętałem z pierwszego dnia pobytu w tym uroczym miejscu.
        Zupełnie straciłem poczucie czasu. Jednak zabawa zaczynała się dopiero
        rozkręcać. Gdy nazajutrz, z ogromnym kacem wstałem by zaczerpnąć wody ze
        studni, zobaczyłem w sąsiednich łóżkach trzy całkiem nagie rówieśnice mojej
        pierwszej zdobyczy, przykryte jedynie prześwitującymi tkaninami.
        • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 09:58
          - Ciekawe czy zaliczyłem wszystkie? – Zapytałem sam siebie i wyległem na
          podwórze. W świetle dziennym zgrupowanie tych marnych kilkunastu chat pokrytych
          skórami wyglądało żałośnie. Wokół biegało kilkanaście młodszych osobników,
          ganiając za czymś na kształt psa. Mieli wielki ubaw, chociaż nie wiedziałem
          dlaczego ganiają tego zwierzaka, tylko dla zabawy, czy może dla zaspokojenia
          głodu. Nie było to jednak ważne, w tej chwili chciałem tylko się czegoś napić.
          Już namierzyłem studnię, spokojnie podszedłem przecierając oczy, wyciągnąłem
          wiadro z wodą i już zamierzałem się napić, lecz jakaś mała dłoń zakryła mi usta.
          - Nie pij tego. – Powiedziała spokojnie młoda kobieta, tak przynajmniej brzmiał
          jej głos. – Ostatnio kilkoro dzieci długo chorowało po wypiciu tej wody. Poimy
          nią tylko zwierzęta domowe.
          - Bardzo chce mi się pić. – Zauważyłem odruchowo.
          - Napij się wina. Od tego ci się zdecydowanie polepszy.
          - Klin? Czemu nie.
          - Klin? – Zdziwiła się dziewczyna. Była tą samą, którą spotkałem poprzedniego
          dnia na łączce. Nie wiedziałem nawet jak miała na imię.
          Wychyliłem kilka łyków niezbyt mocnego, słodkiego alkoholu. Momentalnie zaczęła
          wracać chęć do dalszego działania.
          - Klin ma miejsce wtedy, gdy po nocnym pijaństwie, rano sięgasz po butelkę, by
          postawić się na nogi. – Zdefiniowałem jej klina.
          - My tu mamy klina ciągle. – Zauważyła młoda piękność i zaczęła iść w stronę
          swojej chatki, a właściwie szałasu, mówiąc na odchodne: - Dziwny jesteś
          przybyszu i dziwnie mówisz.
          Chwilę postałem odprowadzając wzrokiem jej kołysząca się biodra. Pokręciłem
          głową i ruszyłem za nią. Weszła do środka i zaczęła chyba przygotowywać coś do
          jedzenia. Byłem głodny, zawsze na drugi dzień po piciu mam chęć na ciągłe
          jedzenie. Miałem też okazję porozmawiać trochę o tym świecie, który ma być moim
          domem przez kolejnych kilka tygodni. Warto by się dowiedzieć na przykład,
          dlaczego w tak bandycki sposób zostałem zniewolony przez piękne nastolatki.
          Zauważyłem także coś innego, wokół nie było żadnego mężczyzny, a na placu
          biegało zaledwie kilku chłopców. Postanowiłem więc zacząć wywiad środowiskowy.
          - Jak ci na imię, ślicznotko. – Zacząłem całkiem nieźle, co? Klasyka.
          - Sonia. – Odpowiedziała krótko, sama rozkosz dla uszu.
          - Ja mam na imię John. – Zastanowiłem się przez chwilę, patrząc na dziewczynę,
          czy imię to jest odpowiednie, ale ona nie zwróciła na nie zbytnio uwagi. -
          Powiedz mi więc Soniu, bo nurtuje mnie, gdyż nie pochodzę z tych stron,
          dlaczego nie ma we wiosce mężczyzn? Czy są może na polowaniu? – Tym razem
          pytanie było zabarwione ironizmem.
          Dziewczyna posmutniała nagle i skryła twarz w dłoniach. Chciałem ją przytulić,
          ale wydawało mi się to trochę naciągane. Czekałem więc cierpliwie na jakąś
          odpowiedź. Wreszcie otarła niewielkie łzy z policzka i odparła:
          - Dwa lata temu wszystkich mężczyzn zabrano na wojnę i od tej pory ich nie
          widzieliśmy.
          - Jak to zabrano, nie poszli samowolnie. Wcielono ich do jakiejś armii pod
          przymusem? – Dziwiło mnie, że zadaję takie pytania, a nie siedzę cicho i czekam
          na wyjaśnienia. Nigdy się tak nie zachowywałem. Nie dociekałem, nie odzywałem
          się niepotrzebnie. Chyba odzyskanie prawej ręki przewróciło mi trochę w głowie.
          Ale cóż, trzeba się wczuwać w rolę.
          - Przyszła nieznana armia ze wschodu i zabrała nam mężczyzn i wszystkie zapasy.
          Głodowaliśmy, nasze winnice odżyły dopiero tej wiosny. Dopiero teraz zaczynamy
          handlować z innymi osadami.
          Armia ze wschodu, winnice, gdzie ja jestem. Nigdy nie byłem orłem z historii,
          geografia nie leżała w ogóle w mojej naturze. Wywnioskowałem jednak, że jestem
          gdzieś w okolicach Morza Śródziemnego. Też mi wniosek. Jestem żałosny. Chociaż
          stwierdziłem także, że skończył się okres długowiecznego życia mieszkańców
          ziemi.
          - Ile masz lat. – Zapytałem prawie nieświadomie. Taka była potrzeba chwili.
          - 27. – Odparła krótko.
          Więc się bardzo myliłem, albo i nie bardzo. Wyglądała na 16. Wnioskowałem
          zatem, że obecnie ludzie żyją jeszcze całkiem długo, coś około setki, może
          dłużej. I już się tłuką pomiędzy sobą. Naprawdę byliśmy pochrzanieni od
          zarania. Eddie wybrała zatem dobry moment i miejsce na moją misję. W okolicy
          nie ma mężczyzn, kobiety są spragnione seksu i będą mogły współżyć ze swoim
          potomstwem jeszcze przez jakiś czas. Trochę to przerażające, ale cóż ja miałem
          do tego. Jak trzeba kopulować to trzeba. Będę się włóczył i uszczęśliwiał
          samotne kobiety.
          - Potrzebujemy cię. – Powiedziała nagle Sonia, obierając jabłko. Skąd miała
          jabłka?
          - Tak sobie myślę... Czy wczoraj kochałem się z tymi kobietkami?
          - Tylko z jedną, no i ze mną. – Odparła Sonia, jakby stosunek płciowy był
          poranną kawą. – Noria i Guerta nie są w tej chwili płodne. Musisz trochę
          poczekać. Chyba nigdzie ci się nie śpieszy?
          Nie ma co, naprawdę jestem w raju, pomyślałem i ponownie zadałem pytanie z
          zamierzonym celem:
          - Jak wiele kobiet zdolnych do współżycia mieszka w wiosce? – Koszmar, sam nie
          mogłem uwierzyć, że w taki sposób podchodzę do sprawy. Chyba nie można być
          bardziej bezczelnym i pewnym siebie. Sonia jednak odłożyła spokojnie obrane
          jabłko na miseczkę, skąd wzięła do cholery jabłka? Uniosła głowę, pomyślała
          chwilę i odparła:
          - Wszystkie powyżej 15 lat, czyli koło czterdziestu, ale w sąsiedniej osadzie
          będzie ich z siedemdziesiąt. Tam też dawno nie widziano mężczyzny. Stamtąd mamy
          jabłka.
          - Skąd wiedziałaś, że właśnie o tym myślałem?
          - Patrzyłeś na te owoce jakbyś nie mógł uwierzyć, że naprawdę istnieją. To
          prosta sprawa, my im dostarczamy wino i winogrona, oni nam żywność i inne
          towary potrzebne do egzystencji naszej małej społeczności.
          - A wędrowni kupcy? Przecież w związku z handlem muszą istnieć jakieś szlaki. –
          Byłem z siebie dumny. Niezły wniosek.
          - Po przejściu wojska wszystkie szlaki się załamały. Myślę, że minie jeszcze
          kilka lat zanim wszystko wróci do normalnego stanu. Szkoda tracić czas.
          Potrzebujemy rozwijać się i rozmnażać natychmiast. Już dawno ustaliłyśmy, że
          pierwszy spotkany mężczyzna będzie ojcem naszych dzieci. Sąsiednia wioska jest
          w podobnej sytuacji.
          No tak. Chyba załatwię wszystko szybciej niż myślałem. Dwie wioski, ponad sto
          kobiet, a gdzie starcy? Właśnie gdzie się podziali starsi ludzie.
          - Jednego jednak nie rozumiem nadal. Gdzie są mieszkańcy w podeszłym wieku?
          - Najstarsza kobieta ma 63 lata i wciąż może rodzić dzieci. – Aż mnie
          wzdrygnęło na samą myśl. Sonia mówiła natomiast dalej: - Jej męża też zabrali.
          Przybyliśmy tutaj ponad 40 lat temu. Było nas około 10 osób i postanowiliśmy
          uprawiać winorośl. Nasi rodzice byli wtedy jeszcze młodsi ode mnie. Nie
          widziałam często starych ludzi. Nigdy ich tu nie gościliśmy. Jedynymi, których
          poznałam byli wędrownymi kupcami i mieli po 100 lat. Przemierzali szlaki od
          osady do osady nie zatrzymując się na dłużej wśród nas.
          - A sąsiednia osada? Co z nimi? Są do was podobni? – Trzy pytania naraz, ależ
          ze mnie natręt, co właściwie mnie obchodzi, w jaki sposób powstały te czy inne
          osady.
          - Powstała niedawno, jakieś 20 lat temu, na szlaku. Są naszymi braćmi,
          wygnanymi przez starszyznę z naszej zbiorowości. Nigdy nie dowiedziałam się
          dlaczego.
          ***
          • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 10:00
            Rozmowa trwała jaszcze przez kilka godzin. Pytałem o wszystko co mnie dziwiło,
            zastanawiało, nurtowało. Byłem ciekawski jak cholera. Nakreśliłem jednak obraz
            świata w swoim umyśle, gdzie przyszło mi spędzić jakiś czas. Ludzie żyli tu po
            około 100 - 120 lat. Co przypadało, według tego co pamiętałem z biblijnych
            opowieści, na okres mniej więcej dotarcia do ziemi obiecanej. Mojżesz żył 120
            lat, więc nie wiem czy było już po czy jeszcze przed tym wydarzeniem. Istniały
            więc już starożytne cywilizacje. To był wniosek, byłem z siebie dumny. Nadal
            jednak nie mogłem określić dokładniejszej daty, ani nie mogłem dojść kim byli
            najeźdźcy ze wschodu. Nikt nie mógł sobie przypomnieć szczegółów dotyczących
            tych ludzi. Jak byli ubrani, czy mieli skośne oczy - wschód zawsze się kojarzy
            ze skośnymi oczami. Im dłużej myślałem tym bardziej nabierałem przekonania, że
            za tą tajemnicą kryła się Eddie. Czyżby ułatwiała mi zadanie i miała w tym
            jakiś interes.
            63-letnia, moim zdaniem staruszka, okazała się natomiast zupełnie atrakcyjną
            panią, wyglądającą na 40, oczywiście według naszej skali. Znała się na seksie
            jak mało która. Wszyscy byli radośni, wszyscy byli pijani. Wpadłem chyba w
            alkoholizm. Dziwiłem się jak oni mogli tyle pić. Wreszcie się tak
            przyzwyczaiłem, że w ogóle, poza obmywaniem ciała, nie miałem do czynienia z
            wodą. Balanga o jakiej zawsze marzyłem. Nagie kobiety, gorący seks co noc, albo
            i co dzień, albo co godzina, wino i radość z życia. A najlepsze jest to, że
            kobiety z sąsiedniej osady same się do mnie pofatygowały. Czy tak wygląda raj
            czy piekło?
            ***
            - Dobrze się bawiłeś? – Nagle przed moimi oczami pojawiła się twarz Eddie. Z
            początku nie zrozumiałem co do mnie mówi. Ale powtórzyła pytanie i wtedy
            pojąłem co się stało. Nadal byłem pijany. Ostatnie co pamiętam to strzał do
            celu z mojego narzędzia i nagle widzę ją. Trochę zapomniałem jak wygląda, ale
            teraz, gdy moje sensory powracały do dawnych ustawień zobaczyłem i
            przypomniałem sobie ją bardzo wyraźnie. Była piękna. Ponownie piękna jak z
            okładki.
            - Dlaczego? – Prawie zapłakałem.
            - Umawialiśmy się na sto. – Przypomniała w bezlitosny sposób.
            - Ale dlaczego tak nagle? Nie dało się inaczej? – Jęczałem jak zbity pies,
            nigdy nie lubiłem bić psów, ale tak się mówi.
            - Co za mięczak z ciebie. Trzeba cię odtruć. – Pokręciła głową Eddie.
            Przeniosła mnie na stojące obok łóżko i kazała się porządnie wyspać. Miała
            krzepę jak na taką niepozorną panienkę.
            Spałem chyba z siedemnaście godzin, nie wiem tak naprawdę ile bo zegarka nie
            miałem, siedemnaście natomiast jest taką przyjemną liczba, a gdy się obudziłem
            miałem taką delirkę, że nie potrafiłem przetrzeć oczu. Celowałem dłońmi w
            oczodoły, a dotykałem twarzy od brody po przetłuszczone włosy. Czułem się jak
            epileptyk z ciągłym atakiem i chociaż nie wiedziałem jak epileptyk może się
            czuć podczas ataku, to takie właśnie skojarzenie mi wpadło do głowy. Leżałem
            tak sobie, nie mogąc zebrać myśli i telepałem się jak galareta. Ile czasu
            spędziłem na tej rozpuście? Co się stało ze mną tam, kiedy stałem się sobą
            tutaj? Zniknąłem nagle, czy jeszcze trochę pobyłem tam nie wiedząc o tym, że
            tam byłem? Przez moją niespokojną głowę przebiegały dziesiątki nieskładnych
            myśli i trapiących organizm pytań. Nagle ujrzałem Eddie, pojawiła się z nikąd,
            dotknęła mojego czoła i zasnąłem ponownie.
            Spałem chyba trochę krócej niż poprzednio, gdy się ocknąłem Eddie już przy mnie
            czekała. Tym razem mogłem przetrzeć oczy. Organizm odzyskiwał powoli dawną
            sprawność. Mogłem pokusić się nawet o czynność powolnego uniesienia głowy.
            Dziwne jest to, że nie chciało mi się wcale rzygać. Następnie Eddie pomogła mi
            usiąść. Było mi zimno. Okryła mnie kocem jakby czytała w moich myślach. Na
            pewno to potrafiła, ale tym razem aż raziło w oczy to, że ogarniał mnie chłód.
            Eddie wzięła do ręki niewielką porcelanową miseczkę. Nabrała parującego płynu
            na łyżkę i wlała mi do ust. Rosół. Jak babcie kocham, rosół. Nie czułem tego
            smaku przez lata, jakże cudowne było to uczucie. To było lepsze niż sex.
            Karmiła mnie rosołem najpiękniejsza kobieta, jaką kiedykolwiek spotkałem.
            - Jeszcze kilka dni i pogadamy jak równy z równym. – Powiedziała, dokończyła
            mnie karmić, ułożyła ponownie do snu i obdarzyła uśmiechem. Gdy kładłem się na
            łóżko zastanawiałem się dlaczego nie uleczyli mojego organizmu, tak jak
            odtworzyli moją rękę, ale nie zdążyłem niczego wymyślić, bo zasnąłem.
            ***
            Gdy organizm regenerował zużyte przez alkohol organy dowiedziałem się co
            następuje: Eddie nie mogła mnie uleczyć, gdyż nie ma prawa dalszej ingerencji w
            sprawy śmiertelników. Jej funkcje zostały określone jako opiekuna mojej osoby i
            nie podlegały dyskusji. Poza tym była łącznikiem między Najwyższym a mną.
            Powiedziała mi także, że nie ma o co się martwić, czas zupełnie nie ma
            znaczenia, jesteśmy poza nim, jednak dla ciebie biegnie w sposób realny.
            Potrzebowałem więc kilkunastu dni by dojść do siebie. Szło to dość powoli, ale
            z każdym dniem czułem się znacznie lepiej, tylko miliardy szarych komórek
            odeszły w zapomnienie. Po co komu tyle bezużytecznych części. Moja intuicja
            podpowiadała mi, że minęło już około dwóch tygodni. Eddie nigdy nie liczyła
            dni, jednak ciągle gadała, że czas na drugie zadanie niebawem nadejdzie. Wcale
            nie miałem ochoty kontynuować zleconej mi misji, ale skoro obiecałem to słowa
            dotrzymam.

            Drugie

            - To prosta sprawa. – Zaczęła Eddie na kilka minut przez początkiem skoku poza
            ten dziwny światek. – Gdy pojawisz się na Ziemi spotkasz mężczyznę idącego z
            naprzeciwka. Nieważne kim jest, ważne, że ma go nie być. Nie wiem co
            postanowisz. Udusisz, walniesz kijem czy kamieniem. Twoja sprawa. Jego śmierć
            ma być szybka. Zakopiesz ciało i to wszystko.
            Słuchałem z niedowierzaniem. Miałem zabić człowieka. Zastanawiałem się często,
            czy mógłbym w sposób bezkarny odebrać komuś życie. Zawsze myślałem, że tak.
            Jednak teraz przedsięwzięcie to miało nabrać prawdziwego charakteru. Mam go
            zabić przy pomocy przypadkowej broni.
            - Dlaczego nie mogę dostać pistoletu z tłumikiem skoro i tak muszę ukryć
            ciało? – Zapytałem, gdyż nie chciałem patrzeć i czuć jak umiera człowiek.
            - Wyobraź sobie, że archeolodzy odkopują kiedyś to ciało i znajdują ślad po
            kuli w jego czaszce, albo inaczej, znajdują pocisk pomiędzy odkopanymi kośćmi.
            Wszystko szlag trafi.
            • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 10:01
              Miała trochę racji, mogłem go przecież trafić w głowę, chociaż chciałem celować
              w trzewia. W sumie na jedno wychodziło. Znaleźliby by pocisk, a może by nie
              znaleźli.
              - No to może jakiś nóż, albo kuszę. – Nie dawałem za wygraną. – Mieli wtedy
              kusze, prawda?
              Nie odpowiedziała, a ze mną stało się to co kilka tygodni temu. Huk, błysk,
              skurcz mięśni i nagle siedziałem na jakiejś kamiennej ścieżce. Więcej świtała,
              pomyślałem. Rozejrzałem się dokoła, w pobliży nie było zbyt wielu zabudowań.
              Byłem ubrany w dżinsy i koszulę. To było dosyć dziwne. Chce mnie zmylić,
              pomyślałem o Eddie. Nie miałem jednak czasu na rozmyślania. Ktoś niewątpliwie
              się zbliżał. Rozejrzałem się dokoła ponownie. Jakieś dwadzieścia metrów w
              przeciwną stronę do nadchodzącego osobnika stała chatka. Czym prędzej pobiegłem
              w tym kierunku i przyczaiłem się cichutko za rogiem. Spojrzałem pod nogi,
              deska. Co ja gadam, jaka deska, raczej drewniana belka. Nie namyślając się
              zbytnie czym był drewniany twór sięgnąłem po niego. Był cięższy niż
              przypuszczałem, ale nadawał się znakomicie. Nadawał się znakomicie, żałosne,
              stwierdziłem. Taki był znakomity, że można nim było przyłożyć komuś w łeb i
              zabić. Nie wiedziałem dlaczego tak wiele z moich uczuć uleciało ze mnie. Nie
              martwiłem się tym, że będę miał wyrzuty sumienia, że nie będę mógł spać po
              nocach. Jakbym miał po prostu strącić kręgle. No i strąciłem. Mężczyzna
              otrzymał cios w potylice tak mocny, że jego głowa zawisła bezwładnie na lewym
              ramieniu, a tors wraz z kończynami ciężko osunął się na kamienną ścieżkę.
              ***
              Najtrudniej było wykopać chociaż półmetrowy dół. Bez szpadla szło mi to bardzo
              ociężale. Nieboszczyk nie był zbyt wielkim osiłkiem. Był podobny zupełnie do
              nikogo, więc nie byłem w stanie skojarzyć jego twarzy. Nie było to jednak
              ważne. Znalazłem jakiś płaski kamień i przy jego pomocy wkopywałem się powoli i
              mozolnie w głąb dosyć miękkiej gleby. Całe szczęście, że była miękka. Ogier
              rozrodczy, zabójca, a teraz grabarz bez łopaty. Co mnie jeszcze czekało?
              Pocieszające było to, chociaż w niezbyt dużym stopniu, że miałem trochę czasu
              by pomyśleć. Kim był ten mężczyzna? Musiał być kimś złym, skoro mam naprawiać
              świat. To mnie pocieszyło trochę bardziej. To ja byłem ten dobry, a on ten zły.
              Czy Bóg mnie obserwuje? Grzeszyłem śmiertelnie, a co tam, przecież w końcu
              pośrednio dla niego pracowałem.
              Po ubiorze zabitego nie dowiedziałem się zbyt wiele. Był bosy, nosił płócienne
              spodnie i płócienną koszulę. Bielizny nie sprawdzałem, nie miałem ochoty
              zaglądać trupowi w spodnie, a nuż coś wyskoczy. Kto wie co może się czaić u
              trupa w spodniach. Nie miał przy sobie żadnej torby z podręcznymi rzeczami. Nie
              zaglądałem mu też w zęby, by sprawdzić czy ma popsute czy nie. Wiadomym było
              jednak, że higiena osobista była mu bardzo obca, capił jakby się z rok nie mył.
              Tak więc mogłem się znaleźć wszędzie, gdzie temperatura nad ranem wynosiła
              około piętnastu stopni Celsjusza, na przestrzeni setek lat. Domysły i wnioski
              były bezcelowe. Byłem wszędzie i nigdzie, a truposzczak, cóż chociaż był kimś,
              to był dla mnie także nikim. Skończyłem więc kopać dół, nie był zbyt głęboki,
              wepchnąłem do niego ciało, zasypałem przy pomocy dłoni. Uklepałem i dla
              niepoznaki położyłem trochę kamieni na miękkiej ziemi. Z lekka było to
              naciągane, ale komu będzie się chciało wnioskować z niczego, że ma do czynienia
              z grobem nikogo. Odzyskałem drugi palec. Zajęło mi to z grubsza trzy godziny.
              Słońce było już wysoko nad horyzontem, gdy patrząc w jego stronę ponownie
              ujrzałem bajecznie piękną twarz Eddie.
              ***
              - Siedzi w tobie prawdziwa bestia. – Eddie wydawała się zachwycona.- Nigdy bym
              nie przypuszczała, że pójdzie ci tak łatwo.
              Popatrzyłem na nią spode łba i nic nie odpowiedziałem. Zrozumiała mój gest i
              nie poruszyła więcej tego tematu. Ja też nie miałem ochoty na rozmowę o moim
              wielkim wyczynie. Jednak w głębi serca nie czułem żadnych skutków ubocznych
              związanych zwykle, jak mi się wydawało, z zabijaniem kogoś. Wyglądało na to, iż
              jakaś nadludzka siła wypełniła moje serce innymi uczuciami niż smutek i
              przygnębienie. Czułem się dobry i szczęśliwy. Strasznie dziwnie się czułem.
              Paranoja, pomyślałem i moje wspomnienie złego uczynku zamieniło się w coś tak
              codziennego, jak wspomnienie nietypowej rozmowy telefonicznej. Podobnie
              reagowałem na wydarzenia sprzed kilku tygodni. Upojnie spędzone dni i noce
              wydawały się teraz jakby wspomnieniem po codziennym współżyciu seksualnym z
              wierną przyjaciółką czy kochanką. Nie mówię żoną, bo nie byłem żonaty, a
              przynajmniej nic o tym nie wiem. Pamiętam, że się z kimś kochałem, jednak nie
              pamiętałem z kim i jak długo to trwało.
              - Nie powiedziałaś mi o skutkach ubocznych tej roboty. – Powiedziałem do
              Eddie. – Prawie nic nie pamiętam. To znaczy pamiętam prawie wszystko, ale w
              sumie to i tak nie pamiętam. Trochę głupio tłumaczę, ale nie umiem ująć tego
              zbyt obrazowo. – Byłem lekko zagubiony.
              - To chyba dobrze, że tak to właśnie wygląda. Gdybyś wszystko dokładnie
              pamiętał, mógłbyś zwariować. – To też była prawda. Niewiadomo co mnie jeszcze
              czeka. Cóż, nie mogłem mieć jej tego za złe, wszystko było dla mojego dobra.
              • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 10:02
                Trzecie

                - Szkoda tracić czas, czeka cię kolejna walka o palce. – Eddie uśmiechnęła się,
                uznając chyba swoją wypowiedź za mały żarcik. Uśmiałem się okrutnie, nie ma co.
                Ja tu będę dla niej mordował, a ona szydzi sobie z moich nowych, ciężko
                odzyskanych, paluszków. – Trzeba porwać dziecko, małe dziecko, jeszcze nie
                chodzi. Da początek największej pladze zła na Ziemi, więc trzeba wywieźć je
                daleko. Tak aby nie miało dużego wpływu na przyszłe pokolenia.
                - Jak będzie złe, to będzie złe wszędzie. – Zauważyłem nieśmiało.
                - Tak, ale możemy ograniczyć jego przyszłe wpływy na przykład do obszaru
                jakiejś niewielkiej wysepki. Co ty na to.
                - To znaczy, że mam wykraść dziecko od rodziców, wsiąść na statek i popłynąć
                powiedzmy na Galapagos. – Tym razem ja próbowałem sobie pożartować, słabo mi
                wyszło, prawda.
                - Galapagos leży bardzo daleko od miejsca do którego się udasz. – Powiedziała z
                powagą w głosie, ale jak zwykle była seksowna aż do przesady. – Wystarczy byś
                oddał dziecko jakiejś osobie odpływającej w kierunku ojczystej wyspy. To
                załatwi sprawę.
                Nagle przypomniało mi się, że od dawna chciałem o coś zapytać Eddie, już miałem
                otworzyć usta, gdy spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała: - Znajdziesz się
                nocą w pokoju dziecka, dalej będziesz wiedział co zrobić. Powodzenia.
                - Aleeee... – Próbowałem zaprotestować, nie odniosło skutku. Nie znosiłem,
                kiedy tak ze mną postępowała. Byłem tylko narzędziem, a co ja sobie
                wyobrażałem. Możecie zgadywać, ale jak mniemam nie będzie to zbyt trudna
                zagadka.
                ***
                Huk, błysk, skurcz mięśni i nastała ciemność. Przestraszyłem się, ale tylko na
                chwilkę. Było cicho jak w pancernym sejfie. Jedyne odgłosy, które mogłem
                zidentyfikować to bicie mojego serca i mój lekko świszczący oddech. Gdy moje
                oczy zaczęły się przyzwyczajać do panującej ciemności postanowiłem działać i to
                bardzo szybko. Nie podobało mi się, że mam kraść niemowlę. Zaczynałem się
                domyślać kim mogło ono być, jednak nie to w tej chwili było najważniejsze.
                Myślałem tylko o tym, że po zakończeniu odzyskiwania kolejnych palców będę znów
                normalny, nie będę pamiętał wyraźnie wszystkiego złego, które uczyniłem w walce
                ze złem. Zawsze słyszałem od mądrych ludzi w telewizji, że zła nie można
                zwalczać złem. To zawsze, podobno zawsze, prowadziło do dalszego zła i tak
                dalej. Ale czy w moim przypadku będzie tak samo. Na razie, myśli sio ode mnie.
                Ująłem niemowlę owinięte w płócienny kocyk, mocno przytuliłem do piersi i
                czmychnąłem przez okno wielkości lodówki dwukomorowej. Można by spierać się,
                czy lodówka dwukomorowa nie ma raczej rozmiarów drzwi, ale tutaj próg był zbyt
                wysoki, by można było to okno uznać za drzwi. Ale czy dziurę w ścianie bez
                drzwi można uznać za drzwi jako takie. Chyba nie, no to określmy tą dziurę w
                ścianie jako dziurę w ścianie wielkości lodówki dwukomorowej i basta.
                Wyszedłem więc, a raczej czmychnąłem trzymając się starej wersji, przez dziurę
                w ścianie i stanąłem na niewielkim placyku pośród kilkunastu domów. Instynkt
                podpowiadał mi, że należy zmiatać czym prędzej wśród mroków nocy i podążać na
                zachód. Nie wiem skąd wiedziałem, że idę na zachód, ale gdy oddalałem się od
                osady, po kilku godzinach zaczęło wstawać słońce za moimi plecami. Jednak nie
                to, że wiedziałem w którą stronę mam się udać było najdziwniejsze. Dziwnym było
                to, że na plecach miałem torbę z żywnością i zapasem wody przynajmniej na dwa
                dni, ale to nie wszystko, miałem przy sobie także, uwierzycie w to lub nie,
                oczywiście mleko w dziesięciu buteleczkach zakończonych smoczkiem. Torbę
                Zauważyłem dopiero, a raczej poczułem na plecach pół godziny po tym, jak
                wyszedłem przez otwór w ścianie z dzieckiem na rękach. A propos dziecka, wcale
                nie płakało. Dopiero około południa ocknęło się ze snu i spojrzało na mnie
                swoimi brązowymi oczkami. Chyba było zadowolone. Było takie słodkie.
                - Nicpoń z ciebie straszny wyrośnie. – Powiedziałem do malca i sięgnąłem do
                płóciennej torby. Wyjąłem butelkę ze smoczkiem i wlałem jej zawartość do ust
                bobasa. Chociaż to raczej on wyssał ją ze środka. Zapytacie pewnie, czy to nie
                jest trochę naciągane, ale to nie ma znaczenia. Sam się wtedy zastanawiałem,
                skąd smoczki na butelkach, skąd butelki w mojej torbie, skąd torba, dlaczego
                jestem tak ubrany a nie inaczej, dlaczego mam w kieszeni jakieś dziwne
                pieniądze. Tak, tak, pieniądze w kieszeni. Ale wierzcie mi, nie miałem bladego
                pojęcia. I w dodatku szedłem przez pustynię w stronę morza, oceanu, jakiejś
                dużej wody. Więc łyknąłem sobie trochę substancji płynnej, przekąsiłem kanapkę,
                skąd miałem kanapkę, pewnie z tego samego źródła co inne przedmioty i podążyłem
                w dalszą drogę.
                Wędrując nocą zastanawiałem się jak zwykle nad swoją przyszłą pozycją na Ziemi.
                Skoro zmieniałem czas przeszły, to jak będzie wyglądał czas teraźniejszy? Co
                się zmieni na lepsze, a co na gorsze? Czy porwanie tego pociesznego szkraba
                znaczy aż tak wiele dla rozwoju przyszłych pokoleń? Nie mogłem sobie
                odpowiedzieć chociaż tak bardzo chciałem. Ciągle zadaję sobie te żałosne
                pytania zamiast pokornie służyć. Co było tym drugim wyjątkiem do cholery?
                Jestem patałachem, odpowiedziałem sobie wreszcie i więcej nie zadawałem pytań.
                Po prostu szedłem na zachód w stronę wody.
                Śpiąc w dzień, w cieniu niewielkich skał, śniłem o skokach spadochronowych i o
                innych przyjemnościach cielesnych, związanych z kompletnym ciałem. Chociaż
                spałem jedynie trzy razy podczas mojej podróży, wyśniłem wszystkie możliwe
                uciechy, których nie mogłem doznać wcześniej. Oczywiście poza seksem i
                żłopaniem wińska. Znów czułem się szczęśliwy. Poza tym opatulony w ciepłe
                ciuszki maluch ciągle spał i budził się tylko po to by siknąć, zrobić kupkę i
                wydoić kolejną butelkę z mlekiem. Ciekawym było również to, że mleko wcale się
                nie psuło, a ja miałem w torbie świeże pieluchy. Czuło się w tym wszystkim bożą
                rękę.
                Z nastaniem czwartego dnia spotkałem pierwszych ludzi. Zobaczyłem ich w oddali,
                jak siedzieli przy jakiejś kamienistej drodze. Wreszcie jakaś droga. Spokojnie
                podszedłem do nich z torbą przewieszoną przez ramię i zawiniątkiem trzymanym na
                piersiach. Nie byli zbytnio zdziwieni moim widokiem, jakby facet zbliżający się
                znikąd z dzieckiem na rękach był w tych stronach czymś osobliwym. Dziwni są ci
                wszyscy ludzie na tej planecie. Albo się zabijają, albo kompletnie nie zwracają
                na siebie uwagi. Mógłbym prowadzić ze sobą pięć tysięcy słoni, a oni
                siedzieliby jak siedzą i pierdzieli beznamiętnie w piasek.
                • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' cd 26.08.03, 10:03
                  - Witam was mili ludzie. – Znowu gadałem w jakimś dziwnym języku. Przerażające
                  zjawisko. – Jak daleko do najbliższego portu?
                  Najstarszy mężczyzna, a było ich trzech, odwrócił się w moim kierunku i mruknął:
                  - Tam, do zachodu zajdziesz. – Wskazał brudnym paluchem kierunek północny i
                  kąsnął mięsa, które trzymał w... No wiecie w czym. Ble, co za fleja.
                  Poszedłem więc po kamiennej drodze na północ, i chociaż byłem zmęczony po
                  nocnym marszu, postanowiłem dotrzeć na miejsce jeszcze dzisiaj. Około południa
                  zjadłem ostatnie pożywienie, które posiadałem, a maluch wytrąbił ostatnią
                  butelkę. Schowałem nie przystosowaną zapewne do owych czasów butelkę ze
                  smoczkiem do torby. Dziesięć pustych butelek znajdowało się więc w mojej torbie
                  i nic poza tym, gdyż pomyślałem, że nierozsądnym byłoby wyrzucać je gdzie
                  popadnie. Co za geniusz ze mnie.
                  Wreszcie, a było to, wierzcie mi, bardzo duże wreszcie, doszedłem. Tu roiło się
                  od ludzi i od wszystkiego związanego z portem. Dopiero teraz zobaczyłem wielką
                  wodę. Czułem ją co prawda przez cały tamten dzień, ten niezapomniany zapach
                  słonej wody, jednak port ten umiejscowiony był na załamaniu linii brzegowej w
                  kierunku wschodnim i dopiero wtedy dane było mi ujrzeć morze.
                  Pierwszą sprawą, którą powinienem załatwić było zasięgniecie języka od
                  profesjonalisty. Znalazłem więc portowego lumpa i spytałem go o najbliższy
                  statek odpływający na jakąś wyspę. Nie pytajcie nawet co mi odpowiedział. Na
                  początku nie mogłem zupełnie zrozumieć jego bełkotu. Posiadał jedynie trzy
                  zęby, górną prawą jedynkę, dolną lewą i prawą dwójkę, pluł za wszystkie strony,
                  przewracał oczami jak porcelanowa lalka i seplenił, gwiżdżąc jednocześnie.
                  Można więc uznać, że jakimś cudem umiał mówić w języku delfinów. Jednak dane mi
                  było dowiedzieć się tego czego chciałem. Najbliższy statek odpływał za niecałą
                  godzinę. Udawał się na wyspę jakieś sto kilometrów wzdłuż linii brzegowej na
                  południe. Należał do pewnego małżeństwa, jak się później dowiedziałem
                  bezdzietnego. Zbieg okoliczności? Więc nie widziałem żadnego problemu w dalszym
                  moim działaniu.
                  Podszedłem zapobiegawczo do mężczyzny i zapytałem go bez zbędnych krępacji:
                  - Nie chcielibyście zaopiekować się moim synem?
                  Mężczyzna, który spojrzał na mnie w momencie wypowiedzenia pierwszego słowa
                  wyglądał jakby się zachłysnął kawałkiem jedzenia.
                  - Zapytałem, czy nie zechcielibyście zaopiekować się moim dzieckiem? Jego matka
                  zmarła przy porodzie, a ja także jestem ciężko chory. – Umysłowo, dodałem w
                  myślach i wpatrywałem się w zdziwioną twarz żeglarza.
                  - To dziwne co mówisz przybyszu, ale nie mogę ci dać odpowiedzi od tak. – Mówił
                  całkiem poprawnie, widać było od razu, że jest człowiekiem wykształconym,
                  przynajmniej w stopniu podstawowym. Po czym zawołał swoją kobietę. Ta podeszła
                  do niego. Zaczęli coś szeptać, a ja stałem jak sierota na desce nazywanej
                  trapem.
                  - Podejdź tu taj młody człowieku. – Przemówiła nagle kobieta. Podszedłem więc.
                  Wzięła na ramiona zawinięte w len dziecko i zaczęła nucić jakąś piosenkę.
                  Kobieta była chyba bardziej zdesperowana od swojego mężczyzny, gdyż nie
                  zadawała zbędnych pytać tylko działała.
                  - Chyba bóg nam cię zsyła. – Dodała skończywszy pierwszą zwrotkę. – To byłby
                  dla nas zaszczyt zaopiekować się tym malcem, zważywszy na to, że nie możemy
                  mieć własnych dzieci. Wychowamy je na dobrego i mądrego mężczyznę.
                  - Tylko uważajcie w przyszłości na jego zapatrywania religijne. – Dodałem na
                  koniec.
                  - Na co? – Zapytał mężczyzna, jakby nie usłyszał moich słów.
                  - Na nic szczególnego. – Odparłem i wyjąłem z kieszeni pieniądze, które
                  miałem. – To wam zapewni na jakiś czas trochę dostatniejszego życia. Złote
                  monety, które nie są mi już potrzebne.
                  Dałem im pieniądze, wzięli bez zbytniego oporu, a kto by nie wziął. Ukłoniłem
                  się delikatnie i zszedłem na ląd.
                  - Młodzieńcze! – Zawoła kobieta, gdy oddaliłem się jakieś dziesięć metrów.
                  Odwróciłem się bez zbytniego pośpiechu i wyczekiwałem na ostatnie w tym dniu
                  pytanie, najważniejsze pytanie. – Jak ten malec ma na imię?
                  - Elvis. – Odpowiedziałem. – Ma na imię Elvis. – Dodałem po cichu i odszedłem
                  uśmiechając się pod nosem.
                  Zaraz za najbliższym budynkiem zniknąłem jak kamfora.
                  • aric 'Pewna sprawa za prawą rękę' koniec 26.08.03, 10:04
                    Jeszcze raz początek

                    Nigdy nie zapomnę zdziwienia jakie mnie wtedy ogarnęło. Stałem nago wśród
                    drzew, moje stopy dotykały miękkiego dywanu z trawy. Był poranek, śpiewały
                    ptaki, wiał niewielki wiaterek. Nie byłem pewien gdzie jestem, skąd się tu
                    wziąłem i gdzie jest Eddie. Moje zdziwienie było tym większe, gdy wreszcie ją
                    zobaczyłem. Szła sprężystym krokiem w moim kierunku, uśmiechnięta od ucha do
                    ucha i była całkiem naga. To była najprzyjemniejsza część niespodzianki.
                    - Teraz przyszła pora na wyjaśnienia. – Powiedziała czytając w moich myślach.
                    Zawsze to robiła więc nie zdziwiłem się nazbyt bardzo.
                    - To już koniec. – Mówiła uśmiechając się do mnie. – Zastanawiasz się pewnie co
                    z pozostałymi dwoma zadaniami. – Kiwnąłem potwierdzająco głową. - Otóż nie
                    sądziłam, a raczej nie sądziliśmy, że uda ci się wykonać wszystkie trzy
                    najważniejsze zadania tak szybko i sprawnie. Liczyliśmy na pewne braki w twoich
                    poczynaniach, jednak okazałeś się bardzo zaradny. Najwięcej wątpliwości miałam
                    co do zabicia tego długowłosego faceta, który podawał się za niejakiego Jezusa
                    C.
                    - Zabiłem Chrystusa? – Zdziwiłem się. – Domyślałem się, że porywam Mahometa,
                    ale nie tego, że ukatrupiłem zbawiciela.
                    Eddie roześmiała się.
                    - To nie był prawdziwy Jezus. Ty nim jesteś.
                    Tego byłe dla mnie za wiele.
                    - Co to jest do cholery? Czuję się jak w koszmarnym śnie. Taki ze mnie Jezus
                    jak ty gruba baba z sadłem pod pachami. Proszę nie żartuj ze mnie.
                    - Wcale z ciebie nie żartuję. Tak naprawdę nie nazywasz się Jezus, ale nim
                    jesteś, a raczej miałeś być, ale się zbuntowałeś i ojciec cię ukarał, a z braku
                    innych dzieci wysłał swojego księgowego, który miał zostać Jezusem z przymusu.
                    Jednak okazał się tak beznadziejny, że musieliśmy zmienić wszystko naprawiać.
                    - To znaczy, że w sumie ukatrupiłem księgowego. Wracając do tych dzieci, to
                    ile ich właściwie było?
                    - Adam, Ewa, ty i ja. Było nas czworo. Historię tych pierwszych już mniej
                    więcej poznałeś. Ty się zbuntowałeś i znalazłeś się w XX w., a na dodatek, co
                    byś za wiele nie mógł zdziałać ojciec zabrał ci rękę. A zapomniałam, zaraz
                    sobie wszystko przypomnisz, dostałeś drugą szansę.
                    Nagle wróciła mi pamięć. Otworzyły się przede mną nieznane mi dotąd doznania, a
                    raczej zapomniane na długie lata. W jednej chwili dowiedziałem się wszystkiego
                    o czym do tej pory nie wiedziałem.
                    - Ale jak to się stało, że to my zaczynamy tworzyć nowy cykl, a nie wybrańcy z
                    poprzedniego cyklu?
                    - To ostatni etap twojej kary. Te dwa palce, które zostały ci jeszcze do
                    odzyskania zamieniono ci na tą właśnie funkcję. Będziesz ojcem ludzi nowego
                    cyklu, a po śmierci będziemy rządzić tą żałosną planetą.
                    Chwilę się zastanawiałem. Nie zgadzał mi się trochę mechanizm. Jeżeli wszyscy
                    przeszli na wyższy poziom, a my po śmierci będziemy sprawować władzę to
                    zachwiana została kolej rzeczy.
                    - Wiem o czym myślisz. Poprosiłam o to. Ty dostałeś to za karę, ja z własnej
                    woli. Myśleliśmy także, podczas twojej nieobecności, że należy zmienić trochę
                    zmienić zasady. Nigdy jeszcze nie zaszliśmy aż do momentu nazywanego XXI
                    wiekiem. Zawsze cykl kończył się jakieś 500 lat wcześniej, bo przeważała
                    technika, a nie religia. Tu stało się inaczej i właśnie dlatego musieliśmy co
                    nieco pozmieniać w historii, by ludzkość miała możliwość przeniesienia swoich
                    pojedynczych umysłów do wspólnej świadomości i porzucenia ciał.
                    Rozumowanie Eddie było całkiem logiczne, więc przyznałem jej w duchu rację.
                    Jedno mnie tylko męczyło.
                    - Tylko jedno nie daje mi spokoju. Jeżeli chodziło o zlikwidowanie kłopotów
                    związanych z religią to dlaczego dostałem pierwsze zadanie? Przecież nie było
                    ono związane z religią.
                    - Dla zachęty. Pomyślałam, że skoro nie możesz na razie dostać mnie, to przyda
                    ci się trochę rozrywki na początek. Tak długo żyłeś w celibacie, że mi się
                    ciebie żal zrobiło.
                    ***
                    Niewiele godzin później Eddie zaszła w ciążę. Urodziły nam się
                    bliźniaki. Nazwaliśmy je Tom i Jerry. I żaden drugiego nie zabił, bo żaden Bóg
                    nie kazał im składać żadnych ofiar. Później urodziły nam się córki i synowie, z
                    którymi i ja później miałem córki i synów. Miałem także córki i synów ze swoimi
                    wnukami i prawnukami i z ich wnukami i tak dalej. Trochę to brzydko brzmi, ale
                    jak to się mówi, ludzie na początku byli doskonalsi. Przeczytajcie Biblię, a
                    zrozumiecie, że nie ja to wymyśliłem, jeżeli żyjecie oczywiście jeszcze w
                    poprzednim cyklu, w pewnym miejscu tej historii. W tym cyklu postaram się o to
                    by ludzie nie zastanawiali się tyle nad wyższymi istotami.
                    ***
                    Gdy ma się 753 lata życie zaczyna cię trochę nudzić. Już od 123 lat nie
                    kochałem się z kobietą. Jakoś nie przyszło mi to do głowy podczas moich
                    wędrówek po świecie. Ostatni raz kochałem się z moją praprawnuczką Jolaną w
                    miejscu, które kiedyś nazywano Florydą. Później nie miałem już wiele ochoty na
                    rozrywkę. Jolana z mężem odeszła na zachód, dlaczego wszyscy zawsze chcą na
                    zachód? Ja zostałem z garstką ludzi by tutaj umrzeć, to znaczy ja chciałem
                    umrzeć, oni jeszcze nie. Jednak teraz, gdy pominąłem tyle szczegółów z mojego
                    życia, opisując tylko początek historii nowego cyklu, zdałem sobie sprawę, że
                    wcale nie czas umierać, jeszcze wiele zostało nie napisane i nie zrobione.
                    Pożyję jeszcze ze sto lat, a to kawał czasu. Należy więc odejść i poszukać
                    końca na zachodzie, chociaż i tak wiem, że go tam nie znajdę. Gdzie się
                    podziała Eddie, nie widziałem jej od ponad 200 lat. Obieram więc nowy cel w
                    życiu, a raczej trzy cele. Znaleźć Eddie, kochać się przynajmniej ze stoma
                    kobietami i przynajmniej tyle samo razy upić się do nieprzytomności. To smutne
                    jak człowiek może tęsknić do młodzieńczych lat.
    • aric ================================================== 26.08.03, 10:06
      Te trzy powyższe opowiadanka to taka mini trylogia pod tytułem "John i siły
      wyższe". Chyba miałem faze na wymyslanie teori, ech dawno to było i niech
      pozostanie dla potomnych.:))))
      Ciąg dalszy opowiadanek za czas jakiś:)
    • aric "Spojrzenie" 26.08.03, 11:18
      Obudziłem się z dziwnym uczuciem, które zdawało się siedzieć we mnie i nie
      chciało odlecieć nawet przy pierwszym łyku zimnego piwa. Jakbym na chwilę
      znalazł się gdzie indziej. Przez moment nie mogłem poznać swojego pokoju.
      Papieros nie pomagał zupełnie. Wczorajszy wieczór spędzony na rozmowie z
      ukochaną osobą zakończył się bardzo niedawno i spowodował skażenie organizmu
      alkoholem. Leczenie się za pomocą piwa było zawsze stałym zajęciem powrotu do
      rzeczywistości. Jednak dzisiaj obudziłem się z tym nietypowym uczuciem.
      Świadomość otaczającego mnie świata nagle się zmieniła. Zobaczyłem na krótki
      czas to, czego nigdy wcześniej nie doznałem. Teraz odczuwałem coś, co można by
      nazwać ograniczeniem wiadomości na temat tego, co istnieje poza czterema
      ścianami mojego niewielkiego pokoju.
      - Czyżby wydarzyło się coś, o czym nie wiem? – Zapytałem sam siebie, po
      przełknięciu kolejnego łyka zimnego napoju o niewielkiej zawartości procentów.
      Włączyłem telewizor w nadziei, że może spiker czytający poranne wiadomości,
      chociaż po części odpowie na pytania powodujące mój niepokój. Jednak nie
      usłyszałem nic nowego poza tym, że pogoda miała się zmienić na gorsze, a
      kolejnych kilka osób straciło życie w taki czy inny sposób. Patrząc tak w
      rozświetlony ekran i zaciągając się śmierdzącym papierosem o smaku ziemistej
      zelówki moich schodzonych butów coś mnie zastanowiło. W prawym górnym rogu
      ekranu zauważyłem elektroniczny zegar odmierzający czas. Spojrzałem odruchowo
      na nadgarstek. Chwileczkę, zamruczałem i sięgnąłem ręką w kierunku stołu.
      Wziąłem zegarek i odczytałem czas. Ta sama godzina. Co prawda mój zegarek
      zawsze się lekko śpieszył, ale to nie miało w tym momencie znaczenia.
      Sprawdziłem czas na wyświetlaczu magnetowidu, a następnie wykręciłem numer
      telefonu do swojej kobiety. Odebrała prawie natychmiast.
      - Tak kochanie? – Zawsze mnie denerwowało, że wie z kim właśnie teraz będzie
      rozmawiała. Nie znoszę telefonów komórkowych i chyba nigdy ich nie zaakceptuję.
      Zawsze lubiłem być zaskakiwany słyszanym głosem kogoś, kogo się właśnie nie
      spodziewałem usłyszeć. Gdy jednak znasz numer dzwoniącego skądś tam telefonu
      masz zawsze chwilę na zmianę nastroju w zależności, kto właśnie w tej chwili
      śle do ciebie impuls z drugiej strony świata.
      - Wiem, że miałem zadzwonić później, ale mam do ciebie pewne pytanie? – Przez
      chwilę pomyślałem, że brzmiało to zbyt poważnie, ale akurat teraz potrzebowałem
      chwili powagi.
      - Co się znowu urodziło w tej twojej niespokojnej główce? – Zapytała jak zawsze
      ciepłym, trochę dziewczęcym głosem. Lubiłem jej głos, uspakajał mnie. Chociaż
      czasami, gdy opowiada coś, czego jak sądzi nie mogę zrozumieć, jej głos nabiera
      barwy lekko zarozumiałego, olbrzymiego mędrca o nieco przerosłym ego. Cóż, nie
      można byś ciągle słodką istotą.
      - Która jest u ciebie godzina?
      Zapanował nagła cisza. Miałem wrażenie, że przetwarza to pytanie w
      nieskończoność, że zapyta o co właściwie chodzi, ale nie. To była jedna z jej
      zalet, nigdy nie wnikała w podteksty moich wypowiedzi. Lubiła czasem przyjmować
      moje słowa trochę zbyt dosłownie i nie zastanawiać się nad ich sensem.
      - Jedenasta siedemnaście, kochanie. – Odpowiedziała po dwóch sekundach. –
      Piątek, 24 listopada 2000 roku. A co zegarek w twoim umyśle zaczyna
      szwankować? – Czasami lubiła ironię, ale zwykle to ja byłem w tej kwestii górą.
      - Dziękuję ci kochanie. Powiedz mi jeszcze, co widzisz wokół siebie. Tylko nie
      wymagaj proszę wyjaśnień, bo sam jeszcze dokładnie nie wiem o co mi chodzi. –
      Było to tylko po części prawdą. Nasze rozmowy zwykle były pełne niedomówień.
      Nigdy do końca nie mówiłem jej, o co mi w danej chwili siedzi w głowie. A ona
      zawsze miała opory w wyznawaniu mi swoich prawdziwych uczuć. Czasami jak udało
      mi się trafić w odpowiedni nastrój bąknęła coś o smutnych doświadczeniach z
      rodziną, obawach co do naszej przyszłości, wątpliwości co do pokochania drugiej
      osoby z powodu związków w przeszłości, które zbyt często kończyły się w przykry
      sposób.
      - Co widzę? Kuchnię gazową, garnki, zlewozmywak i tak dalej. Co byś chciał
      konkretnie wiedzieć?
      - W sumie tak myślałem. Ale nie oto mi chodzi. Powiedz co widzisz w bardziej
      ogólny sposób. Nie chodzi mi tutaj o przedmioty. Bardziej zależy mi na ogólnym
      zarysie twojego postrzegania.
      - Naćpałeś się czego? – Zapytała, co nie zdziwiło mnie zbyt bardzo. Też bym
      miał podobne wrażenia, gdyby ktoś mi bliski zaczął gadać od rzeczy.
      - Dobrze, nie musisz odpowiadać, sam sobie odpowiem, ty posłuchaj i powiedz co
      pominąłem.
      - Zamieniam się w słuch mój nieobliczalny jasnowidzu.
      Ta ironia tylko potęgowała moją chęć udowodnienia sobie i jej, że coś było nie
      tak z moim umysłem. Tylko dlaczego mój pierwszy kontakt z inną osobą po
      przebudzeniu dotyczył właśnie jej? Odpowiedź była bardzo prosta. Obecnie
      wiązałem z nią swoje najmocniejsze uczucia i to, co zobaczyłem po przebudzeniu
      dotyczyło jej otoczenia.
      - Cztery ściany. – Zacząłem od niezbyt głębokiego stwierdzeni. W słuchawce
      usłyszałem cichy śmiech, ale tylko się rozgrzewałem. – Niewielkie, zasłonięte
      okno, po prawej stronie lodówka, po lewej właśnie zlewozmywak. Patrzysz na
      żółto-beżowe szafki kuchenne zawieszone z lewej strony wejścia do kuchni.
      Wejście do pokoju masz w zasięgu prawej ręki, stamtąd dochodzi głos lekko
      świszczącego oddechu twojego śpiącego ojca. Wstań proszę i spójrz przez drzwi
      do pokoju. – Usłyszałem jak szura stołek, wstała. – Twój ojciec śpi odkryty na
      lewym boku. Ma na sobie tylko niebieskie majtki. Przepraszam za te szczegóły.
      Stół po lewej, telewizor po prawej, dwa okna, lekkie światło dnia docierające z
      zewnątrz. Po prawej biurko z twoimi rzeczami, po lewej szafa, kanapa, segment w
      rogu. Pominę kilka szczegółów, nie oto chodzi. Nie wiem co się ze mną dzieje.
      Ten obraz mnie trochę niepokoi, biorąc pod uwagę, że nigdy nie byłem w twoim
      mieszkaniu.
      Nie sądzę, że by ją zatkało z wrażenia, ale nie odpowiadała przez dobre
      dziesięć sekund. Odpowiedz, którą usłyszałem była natomiast zaskakująco
      logiczna.
      - Dużo ci opowiadałam jak mieszkam. Niebieskie majtki mojego ojca i to, że
      właśnie śpi na lewym boku mogłeś zgadnąć.
      - Spójrz na telewizor. Program drugi, powtórka wczorajszego programu
      rozrywkowego.
      - Na razie mnie nie przekonałeś, słyszysz to przez słuchawkę.
      - Dobra. Idź do łazienki, dla przypomnienia, znajduje się ona na wprost drzwi
      wejściowych...
      - Zaczekaj, nawet gdy opowiesz mi co i gdzie się znajduje w łazience nie
      przekonasz mnie do swojego dziwnego daru, który jak twierdzisz posiadłeś z
      samego rana po przebudzeniu.
      Zastanowiłem się przez chwilę.
      - Jeszcze chwilka, podejdź proszę do okna i spójrz na podwórko.
      Czułem, że zaczyna się poważnie zastanawiać się nad moim samopoczuciem.
      Wykonała jednak moje grzeczne polecenie.
      - Spój w dół, teraz patrzysz na szarą kamienicę z trzydziestoma oknami. –
      Miałem wrażenie, że liczy okna. – Czerwone volvo, biały opel, biała toyota,
      niebieski volkswagen, wymieniać dalej?
      - Nie, wystarczy, przekonałeś mnie. Co się z tobą stało?
      - Jeszcze jedno, twoja mama właśnie wyszła z bramy. Przepraszam, nie mogłem się
      powstrzymać.
      - Przerażasz mnie. Rozłączam się, muszę pomyśleć. A co widzisz teraz? – Spytała
      nagle, jakby wcale nie chciała przerywać rozmowy.
      - Zamknęłaś oczy, więc widzę tylko czerń i kolorowe mroczki. Masz rację trzeba
      to przemyśleć, jak dojdę do jakichś wniosków to zadzwonię. Umówimy się i
      porozmawiamy. Na razie.
      • aric 'Spojrzenie' cd 26.08.03, 11:19
        Odłożyłem słuchawkę i zapanowała cisza w moim umyśle. Przestałem widzieć to, co
        widziałem przed chwilą. I to właśnie mnie zastanowiło. Dlaczego nie widzę tego,
        co przed chwilą? Zerwała się łączność. Trwałem w tym stanie kilka minut nie
        myśląc dosłownie o niczym. Mój umysł próbował znaleźć odpowiedź, dlaczego nic w
        tej chwili nie mogę zobaczyć. Ocknąłem się, gdy moja ręka z papierosem między
        palcami sięgnęła do ust. Bezwarunkowy odruch, który potrafi wytrącić człowieka
        z letargu. To było coś nowego. Wstałem, podrapałem się tam gdzie drapią się
        zwykle faceci, także odruch bezwarunkowy, jakby na to nie patrzeć. Ułożenie
        własnego organu miało zawsze duże znaczenie dla mojego dobrego samopoczucia.
        Cały czas odruchy bezwarunkowe, może one pomogą w odkryciu tajemnicy. Zawsze
        dręczyło mnie uczucie, że to co widzę przed sobą jest tylko wytworem mojej
        wyobraźni, całym światem, który mogłem zobaczyć, całym światem, w którym żyję.
        Miałem taką teorię, że nie ma nic poza tym, co w danej chwili mogą ujrzeć moje
        oczy. Gdy wychodzę zza rogu jakiegoś domu ujawnia się przestrzeń, która właśnie
        tu i teraz staje się przestrzenią, tą przestrzenią, w której jestem i nic poza
        tym. Może to krótkowzroczność, może egoizm, świat przecież nie może kręcić się
        tylko wokół mnie. A może może. Kto wie, może wszyscy mamy takie same odczucia.
        Miliardy światów, każdy indywidualny. Gdy spotykasz innego człowieka, spotykasz
        jego przestrzeń, jego świat, który istnieje w danej chwili, tylko dla niego.
        Gdy chcesz możesz go ominąć, uśmiechając się pod nosem, gdy chcesz możesz w
        niego wejść i dzielić się tym bez ograniczeń. Zastanawiało mnie tylko, dlaczego
        zobaczyłem dzisiaj świat innej osoby. Skąd się wziął ten dar, czy istnieją
        inni, którzy mogą to co ja. Co jest łącznikiem, co spowodowało, że posiadłem
        zdolność postrzegania tego, co widzą inni. Pytania te, a raczej tezy, bo
        zostawiam na końcu kropki, a nie znaki zapytania, drążyły mnie nieustannie.
        Przestałem na chwilę myśleć. Dogasiłem niedopalonego papierosa i poszedłem do
        kuchni. Zawsze na kacu strasznie ssie mnie w żołądku. Zajrzałem do lodówki,
        jajka, masło, ser, wszystko czego mi teraz potrzeba, wczorajszy chleb także nie
        będzie zły. Wydobyłem z lodówki potrzebne produkty do przyrządzenia jednego z
        moich ulubionych śniadań i przystąpiłem to tworzenia mieszanki paliwowej dla
        organizmu. Nastawiłem właśnie jajka na twardo, gdy nagle wróciło, przez ułamek
        sekundy zobaczyłem świat mojej kobiety. Coś było nie tak. Nagłe
        niebezpieczeństwo zawisło w powietrzu. Ruszyłem do pokoju i złapawszy za
        słuchawkę wykręciłem numer telefonu zakodowany w moim umyśle jak opuszczenie
        deski po zakończeniu potrzeby fizjologicznej. Trochę może zbyt mało trafne
        porównanie, ale tylko takie przyszło mi w tej chwili do głowy. Tym razem trochę
        potrwało zanim usłyszałem jej głos w słuchawce. Był lekko zmieniony, słychać
        było, że nie wszystko jest w porządku.
        - Nie martw się, zaraz u ciebie będę. – Powiedziałem nie zważając na jej
        zdanie. – Nic nie mów i zejdź na dół i odwróć się w drugą stronę, nie mogę na
        to patrzeć.
        Odłożyłem słuchawkę, wciągnąłem spodnie, nawet nie pomyślałem o wyłączeniu gazu
        pod garnkiem z gotującymi się jajkami. Nie miało to dla mnie żadnego znaczenia,
        liczył się pośpiech. To co zobaczyłem nie wróżyło nic dobrego. Opowiadała mi
        czasem o swoim ojcu jednak nie sądziłem, że skończyć się to może tragicznie. W
        kuchni, przez ułamek sekundy widziałem zataczającą się postać, jej zachwianie
        równowagi i upadek. Niezbyt przyjemny widok. Teraz biegłem do niej by zabrać ją
        daleko, tam gdzie nikt więcej nie będzie jej dręczył. Moje życie czasami było
        podobnie jej życia. Różnica polegała na tym, że ja miałem więcej siły fizycznej
        i potrafiłem stawić czoła wybrykom mojego ojca. Całe szczęście, że to nie ona
        była ofiarą w fizycznym znaczeniu tego słowa. Miałem także nadzieję, że
        wszystko z jej ojcem będzie w porządku.
        - Już dobrze. Gdzie twoja matka? – Zapytałem obejmując jej niewielkie ciało.
        - Wyszła jeszcze po coś do sklepu. – Nie płakała, jej głos się załamywał, ale
        żadnych łez nie mogłem dojrzeć. To nie było w jej stylu. Nigdy nie płakała.
        Życie nauczyło ją zamykania się w sobie i nie uzewnętrzniania swoich uczuć.
        Miało to swoje wady i zalety. Ale nie miałem czasu na roztrząsanie moich
        spostrzeżeń. Nakazałem jej by została na dole, sam ruszyłem po schodach na
        ostatnie piętro. Drzwi do mieszkania były otwarte na oścież. Wszedłem do
        środka, w pokoju leżał on. Plama krwi zapaskudziła dywan. Podszedłem i ukląkłem
        by sprawdzić czy żyje. Oddychał, a jego puls wydawał się być jednostajny i nie
        spowolniony. Dotknąłem miejsca, w które się uderzył, mocno stłuczone, ale kość
        czaszki była cała. Będzie żył, nie wiedziałem czy to dobra nowina czy zła.
        Podszedłem do telefonu i zawiadomiłem pogotowie. Rozmowa była krótka, znałem
        adres, więc nie czynili zbytnich trudności, co trochę mnie zdziwiło, ale czasem
        życie potrafi zaskakiwać. Wyszedłem na klatkę i zbiegłem po schodach. Moja
        piękna kobieta stała tam, gdzie ją zostawiłem. Objąłem ją mocno i zmusiłem do
        pójścia do mojego mieszkania.
        - Cały czas mam wątpliwości, co do twoich nowych umiejętności.- Powiedziała
        wreszcie, gdy trochę ochłonęła. Siedzieliśmy na kanapie tuląc się do siebie.
        Gdy była przy mnie zaczynałem dopiero wtedy oddychać. Jej obecność sprawiała,
        że ogarniał mnie spokój. Często, gdy na nią czekałem zastanawiałem się co robi.
        Chociaż miałem wobec niej całkowite zaufanie, zawsze czaiły się w moim umyśle
        czarne myśli. Kiedy zasypiałem samotnie, roznosił się wokół mnie tylko jej
        zapach. Doprowadzała mnie do szaleństwa, zarówno gdy jej dotykałem, jak i
        wtedy, kiedy jej przy mnie nie było. Nigdy wcześniej się tak nie czułem. Czy to
        miłość? Trudno jednak o tym mówić, znając drugą osobę od niecałych dwóch
        miesięcy. Nie miałem kobiety przez długi czas, więc gdy pierwszy raz na nią
        spojrzałem, umarły we mnie tęsknoty za szybkim seksem i przelotnymi
        znajomościami z nieważne, jak wyglądającymi kobietami. Nie wiedziałem
        natomiast, jakimi uczuciami darzyła mnie ona. Bardzo rzadko mówiła o swoich
        uczuciach. Kiedyś usłyszałem tylko krótkie uwielbiam cię, oraz zdanie, które
        wypowiedziała po przyjemnym seksie, paląc papierosa:
        - Nie wiem czy jestem w stanie pokochać normalnego człowieka, po moim ostatnim
        związku z mężczyzną.
        To zdanie zabrzmiało tak, jakby bała się zaufać i żyć z facetem, który bardzo
        jej odpowiada, prawie pod wszystkimi aspektami. Zawsze uważałem siebie za
        człowieka o niezbyt zrównoważonym stanie umysłu i dużej niestałości w
        uczuciach. Moje poprzednie kobiety nie były dla nie zbyt ważne, a co za tym
        szło nie mogłem ich przy sobie utrzymać dłużej niż kilka miesięcy. Doprowadziło
        to do postu seksualnego i samotnych nocy bez ciepła i czułości od innych.
        Smutny to był okres mojego bytowania. Jednak, kiedy wszedłem do knajpki i
        zobaczyłem ją, a nasze światy się spotkały, stało się coś, czego nie odczuwałem
        od dawna. Trafiło mnie absolutnie.
        Gdy wróciliśmy do mojego mieszkania pierwsze, co zrobiłem to wyłączenie gazu i
        przerwanie procesu gotujących się jajek, a raczej gotującego się garnka bez
        wody z tym, co z jajek zostało. Brak odpowiedzialności zawsze był moją silną
        stroną.
        Jednocześnie zacząłem tworzyć i ubierać w słowa to, co siedziało w moim
        móżdżku.
        - Chyba mam koncepcję, co do moich dziwnych objawień.- Wyrwałem się nagle z
        letargu spowodowanego moimi wspomnieniami, przytulając siedzącą na łóżku
        kobietę. Zaskoczyło we mnie jedno ze zdań, które tworzyłem przed chwilą w
        umyśle. Nasze światy się spotkały. Może dlatego w pewnym momencie zacząłem
        widzieć jej świat a nie tylko mój. Może się pokryły i stały, albo stawały się
        jednością. Co się stało, że nagle przekroczyłem barierę i zacząłem widzieć to
        co zobaczyłem. – Nie wiem tylko czy poprzesz moją teorię.
        • aric 'Spojrzenie' cd 26.08.03, 11:20
          - Wysłucham każdej, żeby tylko poznać przyczynę twojego zachowania. – Odparła
          bez zastanowienia.
          - Pamiętasz o czym rozmawialiśmy kilka dni temu w tej niewielkiej kawiarence?
          - To zależy, poruszaliśmy przynajmniej z pięć różnych tematów.
          - Chodzi mi o moją teorią związaną z tym, czego nie możemy zobaczyć. Że żyjemy
          we własnych światach, w przestrzeni, którą właśnie w danej chwili możemy
          zobaczyć?
          - Cos tam bełkotałeś. Nie przywiązywałam do tego zbytniej wagi, bo czasami
          gadasz trochę od rzeczy. – Wreszcie powiedziała coś o moim lekkim
          niezrównoważeniu umysłu. To mnie ucieszyło.
          Zastanowiłem się przez chwilę nad odpowiednimi słowami. Zacząłem jej tłumaczyć
          moją koncepcję:
          - Często zastanawiałem się, co jest dalej, dalej niż sięga mój wzrok. Czy
          naprawdę istnieje inny kontynent, inne państwo inne rzeczy, poza tymi, które
          widzę w tej chwili. To dosyć absurdalne stwierdzenia, ale czy możemy być pewni,
          że w samolocie lecącym na wysokości kilku tysięcy metrów, widząc pozostawianą
          na niebie smugę siedzą naprawdę jacyś ludzie? Powiesz telewizja. Gdy rano się
          obudziłem z tym dziwny uczuciem, sprawdziłem, która jest godzina, włączyłem
          wiadomości i tam też była ta sama godzina. Ale czy to jest wyznacznikiem
          naszego postrzegania, czy patrząc w ekran, w którym widzimy wydarzenia z
          całego świata one naprawdę mają w tej właśnie chwili miejsce. Czy to jest takie
          dla nas ważne. Skupmy się na tym, co jest teraz i tutaj. Ci inni nas nie
          powinni obchodzić. – Popatrzyłem w jej brązowe oczy, zobaczyłem niewielki
          zawód. - Nie zrozum mnie źle, obchodzi mnie bardzo gdzie w danej chwili jesteś
          i co robisz. Jednak nie ma cię wtedy koło mnie i nie dostrzegam niczego więcej
          poza zakresem mojego spojrzenia. Sądzę, że z innymi jest tak samo. Żyją sobie
          spokojnie obserwując swoje otoczenie i zastanawiają czy wychodząc zza rogu
          jakiegoś domu spotkają kogoś, na kim im zależy. Porównajmy to do takich bąbli. –
          Nie było to najbardziej wyszukane określenie, ale w tym wypadku dość
          obrazowe. - Gdy jesteś powiedzmy w szczerym polu, rozglądasz się i widzisz
          przestrzeń, którą ogarniasz wzrokiem. Nic nie zakłóca twojego bytu i spokoju.
          Odprężasz się i nie myślisz o niczym innym, poza tym jak jest wokół pięknie.
          Nagle zaczynasz odczuwać dziwny niepokój, coś jest nie tak. Niepokój narasta. W
          pewnej chwili dostrzegasz jakąś postać zmierzającą się w twoim kierunku.
          Niepokój narasta coraz bardziej. Ktoś zakłóca granice twojego bąbla. Nie wiesz
          jakie ma zamiary. Zaczynasz zastanawiać się czy jego świat nie zaszkodzi
          twojemu. Czy chce cię zabić, okraść, spytać o drogę, czy po prostu z tobą
          porozmawiać. Jednak wciąż twój niepokój narasta. Czy jego świat zaczyna
          oddziaływać na twój. Czego on chce. Spójrz teraz z jego punktu widzenia, czy on
          odczuwa to samo co ty. Tu trzeba by wtrącić pewne rozróżnienie, które przyszło
          na myśl właśnie w tej chwili. Sądzę, że dużą rolę może tu odkrywać indywidualna
          wrażliwość. Możesz bardziej lub mniej odczuwać wpływ otaczających cię innych
          światów. Nazwijmy te wpływy przeczuciami, które nas czasami nachodzą. Nie raz
          miewałem przeczucia, że coś się stanie, że ktoś mnie odwiedzi, że ktoś właśnie
          podnosi słuchawkę by do mnie zadzwonić. Tak więc zacząłem się zastanawiać nad
          takim, a nie innym porządkiem rzeczy.
          - Ciekawe wywody snujesz mój drogi. – Ciekawe czy kiedyś pozbędzie się chociaż
          odrobiny tej ironii, którą w sobie ma. Czasami gdy powiem coś co według mnie
          jest niczym więcej poza wypowiedzianym zdaniem ona reaguje zbyt dziwnie, abym
          mógł przyjąć jej odpowiedź ze spokojem. Nie wiem wtedy czy żartuje, czy znów
          zastanawia się nad moją wypowiedzią przyjmując ją zbyt dosłownie. Myślę, że jej
          ironia jest taką małą ucieczką od pochłonięcia i zanotowania w umyśle właśnie
          tego co mówię. Co do mojego wywodu to zastanawiałem się jak jej wyjaśnić
          dlaczego widziałem jej świat i nie wiem czy mój wniosek jej się spodoba.
          - Sądzę, że coś przełamało barierę dotyczącą różnic między naszymi światami.
          Nie wiem tylko czy to ja czy ty to uczyniłaś.
          Miałem ochotę mówić dalej, ale jeszcze większą ochotę wspominać chwile spędzane
          z nią. Znaliśmy się tak krótko, a jednocześnie wydawało mi się, że była przy
          mnie od dnia moich narodzin. Moje życie przed jej wtargnięciem do mojego świata
          było bardzo samotne. Wszystko co robiłem wcześniej nie miało znaczenia.
          Ostatnie miesiące natomiast były jeszcze smutniejsze. Znałem kogoś, kto jak mi
          się wydawało był mi bliski. Spędzałem z tą osobą wiele czasu zastanawiając się
          czy czasami właśnie ona nie jest warta mojej adoracji. Myliłem się bardzo.
          Czasami czekałem i w sumie nie wiedziałem dlaczego to robię. Do pewnego jednak
          czasu. Środa. Nie wiem czy się zakochałem. Trudno było to określić po pierwszym
          wieczorze z tą, która jest w tej chwili jedyna. Całowała może nieco ostrożnie,
          ale z ogniem, którego dawno nie czułem. Nie była piękna, ale z czasem taka się
          stała. Była jaka była i to wystarczyło. Czasami, po kilku dniach znajomości,
          gdy ją odprowadzałem do domu czułem się bardzo samotny. Gdy była ze mną czas
          mijał jakby nie istniał. Trzy godziny zamieniała w trzy sekundy, a trzy dni bez
          niej ja zamieniałem na trzy miesiące. Pewnego razu nie widziałem jej przez dwa
          dni, zostałem sam. Dni były jak lata, przez które starzenie się trwało i
          trwała. Gdy tęsknisz za bliską ci osobą i wiesz, że nie zobaczysz jej przez
          jakiś czas, to wnętrze napełnia się taki niepokojem, że niesmak w ustach po
          śmierdzącym papierosie jest niczym, zostaje tylko telewizja i własna
          wyobraźnia, która podsuwa niesamowite obrazy i nie daje wewnętrznego spokoju. A
          przecież wiesz, że ona musi mieć dla siebie trochę czasu. Nie daje to jednak
          ani odrobiny nadziei na zrozumienie takiego stanu rzeczy. Pogodzenie się z
          otaczającym światem jest bardzo trudne, a reszta, cała reszta tylko pogłębia
          ten stan. Cóż, tak musi być. Tylko zapach jej ciała zapadał tak głęboko w
          pamięć, że nie byłem w stanie pozbyć się nawet grama swoich chorych,
          niepohamowanych wizji na temat wszystkiego, co było z nią związane. Czy właśnie
          to dążenie do połączenia się z jej przestrzenią życiową dało mi to coś? Odkąd
          zacząłem przesiadywać w jej świecie, czułem się jak na rauszu. Uczucie to było
          tym dziwniejsze, że praktycznie nigdy się tak nie czułem. Jej wizyty mijały jak
          sekundy, które już stały się przeszłością.
          • aric 'Spojrzenie' koniec 26.08.03, 11:21
            - Życie bywa zaskakujące, ale nie należy kusić losu. – Ni z gruchy ni z
            pietruchy palnąłem nagle, jakby moje usta odłączyły się od mojego mózgu i
            zaczęły żyć na własny koszt. - Problem leży w tym, że za często czegoś szukamy.
            I to tak bardzo, że gubimy się i wtedy jest za późno na powrót na właściwą
            drogę.
            - Znowu zaczynasz snuć jakieś teorie. Czasami jesteś odrobinę upierdliwy w tym
            drążeniu prawdy, którą jak ci się wydaje znasz. – Powiedziała wyślizgując się
            powoli z moich objęć. – Jednak dzisiaj wysłucham wszystkiego, co masz do
            powiedzenia, może coś jednak będzie przemawiało na twoją korzyść i pozwoli mi
            pogodzić się z twoimi nowymi zdolnościami.
            Popatrzyłem przez chwilę w jej brązowe oczy, które czasami potrafi mrużyć w tak
            seksowny sposób, że mam ochotę rzucić się na nią i nie pytać o zgodę na seks.
            Teraz jednak wcale nie miałem ochoty tego uczynić. Musiałem mówić i myśleć
            jednocześnie do póty do póki nie odkryję wszystkich tajemnic tego, coś się ze
            mną dzieje.
            - Wyznaję zasadę prostolinijnego postrzegania przyszłości i przyczynowo-
            skutkowej teorii przeszłości. Co ma być to będzie i nie należy zbaczać z
            obranego kursu. Co było to było, a decyzje, które się podejmujemy w danej
            chwili są zawsze właściwe bez względu na to czy postępujemy dobrze czy nie.
            Czasem mi powtarzasz, że drzemie we mnie potencjał, którego nie znam, co wcale
            nie jest prawdą. Znam go dobrze, to mój niewidzialny przyjaciel, którego pewnie
            poproszę kiedyś o pomoc, ale nie będę go wykorzystywał, bo nie kieruję się
            priorytetami. Może czasem jest to nie do końca prawdziwe, ale cóż nie zawsze
            mówię prawdę. Czas jest linią prostą dla każdego z nas i człowiek na tej linii
            może znajdować się tylko w jednym punkcie. Wracając jednak do moich
            wcześniejszych wywodów. Każdy posiada jeden świat, każdy znajduje się na
            własnej drodze, Czasami, a raczej zawsze te drogi się krzyżuję, pozwalając
            zajrzeć w świat tej drugiej osoby. Co się jednak stanie gdy drogi będące prostą
            linia nie skrzyżują się, a pokryją ze sobą. Wydaje się to niemożliwe. Zgodnie z
            tym, co mówię i tym, że linia prosta w przestrzeni może się przeciąć tylko
            jeden raz z inną linią, nie ma szans na to by mogły się liniami równoległymi, a
            co dopiero mówić, żeby się pokryły. Każdy z nas jest inny i każda linia
            przebiega w swój określony sposób. Czasami życie się kończy, albo zaczyna.
            Powinny istnieć więc punkty kończące te linie. Tutaj należy pomyśleć czy
            rzeczywiście. Ty wierzysz w reinkarnację, odradzanie się duszy w innym ciele,
            to mi podsuwa myśl, że wcale tak nie musi być. Życie może trwać, a linia będzie
            nieskończona. Może się jednak zdarzyć, że przeskok jaźni danej osoby nie będzie
            się zaczynać w miejscu, w którym zaczyna się i kończy życie. Trochę to
            pogmatwane i chore, ale takie przedstawienie stanu rzeczy jest według mnie
            najbardziej obrazowe.
            Moja kobieta słuchała tego, jakby była w letargu. Nie wiem czy naprawdę
            słuchała, ale moje dążenie do sedna było ważniejsze w tej chwili od jej
            śledzenia tego co mówię.
            - Coś się wydarzyło w punkcie zawierającym początek i koniec. Ale nie jest
            ważne, co było tego przyczyną. Nasze linie nie tylko stały się równoległe, a
            nawet się pokryły. Wszystkie trzy wymiary stały się jedną linią i mój świat
            zaczął doganiać twój. Dogonił go i obydwa zaczęły się nawzajem przenikać, dążąc
            do pokrycia się i stania się jednością. Mogło się stać także tak, że gdy nasze
            linie się skrzyżowały któraś z nich zmieniła swój przebieg. Nie wnikam, która
            słabsza czy silniejsza. Wtedy nasze światy zaczęły się dopasowywać, a ja
            zobaczyłem to, co ty widzisz. Taki były koniec mojej opowieści. Jakaś bariera
            została złamana i nasze przestrzenie, które widzimy w danej chwili stały się
            jednym.
            Wydawało mi się przez chwilę, że kobieta siedząca przy mnie przyjęła do siebie
            wszystko, co powiedziałem, że analizuje to i za chwile przedstawi swoje
            konkluzje. Chyba jej nie doceniłem. Zamiast wniosków usłyszałem jej teorię na
            temat naszego związku:
            - Za dużo wczoraj wypiłeś. – Teoria jak każda inna. Krótka i zwięzła. - Nie
            wiem dlaczego miałeś te swoje wizje i w sumie nie jest to dla mnie zbyt ważne,
            ale stanowczo powiem ci, że pieprzysz głupoty. Twoje intuicja pomogła mi w
            uwolnieniu się od paskudnej atmosfery panującej w moim domu i za to jestem ci
            wdzięczna, ale zachowaj te pseudo matematyczno-filozoficzne teorie na samotne
            wieczory, które czasami przyjdzie ci spędzić. Wysłuchałem cię, przemyślałam to,
            przyjęłam do wiadomości, a teraz zamilcz, mam ochotę na seks.
            Nie oponowałem. Wygadałem się, ale do końca nie byłem przekonany czy
            powiedziałem już wszystko. Gnębiła mnie myśl o tym, co się zmieniło
            dzisiejszego ranka.
            - Zaczekaj jeszcze chwilę. – Nie chciałem dać za wygraną. – Jeszcze tylko...
            - Zamilcz mówię. – Jedną rękę położyła mi na ustach, drugą na mojej szyi. Gdy
            tylko odjęła tą pierwszą, zaatakowałem ponownie. Już miałem poruszyć wargami,
            ale ona zrobiła to pierwsza. - Chcesz naprawdę wiedzieć, co się stało dzisiaj
            rano? – Pokiwałem odruchowo głową. – Wstałam rano, poszłam do łazienki,
            spojrzałam w lustro i przez chwilę widziałam ciebie stojącego obok. Było to
            dość zastanawiające wrażenie. Ale nie to jest tym, czego szukasz. Wiem co cię
            gnębi i zaraz odpowiem ci na pytanie, którego nigdy mi nie zadałeś, a ja wcale
            nie chciałam żebyś o to pytał.
            Przysunęła usta do moich uszu tak blisko, że mi ciarki po plecach przeszły.
            Wyszeptała tylko dwa słowa, na które czekałem od tak dawna i nic więcej nie
            było w stanie zakłócać moich myśli. Oczyściłem swój umysł jak tylko mogłem i
            zacząłem ją rozbierać, a życie nagle stało się tak piękne jak nigdy dotąd.

            Niedziela, 3 grudnia 2000, godzina 13 : 36 i nic poza oczekiwaniem i ...
            papierosem.
    • aric ================================================== 26.08.03, 11:22
      Gruba krecha, po raz kolejny.
    • aric "Thinker Jazzy" 26.08.03, 12:48
      Nazywał się Thinker Jazzy i był kimś w rodzaju detektywa, ale jego zawód czasem
      przybierał różne postaci. Czasem był złym, czasem dobrym, a czasem był tylko
      zwykłym człowiekiem. Jego życie mijało szybko, nie zastanawiał się nad nim, nie
      miał na to czasu. Wiedział, że zbyt długie myślenie doprowadza do stanów, które
      mogą spowodować przerwy w prawidłowym rozumowaniu. W tej chwili szedł. Szedł
      ciemnym korytarzem klatki schodowej poświęcając sobie z niewielkim światłem
      latarki. Gdy pracował sam, jedyna jego rozrywką było rozmawianie z samym sobą.
      - Do dupy, ciągle w ciemności. - Zaczął swój monolog. - Czy nie mogliby czasem
      jaśniej zrobić na tych korytarzach?
      Thinker znajdował się w budynku złożonym z kilkudziesięciu podpiwniczonych
      mieszkać. Kompleks ten wybudowano ponad 60 lat temu. Nie lubił takich starych
      ruder. Kryły zbyt wiele tajemnic. Za dużo myślenia. Teraz zatrzymał się
      oświetlając numer widniejący na drzwiach. 44. Złapał ostrożnie za klamkę.
      - Te pieprzone zamki zawsze muszą być zamknięte. Czy nigdy nie może być na
      odwrót? - Nie zdawał sobie sprawy, że gdy mówił do siebie, zadawał najczęściej
      pytania. To wkurzało czasem jego przyjaciół. Zapukał, cisz. Zapukał znów, dalej
      cisza. Nie pozostawało nic innego jak skorzystać z pomocy naukowych. Dobył z
      kieszeni skórzaną portfel, w którym zamiast pieniędzy znajdował się komplet
      kluczy uniwersalnych na każdą okazję. Dopasowanie zajęło mu kilka sekund.
      - Co za popieprzona robota. Dlaczego ciągle się godzę na te dziwne zlecenia? -
      Znów zadał pytanie samemu sobie i znów nie uzyskał odpowiedzi. Ktoś by
      powiedział, że Thinker Jazzy ma problemy egzystencjalne, że ciągle szuka
      odpowiedzi, ale ten ktoś nie znał go. On po prostu zamieniał twierdzenie w
      pytanie, lubił zagadki, więc ten znak zapytania na końcu jego wypowiedzi dawał
      mu wiele satysfakcji.
      Thinker pchnął lekko drzwi przed siebie. Zrobił krok do przodu i stanął.
      Bariera stęchlizny nie chciała go przepuścić. Powoli wyciągnął prawą rękę i
      chwycił drzwi, pchnął je za siebie. Te zamknęły się nie wydając prawie żadnego
      dźwięku. Lewą rękę wyciągnął w kierunku lampki stojącej na szafce. Przekręcił
      kontakt. Nastał półmrok. Żarówka przykryta pomarańczowym abażurem dawała
      ciepłe, łagodne światło. Mieszkanie wyglądało, jakby ktoś je już plądrował,
      poza tym, że śmierdziało, to wszędzie walały się damskie ciuchy, a szuflady
      było powysuwane.
      - Dlaczego wszędzie musi być taki burdel? Pewnie zaraz znajdę trupa i nie
      dowiem się nic ciekawego.
      Proces przeszukiwania już raz przeszukanych rzeczy był bezowocny. Nic godnego
      zainteresowania. Jedyne, co go zainteresowało to jedwabne damskie majtki.
      Podniósł je, popatrzył, powąchał, pachniały płynem do płukania. Ale zawsze
      fajnie jest powąchać kobiece majtki.
      - Wreszcie jakaś przyjemna część tego wieczora. Ale pewnie niedługo się to
      zmieni. Papierosa? - Zwrócił się do majtek i zasiadł na fotelu przypalając
      sobie Camela.
      Siedząc i zaciągając się dymem pomyślał chwilę. Jego wzrok zatrzymał się na
      drzwiach sypialni, po czym zjechał w dół na leżąca pod nimi otwarta walizkę.
      - To nie było przeszukanie. Ktoś się pakował, i to szybko. Tylko, dlaczego? -
      Zagadnął do majtek i wstał.
      Skierował się do sypialni. Wiedział, że tam będzie cos, czego znaleźć nie
      chciał. Pchnął drzwi i zapalił światło po prawej stronie. Na łóżku, na wznak
      leżał kobieta była naga, chociaż nie całkiem. W jej klatce piersiowej tkwiła
      wbita siekiera a w jej głowie kula z pistoletu.
      - Tak jak myślałem, trup. Dostało ci się mała. Ciekawe, za co?
      Nagle kobieta odwróciła w jego stronę głowę i otworzyła oczy. Thinker nie
      wiedział, co zrobić. Stał wpatrzony i czekał. Usta kobiety zaczęły się poruczać
      a on usłyszał najbardziej przerażający głos, jaki kiedykolwiek słyszał. Miał
      wrażenie, że głos nim zawładnął.
      - Idź do piwnicy, a dowiesz się więcej.
      Thinker zamknął oczy. Gdy otworzył, ciało leżało nieruchomo, tak jak je zastał.
      Podszedł do kobiety i dotknął. Była zimna jak lód, ale brak wyraźnych oznak
      rozkładu sugerował, że nie żyje od mniej więcej 10-12 godzin.
      - Umarła wcześnie rano. Ciekawe, co znajdę w piwnicy. Cos mi się chyba
      przewidziało, ale rada to rada. Odpoczywaj w spokoju piękna panno Jane Do. -
      Uśmiechnął się gorzko i wyszedł z sypialni, nie miał ochoty dalej tu
      przebywać. - Pieprzony Ring nic nie mówił o trupach. Kazał mi tylko porozmawiać
      z dziewczyną o jego żonie, która niby zaginęła. Do dupy z tym wszystkim. Jak
      tak dalej pójdzie to mnie kiedyś znajdą z dłutem w oku, albo drutem od robótek
      w sercu.
      - Przestań glińdzić i idź do piwnicy. Co za pieprzony maruda z tego łapsa. -
      Thinker się zatrzymał. Nie wiedział czy słyszy znów głos kobiety, czy własne
      myśli robią mu psikusa. Postał chwilkę, ale nic więcej do jego uszu nie
      dotarło. Po chwili oprzytomniał i zaśmiał się idiotycznie, dotykając swoich
      włosów. Poszedł do piwnicy ciągle mrucząc pod nosem.
      - Gadające trupy w moim umyśle. Co za frajda. Chyba dostaje świra od tego
      ciągłego oglądania sztywniaków.
      Drzwi do piwnicy były uchylone. Nie wiedział, dlaczego, ale nie czuł w ogóle
      potrzeby wyciągania broni. Wyciągnął natomiast latarkę i włączył. Marne światło
      oświetliło brązowe, lekko podniszczone drzwi prowadzące na schody. Po woli, bez
      pośpiechu, zszedł po trzeszczących schodach, a ciarki na jego plecach zdawały
      się ważyć ze sto kilogramów. Ugiął się pod ciężarem i skulony stanął wreszcie
      na podłodze piwnicy. Promień latarki skierował w kierunku ścian. Najpierw
      zobaczył trzy ciała siedzące nieruchomo na podłodze. Dwóch mężczyzn i kobieta.
      Nie wiedział jak umarli, nie sterczały z ich ciał żadne przedmioty. Nie miał
      ochoty się tego dowiadywać. Na ścianie nad ich głowami widniał napis.
      - "Wszystko kręci się wokół liczby cztery". Co to do cholery jest? Cztery
      trupy. Dobrze, niech będzie cztery, ale musi być przecież ktoś piąty. Nie
      podejrzewam, aby tych troje popełniło samobójstwo.
      Machną ręką i pośpiesznym krokiem wspiął się po schodach. Gdy znalazł się wśród
      porozrzucanych ubrań poczuł się lepiej.
      - To sprawa dla fedsów, a nie dla mnie. Chyba się pożegnam.
      Nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Z ciemności wyłoniła się potężna pięść w
      czarnej rękawiczce. Trafiła go szczękę, z taka siłą, że wyciągnął się niczym
      wykrochmalone prześcieradło i z hukiem padł na podłogę, tracąc przytomność.
      ***
      • aric 'Thinker Jazzy' cd 26.08.03, 12:50
        Gdy otworzył oczy nad jego głowa pochylała się kobieta. Żywa, uśmiechnięta.
        Znał tą twarz, widywał ją nie raz, ale nie mógł sobie przypomnieć, do kogo
        należała. Gdy kobieta przemówiła, jego amnezja znikła jak kamfora. Tego głosu
        nie mógłby nigdy zapomnieć.
        - Nasz super szpicel odzyskuje przytomność. - Zaśmiała się.
        - Popatrz, jaką ma zadowoloną minę, jakby z tydzień nikogo żywego nie spotkał. -
        Drugi głos tez należał do kobiety. Obie były dobrymi znajomymi Thinkera,
        glinami z wydziału zabójstw. Ta sytuacja nie wydawała mu się zbyt obiecująca.
        Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że nic już nie będzie tak jak przed utrata
        przytomności.
        Thinker powoli podniósł się z podłogi mrugając i przewracając oczami.
        Rozmasował sobie szczękę. Nie była złamana, ale na najbliższy tydzień gryzienie
        odpadało. Rozejrzał się wokół. Pokój nie do poznania. Wszystko poukładane, w
        najlepszym porządki. Jakby śnił o wszystkim, co go spotkało.
        - Co jest grane? Pamiętam jak otwieram drzwi i wyłania się stamtąd czyjaś
        pięść. Ale coś tu nie gra, o ile pamiętam trochę inaczej wygląda ten pokój
        zanim zostałem zmuszony do opuszczenia tego świata na kilka minut.
        Kobiety popatrzył na siebie, wymieniając gesty rozpoznawalne tylko dla nich.
        - Coś mi się zdaje, że bredzisz. Jesteśmy tu od ponad godziny. Dostaliśmy
        telefon od sąsiada, ze ktoś się włamuje do mieszkania pani Ring.
        Thinker zesztywniał jakby go dźgnęli w okolicach krzyża.
        - Ring? Znam to nazwisko. Wynajął mnie niejaki Ring, żebym porozmawiał z
        kobietą mieszkająca w tym lokalu, Ale nie powiedział, że znajdę tu tylko trupy
        i że to mieszkanie jego żony, bo zakładam, że ta pani Ring ma męża, a nie
        wierzę od dawna w zbiegi okoliczności. A skoro to jego żona tu mieszka, to, kto
        mieszka z panem Ring, albo inaczej, dlaczego państwo Ring nie mieszkają razem,
        i co do cholery jest grane. Nie znoszę jak ze mnie robi się balona. Możecie
        mnie oświecić. Silk, Lorre, proszę. Jakiś kołowaty dziś jestem.
        - No cóż, SA po rozwodzie. - Powiedziała Lorre.- A co do trupów, o których
        wspomniałeś, to chyba ci się śniły. Wszystko czyste, żadnych śladów,
        jakichkolwiek sztywniaków. Zbieraj się, musimy iść.
        Thinker nie zareagował, pochłonęły go myśli i nieodparta chęć wyjaśnienia
        tajemnicy.
        Silke wstała z krzesła i poszła do sypialni, jakby ja cos nagle pchnęło do tego
        kroku. Znikła w drugim pomieszczeniu. Lorre też poszła w jej ślady, zostawiając
        Thinkera zamyślonego w pokoju. Usiał na fotelu i wyciągnął papierosa. Zdawało
        mu się, że nie palił kilka dni. Mimowolnie spojrzał na zegarek. Było późne
        popołudnie. Czyżby był nieobecny aż tyle czasu. Nie było możliwe, aby od ciosu
        pięścią stracił przytomność prawie na całą dobę.
        - Ej, kto do was dzwonił? Gadaliście z tym sąsiadem.
        Z sypialni wyszła Lorre.
        - Sąsiad spod 43, ale nie ma go w domu. A że drzwi były otwarte to weszłyśmy
        tutaj i zastaliśmy ciebie smacznie śpiącego.
        - Ale ja tu byłem wczoraj wieczorem. Niemożliwe, żebym spał aż tak długo po
        znieczuleniu zwykłą piąchą.
        Lorre popatrzyła mu w oczy. Znała się na ludziach. Thinker nie kłamał,
        wiedziała o tym Wiedziała tez, że nie w jego stylu było odwiedzać kogoś bez
        wyraźnego powodu.
        - Cóż, następna zagadka do rozwiązania. Ale pogadamy o tym u nas, w przytulnym
        pokoju z lustrem. - Uśmiechnęła się i podeszła do Thinkera, który dogasił
        papierosa i wstał z fotela. - Chodź Silk, zwijamy się.
        - Nie tak szybko. - Dobiegł głos z sypialni. - Coś jednak może nas tu
        przytrzymać na dłużej. Popatrz. - Dokończyła wyłaniając się zza futryny. W
        niewielkiej foliowej torebce trzymała łuskę.
        - Może jednak bliżej się przyjrzymy temu mieszkaniu. O której tu przyszedłeś?
        - Wczoraj ok. 11.30. Cholera, umówiłem się z panienką na mieście, po skończeniu.
        - To możesz sobie odpuścić, a teraz gadaj.
        - Mieszkanie było zamknięte, a gdy wszedłem zastałem je w niesamowitym
        nieładzie, najpierw myślałem, że ktoś je przetrząsnął, ale później doszedłem do
        wniosku, że było to następstwem pospiesznego pakowania. W sypialni zastałem
        kobietę z siekiera w klatce piersiowej i dziurą po kuli w głowie. Nie znałem
        jej. Coś mi podpowiedziało... - Albo ktoś, pomyślał. - Żeby, zajrzał do
        piwnicy, a propos sprawdzałyście piwnicę? Pewnie tak, czysto? - Silk skinęła
        głową. - Więc zszedłem do piwnicy i zastałem tam trzy kolejne umarlaki. Dwóch
        facetów i kobietę, siedzieli pod ścianą, na której, nad ich głowami widniał
        napis: "Wszystko kręci się wokół liczby cztery". To było dla mnie za wiele,
        miałem tylko pogadać z dziewczyną, a znalazłem czterech nieobecnych, a w tym
        jedną... - Gadającą, chciał dodać, ale ugryzł się w język. - Nie ważne. Już
        chciałem się ulotnić, ale nie było mi to dane, ktoś mi przeszkodził, a potem
        zobaczyłem Lorre nachylającą się nad moją głową.
        - Taak, no ładna historyjka, ciekawe czy chłopcy cos znajdą. Wezwij ekipę Silk,
        nie zaszkodzi poszukać czegoś, czego nie ma. A ja pojadę z panem super szpiclem
        na komendę.
        ***
        • aric 'Thinker Jazzy' koniec 26.08.03, 12:51
          Pomieszczenie zwane potocznie celą stanowiło tymczasowe mieszkanko dla Thinkera
          od kilku godzin. Nie chciał adwokata, nie był mu potrzebny. Musiał pomyśleć.
          Obawiał się jednak, że niewiele wymyśli, że myślenie go zmęczy. Ale na razie
          szło mu całkiem dobrze. Ułożył sobie plan działania, przyjmując, że wypuszczą
          go za jakiś czas i będzie mógł rozprawić się z ludźmi, którzy z niego zakpili.
          Nagle drzwi się otworzyły i stanęła w nich Lorre. Była to ładna kobieta,
          trzydziestokilku letnia. Nie przywiązywała wagi do swojego wyglądu, a raczej do
          tego, żeby się podobać innym. Była zadbana, ale nie umalowana, rzekłbyś aż
          nadto naturalna. Ubrana w czarny jeans wyglądała jak dziewczyna z rancza, która
          urodziła się z lassem przytroczonym do biodra. Thinker ja lubił, nie raz
          spotykali się przy okazji jego spraw. Zapytacie, czy łączyło ich cos więcej?
          Niestety, Lorre oddzielała sprawy prywatne od zawodowych aż nadto, krążyły
          nawet legendy o zakładach, w których obstawiano czy do czterdziestki Lorre się
          złamie i zwiąże się z kimś. Podejrzewano, że ma inną orientacje seksualną.
          Gadano różne rzeczy, ale skoro była jednym z najlepszych glin w mieście,
          wszyscy ja szanowali.
          - Chodź, pogadamy chwilę. Nie bardzo mi się podoba to, co znaleźliśmy.
          Thinker zwlókł się z pryczy i ruszył patrząc na tył sylwetki policjantki. Miała
          cos w sobie, ale Thinker nie chciał wiedzieć co, nie czas było na te sprawy.
          Czas był na to by zacząć działać i dowiedzieć się czy zwariował czy też użyto
          go do niezłego przekrętu.
          Weszli do pokoju z lustrem, w którym siedziała już Silk. Opis Silk był prosty,
          słodka idiotka. Jednak jej wygląd mylił, i wielu nie wyszło to na zdrowie.
          - No cóż... - Zaczęła Lorre. - Nie mamy dla ciebie zbyt miłych wieści. A
          właściwie mamy i dobrą i złą. Którą chcesz poznać najpierw?
          - Złą.
          - Łuska pochodziła z twojego pistoletu. W kieszeni płaszcza miąłeś rękawiczki,
          na których znaleziono ślady prochu. Z broni strzelano jakieś 12 godzin temu,
          czyli wtedy, kiedy według ciebie byłeś nieprzytomny. To mnie zastanawia. Skoro
          strzelałeś to, do kogo? A później, kto ci załatwił szczękę, bo ewidentnie
          widać, że mocno w nią oberwałeś.
          - A ta dobra?
          - Ta dobra to taka, że coś znaleźliśmy w piwnicy. Ktoś nie postarał się do
          końca. Dużo trudu kosztowało go pomalowanie całej ściany. Cuda techniki teraz
          produkują, pomalował to farbą, która schnie w kilkanaście minut. I nie jest
          tania. Udało nam się znaleźć napis, o którym mówiłeś. Tak więc mamy
          wątpliwości, a skoro mamy wątpliwości to nie będziemy cię tu dłużej trzymać.
          Tylko postaraj się nie narobić bałaganu jak wyjdziesz. Nie chcemy cię tu
          widzieć znów. Lubimy cię, a teraz możesz iść. Tu masz legitymację i portfel.
          Pomoce naukowe, rękawiczki, płaszcz i twój pistolecik na razie zatrzymamy.
          Thinker zebrał ze stołu rzeczy i pochował do kieszeni spodni.
          - Nic więcej nie chcecie ode mnie?
          - Idź już , jak będziemy coś chciały to na pewno wyegzekwujemy. - Powiedziała
          Silk i uśmiechnęła się rozjaśniając pokój.
          - A czy macie zdjęcie pani Ring? - Zapytał Thinker na obchodne.
          - Tak. Chcesz zobaczyć? - Lorre zadała retoryczne pytanie i pokazał mu
          fotografię. żadna z dwóch martwych kobiet, które widział w mieszkaniu nie była
          panią Ring.
          Thinker wyszedł. Czas był najwyższy, by ponownie odwiedzić zleceniodawcę.
          ***
          Jednak to, co zastał w Ringa, nie było tym, co zastać chciał. Po drodze zajrzał
          do swojego biura, zabrał drugi pistolet, ubrał skórzaną kurtkę i wyruszył z
          misją.
          Gdy wszedł do mieszkania Ringa, wpuszczony przez ochroniarza, którego wcześniej
          nie widział, nie zastał właściciela, przynajmniej duchem. Zastał natomiast
          panią Ring z pistoletem w dłoni, siedzącą za biurkiem. Jeszcze dwa dni temu
          siedział tam Ring proszący o pomoc. Chciał tylko dowiedzieć się, gdzie jest
          jego żona. Nie miał od niej wiadomości, a znał jedynie miejsce zamieszkania
          przyjaciółki żony. Nie wspomniał o rozwodzie, był dobrym aktorem, ale martwym
          aktorem. Leżał sobie zakrwawiony na podłodze nieopodal regału z książkami.
          Thinker stał bez ruchu. Wiedział, że nic nie zrobi, przynajmniej na razie.
          Pomiędzy łopatki wbijała mu się lufa pistoletu trzymanego przez goryla. Powoli
          został pozbawiony swojej broni i popchnięty w kierunku krzesła, na którym już
          siedział, całkiem nie dawno.
          - Witam panie Jazzy. - Odezwała się kobieta, która w tej chwili pociągała za
          sznurki. - Pewnie zastanawia się pan, po co to wszystko?
          Thinker wyciągnął papierosa. Podpalił, nikt się nie sprzeciwił. Pokiwał głową,
          zastanawiając się nad swoją naiwnością. Ponad siedemnaście lat w zawodzie i
          taka wpadka.
          - Kim byli ci ludzie, a raczej te trupy, które widziałem w pani mieszkaniu?
          - Nikim, byli tłem, które miało stanowić o tym, że kręcisz. Mój mąż był bogatym
          palantem, zostawił mnie z niczym, z paroma tysiącami na drobne wydatki. A miał
          miliony, które mi się należały. A pan, panie Jazzy spadł mi z nieba. Nie wiem,
          co popchnęło go do chęci odnalezienia mnie, nie ma to teraz znaczenia. I nie
          wiem, dlaczego pana oszukał. Był krętaczem, ale gdy Jerry, mój przyjaciel,
          który za panem stoi, dowiedział się o jego planach, wiedziała, co musze zrobić.
          Lubię makabryczne rozwiązania.
          - Zaraz, ale skąd wiedział, że mam szukać tej dziewczyny właśnie w tym
          mieszkaniu?
          - Oj, pana pseudonim, Thinker, chyba coś stracił ze swojej świetności. Przecież
          tak łatwo poprosić znajomą o wykonanie telefonu, ja poprosiłam siostrę,
          przedstawiła się jako moja przyjaciółka i przekazała wiadomość ode mnie,
          myślałem, że przyjdzie sam, ale wolał wynająć kogoś innego. No cóż padło na
          pana. Czy powiedział panu, dlaczego chce mnie odszukać? Pewnie powiedział, że
          niepokoi się. Dupek jeden. Chciał się dowiedzieć gdzie jestem, bo mu zwinęłam,
          co nieco z jego sejfu zanim znikłam.
          - Szantażowała go pani?
          - Na początku chciałam, ale przyszło mi do głowy, żeby pozbyć się go w
          ciekawszy sposób. Po jego śmierci i tak dziedziczę, intercyza mi to gwarantuje
          nawet po rozwodzie. Ale czekanie na jego śmierć nie bawiło mnie.
          - Przygotowaliśmy dla niego powitanie, a on to wszystko zepsuł wysyłając pana,
          nie było czasu na zmianę scenografii. I to by było tyle. Szkoda, że pan przyjął
          tą sprawę, będzie mi smutno pozbawiać pana życia.
          Nagle Thinker poczuł mrowienie na policzkach, odwrócił głowę w kierunku
          leżącego Ringa. Obok zobaczył postać dziewczyny, tej, którą widział na łóżku.
          Uśmiechała się do niego, jednak jemu nie było zbyt wesoło, czuł się nie swojo,
          zdawało mu się, że zaczyna świrować. Nagle twarz dziewczyny zmieniła się, stał
          się poważna, wręcz demoniczna. Thinker usłyszał szept wypowiadany przez postać,
          szept, który w jego głowie stał się krzykiem:
          - Już czas!!!
          Thinker momentalne zeskoczył z krzesła rzucając się na podłogę. Padł strzał
          przeznaczony dla niego. Jednak na ziemie osunął się Jerry, wypuszczając z dłoni
          pistolet. Thinker momentalnie złapał broń, odwrócił się leżąc na podłodze w
          kierunku biurka i oddał strzał celując w stopę pani Ring. Rozległ się wrzask.
          Odgłos przewracającego się krzesła i upadającego na podłogę ciała. Thinker
          patrzył. Kobieta leżała na podłodze, jej wzrok spoczął na twarzy detektywa,
          jednak ostatnie, co ujrzała to wylot lufy i kula poruszająca się w jej kierunku
          z prędkością 350 km/h. Śmierć była szybka, a cała scena rozegrała się zaledwie
          w kilka sekund.
          Thinker powoli podniósł się z podłogi. Postać znikła. Zostało jedynie mrowienie
          na policzkach.
          - Czy ja kiedyś nie będę musiał się tłumaczyć przed tymi cholernymi glinami?
          Thinker odebrał swój pistolet leżącemu bez życia ochroniarzowi, zgarnął
          niedopałek papierosa z popielniczki, wytarł to, czego dotykał, a nie było tego
          wiele, krzesło i klamka, i wyszedł z mieszkania.
          - Czas chyba najwyższy, abym zrobił sobie trochę wolnego. Ciekawe czy moja
          wczorajsza randka jest jeszcze aktualna?
    • aric ================================================== 26.08.03, 12:53
      I następna gduba krecha.:)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka