Dodaj do ulubionych

Ryszard Kapuściński: Podróże z Herodotem

07.12.03, 23:52
Od jakiegoś czasu w GW ukazuje się fragmentami najnowsza książka cesarza
dziennikarstwa Ryszarda Kapuścińskiego pt. "Podróże z Herodotem". Jako, że
wiele jej odcinków dotyczy krajów arabskich, postanowiłam wam je przybliżyć
na tym forum


Ryszard Kapuściński: Podróże z Herodotetem

Widzę, że przydarzyło mi się to, co się przytrafia zlepionym przez
długotrwałe leżenia księgom: trzeba niejako odwijać pamięć i od czasu do
czasu wytrząsać wszystko to, co tam znajduje się na składzie

Seneka

Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością

Novalis

Nim Herodot wyruszy w dalszą podróż, wspinając się po skalistych ścieżkach,
płynąc statkiem po morzu, jadąc koniem po bezdrożach Azji, nim trafi do
nieufnych Scytów, odkryje cuda Babilonu i zbada tajemnice Nilu, nim pozna sto
innych miejsc i ujrzy tysiąc niepojętych rzeczy, pojawi się na chwilę w
wykładzie o starożytnej Grecji, który profesor Bieżuńska-Małowist wygłasza
dwa razy w tygodniu dla studentów pierwszego roku historii Uniwersytetu
Warszawskiego.

Pojawi się i zaraz zniknie.

Zniknie momentalnie i tak zupełnie, że teraz, kiedy po latach przeglądam
zapiski z tych zajęć, nie znajduję w nich jego nazwiska. Jest Ajschylos i
Perykles, Safona i Sokrates, Heraklit i Platon, natomiast Herodota nie ma. A
przecież te notatki robiliśmy starannie, były naszym jedynym źródłem wiedzy:
ledwie pięć lat wcześniej skończyła się wojna, miasto leżało w gruzach,
biblioteki pochłonął ogień, więc nie mieliśmy podręczników, brakowało nam
książek.

***

Pani profesor ma spokojny, cichy, jednostajny głos. Jej ciemne, uważne oczy
patrzą na nas przez grube szkła z wyraźnym zaciekawieniem. Siedząc za wysoką
katedrą, ma przed sobą setkę młodych, z których większość nie miała pojęcia,
że Solon był wielki, nie wiedziała, skąd bierze się rozpacz Antygony, ani nie
umiałaby wytłumaczyć, w jaki sposób Temistokles wciągnął Persów w pułapkę.

Prawdę mówiąc, nawet nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie leży Grecja i że kraj o
tej nazwie miał tak niebywałą, wyjątkową przeszłość, że warto było uczyć się
o niej na uniwersytecie. Byliśmy dziećmi wojny, w latach wojny gimnazja były
zamknięte i choć w dużych miastach spotykało się czasem tajne komplety, tu,
na tej sali, siedzieli najczęściej dziewczęta i chłopcy z dalekich wiosek i
małych miasteczek, nieoczytani, niedouczeni. Był rok 1951, na studia
przyjmowano bez egzaminów wstępnych, bo głównie liczyło się to, kto z jakiego
pochodził domu - dzieci robotników i chłopów miały najwięcej szans na indeks.

Ławki były długie, na kilka osób. Siedzieliśmy ściśnięci, brakowało miejsc.
Moim sąsiadem z lewej był Z. - pochmurne, milczące chłopisko ze wsi pod
Radomskiem, w której, jak opowiadał, trzymają w domach jako lekarstwo kawałek
zasuszonej kiełbasy i dają possać niemowlęciu, kiedy zachoruje. - Myślisz, że
to pomaga? - spytałem bez wiary. - Pewnie, że tak - odpowiedział z
przekonaniem i znowu zapadł w milczenie. Z mojej prawej strony siedział
chudy, o wątłej, dziobatej twarzy W. Pojękiwał, kiedy zmieniała się pogoda,
bo jak mi kiedyś wyznał, darło go w kolanie, a darło od kuli, jaką dostał w
leśnej walce. Ale kto z kim tam walczył, kto go postrzelił, tego nie chciał
powiedzieć. Wśród nas było też kilkoro z lepszych rodzin. Ci nosili się
czysto, mieli lepsze ubrania, a dziewczyny czółenka na wysokim obcasie.
Jednakże były to rzucające się w oczy wyjątki, rzadkie okazy - przeważała
uboga, siermiężna prowincja: pomięte płaszcze z demobilu, połatane swetry,
perkalowe sukienki.

Pani profesor pokazywała nam także fotografie antycznych rzeźb i wymalowane
na brązowych wazach postacie Greków - ich piękne, posągowe ciała, szlachetne,
pociągłe twarze o łagodnych rysach. Należeli do jakiegoś nieznanego,
mitycznego świata. Był to świat ze słońca i srebra, ciepły i widny,
zamieszkany przez smukłych herosów i tańczące nimfy. Nie wiadomo było, jak
się do niego ustosunkować. Patrząc na te zdjęcia, Z. milczał ponuro, W.,
skrzywiony, masował obolałe kolano. Inni patrzyli z uwagą, ale obojętnie, nie
mogąc sobie wyobrazić tamtej odległej, nierealnej rzeczywistości. Nie trzeba
było czekać, aż pojawią się ludzie, którzy będą wieścić zderzenie
cywilizacji. Do tego zderzenia dochodziło już dawno, dwa razy w tygodniu, na
tej sali, na której dowiedziałem się, że żył kiedyś Grek o nazwisku Herodot.

***

Nic jeszcze nie wiedziałem o jego życiu i o tym, że pozostawił nam słynną
książkę. Zresztą tej książki noszącej tytuł "Dzieje" i tak nie moglibyśmy
wówczas przeczytać, bo w tym momencie jej polskie tłumaczenie było zamknięte
w szafie. Otóż "Dzieje" przetłumaczył w połowie lat 40. XX wieku profesor
Seweryn Hammer i swój maszynopis złożył w wydawnictwie Czytelnik. Nie udało
mi się ustalić szczegółów, bo cała dokumentacja zaginęła, ale tekst przekładu
jesienią 1951 roku wydawnictwo przesłało do drukarni do składania. Gdyby nic
nie stało na przeszkodzie, książka powinna ukazać się w roku 1952 i trafić do
naszych studenckich rąk, kiedy uczyliśmy się jeszcze dziejów starożytnych.
Tak się jednak nie stało, bo druk książki został nagle wstrzymany. Dziś już
nie sposób ustalić, kto wydał odpowiednią decyzję. Cenzor? Przypuszczam, że
on, ale dokładnie nie wiem. Dość, że książkę wydrukowano dopiero trzy lata
później - w końcu 1954 roku, a ukazała się w księgarniach w roku 1955.

Można domyślać się, dlaczego powstała tak długa przerwa między wysłaniem
maszynopisu do drukarni a pojawieniem się "Dziejów" w księgarniach.
Mianowicie przerwa ta przypada na okres poprzedzający śmierć Stalina i czas,
jaki po niej bezpośrednio nastąpił. Maszynopis Herodota znalazł się w
drukarni, kiedy zachodnie radiostacje zaczęły mówić o poważnej chorobie
Stalina. Ludzie nie znali szczegółów, ale bali się nowej fali terroru i
woleli przyczaić się, nie narażać, nie dawać pretekstu, przeczekać. Atmosfera
była nerwowa. Cenzorzy zdwoili czujność.

Ale Herodot? Jego książka napisana dwa i pół tysiąca lat temu? A jednak -
tak. Tak, bo panowała wówczas, rządziła całym naszym myśleniem, całym
sposobem patrzenia i czytania obsesja aluzji. Każde słowo się z czymś
kojarzyło, każde miało podwójny sens, drugie dno, ukrytą wymowę, w każdym
było coś sekretnie zakodowane i przebiegle utajone. Nic nie było takie jak w
rzeczywistości, dosłowne i jednoznaczne, bo z każdej rzeczy, gestu i słowa
wyzierał jakiś aluzyjny znak, spoglądało porozumiewawczo mrugające oko.
Człowiek piszący miał trudność z dotarciem do człowieka czytającego nie tylko
dlatego, że po drodze cenzura mogła tekst skonfiskować, ale również z tego
powodu, że kiedy tekst wreszcie dotarł do odbiorcy, ten czytał coś zupełnie
innego, niż było najwyraźniej napisane, czytał i nieustannie zadawał w myśli
pytanie: - Co też ten autor chciał mi naprawdę powiedzieć?

***

I oto ktoś opętany, zadręczony obsesją aluzji sięga po Herodota. Ileż tam
znajdzie aluzji! "Dzieje" składają się z dziewięciu ksiąg, a w każdej aluzje
i aluzje. Choćby otwiera, zupełnie przypadkowo, księgę V. Otwiera, czyta i
dowiaduje się, że w Koryncie, po 30 latach krwawych rządów, umarł tyran o
nazwisku Kypselos, a jego miejsce zajął syn Periander, jak się później
okazało, o wiele bardziej krwiożerczy niż ojciec. Tenże Periander, kiedy był
początkującym jeszcze dyktatorem, chciał dowiedzieć się, jaki jest najlepszy
sposób utrzymania władzy, więc wysłał do dyktatora Miletu, starego Trazybula,
posłańca z zapytaniem, co zrobić, aby utrzymać ludzi w niewolniczym strachu i
poddaństwie.

Trazybul, pisze Herodot, wyprowadził przybyłego od Periandera posła za miasto
i wszedł z nim w rosnący na polu łan zboża. Idąc przez to pole, pytał ciągle
od początku herolda, po co przybył z Koryntu, i przy tym wyrywał raz po raz
każdy, jaki zobaczył, wyrastający ponad inne kłos. Wyrywał i odrzucał go, aż
w ten sposób zniszczył najpiękniejszą i najbujniejsz
Obserwuj wątek
    • beduinka Re: Ryszard Kapuściński: Podróże z Herodotem 08.12.03, 00:01
      I oto ktoś opętany, zadręczony obsesją aluzji sięga po Herodota. Ileż tam
      znajdzie aluzji! "Dzieje" składają się z dziewięciu ksiąg, a w każdej aluzje i
      aluzje. Choćby otwiera, zupełnie przypadkowo, księgę V. Otwiera, czyta i
      dowiaduje się, że w Koryncie, po 30 latach krwawych rządów, umarł tyran o
      nazwisku Kypselos, a jego miejsce zajął syn Periander, jak się później okazało,
      o wiele bardziej krwiożerczy niż ojciec. Tenże Periander, kiedy był
      początkującym jeszcze dyktatorem, chciał dowiedzieć się, jaki jest najlepszy
      sposób utrzymania władzy, więc wysłał do dyktatora Miletu, starego Trazybula,
      posłańca z zapytaniem, co zrobić, aby utrzymać ludzi w niewolniczym strachu i
      poddaństwie.

      Trazybul, pisze Herodot, wyprowadził przybyłego od Periandera posła za miasto i
      wszedł z nim w rosnący na polu łan zboża. Idąc przez to pole, pytał ciągle od
      początku herolda, po co przybył z Koryntu, i przy tym wyrywał raz po raz każdy,
      jaki zobaczył, wyrastający ponad inne kłos. Wyrywał i odrzucał go, aż w ten
      sposób zniszczył najpiękniejszą i najbujniejszą część łanu. Tak doszedł do
      końca pola, a potem odprawił posłańca, nie udzieliwszy mu ani słowa rady. Kiedy
      wysłannik wrócił do Koryntu, Periander był ciekaw dowiedzieć się rady
      Trazybula. Ale ten oświadczył, że Trazybul żadnej mu rady nie udzielił. Dziwił
      się też Perianderowi, że posłał go do takiego męża, który był oczywistym
      szaleńcem niszczącym własne dobra - i opowiedział, co na jego oczach Trazybul
      zrobił. Periander jednak, który zrozumiał jego czyn i pojął, że Trazybul radził
      mu wymordować wszystkich wybitnych obywateli, traktował odtąd swoich
      współziomków z bezgraniczną brutalnością. Kto pozostał jeszcze po morderstwach
      i prześladowaniach Kypselosa, tego Periander teraz wykończył.

      A ponury, maniakalnie podejrzliwy Kambyzes? Ileż w tej postaci aluzji,
      analogii, paraleli! Kambyzes był królem wielkiego ówczesnego mocarstwa -
      Persji. Panował w latach 529-522 przed Chr.

      Dla mnie jest rzeczą zupełnie jasną, że był on w wysokim stopniu szaleńcem...
      Naprzód kazał zamordować swojego brata Smerdysa... Taki był, jak mówią,
      pierwszy czyn, od którego zaczął się szereg jego zbrodni. Po wtóre - zgładził
      towarzyszącą mu do Egiptu siostrę, z którą żył w małżeństwie, jakkolwiek była
      mu rodzoną siostrą z obojga tych samych rodziców... Kazał dwunastu
      najznakomitszych Persów głową na dół żywcem zakopać w ziemi, mimo że nie
      dowiedziono im żadnej znaczniejszej winy... Dopuszczał się licznych podobnych
      szaleństw podczas swojego pobytu w Memfis, gdzie otwierał dawne groby, żeby
      oglądać zwłoki...

      Kambyzes podjął wyprawę w głąb Afryki bez żadnego przygotowania, nagle, z
      wściekłości, z gniewu. Pewnego razu wpadł w gniew i przedsięwziął wyprawę
      przeciw Etiopom; a przecież ani wprzód nie wydał zarządzeń co do zapasów
      żywności, ani też nie zastanowił się, że zamierza wyprawić się na koniec
      świata, lecz jako szaleniec i pozbawiony zmysłów wyruszył na wojnę... zanim
      jednak wojsko odbyło piątą część drogi, już wyczerpały im się wszystkie, jakie
      mieli, środki żywności, a po zużyciu zboża zabrakło też zwierząt pociągowych,
      bo i te zjedli. Gdyby Kambyzes, zauważywszy to, zmienił był zamiar i nakazał
      odwrót, przez tę rozsądną decyzję naprawiłby początkowy błąd; tymczasem on, na
      nic nie zważając, ciągle szedł naprzód. Jak długo żołnierze mogli jeszcze coś z
      ziemi wygrzebać, utrzymywali się przy życiu jedząc trawę, ale potem dotarli do
      piaszczystej pustyni. Tam niektórzy z nich zaczęli robić coś strasznego: drogą
      losowania wybierali spośród siebie co dziesiątego i zjadali. Kiedy Kambyzes się
      o tym dowiedział, obawiając się, żeby wzajemnie się nie pożarli, zaniechał
      wyprawy przeciwko Etiopom i zawrócił z drogi.

      ***

      Jak wspomniałem, "Dzieje" Herodota pojawiły się w księgarniach w roku 1955. Od
      śmierci Stalina minęły dwa lata. Atmosfera zelżała, ludzie oddychali
      swobodniej. Właśnie ukazała się powieść Erenburga, której tytuł dał nazwę tej
      nowej, zaczynającej się właśnie epoce - "Odwilż". Literatura zdawała się być
      wtedy wszystkim. Szukano w niej sił do życia, drogowskazów, objawienia.

      Ukończyłem studia i zacząłem pracować w gazecie. Nazywała się "Sztandar
      Młodych". Byłem początkującym reporterem, jeździłem śladem nadsyłanych do
      redakcji listów. Ci, którzy pisali, skarżyli się na krzywdę i biedę, na to, że
      państwo zabrało im ostatnią krowę, albo że w ich wiosce nie ma ciągle
      elektrycznego światła. Cenzura złagodniała i można było pisać, że np. w wiosce
      Chodów jest sklep, ale zawsze pusty, nic nie można w nim kupić. Postęp polegał
      na tym, że kiedy żył Stalin, nie można było napisać, że jakiś sklep jest pusty -
      wszystkie miały być świetnie zaopatrzone, pełne towaru. Tłukłem się od wioski
      do wioski, od miasteczka do miasteczka drabiniastym wozem albo rozklekotanym
      autobusem, bo prywatne samochody były rzadkością, nawet o rower nie było łatwo.

      Trasa prowadziła mnie czasem do nadgranicznych wiosek. Zdarzało się to jednak
      rzadko. W miarę bowiem zbliżania się do granicy ziemia pustoszała, spotykało
      się coraz mniej ludzi. Ta pustka zwiększała tajemniczość takich miejsc, a
      zwróciło także moją uwagę, że w pasie przygranicznym panuje cisza. Ta
      tajemniczość i ta cisza przyciągały mnie, intrygowały. Kusiło mnie, żeby
      zobaczyć, co jest dalej, po drugiej stronie. Zastanawiałem się, co się
      przeżywa, przechodząc granicę. Co się czuje? Co myśli? Musi to być moment
      wielkiej emocji, poruszenia, napięcia. Po tamtej stronie - jak jest? Na pewno -
      inaczej. Ale co znaczy to - inaczej? Jaki ma wygląd? Do czego jest podobne? A
      może jest niepodobne do niczego, co znam, a tym samym niepojęte,
      niewyobrażalne? Ale, w gruncie rzeczy, największe moje pragnienie, które nie
      dawało mi spokoju, nęciło mnie i korciło, było nawet skromne, bo mianowicie
      chodziło mi o jedno tylko - o sam moment, sam akt, najprostszą czynność
      przekroczenia granicy. Przekroczyć i zaraz wrócić, to by mi, myślałem, zupełnie
      wystarczyło, zaspokoiło mój niewytłumaczalny właściwie, a jakże ostry głód
      psychologiczny.

      Ale jak to zrobić? Z moich kolegów w szkole i na studiach nikt nigdy nie był za
      granicą. Jeżeli ktoś miał kogoś za granicą, wolał się z tym nie afiszować. Sam
      byłem zły na siebie z powodu tej dziwacznej pokusy, która mnie jednak ani na
      chwilę nie opuszczała.

      Kiedyś na korytarzu w redakcji spotkałem swoją redaktor naczelną. Była
      postawną, przystojną blondyną o bujnych, na bok zaczesanych włosach. Nazywała
      się Irena Tarłowska. Mówiła coś o moich ostatnich tekstach, po czym w pewnym
      momencie spytała mnie o najbliższe plany. Wymieniłem kolejne wioski, do których
      miałem jechać, i sprawy, jakie tam na mnie czekały, a potem odważyłem się i
      powiedziałem: - Kiedyś chciałbym bardzo pojechać za granicę. - Za granicę? -
      powiedziała zdziwiona i lekko wystraszona, bo wtedy nie było rzeczą zwyczajną
      wyjeżdżać za granicę. - Gdzie? Po co? - spytała. - Myślałem o Czechosłowacji -
      odparłem. Bo nie chodziło mi, żeby gdzieś do Paryża czy Londynu, nie, tych
      rzeczy nie próbowałem sobie wyobrazić i nawet mnie nie ciekawiły, ale tylko o
      to, żeby gdzieś przekroczyć granicę, wszystko jedno którą, bo dla mnie ważny
      był nie cel, nie kres, nie meta, ale sam niemal mistyczny i transcendentalny
      akt przekroczenia granicy.

      ***

      Od tej rozmowy minął rok. W naszym pokoju reporterów zadzwonił telefon. Szefowa
      prosiła mnie do siebie. - Wiesz - powiedziała, kiedy stanąłem przed jej
      biurkiem - wysyłamy cię. Pojedziesz do Indii.

      Pierwszą moją reakcją było oszołomienie. A zaraz potem - panika: nic nie wiem o
      Indiach. Gorączkowo szukałem w myślach jakichś skojarzeń, obrazów, nazw. Nie
      znalazłem: o Indiach nie wiedziałem nic. (Idea podróży do Indii wzięła się
      stąd, że kilka miesięcy wcześniej odwiedził Polskę pierwszy premier kraju spoza
      bloku sowieckiego, a był nim przywódca Indii Jawaharlal Nehru. Nawiązywały się
      • beduinka Re: Ryszard Kapuściński: Podróże z Herodotem 08.12.03, 00:10
        Od tej rozmowy minął rok. W naszym pokoju reporterów zadzwonił telefon. Szefowa
        prosiła mnie do siebie. - Wiesz - powiedziała, kiedy stanąłem przed jej
        biurkiem - wysyłamy cię. Pojedziesz do Indii.

        Pierwszą moją reakcją było oszołomienie. A zaraz potem - panika: nic nie wiem o
        Indiach. Gorączkowo szukałem w myślach jakichś skojarzeń, obrazów, nazw. Nie
        znalazłem: o Indiach nie wiedziałem nic. (Idea podróży do Indii wzięła się
        stąd, że kilka miesięcy wcześniej odwiedził Polskę pierwszy premier kraju spoza
        bloku sowieckiego, a był nim przywódca Indii Jawaharlal Nehru. Nawiązywały się
        pierwsze kontakty. Moje reportaże miały przybliżać tamten daleki kraj).

        Na koniec tej rozmowy, w której dowiedziałem się, że jadę w świat, Tarłowska
        sięgnęła do szafy, wyjęła książkę i podając mi ją, powiedziała: - To ode mnie,
        na drogę. Była to gruba książka w sztywnych, pokrytych żółtym płótnem
        okładkach. Na froncie wytłoczone złotymi literami nazwisko autora i tytuł:
        Herodot. DZIEJE.

        ***

        To był stary dwumotorowiec, wysłużony w lotach frontowych DC-3, miał skrzydła
        okopcone od spalin i łaty na kadłubie, ale leciał, leciał prawie pusty, z
        kilkoma zaledwie pasażerami do Rzymu. Siedziałem przy okienku, przejęty,
        wpatrzony, bo pierwszy raz widziałem świat z wysoka, z lotu ptaka, nigdy dotąd
        nie byłem nawet w górach, a co dopiero w tak niebotycznej sytuacji. Pod nami
        przesuwały się wolno różnokolorowe szachownice, pstrokate patchworki,
        szarozielone dywany, wszystko rozpostarte, rozłożone na ziemi, jakby do
        wysuszenia na słońcu. Ale szybko zaczęło zmierzchać i zaraz zrobiło się ciemno.

        - Wieczór - powiedział mój sąsiad po polsku, ale z obcym akcentem. Był to
        włoski dziennikarz, który wracał do kraju, pamiętam tylko, że miał na imię
        Mario. Kiedy opowiedziałem mu, gdzie jadę i po co, i to, że jadę pierwszy raz w
        życiu za granicę i że właściwie nic nie wiem, roześmiał się i odpowiedział coś
        w rodzaju: - nie przejmuj się! - i obiecał, że mi pomoże. Ucieszyłem się w
        duchu, nabrałem odrobinę pewności. Była mi ona potrzebna, bo leciałem na
        Zachód, a byłem wyuczony bać się Zachodu jak ognia.

        Lecieliśmy w ciemnościach, bo nawet w kabinie żarówki świeciły ledwie-ledwie,
        kiedy nagle to napięcie, w jakim znajdują się wszystkie cząstki samolotu, kiedy
        silniki są na największych obrotach, zaczęło słabnąć, głos motorów zrobił się
        bardziej spokojny i odprężony - zbliżaliśmy się do kresu podróży. W pewnym
        momencie Mario chwycił mnie za ramię i wskazując na okienko, powiedział: -
        Popatrz!

        Spojrzałem i oniemiałem.

        Pode mną, całą długość i szerokość dna tej ciemności, w której lecieliśmy,
        wypełniało światło. Było to światło intensywne, bijące w oczy, rozedrgane,
        rozmigotane. Miało się wrażenie, że tam w dole jarzy się jakaś płynna materia,
        której błyszcząca powłoka pulsuje jasnością, wznosi się i opada, rozciąga i
        zbiega, bo cały ten świecący obraz był czymś żywym, pełnym ruchliwości,
        wibracji, energii.

        Pierwszy raz w życiu zobaczyłem oświetlone miasto, tych kilka miast i
        miasteczek, które dotąd znałem, były przygnębiająco ciemne, nigdy nie świeciły
        się w nich witryny sklepów, nie widziało się kolorowych reklam, latarnie
        uliczne miały słabe żarówki. Zresztą komu było potrzebne światło? Wieczorem
        ulice ziały pustką, samochodów spotykało się niewiele.

        W miarę jak schodziliśmy do lądowania, ten krajobraz świateł przybliżał się i
        ogromniał. W końcu samolot łomotnął o betonową płytę, zachrzęścił i
        zaskrzypiał. Byliśmy na miejscu. Lotnisko w Rzymie - wielka, oszklona bryła
        pełna ludzi. Jechaliśmy do miasta w ciepły wieczór przez ruchliwe, pełne ludzi
        ulice. Gwar, ruch, światło i dźwięk - to działało jak narkotyk. Chwilami
        traciłem orientację - gdzie jestem. Musiałem wyglądać jak stworzenie leśne:
        oszołomione, trochę wylęknione, z szeroko otwartymi oczyma, które próbują coś
        dojrzeć, przeniknąć, rozróżnić.

        ***

        Rano usłyszałem w sąsiednim pokoju rozmowę. Rozróżniłem głos Maria. Później
        dowiedziałem się, że była to dyskusja, jak mnie ubrać normalnie, jako że
        przyleciałem odziany wedle mody a la Pakt Warszawski, rok 56. A więc miałem
        garnitur z szewiotu w ostre, szaroniebieskie paski - marynarka dwurzędowa o
        wystających, kanciastych ramionach i przydługie, szerokie spodnie z dużym
        mankietem. Miałem jasnożółtą koszulę nylonową z kraciastym, zielonym krawatem.
        Wreszcie buty - masywne mokasyny o grubych, sztywnych rantach.

        Bowiem konfrontacja Wschód - Zachód przebiegała nie tylko na poligonach, ale
        również we wszystkich innych dziedzinach. Jeżeli Zachód ubierał się lekko, to
        Wschód, prawem opozycji - ciężko, jeżeli Zachód nosił rzeczy dopasowane do
        figury, to Wschód odwrotnie - wszystko musiało odstawać na kilometr. Nie trzeba
        było nosić przy sobie paszportu - na odległość widziało się, kto jest z której
        strony żelaznej kurtyny.

        Z żoną Maria zaczęliśmy chodzić po sklepach. Dla mnie były to wyprawy-odkrycia.
        Trzy rzeczy olśniły mnie najbardziej. Pierwsza, że sklepy były pełne towaru,
        pękały od towaru, który przygniatał półki i lady, wylewał się spiętrzonymi,
        kolorowymi strumieniami na chodniki, ulice i place. Druga, że sprzedawczynie
        nie siedziały, ale stały, wpatrując się w drzwi wejściowe. Dziwne było, że
        stały milczące, zamiast siedzieć i rozmawiać ze sobą. Przecież kobiety mają
        tyle wspólnych tematów. Kłopoty z mężem, problemy z dziećmi. Jak się ubrać, co
        ze zdrowiem, czy nic się wczoraj nie przypaliło. Tymczasem miałem wrażenie,
        jakby się one w ogóle nie znały i nie miały ochoty ze sobą rozmawiać. Trzecim
        zaskoczeniem było to, że sprzedający odpowiadali na zadawane pytania.
        Odpowiadali całymi zdaniami i jeszcze na końcu mówili - grazie! Żona Maria o
        coś pytała, a oni słuchali z życzliwością i uwagą tak skupieni i pochyleni,
        jakby za chwilę mieli wystartować w jakimś wyścigu. Potem słyszało się to
        często powtarzane, sakramentalne - grazie!

        Wieczorem odważyłem się samemu wyprawić na miasto. Musiałem mieszkać gdzieś w
        centrum, bo blisko była Stazione Termini, skąd poszedłem przez via Cavour aż do
        Piazza Venezia, a potem uliczkami, zaułkami z powrotem do Stazione Termini. Nie
        widziałem architektury, pomników i monumentów, fascynowały mnie tylko kawiarnie
        i bary. Wszędzie na chodnikach były rozstawione stoliki, przy których siedzieli
        ludzie, coś pijąc i rozmawiając, a nawet po prostu patrząc na ulicę i
        przechodniów. Za wysokimi, wąskimi kontuarami barmani rozlewali napoje,
        mieszali koktajle, parzyli kawę. Wszędzie kręcili się kelnerzy, którzy
        roznosili kieliszki, szklanki, filiżanki z taką kuglarską zręcznością i
        brawurą, że widziałem coś podobnego tylko raz, w cyrku radzieckim, kiedy
        sztukmistrz wyczarował z powietrza drewniany talerz, szklany puchar i chudego,
        wrzeszczącego koguta.

        W jednej z tych kawiarń wypatrzyłem pusty stolik, usiadłem i zamówiłem kawę. Po
        jakimś czasie zauważyłem, że ludzie spoglądają na mnie, mimo że miałem już nowy
        garnitur, białą jak śnieg koszulę włoską i najmodniejszy krawat w groszki.
        Widocznie jednak w moim wyglądzie i gestach, w sposobie siedzenia i poruszania
        się było coś, co zdradzało mnie, skąd przybywam, z jakiego jestem odmiennego
        świata. Poczułem, że biorą mnie za innego, i choć powinienem cieszyć się, że
        siedzę tutaj pod cudownym niebem Rzymu, zrobiło mi się nieprzyjemnie i
        nieswojo. Choć zmieniłem garnitur, nie mogłem ukryć pod nim tego, co mnie
        ukształtowało i naznaczyło. Byłem oto we wspaniałym świecie, który mi jednak
        przypomniał, że stanowię jego obcą cząstkę.

        Ryszard Kapuściński 12-09-2003 GW
    • beduinka "Podróże z Herodotem" (2): Skazany na Indie 08.12.03, 00:22
      Ryszard Kapuściński 19-09-2003


      W drzwiach czteromotorowego kolosa Air India International witała pasażerów
      stewardesa ubrana w jasne, pastelowe sari. Łagodny kolor jej stroju sugerował,
      że czeka nas spokojny, przyjemny lot. Miała ręce złożone jak do modlitwy, co
      było hinduskim gestem powitalnym. Na czole, na wysokości brwi, zobaczyłem
      namalowaną szminką kropkę, wyrazistą i czerwoną jak rubin. W kabinie poczułem
      mocną i nieznaną mi woń, z pewnością był to zapach jakichś wschodnich kadzideł,
      hinduskich ziół, owoców i żywic.

      Lecieliśmy nocą, przez okienko widać było tylko zielone światełko migające na
      końcu skrzydła. Było to jeszcze przed eksplozją demograficzną, latało się
      komfortowo, często samoloty wiozły niewielu pasażerów. Tak było i tym razem.
      Ludzie spali wygodnie rozciągnięci w poprzek foteli.

      Czułem, że nie zmrużę oka, więc sięgnąłem do torby i wyjąłem książkę, którą
      Tarłowska dała mi na drogę. "Dzieje" Herodota to sążniste, liczące kilkaset
      stron tomisko. Takie grube książki wyglądają zachęcająco, są jak zaproszenie do
      suto zastawionego stołu. Zacząłem od wstępu, w którym tłumacz książki Seweryn
      Hammer opisuje losy Herodota i wprowadza nas w sens jego dzieła. Herodot, pisze
      Hammer, urodził się około roku 485 przed Chrystusem w Halikarnasie, mieście
      portowym leżącym w Azji Mniejszej. Około roku 450 przeniósł się do Aten, a
      stamtąd, po kilku latach, do greckiej kolonii Turioj w południowej Italii.
      Umarł około roku 425. W swoim życiu dużo podróżował. Pozostawił nam książkę -
      można przypuszczać, że jedyną, jaką napisał - właśnie owe "Dzieje".

      Hammer stara się przybliżyć nam postać człowieka, który żył dwa i pół tysiąca
      lat temu, o którym w gruncie rzeczy mało wiemy, a także nie możemy sobie
      wyobrazić, jak wyglądał. To, co pozostawił po sobie, było dziełem w swojej
      oryginalnej wersji dostępnym tylko garstce specjalistów, którzy oprócz
      znajomości języka starogreckiego musieli umieć czytać specyficzny rodzaj
      zapisu - tekst bowiem wyglądał jak jedno niekończące się, nieprzerwane słowo,
      ciągnące się przez dziesiątki zwojów papirusu: "Nie dzielono poszczególnych
      słów ani zdań - pisze Hammer - tak jak nie znano rozdziałów ani ksiąg, tekst
      był nieprzenikliwy jak tkanina". Herodot krył się za tą tkaniną jak za szczelną
      zasłoną, której ani współcześni, ani tym bardziej my nie jesteśmy w stanie do
      końca uchylić.

      Minęła noc, przyszedł dzień. Patrząc przez okienko, pierwszy raz widziałem tak
      wielki obszar naszej planety. Jest to widok, który może nasuwać myśl o
      nieskończoności świata. Ten, jaki znałem dotychczas, miał może pięćset
      kilometrów długości i czterysta szerokości. A tu lecimy i lecimy bez końca i
      tylko w dole, bardzo głęboko pod nami, ziemia coraz to zmienia kolory - raz
      jest wypalona, brązowa, raz - zielona, a potem, przez długi czas -
      ciemnoniebieska.

      ***

      Późnym wieczorem wylądowaliśmy w New Delhi. Natychmiast oblepiła mnie gorąca
      wilgotność. Stałem mokry od potu, bezradny w tym dziwnym i obcym miejscu.
      Ludzie, z którymi leciałem, nagle zniknęli porwani przez kolorowy, ożywiony
      tłum oczekujących.

      Zostałem sam, nie wiedząc, co robić. Budynek lotniska był mały, ciemny i pusty.
      Stał samotny pośrodku nocy, a co było dalej, w jej głębi, nie wiedziałem. Po
      jakimś czasie zjawił się stary człowiek w białym, luźnym, długim do kolan
      ubiorze. Miał siwą rzadką brodę i pomarańczowy turban. Coś powiedział do mnie,
      czego nie zrozumiałem. Myślę, że pytał, dlaczego tu stoję sam, na środku
      pustego lotniska. Nie miałem pojęcia, co mu odpowiedzieć, rozglądałem się,
      zastanawiałem się - co dalej? Byłem zupełnie nieprzygotowany do tej podróży.
      Nie miałem w notesie ani nazwisk, ani adresów. Słabo znałem angielski. Rzecz w
      tym, że tak na dobrą sprawę jedynym moim marzeniem było kiedyś osiągnąć
      nieosiągalne, to znaczy przekroczyć granicę, i że nie chciałem niczego więcej,
      tymczasem puszczona w ruch sekwencja wypadków zaniosła mnie aż tutaj, na daleki
      kraniec świata.

      Stary namyślał się chwilę, w końcu dał znak ręką, abym za nim poszedł. Przed
      wejściem do budynku, na uboczu, stał odrapany, zdezelowany autobus. Wsiedliśmy
      do niego, stary zapalił silnik i ruszyliśmy w drogę. Ujechaliśmy kilkaset
      metrów, kiedy kierowca zwolnił i zaczął przeraźliwie trąbić. Przed nami, w
      miejscu gdzie była szosa, zobaczyłem białą, szeroką rzekę, której koniec ginął
      gdzieś daleko w gęstych ciemnościach parnej, dusznej nocy. Tę rzekę tworzyli
      śpiący pod gołym niebem ludzie, których część leżała na jakichś drewnianych
      pryczach, na matach i derkach, ale większość zaściełała wprost goły asfalt i
      ciągnące się po obu jego stronach piaszczyste pobocza.

      Myślałem, że ludzie budzeni rykiem klaksonu, który rozlegał się wprost nad ich
      głowami, rzucą się z wściekłością, pobiją nas czy wręcz zlinczują, ale gdzie
      tam! Kolejno, w miarę jak posuwaliśmy się do przodu, wstawali i usuwali się,
      zabierając ze sobą dzieci i popychając ledwie poruszające się staruszki. W ich
      gorliwej ustępliwości, w ich uległej pokorze było coś nieśmiałego, coś
      przepraszającego, jak gdyby śpiąc na asfalcie, popełniali jakieś przestępstwo,
      którego ślady usiłowali szybko zatrzeć. Tak posuwaliśmy się w stronę miasta,
      klakson ryczał bez przerwy, ludzie wstawali i usuwali się, trwało to i trwało.
      Już potem, w mieście, ulice też okazały się trudno przejezdne, bo wszystko
      wydawało się wielkim koczowiskiem ubranych na biało, sennych, somnambulicznych
      zjaw nocnych.

      Tak dojechaliśmy do miejsca oświetlonego czerwoną jarzeniówką: HOTEL. Kierowca
      zaprowadził mnie do recepcji i bez słowa zniknął. Teraz człowiek z recepcji, w
      niebieskim dla odmiany turbanie, zaprowadził mnie na piętro do małego pokoju, w
      którym mieściło się tylko łóżko, stolik i umywalka. Bez słowa ściągnął z łóżka
      prześcieradło, po którym kręciło się nerwowe, spanikowane robactwo, strzepnął
      je na podłogę, mruknął coś na dobranoc i poszedł.

      Zostałem sam. Usiadłem na łóżku i zacząłem rozważać swoją sytuację. Negatywne
      było to, że nie wiedziałem, gdzie jestem, pozytywne, że miałem dach nad głową,
      że jakaś instytucja (hotel) udzieliła mi schronienia. Czy czułem się
      bezpiecznie? - tak. Obco? - nie. Dziwnie? - tak, ale co to znaczyło czuć się
      dziwnie, tego nie umiałbym określić. Poczucie to jednak skonkretyzowało się już
      rano, kiedy do pokoju wszedł bosonogi człowiek i przyniósł mi czajnik herbaty i
      kilka biszkoptów. Coś takiego zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu. Bez słowa
      postawił tacę na stoliku, ukłonił się i bezszelestnie wyszedł - była w tym jego
      zachowaniu jakaś naturalna uprzejmość, głęboki takt, coś tak zaskakująco
      delikatnego i godnego, że od razu poczułem dla niego podziw i szacunek.

      Natomiast prawdziwe zderzenie cywilizacji nastąpiło w godzinę później, kiedy
      wyszedłem z hotelu. Otóż po przeciwnej stronie ulicy, na ciasnym placyku, już
      od świtu zaczęli gromadzić się rikszarze - chudzi, przygarbieni ludzie o
      kościstych, żylastych nogach. Musieli dowiedzieć się, że w hoteliku zatrzymał
      się sahib - a sahib z definicji musi mieć pieniądze - więc cierpliwie czekali
      gotowi do usług. Mnie natomiast myśl, że będę siedział wygodnie rozparty w
      rikszy, którą ciągnie głodny, słaby, ledwie dyszący chudzielec, napawała
      najwyższym wstrętem, oburzeniem, horrorem. Być wyzyskiwaczem? Krwiopijcą?
      Uciskać drugiego człowieka? Przecież wychowywali mnie w duchu dokładnie
      przeciwnym! W tym mianowicie, że te żywe szkielety to moi bracia, druhowie,
      bliźni, kość z kości. Więc kiedy rikszarze rzucili się na mnie wśród
      zachęcających i błagalnych gestów, napierając i walcząc między sobą, zacząłem
      stanowczo odsuwać ich, ganić i protestować. Zdumieni nie mogli pojąć, o co mi
      chodzi, nie mogli mnie zrozumieć. Przecież liczyli na mnie, byłem ich jedyną
      szansą, jedyną nadzieją bodaj na miskę ryżu. Szedłem, nie odwracając głowy,
      nieczuły, nieustępliwy, dumny, że nie dałem się wmane
      • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (2): Skazany na Indie 08.12.03, 00:29
        Natomiast prawdziwe zderzenie cywilizacji nastąpiło w godzinę później, kiedy
        wyszedłem z hotelu. Otóż po przeciwnej stronie ulicy, na ciasnym placyku, już
        od świtu zaczęli gromadzić się rikszarze - chudzi, przygarbieni ludzie o
        kościstych, żylastych nogach. Musieli dowiedzieć się, że w hoteliku zatrzymał
        się sahib - a sahib z definicji musi mieć pieniądze - więc cierpliwie czekali
        gotowi do usług. Mnie natomiast myśl, że będę siedział wygodnie rozparty w
        rikszy, którą ciągnie głodny, słaby, ledwie dyszący chudzielec, napawała
        najwyższym wstrętem, oburzeniem, horrorem. Być wyzyskiwaczem? Krwiopijcą?
        Uciskać drugiego człowieka? Przecież wychowywali mnie w duchu dokładnie
        przeciwnym! W tym mianowicie, że te żywe szkielety to moi bracia, druhowie,
        bliźni, kość z kości. Więc kiedy rikszarze rzucili się na mnie wśród
        zachęcających i błagalnych gestów, napierając i walcząc między sobą, zacząłem
        stanowczo odsuwać ich, ganić i protestować. Zdumieni nie mogli pojąć, o co mi
        chodzi, nie mogli mnie zrozumieć. Przecież liczyli na mnie, byłem ich jedyną
        szansą, jedyną nadzieją bodaj na miskę ryżu. Szedłem, nie odwracając głowy,
        nieczuły, nieustępliwy, dumny, że nie dałem się wmanewrować w rolę pijawki
        żerującej na ludzkim pocie.

        ***

        Stare Delhi! Jego wąskie ulice w kurzu, w upiornym upale, w duszącym zapachu
        tropikalnej fermentacji. I ten tłum przesuwających się w milczeniu ludzi, ich
        pojawianie się i znikanie, ich twarze ciemne, wilgotne, anonimowe, zamknięte.
        Dzieci ciche, niewydające głosu, jakiś mężczyzna wpatrzony tępo w resztki
        roweru, który mu się rozsypał na jezdni, kobieta sprzedająca coś zawiniętego w
        zielone liście, ale co? Co te liście kryją? Żebrak pokazujący, że skóra żołądka
        przylgnęła mu do kręgosłupa - ale czy to możliwe, prawdopodobne, wyobrażalne?
        Trzeba chodzić ostrożnie, uważać, bo wielu sprzedawców rozkłada swój towar
        wprost na ziemi, na chodnikach, na skraju jezdni. Oto mężczyzna, który ma przed
        sobą rozłożone na gazecie dwa rzędy ludzkich zębów i jakieś stare dentystyczne
        cęgi - reklamuje w ten sposób swoje usługi stomatologiczne. A obok jego sąsiad -
        zasuszony, przykurczony człowieczek - sprzedaje książki. Grzebię w leżących
        niedbale, zakurzonych stosach i w końcu kupuję dwie: Hemingwaya "For Whom the
        Bell Tolls" (żeby uczyć się języka) i księdza J.A. Dubois "Hindu Manners,
        Customs and Ceremonies". Ksiądz Dubois przybył jako misjonarz do Indii w 1792
        roku i spędził w tym kraju 31 lat, a owocem jego studiów nad zwyczajami
        Hindusów była owa kupiona przeze mnie książka, która po raz pierwszy z pomocą
        Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej ukazała się w Anglii w roku 1816.

        ***

        Wróciłem do hotelu. Otworzyłem Hemingwaya i zacząłem od pierwszego zdania: "He
        lay flat on the brown, pine-needled floor of the forest, his chin on his folded
        arms, and high overhead the wind blew in the tops of the pine trees". Nic z
        tego nie zrozumiałem. Miałem ze sobą mały kieszonkowy słowniczek angielsko-
        polski, bo innego nie mogłem w Warszawie dostać. Znalazłem w nim tylko
        słowo "brown" - brązowy. Zacząłem więc czytać zdanie następne: "The
        mountainside sloped gently...". Znowu - ani słowa. "There was a stream
        alongside...". W miarę jak próbowałem zrozumieć coś z tego tekstu, rosło we
        mnie zniechęcenie i rozpacz. Poczułem się nagle schwytany w pułapkę, osaczony.
        Osaczony przez język. Język zdał mi się w tym momencie czymś materialnym, czymś
        istniejącym fizycznie, murem, który wyrasta na drodze i nie pozwala iść dalej,
        zamyka przed nami świat, sprawia, że nie możemy się do niego dostać. Było coś
        przykrego i poniżającego w tym uczuciu. To może tłumaczy, dlaczego człowiek w
        pierwszym zetknięciu z kimś lub z czymś obcym odczuwa lęk i niepewność, jeży
        się pełen czujnej i podejrzliwej nieufności. Co to spotkanie przyniesie? Czym
        się skończy? Lepiej nie ryzykować i tkwić w bezpiecznym kokonie swojskości!
        Lepiej nie wystawiać nosa za opłotek!

        Ja też, w pierwszym odruchu, może uciekłbym z Indii i wrócił do domu, gdyby nie
        to, że miałem bilet powrotny na pływający wówczas między Gdańskiem i Bombajem
        statek pasażerski "Batory", ale statek nie mógł przypłynąć, jako że w tym
        czasie prezydent Egiptu Gamal Naser znacjonalizował Kanał Sueski, na co Anglia
        i Francja odpowiedziały zbrojną interwencją. Wybuchła wojna, Kanał został
        zablokowany, "Batory" utknął gdzieś na Morzu Śródziemnym. W ten sposób, odcięty
        od kraju, zostałem skazany na Indie.

        Rzucony na głęboką wodę, nie chciałem utonąć. Uznałem, że może mnie uratować
        tylko język. Zacząłem się zastanawiać, jak Herodot, wędrując po świecie, radził
        sobie z językami? Hammer pisze, że nie znał żadnego języka poza greckim, ale
        ponieważ Grecy byli wówczas rozsiani po całym świecie, wszędzie mieli swoje
        kolonie, swoje porty i faktorie, więc autor "Dziejów" mógł korzystać z pomocy
        napotkanych ziomków, którzy służyli mu za tłumaczy i przewodników. Poza tym
        grecki to była lingua franca ówczesnego świata, mnóstwo ludzi w Europie, Azji i
        Afryce mówiło tym językiem, który później zastąpiła łacina, a po niej francuski
        i angielski.

        Mając odcięty odwrót, musiałem podjąć rękawicę. Zacząłem dzień i noc wkuwać
        słówka. Przykładałem do skroni zimny ręcznik, bo pękała mi głowa. Nie
        rozstawałem się z Hemingwayem, ale teraz opuszczałem niezrozumiałe opisy i
        czytałem dialogi, bo były łatwiejsze.

        "- How many are you? - Robert Jordan asked.

        - We are seven and there are two women.

        - Two?

        - Yes".

        To wszystko rozumiałem! I to także:

        "- Augustin is a very good man - Anselmo said.

        - You know him well?

        - Yes. For a long time".

        To też rozumiałem. Zacząłem nabierać otuchy. Chodziłem po mieście, notując
        napisy na szyldach, nazwy towarów w sklepach, słowa zasłyszane na przystankach
        autobusowych. W kinach zapisywałem po omacku, po ciemku, napisy na ekranie,
        spisywałem hasła z transparentów niesionych przez napotkanych na ulicy
        demonstrantów. Docierałem do Indii nie przez obrazy, dźwięki i zapachy, ale
        poprzez język, w dodatku język nie rodzimie hinduski, ale obcy, narzucony, na
        tyle jednak zadomowiony, że był dla mnie kluczem niezbędnym, był tożsamy z tym
        krajem. Moje zapasy z Indiami to były w pierwszej rundzie zmagania z językiem.
        Pojąłem, że każdy świat ma swoją własną tajemnicę i że dostęp do niej jest
        tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas
        nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu całe lata. Co
        więcej - zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po
        powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że np.
        pamiętałem napotkaną akację, ale już nie drzewo, które stało obok niej, ale
        którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym
        bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną.

        ***

        Przez wszystkie te dni spędzone po przylocie do Delhi dręczyła mnie myśl, że
        nie pracuję jako reporter, że nie zbieram materiałów do tekstów, które będę
        musiał potem napisać. Przecież nie przyjechałem tu jako turysta! Byłem
        wysłannikiem, który miał zdać sprawę, przekazać, opowiedzieć. Tymczasem miałem
        puste ręce, nie czułem się zdolny, żeby coś zrobić, zresztą nie wiedziałem, od
        czego by tu zacząć. Przecież nie prosiłem się o Indie, o których zresztą nie
        miałem pojęcia, marzyłem tylko, żeby przekroczyć granicę, wszystko jedno którą,
        gdzie, w jakim kierunku, przekroczyć granicę to było to, nie myślałem o niczym
        więcej. Teraz jednak, skoro wojna sueska uniemożliwiła powrót, pozostawało mi
        tylko iść naprzód. Postanowiłem więc wyruszyć w drogę. Recepcjoniści w moim
        hotelu doradzali, żebym pojechał do Benares: - Sacred town! - tłumaczyli. (Już
        wcześniej zwróciło moją uwagę, ile rzeczy jest w Indiach świętych: święte
        miasto, święta rzeka, miliony świętych krów. Rzucało się w oczy, jak bardzo
        mistyka prz
        • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (2): Skazany na Indie 08.12.03, 00:33
          Przez wszystkie te dni spędzone po przylocie do Delhi dręczyła mnie myśl, że
          nie pracuję jako reporter, że nie zbieram materiałów do tekstów, które będę
          musiał potem napisać. Przecież nie przyjechałem tu jako turysta! Byłem
          wysłannikiem, który miał zdać sprawę, przekazać, opowiedzieć. Tymczasem miałem
          puste ręce, nie czułem się zdolny, żeby coś zrobić, zresztą nie wiedziałem, od
          czego by tu zacząć. Przecież nie prosiłem się o Indie, o których zresztą nie
          miałem pojęcia, marzyłem tylko, żeby przekroczyć granicę, wszystko jedno którą,
          gdzie, w jakim kierunku, przekroczyć granicę to było to, nie myślałem o niczym
          więcej. Teraz jednak, skoro wojna sueska uniemożliwiła powrót, pozostawało mi
          tylko iść naprzód. Postanowiłem więc wyruszyć w drogę. Recepcjoniści w moim
          hotelu doradzali, żebym pojechał do Benares: - Sacred town! - tłumaczyli. (Już
          wcześniej zwróciło moją uwagę, ile rzeczy jest w Indiach świętych: święte
          miasto, święta rzeka, miliony świętych krów. Rzucało się w oczy, jak bardzo
          mistyka przenika tutejsze życie, ile jest świątyń, kaplic i spotykanych na
          każdym kroku przeróżnych ołtarzyków, ile pali się ogni i kadzideł, ilu ludzi ma
          na czołach znaki rytualne, ilu siedzi nieruchomo wpatrzonych w jakiś punkt
          mistyczny).

          Usłuchałem recepcjonistów i udałem się autobusem do Benares. Jedzie się tam
          doliną Jamuny i Gangesu przez ziemię płaską i zieloną, pejzaż zaludniony
          białymi sylwetkami chłopów brodzących po polach ryżowych, grzebiących motykami
          w ziemi lub niosących na głowach snopki, kosze czy worki. Ale ten widok za
          oknem często się zmieniał, bo krajobraz coraz to wypełniała wielka woda. Był to
          czas jesiennego potopu, rzeki przemieniały się w rozległe jeziora i morza. Na
          ich brzegach koczowali bosonodzy powodzianie. Uciekali przed podnoszącą się
          wodą, nie tracąc z nią jednak kontaktu, uchodząc na tyle tylko, na ile to było
          konieczne, żeby natychmiast wracać, kiedy rozlewiska zaczną się kurczyć. W
          upiornym skwarze gorejącego dnia wody parowały i nad wszystkim unosiła się
          mleczna, nieruchoma mgła.

          ***

          Do Benares przyjechaliśmy późnym wieczorem, właściwie już nocą. Miasto jakby
          nie miało przedmieść, które stopniowo przygotowują nas do spotkania z centrum,
          bo od razu z ciemnej, głuchej i pustej nocy wjeżdża się tam do jaskrawo
          oświetlonego, zatłoczonego i hałaśliwego śródmieścia. Dlaczego ci ludzie tak
          się tłoczą, gniotą, wchodzą na siebie, skoro wokół centrum jest tyle wolnej
          przestrzeni, tyle miejsca dla wszystkich? Po wyjściu z autobusu poszedłem na
          spacer. Dotarłem do granicy Benares. Po jednej stronie leżały w ciemnościach
          martwe, bezludne pola, po drugiej wyrastała nagle zabudowa miasta już od samego
          skraju zatłoczonego, ruchliwego, rzęsiście oświetlonego, pełnego hałaśliwej
          muzyki. Tej potrzeby życia w ścisku, ocierania się o siebie i nieustannego
          przepychania, choć tuż obok jest luźno i przestronnie, nie umiałem sobie
          objaśnić.

          Miejscowi radzili w nocy nie spać, żeby w porę, jeszcze po ciemku, pójść na
          brzeg Gangesu i tam, na kamiennych schodach, które ciągną się wzdłuż rzeki,
          czekać świtu. "The sunrise is very important!" - mówili, a w ich głosie
          brzmiała obietnica czegoś naprawdę wielkiego.

          W istocie jeszcze było ciemno, kiedy ludzie zaczęli już iść w stronę rzeki.
          Pojedynczo, grupami. Całe klany. Kolumny pielgrzymek. Kalecy o kulach.
          Szkielety starców niesione na plecach przez młodych. Inni po prostu,
          poskręcani, udręczeni, czołgali się z trudem po asfalcie. Razem z ludźmi wlokły
          się krowy i kozy, a także gromady kościstych, malarycznych psów. W końcu i ja
          przyłączyłem się do tego dziwacznego misterium.

          Dojść do schodów nadrzecznych nie jest łatwo, ponieważ poprzedza je gąszcz
          wąskich, dusznych i brudnych uliczek szczelnie zapełnionych żebrakami, którzy
          poszturchując natarczywie pielgrzymów, jednocześnie podnoszą lament tak
          straszny, tak przejmujący, że cierpnie skóra. Wreszcie, mijając różne przejścia
          i arkady, wychodzi się na szczyt owych opadających aż do rzeki schodów. Mimo że
          blask ledwie się zaznacza, schody zapełniają już tysiące wiernych. Jedni,
          ruchliwi, przepychają się nie wiadomo gdzie i po co. Inni siedzą w pozycji
          kwiatu lotosu, wyciągając ręce ku niebu. Sam dół zajmują ci, którzy odprawiają
          rytuał oczyszczania - brodzą w rzece, a czasem, na moment, zanurzają się z
          głową. Widzę, jak jakaś rodzina poddaje obrządkowi oczyszczenia tęgą, pulchną
          babcię. Babcia nie umie pływać i tuż po wejściu do wody od razu idzie na dno.
          Rodzina rzuca się, żeby wydobyć ją na powierzchnię. Babcia łapie ile się da
          powietrza, ale puszczona znowu idzie na dno. Widzę jej wybałuszone oczy,
          przerażoną twarz. Ponownie tonie, znów szukają jej w rzece, wyciągają ledwie
          żywą. Cały rytuał wygląda na torturę, ale ona znosi ją bez sprzeciwu, może
          nawet w ekstazie.

          Po przeciwnej stronie Gangesu, który jest w tym miejscu szeroki, rozlewny i
          leniwy, ciągną się rzędy drewnianych stosów, na których palą się dziesiątki,
          setki zwłok. Kto ciekaw, za kilka rupii może łódką podpłynąć do tego
          gigantycznego, na wolnym powietrzu leżącego krematorium. Kręcą się tu półnadzy,
          osmoleni mężczyźni, ale także wielu młodych chłopców, którzy długimi drągami
          poprawiają stosy w ten sposób, aby powstał lepszy cug i kremacja szła szybciej,
          bo kolejka zwłok nie ma końca, czekanie jest długie. Coraz to grabarze
          zgarniają żarzący się jeszcze popiół i spychają do rzeki. Jakiś czas szary pył
          unosi się na falach, ale zaraz, nasycony wodą, tonie i znika.
    • beduinka "Podróże z Herodotem" (3): Dworzec i pałac 08.12.03, 22:02
      "Podróże z Herodotem" (3): Dworzec i pałac

      Ryszard Kapuściński 26-09-2003

      Pojechałem jeszcze do Madrasu i Bangalore, do Bombaju i Chandigaru. W miarę tej
      podróży nabierałem przeświadczenia o deprymującej beznadziei tego, co robię, o
      niemożności poznania i zrozumienia kraju, w którym byłem: Indie są takie
      wielkie! Jak opisać coś, co, jak mi się wydawało, nie ma ni granic, ni końca?
      Trzecia część książki Ryszarda Kapuścińskiego

      O ile w Benares można znaleźć powody do optymizmu (szansa na oczyszczenie w
      świętej rzece i dzięki temu poprawa stanu ducha i nadzieja zbliżenia do świata
      bogów), to w zupełnie inny nastrój wprowadza nas pobyt na Sealdah Station w
      Kalkucie. Z Benares przyjechałem tam koleją i - jak się przekonałem - była to
      podróż ze względnego nieba do bezwzględnego piekła.

      Na stacji w Benares konduktor spojrzał na mnie i spytał:

      - Where is your bed?

      Zrozumiałem, co do mnie mówił, ale widocznie wyglądałem na takiego, który nie
      zrozumiał, bo za chwilę, już bardziej dociekliwie, powtórzył swoje pytanie:

      - Where is your bed?

      Okazuje się, że nawet średnio zamożni, a co dopiero rasa tak wybrana jak
      Europejczycy, podróżują pociągami z własnym łóżkiem. Taki pasażer zjawia się na
      stacji ze sługą, który na głowie niesie zwinięty w rulon materac, koc,
      prześcieradło, poduszkę i inne bagaże. W wagonie (nie ma w nim ławek) służący
      mości swojemu panu posłanie, po czym znika bez słowa, jakby rozpłynął się w
      powietrzu. Mnie, wychowanemu w duchu braterstwa i równości ludzi, ta sytuacja,
      w której ktoś idzie z pustymi rękoma, a ktoś inny niesie za nim materac,
      walizki i kosz z jedzeniem, wydawała się niesłychanie gorsząca, zasługująca na
      protest i bunt. Szybko jednak zapomniałem o tym, bo kiedy wszedłem do wagonu, z
      różnych stron odezwały się głosy wyraźnie zaskoczonych ludzi:

      - Where is your bed?

      Było mi naprawdę głupio, że nie miałem nic ze sobą prócz podręcznej torby, ale
      skąd mogłem wiedzieć, że prócz ważnego biletu powinienem także mieć i materac?
      Zresztą nawet gdybym wiedział i kupił materac, to nie mogłem go nieść sam, do
      tego musiałbym mieć służącego. A co potem zrobić ze służącym? I co zrobić z
      materacem?

      Tak, bo zauważyłem już, że do każdego rodzaju przedmiotu i czynności przypisany
      jest inny człowiek i że człowiek ów czujnie pilnuje swojej roli i miejsca - na
      tym polega równowaga tego społeczeństwa. A więc kto inny przynosi rano herbatę,
      ktoś inny czyści buty, jeszcze inny pierze koszule, zupełnie inny zamiata
      pokój - i tak w nieskończoność. Broń Boże poprosić kogoś, kto prasuje koszulę,
      żeby przyszył mi do niej guzik. Oczywiście mnie, wychowanemu itd., najprościej
      byłoby samemu przyszyć guzik, ale wówczas popełniłbym szalony błąd, gdyż
      pozbawiłbym szansy na jakiś zarobek tego, kto, zwykle obarczony liczną rodziną,
      żyje z przyszywania guzików do koszul. Społeczeństwo to było pedantycznie,
      koronkowo unizanym splotem ról i przydziałów, zaszeregowań i przeznaczeń, i
      wymagało wielkiego doświadczenia, bystrej intuicji i wiedzy, żeby tę
      drobiazgowo utkaną strukturę przeniknąć i poznać.

      ***

      Noc w tym pociągu minęła mi bezsennie, ponieważ w starych, pochodzących z
      czasów kolonii wagonach trzęsło, rzucało, łomotało i siekło deszczem, który
      wpadał przez niedające się zamknąć okna. Był już szary, zachmurzony dzień,
      kiedy wjechaliśmy na Sealdah Station. Na całej tej olbrzymiej stacji, na każdym
      skrawku jej długich peronów, na ślepych torowiskach i okolicznych bagiennych
      polach siedziały albo leżały w strugach deszczu czy już po prostu w wodzie i
      błocie - bo była to pora deszczowa i rzęsista, tropikalna ulewa nie ustawała na
      chwilę - dziesiątki tysięcy ludzi. Co uderzało od razu, to nędza tych ludzi -
      wymokłych szkieletów, ich nieprzebrana ilość i - może najbardziej - ich
      bezruch. Zdawali się być martwą częścią tego ponurego, przygnębiającego
      pejzażu, którego jedynym żywym elementem były strugi lejącej się z nieba wody.
      W zupełnej bierności tych nieszczęśników była przecież jakaś, co prawda
      rozpaczliwa, logika i racjonalność: nie chowali się przed ulewą, bo nie mieli
      gdzie - tu był kres ich drogi - i nie osłaniali się niczym, bo nic nie mieli.

      Byli to uchodźcy z zakończonej ledwie przed kilku laty wojny domowej między
      wyznawcami hinduizmu i muzułmanami, która towarzyszyła narodzinom niepodległych
      Indii i Pakistanu, a pociągnęła setki tysięcy, może milion zabitych i wiele
      milionów uciekinierów. Ci ostatni błąkali się od dawna, nie mogąc znaleźć
      pomocy, i pozostawieni swojemu losowi wegetowali jeszcze jakiś czas w miejscach
      takich jak Sealdah Station, gdzie ostatecznie wymierali z głodu i chorób. Ale
      było coś jeszcze i coś więcej. Bo te wędrujące po kraju kolumny tułaczy
      wojennych spotykały się na drogach z innymi tłumami - z masami powodzian,
      których wyrzucały z wiosek i miasteczek wylewy potężnych i nieokiełznanych rzek
      Indii. Tak więc miliony bezdomnych, apatycznych ludzi snuło się drogami,
      padając z wyczerpania, często już na zawsze. Inni starali się dotrzeć do miast
      w nadziei, że dostaną tam trochę wody i może garść ryżu.

      ***

      Już samo wyjście z wagonu było trudne - na peronie nie miałem gdzie postawić
      nogi. Zwykle inny kolor skóry przyciąga uwagę, ale tu nic nie mogło zaciekawić
      tych ludzi, którzy już jak gdyby istnieli poza życiem. Zobaczyłem, jak obok
      jakaś staruszka wygrzebała z fałd swojego sari odrobinę ryżu. Wsypała ją do
      miseczki. Zaczęła się rozglądać, może za wodą, może za ogniem, żeby ryż
      ugotować. Zobaczyłem, że w tę miseczkę wpatrują się stojące wokół dzieci.
      Wpatrują się, stojąc nieruchomo, bez słowa. Trwa to jakąś chwilę, która
      przedłuża się. Dzieci nie rzucają się na ryż, ryż jest własnością staruszki,
      coś jest tym dzieciom wpojone, coś silniejszego niż głód.

      Ale obok przepycha się przez koczujący tłum jakiś człowiek. Potrąca staruszkę,
      której miseczka wypada z ręki i ryż rozsypuje się na peron, w błoto, między
      śmiecie. W tej sekundzie dzieci rzucają się, nurkują między nogami stojących,
      grzebią w błocie, próbują znaleźć ziarna ryżu. Staruszka stoi z pustymi rękoma,
      jakiś inny człowiek znowu ją potrąca. Ta staruszka, te dzieci, ten dworzec,
      wszystko cały czas zanurzone w potokach tropikalnej ulewy. I ja stoję zmoczony,
      boję się zrobić kroku, zresztą i tak nie wiem, gdzie iść.

      ***

      Z Kalkuty pojechałem na południe, do Hajderabadu. Doświadczenia południowe
      bardzo różniły się od bolesnych, północnych. Południe wydawało się pogodne,
      spokojne, senne i trochę prowincjonalne. Słudzy miejscowego radży musieli mnie
      z kimś pomylić, bo przywitali mnie uroczyście na dworcu i zawieźli wprost do
      jakiegoś pałacu. Powitał mnie uprzejmy, starszy pan, posadził w szerokim,
      skórzanym fotelu i zapewne liczył na dłuższą i głębszą rozmowę, ale mój ledwo
      ledwo angielski zupełnie na to nie pozwalał. Coś tam dukałem, czułem, że się
      rumienię, pot zalewał mi oczy. Miły pan uśmiechał się życzliwie, to dodawało mi
      odwagi. Wszystko działo się jak we śnie. Surrealistycznie. Służba zaprowadziła
      mnie do pokoju w skrzydle pałacu. Byłem gościem radży i tu miałem mieszkać.
      Chciałem się wycofać, ale nie wiedziałem jak - brakowało mi słów, żeby wyjaśnić
      nieporozumienie. Może to, że byłem z Europy, nadawało jakiejś rangi pałacowi?
      Może. Nie wiem.

      Wkuwałem słówka codziennie, zawzięcie, nieprzytomnie (co świeciło na niebie? -
      The sun; co spadało na ziemię? - The rain; co poruszało drzewami? - The wind
      itd., itd., 20-40 słówek dziennie), czytałem Hemingwaya, w książce księdza
      Dubois próbowałem zrozumieć rozdział o kastach. Początek nie był nawet trudny:
      są cztery kasty, pierwsza, najwyższa, to bramini - kapłani, ludzie ducha,
      myśliciele, ci, którzy wskazują drogę; druga, niższa, to kszatriowie -
      wojownicy i władcy, ludzie miecza i polityki; trzecia - jeszcze niższa, to
      wajśjowie - kupcy, rzemieślnicy i wieśniacy; wreszcie kasta czwarta to
      śudrowi
      • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (3): Dworzec i pałac 08.12.03, 22:09
        Wkuwałem słówka codziennie, zawzięcie, nieprzytomnie (co świeciło na niebie? -
        The sun; co spadało na ziemię? - The rain; co poruszało drzewami? - The wind
        itd., itd., 20-40 słówek dziennie), czytałem Hemingwaya, w książce księdza
        Dubois próbowałem zrozumieć rozdział o kastach. Początek nie był nawet trudny:
        są cztery kasty, pierwsza, najwyższa, to bramini - kapłani, ludzie ducha,
        myśliciele, ci, którzy wskazują drogę; druga, niższa, to kszatriowie -
        wojownicy i władcy, ludzie miecza i polityki; trzecia - jeszcze niższa, to
        wajśjowie - kupcy, rzemieślnicy i wieśniacy; wreszcie kasta czwarta to
        śudrowie - ludzie pracy fizycznej, służba, najemni. Problemy zaczęły się
        później, bo okazuje się, że te kasty dzielą się na setki podkast, a te jeszcze
        na kopy, tuziny, dziesiątki podpodkast itd. w nieskończoność. Bo Indie to w
        każdej dziedzinie nieskończoność, nieskończoność bogów i mitów, wierzeń i
        języków, ras i kultur, we wszystkim i wszędzie, gdzie spojrzeć i o czym
        pomyśleć, zaczyna się ta o zawrót głowy przyprawiająca nieskończoność.

        Jednocześnie instynktownie czułem, że to, co widzę wokoło, to tylko zewnętrzne
        znaki, obrazy, symbole, za którymi kryje się rozległy i różnorodny świat
        wierzeń, pojęć i wyobrażeń, o którym nic nie wiem. Przy okazji zastanawiałem
        się też, czy jest on mi niedostępny tylko dlatego, że nie miałem o nim wiedzy
        teoretycznej, książkowej, czy może także z jeszcze głębszego powodu, a
        mianowicie dlatego, że mój umysł był zbyt przeniknięty racjonalizmem i
        materializmem, aby wczuć się i pojąć tak pełną duchowości i metafizyki kulturę,
        jaką jest hinduizm.

        W takim stanie ducha, przytłoczony dodatkowo bogactwem szczegółów, które
        znajdowałem w dziele francuskiego misjonarza, odkładałem jego książkę i
        wychodziłem na miasto.

        ***

        Pałac radży - same werandy, może sto oszklonych werand, kiedy otwierało się w
        nich okna, przez pokój przeciągał lekki, rzeźwy powiew - otaczały bujne,
        zadbane ogrody, w których kręcili się ogrodnicy coś ciągle przycinając, kosząc
        i grabiąc, a dalej, za wysokim murem, zaczynało się miasto. Szło się tam
        uliczkami i zaułkami, które były wąskie i zawsze zatłoczone. Po drodze mijało
        się nieskończone ilości kolorowych sklepików, stoisk i kramów z żywnością,
        odzieżą, butami, chemią. Choć nie padał deszcz, uliczki były zawsze zabłocone,
        bo tu wszystko wylewa się na środek jezdni - jezdnia jest niczyja.

        Wszędzie jakieś głośniki, a w głośnikach śpiewy ostre, głośne, przeciągłe.
        Dolatują one z lokalnych świątyń. Są to małe budowle, często nie większe od
        otaczających je piętrowych lub parterowych domów, za to jest ich naprawdę dużo.
        Są podobne do siebie, malowane na biało, ubrane w girlandy kwiatów i świecących
        ozdób, strojne i jasne, wyglądają jak panny idące do ślubu. Nastrój w tych
        świątynkach też jest jakoś pogodny, weselny. Ludzi pełno, coś szepcą, palą
        kadzidła, wywracają oczyma, wyciągają ręce. Jacyś mężczyźni (zakrystianie?
        ministranci?) rozdają wiernym jadło - to kawałek ciasta, to marcepana albo
        cukierka. Jeżeli potrzymać rękę trochę dłużej, można dostać dwie, nawet trzy
        porcje. Trzeba to zjeść albo złożyć na ołtarzu. Do każdej świątynki wstęp
        wolny, nikt się nie pyta, kim jesteś, ani jakiej wiary. Każdy też oddaje cześć
        indywidualnie, na własną rękę, bez zbiorowego obrządku, stąd panuje ogólny luz,
        swoboda, a nawet trochę bałaganu.

        Tych przybytków kultu jest tak dużo, gdyż liczba bóstw w hinduizmie jest
        nieograniczona, nikt nie był w stanie dokonać ich pełnego inwentarza. Bóstwa
        nie konkurują między sobą, ale harmonijnie i zgodnie współistnieją. Można
        wierzyć w jedno bóstwo albo w kilka jednocześnie, a można też zmieniać jedno
        bóstwo na inne w zależności od miejsca, czasu, nastroju czy potrzeb. Ambicją
        wyznawców jakiegoś bóstwa jest zrobić mu sanktuarium, postawić świątynię. Można
        sobie wyobrazić, jakie są tego skutki, zważywszy na to, że ten liberalny
        politeizm trwa już tysiące lat. Ileż w tym czasie nastawiano świątyń,
        kapliczek, ołtarzy, figur, ale też ile jednocześnie zniszczyły powodzie,
        pożary, tajfuny, wojny z muzułmanami. Gdyby postawić te przybytki w jednym
        czasie, można by nimi zabudować połowę świata!

        W tych wędrówkach trafiłem do świątyni Kali. Kali to bogini destrukcji,
        reprezentuje niszczące działanie czasu. Nie wiem, czy można ją przebłagać, bo
        przecież czasu nie da się zatrzymać. Kali jest wysoka, czarna, wystawia język,
        nosi naszyjnik z czaszek i stoi z rozłożonymi rękoma. Choć to kobieta, lepiej
        nie dostać się w jej ramiona.

        Do świątyni idzie się między dwoma rzędami straganów. Można tam nabyć ostre
        pachnidła, kolorowe pudry, obrazki, wisiorki, wszelki jarmarczny kicz. Do
        posągu bogini - zbita, wolno posuwająca się kolejka spoconych, przejętych
        ludzi. Odurzający zapach kadzideł, duszno, gorąco, mrok. Przed posągiem -
        symboliczna wymiana: daje się kapłanowi wcześniej kupiony kamyk, a on oddaje
        inny kamyk. Pewnie zostawia się niepoświęcony, a otrzymuje poświęcony. Ale czy
        na pewno tak jest - nie wiem.

        ***

        Pałac radży pełen jest służby, właściwie nie widać tu nikogo więcej, jakby całą
        posiadłość oddano jej w niepodzielne władanie. Tłum kamerdynerów, lokajów,
        kelnerów, służących i szatnych, specjalistów od parzenia herbaty i lukrowania
        ciastek, prasowaczy i gońców, tępicieli moskitów i pająków, a najwięcej tych,
        których zajęcia i przeznaczenia nie sposób określić, przewija się nieustannie
        przez pokoje i salony, przesuwa korytarzami i schodami, odkurza meble i dywany,
        trzepie poduszki, przestawia fotele, przycina i podlewa kwiaty.

        Wszyscy poruszają się w milczeniu, płynnie, ostrożnie, tak że nawet sprawiają
        wrażenie nieco zalęknionych, nie widać jednak żadnej nerwowości, biegania,
        wymachiwania rękoma, można by pomyśleć, że gdzieś tu krąży bengalski tygrys,
        wobec którego jedynym sposobem ocalenia jest zasada: żadnych gwałtownych
        ruchów! Nawet w ciągu dnia, w blasku rozjarzonego słońca przypominają
        bezosobowe cienie, tym bardziej że poruszają się bez słowa i zawsze w taki
        sposób, aby być najmniej widocznym, aby nie tylko nie wejść w drogę, ale nawet
        uniknąć sytuacji, w której nieopatrznie znaleźliby się w czyimś polu widzenia.

        Ubrani są różnie w zależności od funkcji i rangi: od złoconych turbanów
        spiętych drogimi kamieniami, po proste dhoti - opaskę na biodrach noszoną przez
        tych z dołu hierarchii. Jedni chodzą w jedwabiach, wyszywanych pasach i mają
        błyszczące epolety, inni noszą zwykłe koszule i białe kaftany. Jedno jest
        wspólne - wszyscy chodzą boso. Choćby zdobiły ich hafty i akselbanty, brokaty i
        kaszmiry - na nogach nie mają nic.

        Na ten szczegół od razu zwróciłem uwagę, ponieważ na punkcie butów mam lekkiego
        fioła. Wziął się on jeszcze z czasów wojny, z lat okupacji. Pamiętam, że
        zbliżała się zima roku 1942, a nie miałem butów. Stare rozleciały się w
        strzępy, na nowe mama nie miała pieniędzy. Dostępne Polakom buty kosztowały 400
        złotych, miały wierzch z grubego drelichu pociągnięty czarnym, wodoszczelnym
        lepikiem i podeszwy robione z jasnego, lipowego drewna. Skąd zdobyć 400 złotych?

        Mieszkaliśmy wtedy na Krochmalnej, koło bramy getta, u państwa Skupiewskich.
        Pan Skupiewski robił chałupniczo mydełka toaletowe, wszystkie w jednym,
        zielonym kolorze. - Dam ci mydełka w komis - powiedział - jak sprzedasz 400,
        będziesz miał na buty, a dług mi oddasz po wojnie. Bo wtedy jeszcze wierzono,
        że wojna skończy się zaraz. Doradził mi jeszcze, żebym handlował na linii
        kolejki elektrycznej Warszawa - Otwock, bo tam jeżdżą letnicy, którzy czasem
        chcą się umyć, więc mydło na pewno kupią. Usłuchałem. Miałem dziesięć lat, a
        wypłakałem wtedy połowę łez życia, ponieważ nikt tych mydełek nie chciał kupić.
        Przez cały dzień chodzenia nie sprzedawałem nic albo, na przykład, jedno. Raz
        sprzedałem trzy i wróciłem do domu pąsowy ze szczęścia. Po naciśnięciu dzwonka
        zaczynałem żarliwie modlić się: Bo
        • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (3): Dworzec i pałac 08.12.03, 22:15
          Mieszkaliśmy wtedy na Krochmalnej, koło bramy getta, u państwa Skupiewskich.
          Pan Skupiewski robił chałupniczo mydełka toaletowe, wszystkie w jednym,
          zielonym kolorze. - Dam ci mydełka w komis - powiedział - jak sprzedasz 400,
          będziesz miał na buty, a dług mi oddasz po wojnie. Bo wtedy jeszcze wierzono,
          że wojna skończy się zaraz. Doradził mi jeszcze, żebym handlował na linii
          kolejki elektrycznej Warszawa - Otwock, bo tam jeżdżą letnicy, którzy czasem
          chcą się umyć, więc mydło na pewno kupią. Usłuchałem. Miałem dziesięć lat, a
          wypłakałem wtedy połowę łez życia, ponieważ nikt tych mydełek nie chciał kupić.
          Przez cały dzień chodzenia nie sprzedawałem nic albo, na przykład, jedno. Raz
          sprzedałem trzy i wróciłem do domu pąsowy ze szczęścia. Po naciśnięciu dzwonka
          zaczynałem żarliwie modlić się: Boże, żeby tylko kupili, żeby kupili choć
          jedno! Właściwie uprawiałem rodzaj żebractwa, próbując wzbudzić litość.
          Wchodziłem do mieszkania i mówiłem: Niech pani kupi ode mnie mydełko. Kosztuje
          tylko złotówkę, idzie zima, a nie mam na buty. Czasem to skutkowało, a czasem
          nie, bo kręciło się dużo dzieci, które próbowały jakoś się urządzić - a to
          ukraść, a to kogoś naciągnąć, a to czymś pohandlować.

          Przyszły jesienne chłody, zimno szczypało mnie w stopy, tak że aż bolały,
          musiałem skończyć z handlem. Miałem 300 złotych, ale pan Skupiewski hojną ręką
          dołożył mi 100. Kupiliśmy z mamą buty. Jeżeli owinęło się nogę flanelową onucą
          i jeszcze okręciło gazetą, można było w nich chodzić nawet w duże mrozy.

          Teraz, kiedy zobaczyłem, że w Indiach miliony nie mają butów, odezwało się we
          mnie jakieś uczucie wspólnoty, pobratymstwa z tymi ludźmi, a czasem nawet
          ogarniał mnie nastrój, który odczuwamy, kiedy wracamy do domu dzieciństwa.

          ***

          Wróciłem do Delhi, gdzie lada dzień miał nadejść bilet powrotny do kraju.
          Odnalazłem swój stary hotel, nawet pokój dostałem ten sam. Poznawałem miasto,
          chodziłem do muzeów, próbowałem czytać "Times of India", studiowałem Herodota.
          Nie wiemy, czy Herodot dotarł do Indii, zważywszy na problemy komunikacyjne
          tamtej epoki, wydaje się to mało prawdopodobne, ale nie można tego zupełnie
          wykluczyć. Wszak poznał miejsca tak od Grecji odległe! Natomiast opisał 20
          prowincji, zwanych satrapiami, największego wówczas mocarstwa świata - Persji,
          a Indie stanowiły właśnie jedną z owych satrapii, najludniejszą - lud Indów
          jest bezsprzecznie najliczniejszy ze wszystkich znanych nam ludów - stwierdza i
          następnie mówi o Indiach, ich położeniu, społeczeństwie i jego obyczajach. - Na
          wschód od kraju indyjskiego są tylko piaski; bo ze wszystkich ludów w Azji,
          które znamy i o których istnieje jakaś pewniejsza tradycja, pierwsi od strony
          jutrzenki i wzejścia słońca mieszkają Indowie; od Indów zaś na wschód leżące
          terytorium jest pustynią piaszczystą. Wiele jest ludów indyjskich, które nie
          mówią tym samym językiem; jedne z nich są koczownicze, drugie nie, inne znów
          mieszkają na bagnach rzeki i żywią się surowymi rybami, które łowią ze swych
          łodzi trzcinowych... ci właśnie Indowie noszą odzież z łyka zebrawszy sitowie z
          rzeki i wytrzepawszy, wyplatają je następnie na kształt rogóżki i wdziewają na
          siebie niby pancerz.

          Inni Indowie, którzy od nich na wschód mieszkają, są koczownikami i jadają
          surowe mięso. Nazywają się Padajami i mówi się, że praktykują takie obyczaje.
          Jeżeli który z ich współziomków zachoruje, niewiasta lub mężczyzna, wtedy
          mężczyznę zabijają najbliżsi jego przyjaciele, twierdząc, że gdy choroba go
          strawi, jego mięso będzie już zepsute. On wypiera się choroby, ale oni nie
          zwracają na to uwagi, tylko zabijają go i sporządzają sobie z niego ucztę.
          Podobnie jeśli kobieta zachoruje, jej najbliższe przyjaciółki tak samo z nią
          postępują jak z mężczyzną mężczyźni. Bo także każdego, kto by dożył starości,
          zarżną jak bydło ofiarne i spożyją na uczcie. Ale to się praktycznie nie
          zdarza, gdyż przed tym każdy, kogo powali choroba, jest zabijany.

          U innych Indów jest znowu inny tryb życia. Ani nie zabijają oni nic żyjącego,
          ani nic nie sieją, ani też nie mają w zwyczaju nabywać domów, tylko żywią się
          ziołami... Kto z nich zachoruje, idzie na pustynię i kładzie się, a nikt się o
          niego nie troszczy - ani podczas choroby, ani po śmierci.

          Spółkowanie tych wszystkich Indów, których wymieniłem, odbywa się publicznie
          jak u zwierząt; i wszyscy mają prawie tę samą barwę skóry co Etiopowie. Ich
          nasienie rodne, którym zapładniają kobiety, nie jest białe, jak u innych ludzi,
          lecz czarne, podobnie jak barwa skóry; takie nasienie i Etiopowie z siebie
          wydają...

          ***

          Potem pojechałem jeszcze do Madrasu i Bangalore, do Bombaju i Chandigaru. W
          miarę tej podróży nabierałem przeświadczenia o deprymującej beznadziei tego, co
          robię, o niemożności poznania i zrozumienia kraju, w którym byłem. Indie są
          takie wielkie! Jak opisać coś, co, jak mi się wydawało, nie ma ni granic, ni
          końca?

          ***

          Dostałem bilet powrotny z Delhi, przez Kabul, Moskwę, do Warszawy. Do Kabulu
          doleciałem, kiedy zachodziło już słońce. Intensywnie różowe, aż fioletowe niebo
          rzucało ostatnie blaski na otaczające dolinę ciemnogranatowe góry. Dzień
          dogasał, pogrążał się w zupełnej, głębokiej ciszy - była to cisza krajobrazu,
          ziemi, świata, której nie mógł zmącić ani dzwonek zawieszony u szyi osiołka,
          ani drobny trucht przechodzącego obok baraku lotniska stada owiec.

          ***

          Policja zatrzymała mnie, ponieważ nie miałem wizy. Nie mogli odesłać mnie z
          powrotem, ponieważ samolot, który mnie tu przywiózł, od razu odleciał, na pasie
          startowym nie było żadnej maszyny. Naradzali się, co ze mną zrobić, w końcu
          odjechali do miasta. Zostało nas dwóch - strażnik lotniska i ja. Był to wielki,
          barczysty chłop o kruczoczarnym zaroście, łagodnych oczach i niepewnym,
          nieśmiałym uśmiechu. Miał długi, wojskowy płaszcz i karabin Mausera z demobilu.

          Raptownie ściemniło się i od razu zrobiło się zimno. Dygotałem, bo przyleciałem
          prosto z tropiku i byłem tylko w koszuli. Strażnik przyniósł drzewa, chrustu,
          suchej trawy i na płycie rozpalił ognisko. Dał mi swój płaszcz, a sam okrył się
          wysoko, aż po oczy, ciemną, wielbłądzią derką. Siedzieliśmy naprzeciw siebie
          bez słowa, nic nie działo się dookoła, gdzieś daleko odezwały się świerszcze, a
          potem, jeszcze dalej, zawarczał silnik samochodowy.

          ***

          Rano przyjechali policjanci i przywieźli ze sobą starszego mężczyznę,
          handlowca, który w Kabulu kupował bawełnę dla łódzkich fabryk. Pan Bielas
          obiecał zająć się wizą, był tu już jakiś czas, miał znajomości. Rzeczywiście,
          nie tylko załatwił wizę, ale przyjął mnie do swojej willi, zadowolony, że nie
          będzie mieszkał sam.

          Kabul to pył i pył. Doliną, w której leży miasto, przeciągają wiatry, które
          niosą z okolicznych pustyń tumany piasku, wszystko przykrywa i wszędzie wciska
          się jasnobrunatna, szarawa zawiesina opadająca tylko w tych godzinach, kiedy
          wiatry cichną, a powietrze robi się przejrzyste, krystalicznie czyste.

          Każdego wieczoru ulice wyglądają tak, jakby odbywało się na nich spontanicznie
          zaimprowizowane misterium. Bo ciemności, jakie tu panują, rozświetlają tylko
          płomyki kaganków palących się na ulicznych straganach, lampki i łuczywa,
          których chwiejny i ruchliwy blask oświetla tandetne i ubogie towary rozkładane
          przez sprzedawców wprost na ziemi, na skrawkach jezdni, na progach domów.
          Między tymi rzędami światełek przesuwają się w milczeniu ludzie, postacie
          zasłonięte, popędzane chłodem i wiatrem.

          ***

          Kiedy samolot z Moskwy zaczął zniżać się nad Warszawą, mój sąsiad drgnął,
          chwycił rękoma za poręcze fotela i zamknął oczy. Miał szarą, zniszczoną,
          pooraną bruzdami twarz. Zleżały, tani garnitur wisiał luźno na chudej,
          kościstej postaci. Ukradkiem, kątem oka spojrzałem na niego. Zobaczyłem, jak po
          policzkach zaczynają mu płynąć łzy. I za chwilę usłyszałem tłumiony, ale
          wyraźny szloch.

          - Przepraszam - powiedział do mn
          • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (3): Dworzec i pałac 08.12.03, 22:28

            - Przepraszam - powiedział do mnie. - Przepraszam. Ale nie wierzyłem, że wrócę.

            Był grudzień 1956. Ludzie ciągle wychodzili z gułagów.
    • beduinka "Podróże z Herodotem" (IV) - Rabi śpiewa Upaniszad 09.12.03, 21:14
      "Podróże z Herodotem" (IV) - Rabi śpiewa Upaniszady

      Ryszard Kapuściński 03-10-2003

      Jest świt. Mały Rabi Tagore, przyszły pisarz, stoi wraz z ojcem zwrócony w
      stronę wschodzącego słońca i razem śpiewają pieśni filozoficzne sprzed tysięcy
      lat. To wiemy. A jakim dzieckiem był mały Herodot? Posłusznym i grzecznym czy
      raczej zamęczał wszystkich pytaniami: - A skąd się wzięło słońce? A dlaczego
      jest tak wysoko?

      Indie były moim pierwszym spotkaniem z innością, odkryciem nowego świata. To
      spotkanie nadzwyczajne, fascynujące, było jednocześnie wielką lekcją pokory.
      Tak, świat uczy pokory. Bo wróciłem z tej podróży zawstydzony swoją niewiedzą,
      nieoczytaniem, ignorancją. Przekonałem się, że inna kultura nie odsłoni nam
      swoich tajemnic na proste skinienie ręki i że do spotkania z nią trzeba się
      długo i solidnie przygotowywać.

      Pierwszą reakcją na tę naukę, z której wynikała konieczność wielkiej pracy nad
      sobą, była ucieczka w kraj, powrót do miejsc znanych, swojskich, rodzinnych, do
      języka, który był moim, do świata znaków i symboli rozumianych od razu, bez
      wstępnych studiów. Próbowałem zapomnieć o Indiach, bo były moją porażką: ich
      ogrom i różnorodność, nędza i bogactwo, zagadkowość i niezrozumiałość
      przytłoczyły mnie, oszołomiły i pokonały. Znowu więc z chęcią jeździłem po
      kraju, aby pisać o jego ludziach, rozmawiać z nimi, słuchać, co mówią.
      Rozumieliśmy się w pół słowa, łączyła nas wyrosła z tego samego doświadczenia
      wspólnota.

      Ale, oczywiście, Indie zapamiętałem. Im większy był mróz, tym chętniej myślałem
      o upalnej Kerali, im szybciej zapadał zmrok, tym wyraźniej powracał obraz
      olśniewających wschodów słońca w Kaszmirze. Świat nie był już jednolicie mroźny
      i śnieżny, ale podwoił się, zróżnicował: był jednocześnie mroźny i upalny,
      białośnieżny, ale i zielony, rozkwiecony.

      Jeżeli miałem trochę czasu (bo pracy w redakcji było mnóstwo) i odrobinę grosza
      (niestety, rzadki wypadek), szukałem książek o Indiach. Ale wyprawy do księgarń
      i antykwariatów kończyły się najczęściej fiaskiem. W księgarniach nie było nic.
      Raz dostałem w antykwariacie wydany w 1914 roku "Zarys filozofii indyjskiej"
      Pawła Deussena. Profesor Deussen, jak przeczytałem, wielki indolog niemiecki i
      przyjaciel Nietzschego, tak objaśnia istotę filozofii Hindusów: "Świat to maya,
      złudzenie - pisze. - Wszystko jest złudne, z jednym wyjątkiem, z wyjątkiem mego
      własnego ja, mego atmana... Żyjąc, człowiek czuje się wszystkim, więc nie może
      pożądać niczego, bo ma wszystko, co mieć można, i ponieważ czuje się wszystkim,
      nie będzie krzywdził nikogo i niczego, bo nikt nie krzywdzi sam siebie".

      Deussen gani Europejczyków: "lenistwo europejskie - ubolewa - stara się uchylić
      od studiów nad filozofią indyjską", może zresztą dlatego, że w ciągu czterech
      tysięcy lat swojego nieprzerwanego istnienia i rozwoju filozofia ta jest tak
      gigantycznym i niezmierzonym światem, że onieśmiela i paraliżuje każdego
      śmiałka i entuzjastę, który chciałby ją objąć i zgłębić. W dodatku, w
      hinduizmie sfera niepojmowalnego jest bezgraniczna, a wypełniająca ją
      różnorodność oparta jest na najbardziej oszałamiających, przeczących sobie
      nawzajem, gwałtownych kontrastach. Wszystko tu naturalnym sposobem przechodzi w
      swoje przeciwieństwo, granice rzeczy doczesnych i zjawisk mistycznych są płynne
      i nieokreślone, jedno staje się drugim albo wręcz, po prostu, jedno jest
      odwiecznie drugim, byt przemienia się w nicość, rozpada i przeobraża w kosmos,
      w niebiańską wszechobecność, w boską drogę znikającą w głębinach przepastnego
      niebytu.

      W hinduizmie występuje nieskończona ilość bogów, mitów i wierzeń, setki
      najróżniejszych szkół, orientacji i tendencji, dziesiątki dróg zbawienia,
      ścieżek cnoty, praktyk czystości i reguł ascezy. Świat hinduizmu jest tak
      wielki, że jest w nim miejsce dla wszystkich i wszystkiego, dla wzajemnej
      akceptacji, tolerancji, zgody i jedności. Świętych ksiąg hinduizmu nie sposób
      zliczyć: jedna tylko z nich - Mahabharata - liczy około 220 tysięcy wierszy 16-
      zgłoskowych, a to jest osiem razy tyle co "Iliada" i "Odyseja" razem wzięte!

      * * *

      Kiedyś znalazłem w antykwariacie wydaną w 1922 roku rozsypującą się i
      pogryzioną przez myszy książkę Jogi Ramy-Czaraki pt. "Hatha-Joga, nauka jogów o
      zdrowiu fizycznym i o sztuce oddychania z licznymi ćwiczeniami". Oddychanie,
      tłumaczył autor, to najważniejsza czynność, jaką wykonuje człowiek, gdyż
      właśnie tą drogą komunikujemy się ze światem. Jeżeli przestaniemy oddychać,
      przestaniemy żyć. Toteż od jakości oddychania zależy jakość naszego życia, to,
      czy jesteśmy zdrowi, silni i rozumni. Niestety, większość ludzi, zwłaszcza na
      Zachodzie, stwierdza Rama-Czaraka, oddycha fatalnie, stąd tyle chorób,
      ułomności, cherlactwa i depresji.

      Najbardziej zainteresowały mnie ćwiczenia rozwijające moce twórcze, gdyż z tym
      miałem największe trudności. "Leżąc na równej podłodze lub na łóżku - zalecał
      jogin - bez naprężania mięśni, swobodnie, połóżcie lekko ręce na splot
      słoneczny i oddychajcie rytmicznie. Kiedy rytm został ustanowiony, chciejcie
      (wyrażajcie życzenie w myśli), by każdy wdech przynosił zwiększoną ilość prany,
      czyli siły życiowej ze źródła kosmicznego, i oddawał ją waszemu systemowi
      nerwowemu, gromadząc pranę przy splocie słonecznym. Przy każdym wdechu
      chciejcie, aby prana, czyli siła życiowa, rozlewała się po całym ciele...".

      * * *

      Ledwie przeczytałem "Hatha-Jogę", kiedy wpadły mi w ręce wydane w 1923
      roku "Wspomnienia. Błyski z Bengalu" Rabindranatha Tagore. Tagore był pisarzem,
      poetą, kompozytorem i malarzem. Porównywano go z Goethem i Jeanem Jakiem
      Rousseau. W 1913 roku otrzymał Nagrodę Nobla. W dzieciństwie mały Rabi, bo tak
      nazywano go w domu, potomek książęcej rodziny braminów bengalskich, odznaczał
      się, jak pisze o sobie, posłuszeństwem wobec rodziców, dobrymi stopniami w
      szkole i przykładną pobożnością. Wspomina, że rano, kiedy jeszcze było ciemno,
      ojciec budził go, żeby "uczył się na pamięć deklinacji sanskryckich". Po jakimś
      czasie, pisze, zaczynało świtać, "słońce wschodziło, ojciec odprawiwszy modły,
      kończył wraz ze mną nasze mleko poranne, a wreszcie, mając mnie u boku, jeszcze
      raz zwracał się do Boga, śpiewając Upaniszady".

      Próbowałem wyobrazić sobie tę scenę: jest świt, ojciec i mały, zaspany Rabi
      stoją zwróceni w stronę wschodzącego słońca i śpiewają Upaniszady.

      Upaniszady to pieśni filozoficzne, powstałe trzy tysiące lat temu, ale ciągle
      żywe, ciągle w życiu duchowym Indii obecne. Kiedy to sobie uświadomiłem i
      pomyślałem o małym chłopcu witającym jutrzenkę strofami Upaniszad, zwątpiłem,
      czy uda mi się pojąć kraj, w którym dzieci rozpoczynają dzień od śpiewania
      wersetów filozofii.

      Rabi Tagore urodził się w Kalkucie, był dzieckiem Kalkuty, tego monstrualnie
      wielkiego, nigdzie niekończącego się miasta, w którym miałem taki przypadek:
      siedziałem w pokoju hotelowym i czytałem Herodota, kiedy przez okno usłyszałem
      wycie syren. Wybiegłem na ulicę. Pędziły karetki pogotowia, ludzie uciekali do
      bram, zza rogu ulicy wypadła grupa policjantów, waląc długimi kijami biegnących
      przechodniów. Czuło się swąd gazu i spalenizny. Próbowałem wypytać, co się
      dzieje. Jakiś człowiek, który leciał z kamieniem w ręku, odkrzyknął: - Language
      war! - i pognał dalej. Wojna językowa! Nie znałem szczegółów, ale już wcześniej
      wiedziałem, że konflikty językowe mogą przybrać w tym kraju formy gwałtowne i
      krwawe: manifestacji, starć ulicznych, morderstw, nawet aktów samospalenia.

      Dopiero w Indiach zorientowałem się - o czym wcześniej nie miałem pojęcia - że
      moja nieznajomość angielskiego o tyle nie ma znaczenia, że tu tylko elita znała
      angielski. Mniej niż dwa procent społeczeństwa! Inni mówili jedynie którymś z
      dziesiątków języków swojego kraju. W jakiś sposób nieznajomość angielskiego
      sprawiała, że czułem się bliżej, bardziej pobratymczo, zwykłych przechodniów w
      miastach cz
      • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (IV) - Rabi śpiewa Upan 09.12.03, 21:18
        Rabi Tagore urodził się w Kalkucie, był dzieckiem Kalkuty, tego monstrualnie
        wielkiego, nigdzie niekończącego się miasta, w którym miałem taki przypadek:
        siedziałem w pokoju hotelowym i czytałem Herodota, kiedy przez okno usłyszałem
        wycie syren. Wybiegłem na ulicę. Pędziły karetki pogotowia, ludzie uciekali do
        bram, zza rogu ulicy wypadła grupa policjantów, waląc długimi kijami biegnących
        przechodniów. Czuło się swąd gazu i spalenizny. Próbowałem wypytać, co się
        dzieje. Jakiś człowiek, który leciał z kamieniem w ręku, odkrzyknął: - Language
        war! - i pognał dalej. Wojna językowa! Nie znałem szczegółów, ale już wcześniej
        wiedziałem, że konflikty językowe mogą przybrać w tym kraju formy gwałtowne i
        krwawe: manifestacji, starć ulicznych, morderstw, nawet aktów samospalenia.

        Dopiero w Indiach zorientowałem się - o czym wcześniej nie miałem pojęcia - że
        moja nieznajomość angielskiego o tyle nie ma znaczenia, że tu tylko elita znała
        angielski. Mniej niż dwa procent społeczeństwa! Inni mówili jedynie którymś z
        dziesiątków języków swojego kraju. W jakiś sposób nieznajomość angielskiego
        sprawiała, że czułem się bliżej, bardziej pobratymczo, zwykłych przechodniów w
        miastach czy wieśniaków w mijanych wioskach. Jechaliśmy na jednym wozie - ja i
        pół miliarda mieszkańców Indii, którzy po angielsku nie znali słowa!

        Myśl ta czasami dodawała mi otuchy (nie jest tak źle, skoro pół miliarda innych
        jest w takiej jak ja sytuacji), zarazem jednak niepokoiła mnie z innego powodu,
        a mianowicie - dlaczego wstydzę się, że nie znam angielskiego, natomiast nie
        czuję zażenowania tym, że nie umiem nic w hindi, bengali, gudżarati, telugu,
        urdu, tamil, pendżabi czy mnóstwie innych języków używanych w tym kraju?
        Argument dostępności nie wchodził w grę: nauka angielskiego była wtedy taką
        samą rzadkością jak hindi czy bengali. Więc byłbyż to europocentryzm,
        przekonanie, że język europejski jest ważniejszy niż języki kraju, w którym
        właśnie gościłem? Z drugiej strony uznanie wyższości angielskiego naruszało
        godność Hindusów, dla których stosunek do ich rodzimych języków był sprawą
        delikatną i ważną. W obronie języka gotowi byli oddać życie, spalić się na
        stosie. Ta determinacja i żarliwość brały się stąd, że w ich kraju tożsamość
        określała się przez język, którym ktoś mówi. Więc powiedzmy - Bengalczyk to
        ktoś, kogo językiem macierzystym jest bengali. Język to dowód osobisty, więcej,
        to twarz i dusza. Stąd konflikty na zupełnie innym tle - społecznym,
        religijnym, narodowościowym - mogą przybrać tam formę wojen językowych.

        * * *

        Szukając książek o Indiach, przy okazji rozpytywałem, czy jest coś o Herodocie.
        Herodot zaczął mnie bowiem ciekawić, więcej - budził moją sympatię. Byłem mu
        wdzięczny, że w Indiach w chwilach niepewności i zagubienia był przy mnie i
        pomagał mi swoją książką. Ze sposobu, w jaki pisał, robił wrażenie człowieka
        życzliwego ludziom i ciekawego świata, kogoś, kto miał zawsze wiele pytań i
        gotów był wędrować tysiące kilometrów, żeby znaleźć na któreś z nich odpowiedź.

        Kiedy jednak zagłębiłem się w źródła, okazało się, że o życiu Herodota wiemy
        niewiele, a i to, co wiemy, nie jest zupełnie pewne. W przeciwieństwie bowiem
        do Rabindranatha Tagore czy na przykład do jego rówieśnika Marcela Prousta,
        którzy drobiazgowo roztrząsali każdy szczegół swojego dzieciństwa, Herodot, jak
        i inni wielcy z jego epoki - Sokrates, Perykles czy Sofokles - o swoim
        dzieciństwie właściwie nie mówi nam nic. Nie było takiego zwyczaju? Nie
        sądzili, że to istotne? Sam Herodot stwierdza tylko tyle, że pochodzi z
        Halikarnasu. Halikarnas leży nad łagodną i kształtną jak amfiteatr zatoką, w
        pięknym miejscu świata, tam, gdzie zachodni brzeg Azji spotyka się z Morzem
        Śródziemnym. Kraj to słońca, ciepła i światła, oliwek i winnej latorośli.
        Odruchowo przychodzi na myśl, że ktoś tu urodzony musi mieć z natury dobre
        serce, otwarty umysł, zdrowe ciało i niezmąconą pogodę ducha.

        Dość zgodnie biografowie utrzymują, że Herodot urodził się między 490 a 480
        rokiem przed Chrystusem, być może w roku 485. Są to w historii kultury
        światowej lata wielkiej wagi: około roku 480 odchodzi w zaświaty Budda, w rok
        później w księstwie Lu umiera Konfucjusz, za 50 lat urodzi się Platon. W tym
        momencie to Azja jest centrum świata, nawet jeśli chodzi o Greków, najbardziej
        twórcza część ich społeczności - Jończycy - też mieszka na terenie Azji. Europy
        jeszcze nie ma, istnieje tylko jakiś mit, jako imię pięknej dziewczyny, córki
        fenickiego króla Agenora, którą Zeus, przemieniony w złotego byka, porwie na
        Kretę i tam posiądzie.

        Rodzice Herodota? Jego rodzeństwo? Jego dom? Cały czas poruszamy się w mrokach
        niepewności. Halikarnas był kolonią Greków na ziemi podległej Persom miejscowej
        społeczności niegreckiej - Karów. Jego ojciec nazywał się Lyxes, co nie jest
        imieniem greckim, więc może właśnie był Karem. To matka była najprawdopodobniej
        Greczynką. Herodot był więc greckim kresowiakiem, w dodatku - etnicznym
        mieszańcem. Tacy ludzie wyrastają wśród wielu kultur, miesza się w nich różna
        krew. Na ich światopogląd składają się takie pojęcia, jak: pogranicze, dystans,
        inność, rozmaitość. Spotykamy wśród nich najprzedziwniejszą różnorodność typów.
        Od fanatycznych, zajadłych sekciarzy, poprzez biernych, apatycznych
        prowincjuszy, do otwartych, chłonnych pędziwiatrów - obywateli świata. Zależy,
        jak się w nich krew wymieszała, jakie się w niej osiedliły duchy.

        Jakim dzieckiem jest mały Herodot? Czy uśmiecha się do wszystkich i chętnie
        podaje rączkę, czy boczy się i chowa w sukienkę mamy? Czy jest wieczną beksą i
        burczymuchą, tak, że udręczona mama wzdycha czasami: Bogowie, po cóż urodziłam
        to dziecko! Czy też jest pogodny i wnosi wszędzie radość? Czy jest posłuszny i
        grzeczny, czy raczej zamęcza wszystkich pytaniami: - A skąd się wzięło słonce?
        A dlaczego jest tak wysoko, że nie można go dosięgnąć? A dlaczego chowa się w
        morzu? Czy nie boi się, że utonie?

        A w szkole? Z kim siedzi w ławce? Czy za karę nie posadzili go z jakimś
        niegrzecznym chłopcem? A już, broń Boże, z jakąś dziewczynką! Czy szybko
        nauczył się pisać na glinianej tabliczce? Czy często się spóźnia? Wierci na
        lekcjach? Podpowiada? Jest skarżypytą?

        A zabawki? Czym się bawi mały Grek dwa i pół tysiąca lat temu? Wystruganą z
        drewna hulajnogą? Ustawia nad brzegiem morza domki z piasku? Łazi po drzewach?
        Robi sobie z gliny ptaszki, rybki i koniki, które dziś możemy oglądać w muzeach?

        Co z tego zapamięta na całe życie? Dla małego Rabi chwilą najbardziej podniosłą
        była poranna modlitwa u boku ojca, dla małego Prousta - oczekiwanie w ciemnym
        pokoju, że przyjdzie mama uścisnąć go na dobranoc. Co było takim wyczekiwanym
        przeżyciem dla małego Herodota?

        Czym zajmował się jego ojciec? Halikarnas to portowe miasteczko leżące na
        szlaku handlowym między Azją, Bliskim Wschodem i Grecją właściwą. Tutaj
        zawijają okręty kupców fenickich z Sycylii i Italii, greckich z Pireusu i
        Argos, egipskich z Libii i delty Nilu. Czy ojciec Herodota nie był aby kupcem?
        Czy to nie on rozbudził w synu zainteresowanie światem? Czy nie znikał z domu
        na tygodnie i miesiące, a zapytana matka odpowiadała dziecku, że jest... i tu
        wymieniała nazwy, które mówiły mu tylko jedno - że gdzieś, daleko, istnieje
        świat wszechmogący, który może mu ojca zabrać na zawsze, ale także, bogom
        dzięki! - przywrócić. Czy gdzieś tam nie rodzi się pokusa, żeby ten świat
        poznać? Pokusa i postanowienie?

        Z tych niewielu danych, które do nas dotarły, wiemy, że mały Herodot miał wujka
        poetę o nazwisku Panyassis, autora różnych poematów i eposów. Czy ów wujek brał
        go na spacery, uczył piękna poezji, tajników retoryki, sztuki opowiadania?
        Bo "Dzieje" są dziełem talentu, ale także przykładem kunsztu pisarskiego,
        mistrzostwa warsztatu.

        Jeszcze w młodości i - zdaje się - jedyny raz w życiu Herodot jest uwikłany w
        politykę, i t
        • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (IV) - Rabi śpiewa Upan 09.12.03, 21:22
          Czym zajmował się jego ojciec? Halikarnas to portowe miasteczko leżące na
          szlaku handlowym między Azją, Bliskim Wschodem i Grecją właściwą. Tutaj
          zawijają okręty kupców fenickich z Sycylii i Italii, greckich z Pireusu i
          Argos, egipskich z Libii i delty Nilu. Czy ojciec Herodota nie był aby kupcem?
          Czy to nie on rozbudził w synu zainteresowanie światem? Czy nie znikał z domu
          na tygodnie i miesiące, a zapytana matka odpowiadała dziecku, że jest... i tu
          wymieniała nazwy, które mówiły mu tylko jedno - że gdzieś, daleko, istnieje
          świat wszechmogący, który może mu ojca zabrać na zawsze, ale także, bogom
          dzięki! - przywrócić. Czy gdzieś tam nie rodzi się pokusa, żeby ten świat
          poznać? Pokusa i postanowienie?

          Z tych niewielu danych, które do nas dotarły, wiemy, że mały Herodot miał wujka
          poetę o nazwisku Panyassis, autora różnych poematów i eposów. Czy ów wujek brał
          go na spacery, uczył piękna poezji, tajników retoryki, sztuki opowiadania?
          Bo "Dzieje" są dziełem talentu, ale także przykładem kunsztu pisarskiego,
          mistrzostwa warsztatu.

          Jeszcze w młodości i - zdaje się - jedyny raz w życiu Herodot jest uwikłany w
          politykę, i to za sprawą ojca i wuja. Ci dwaj bowiem uczestniczą w rewolcie
          przeciw tyranowi Halikarnasu Lygdamisowi, któremu jednak udaje się rebelię
          stłumić. Buntownicy chronią się na Samos - górzystej wyspie, dwa dni
          wiosłowania w kierunku północno-zachodnim. Tu spędza lata, być może stąd
          podróżuje po świecie. Jeżeli kiedyś pojawi się w Halikarnasie, to tylko na
          krótko. Po co? Spotkać się z matką? Nie wiemy. Można przypuszczać, że więcej
          już tu nie wróci.

          * * *

          Jest połowa V wieku. Herodot przybywa do Aten. Statek przybija do ateńskiego
          portu Pireus, stąd wierzchem na koniu albo często piechotą jest do Akropolu
          osiem kilometrów. Ateny są w tym czasie światową metropolią, najważniejszym
          miastem planety. Herodot jest tu prowincjuszem, nie-Ateńczykiem, więc trochę
          cudzoziemcem, metojkiem, a tych traktują co prawda lepiej niż niewolników, ale
          nie tak dobrze jak urodzonych Ateńczyków. Ci ostatni są społecznością o dużej
          wrażliwości rasowej, silnie rozwiniętym poczuciu wyższości, ekskluzywności,
          nawet - arogancji.

          Ale zdaje się, że Herodot szybko adaptuje się do nowego miejsca. Ten wówczas
          trzydziestoparoletni mężczyzna to człowiek otwarty, przyjazny ludziom, urodzony
          brat łata. Ma odczyty, spotkania, wieczory autorskie - z tego prawdopodobnie
          żyje. Nawiązuje ważne znajomości - z Sokratesem, Sofoklesem, Peryklesem. Nie
          jest to nawet takie trudne: Ateny nie są wielkie, liczą wówczas sto tysięcy
          mieszkańców i są ciasno i chaotycznie zabudowanym miastem. Dwa tylko miejsca
          wyodrębniają się i wyróżniają: to ośrodek kultów religijnych - Akropol - i
          miejsce spotkań, imprez, handlu, polityki i życia towarzyskiego - Agora. Tu od
          rana ludzie gromadzą się, rozmawiają, wiecują. Plac Agory jest zawsze
          zatłoczony, pełen życia. Tu z pewnością moglibyśmy spotkać i Herodota. Ale nie
          przebywa w tym mieście długo. Bo mniej więcej w latach, kiedy tu dociera,
          władze Aten przyjmują drakońską ustawę, że prawa polityczne przysługują tylko
          tym, których oboje rodziców urodziło się w Attyce, tj. krainie otaczającej
          Ateny. Tym samym Herodot nie może uzyskać obywatelstwa miasta. Opuszcza je,
          znowu podróżuje, aż w końcu osiedla się na resztę życia na południu Italii, w
          greckiej kolonii Thurioi.

          Na temat tego, co dzieje się później, zdania są podzielone. Ktoś utrzymuje, że
          już się stamtąd nie ruszył. Inni twierdzą, że jeszcze odwiedził później Grecję,
          że widziano go w Atenach. Wymieniano nawet Macedonię. Ale tak naprawdę nic nie
          jest pewne. Umiera, kiedy ma może 60 lat - ale gdzie? w jakich okolicznościach?
          Czy ostatnie lata spędził w Thurioi, siedząc w cieniu platana i pisząc swoją
          książkę? A może już sam niedowidział i dyktował ją jakiemuś skrybie? Miał ze
          sobą notatki czy wystarczyła mu sama pamięć? Ludzie wtedy mieli wspaniałą
          pamięć. Więc mógł pamiętać historie o Krezusie i Babilonie, o Dariuszu i
          Scytach, o Persach, Termopilach i Salaminie. I tyle jeszcze opowieści, których
          pełno w "Dziejach".

          A może Herodot umiera na pokładzie statku płynącego gdzieś przez Morze
          Śródziemne? Albo kiedy idzie drogą i zmęczony przysiada na kamieniu, żeby już z
          niego nie powstać? Herodot znika, opuszcza nas 25 wieków temu w bliżej
          nieustalonym roku i w nieznanym nam miejscu.

          Redakcja.

          Wyjazdy w teren.

          Zebrania. Spotkania. Rozmowy.

          W wolnych chwilach siedzę wśród słowników (nareszcie wydano angielski!) i
          różnych książek o Indiach (właśnie ukazało się imponujące dzieło Javaharlala
          Nehru - "Odkrycie Indii", wielka "Autobiografia" Mahatmy Gandhiego i
          piękna "Pańczatantra, czyli mądrości Indii ksiąg pięcioro". Bowiem po śmierci
          Stalina cenzura złagodniała i zaczęły ukazywać się książki latami trzymane pod
          kluczem).

          Z każdym kolejnym tytułem odbywałem jak gdyby nową podróż do Indii,
          przypominając sobie miejsca, w których byłem, i odkrywając coraz to nowe głębie
          i strony, coraz to inny sens rzeczy, które, zdawało mi się wcześniej, że już je
          znam. Tym razem były to podróże znacznie bardziej wielowymiarowe niż ta
          pierwotnie odbyta. A jednocześnie odkryłem, że wyprawy takie można przedłużać,
          powtarzać zwielokrotniać przez lektury książek, studiowanie map, oglądanie
          obrazów i fotografii. Co więcej - mają one pewną przewagę nad tą w
          rzeczywistości i realnie odbywaną, a mianowicie - w takiej podróży
          ikonograficznej można się w jakimś punkcie zatrzymać, spokojnie popatrzeć,
          cofnąć do obrazu poprzedniego itd., na co często w podróży prawdziwej nie ma
          czasu ani możliwości.

          Zagłębiałem się więc coraz bardziej w niezwykłościach i bogactwach Indii,
          myśląc, że z czasem staną się one moją ojczyzną tematyczną, kiedy któregoś dnia
          jesieni 1957 w redakcji wywołała mnie z pokoju nasza wszystkowiedząca
          sekretarka Krysia Korta i tajemnicza, rozgorączkowana, szepnęła mi:

          - Jedziesz do Chin!
        • beduinka Re: "Podróże z Herodotem" (IV) - Rabi śpiewa Upan 09.12.03, 21:25
          Jeszcze w młodości i - zdaje się - jedyny raz w życiu Herodot jest uwikłany w
          politykę, i to za sprawą ojca i wuja. Ci dwaj bowiem uczestniczą w rewolcie
          przeciw tyranowi Halikarnasu Lygdamisowi, któremu jednak udaje się rebelię
          stłumić. Buntownicy chronią się na Samos - górzystej wyspie, dwa dni
          wiosłowania w kierunku północno-zachodnim. Tu spędza lata, być może stąd
          podróżuje po świecie. Jeżeli kiedyś pojawi się w Halikarnasie, to tylko na
          krótko. Po co? Spotkać się z matką? Nie wiemy. Można przypuszczać, że więcej
          już tu nie wróci.

          * * *

          Jest połowa V wieku. Herodot przybywa do Aten. Statek przybija do ateńskiego
          portu Pireus, stąd wierzchem na koniu albo często piechotą jest do Akropolu
          osiem kilometrów. Ateny są w tym czasie światową metropolią, najważniejszym
          miastem planety. Herodot jest tu prowincjuszem, nie-Ateńczykiem, więc trochę
          cudzoziemcem, metojkiem, a tych traktują co prawda lepiej niż niewolników, ale
          nie tak dobrze jak urodzonych Ateńczyków. Ci ostatni są społecznością o dużej
          wrażliwości rasowej, silnie rozwiniętym poczuciu wyższości, ekskluzywności,
          nawet - arogancji.

          Ale zdaje się, że Herodot szybko adaptuje się do nowego miejsca. Ten wówczas
          trzydziestoparoletni mężczyzna to człowiek otwarty, przyjazny ludziom, urodzony
          brat łata. Ma odczyty, spotkania, wieczory autorskie - z tego prawdopodobnie
          żyje. Nawiązuje ważne znajomości - z Sokratesem, Sofoklesem, Peryklesem. Nie
          jest to nawet takie trudne: Ateny nie są wielkie, liczą wówczas sto tysięcy
          mieszkańców i są ciasno i chaotycznie zabudowanym miastem. Dwa tylko miejsca
          wyodrębniają się i wyróżniają: to ośrodek kultów religijnych - Akropol - i
          miejsce spotkań, imprez, handlu, polityki i życia towarzyskiego - Agora. Tu od
          rana ludzie gromadzą się, rozmawiają, wiecują. Plac Agory jest zawsze
          zatłoczony, pełen życia. Tu z pewnością moglibyśmy spotkać i Herodota. Ale nie
          przebywa w tym mieście długo. Bo mniej więcej w latach, kiedy tu dociera,
          władze Aten przyjmują drakońską ustawę, że prawa polityczne przysługują tylko
          tym, których oboje rodziców urodziło się w Attyce, tj. krainie otaczającej
          Ateny. Tym samym Herodot nie może uzyskać obywatelstwa miasta. Opuszcza je,
          znowu podróżuje, aż w końcu osiedla się na resztę życia na południu Italii, w
          greckiej kolonii Thurioi.

          Na temat tego, co dzieje się później, zdania są podzielone. Ktoś utrzymuje, że
          już się stamtąd nie ruszył. Inni twierdzą, że jeszcze odwiedził później Grecję,
          że widziano go w Atenach. Wymieniano nawet Macedonię. Ale tak naprawdę nic nie
          jest pewne. Umiera, kiedy ma może 60 lat - ale gdzie? w jakich okolicznościach?
          Czy ostatnie lata spędził w Thurioi, siedząc w cieniu platana i pisząc swoją
          książkę? A może już sam niedowidział i dyktował ją jakiemuś skrybie? Miał ze
          sobą notatki czy wystarczyła mu sama pamięć? Ludzie wtedy mieli wspaniałą
          pamięć. Więc mógł pamiętać historie o Krezusie i Babilonie, o Dariuszu i
          Scytach, o Persach, Termopilach i Salaminie. I tyle jeszcze opowieści, których
          pełno w "Dziejach".

          A może Herodot umiera na pokładzie statku płynącego gdzieś przez Morze
          Śródziemne? Albo kiedy idzie drogą i zmęczony przysiada na kamieniu, żeby już z
          niego nie powstać? Herodot znika, opuszcza nas 25 wieków temu w bliżej
          nieustalonym roku i w nieznanym nam miejscu.

          Redakcja.

          Wyjazdy w teren.

          Zebrania. Spotkania. Rozmowy.

          W wolnych chwilach siedzę wśród słowników (nareszcie wydano angielski!) i
          różnych książek o Indiach (właśnie ukazało się imponujące dzieło Javaharlala
          Nehru - "Odkrycie Indii", wielka "Autobiografia" Mahatmy Gandhiego i
          piękna "Pańczatantra, czyli mądrości Indii ksiąg pięcioro". Bowiem po śmierci
          Stalina cenzura złagodniała i zaczęły ukazywać się książki latami trzymane pod
          kluczem).

          Z każdym kolejnym tytułem odbywałem jak gdyby nową podróż do Indii,
          przypominając sobie miejsca, w których byłem, i odkrywając coraz to nowe głębie
          i strony, coraz to inny sens rzeczy, które, zdawało mi się wcześniej, że już je
          znam. Tym razem były to podróże znacznie bardziej wielowymiarowe niż ta
          pierwotnie odbyta. A jednocześnie odkryłem, że wyprawy takie można przedłużać,
          powtarzać zwielokrotniać przez lektury książek, studiowanie map, oglądanie
          obrazów i fotografii. Co więcej - mają one pewną przewagę nad tą w
          rzeczywistości i realnie odbywaną, a mianowicie - w takiej podróży
          ikonograficznej można się w jakimś punkcie zatrzymać, spokojnie popatrzeć,
          cofnąć do obrazu poprzedniego itd., na co często w podróży prawdziwej nie ma
          czasu ani możliwości.

          Zagłębiałem się więc coraz bardziej w niezwykłościach i bogactwach Indii,
          myśląc, że z czasem staną się one moją ojczyzną tematyczną, kiedy któregoś dnia
          jesieni 1957 w redakcji wywołała mnie z pokoju nasza wszystkowiedząca
          sekretarka Krysia Korta i tajemnicza, rozgorączkowana, szepnęła mi:

          - Jedziesz do Chin!
    • beduinka Podróże z Herodotem (5) Sto kwiatów przewodniczące 18.12.03, 13:46
      Podróże z Herodotem (5) Sto kwiatów przewodniczącego Mao

      Ryszard Kapuściński 10-10-2003 20:39

      piąta część "Podróży z Herodotem"

      Jesień 1957

      Do Chin dotarłem piechotą. Najpierw przez Amsterdam i Tokio doleciałem samolotem do Hong Kongu. W Hong Kongu miejscowa kolejka dowiozła mnie do małej stacyjki w szczerym polu - skąd, jak mi powiedziano, przeprawię się do Chin. W istocie, kiedy stanąłem na peronie, podeszli do mnie konduktor i policjant i pokazali widoczny daleko na horyzoncie most, a policjant powiedział: - China!

      Był Chińczykiem w mundurze policjanta brytyjskiego. Podprowadził mnie kawałek asfaltową szosą, po czym życzył mi dobrej drogi i zawrócił na stację. Dalej szedłem sam, dźwigając walizkę w jednej i wyładowaną książkami torbę w drugiej ręce. Słońce paliło niemiłosiernie, powietrze było gorące i ciężkie, natrętnie brzęczały muchy.

      Most był krótki ze skośną, metalową kratą, pod nim płynęła na wpół wyschnięta rzeka. Dalej stała wysoka brama, cała w kwiatach, jakieś napisy po chińsku i u góry herb - czerwona tarcza, a na niej cztery gwiazdy mniejsze i jedna większa, wszystkie w kolorze złotym. Przy bramie stała duża grupa strażników. Uważnie obejrzeli mój paszport, spisali dane w dużej księdze i powiedzieli, abym poszedł dalej w kierunku widocznego pociągu, do którego było może pół kilometra. Szedłem w upale, z trudem, spocony, w kłębach much.

      Pociąg stał pusty. Wagony były te same co w Hong Kongu - ławki stały ustawione rzędami, nie było osobnych przedziałów. W końcu ruszyliśmy. Jechaliśmy przez ziemię słoneczną i zieloną, wpadające przez okno powietrze było nagrzane i wilgotne, pachniało tropikiem. Przypominało mi to Indie, takie jakie pamiętałem z okolic Madrasu czy Pondicherry. Przez te hinduskie analogie poczułem się swojsko, byłem wśród pejzaży, które już znałem i które lubiłem. Pociąg coraz to zatrzymywał się, na małych stacyjkach wsiadali nowi i nowi ludzie. Ubrani byli jednakowo. Mężczyźni w ciemnoniebieskich, drelichowych, zapinanych pod brodą kurtkach, kobiety w kwiaciastych, identycznie skrojonych sukienkach. Wszyscy jechali wyprostowani, milczący, twarzą do kierunku jazdy.

      Kiedy wagon już się zapełnił, na jednej ze stacji wsiadło troje ludzi w mundurach koloru jaskrawego indygo - dziewczyna i dwóch jej pomocników. Dziewczyna wygłosiła do nas silnym i zdecydowanym głosem dość długie przemówienie, po którym jeden z mężczyzn rozdał wszystkim po kubku, a drugi nalał każdemu z metalowej konewki zielonej herbaty. Herbata była gorąca, pasażerowie dmuchali, żeby ją ostudzić, i głośno siorbali małymi łykami. Nadal panowało milczenie, nikt nie odezwał się słowem. Próbowałem wyczytać coś z twarzy siedzących ludzi, ale były nieruchome, nie wyrażały nic. Z drugiej strony nie chciałem im się przyglądać zbyt uważnie, gdyż może byłoby to nieuprzejme, a nawet - budziło podejrzenie. Mnie też nikt się nie przyglądał, choć wśród tych drelichów i kwiecistych perkali musiałem wyglądać dziwacznie w eleganckim włoskim garniturze kupionym rok temu w Rzymie.

      Po trzech dniach podróży dotarłem do Pekinu. Było zimno, wiał chłodny, suchy wiatr, który zasypywał miasto i ludzi tumanami szarego pyłu. Na ledwie oświetlonym dworcu czekało na mnie dwóch dziennikarzy z młodzieżowej gazety "Czungkuo". Podaliśmy sobie ręce, a jeden z nich, stanąwszy sztywno, w postawie niemal zasadniczej, powiedział:

      - Cieszymy się z twojego przyjazdu, ponieważ dowodzi on, że polityka stu kwiatów, ogłoszona przez przewodniczącego Mao, przynosi owoce. Przewodniczący Mao zaleca nam bowiem współpracować z innymi i dzielić się doświadczeniami, a to właśnie robią nasze redakcje, wymieniając stałych korespondentów. Witamy cię jako stałego korespondenta "Sztandaru Młodych" w Pekinie, a w zamian nasz stały korespondent w odpowiednim czasie pojedzie do Warszawy.

      Słuchałem, trzęsąc się z zimna, bo nie miałem ani kurtki, ani płaszcza, i rozglądałem się za jakimś ciepłym miejscem, aż wreszcie wsiedliśmy do samochodu marki "Pobieda" i pojechaliśmy do hotelu. Tu czekał na nas człowiek, którego dziennikarze z "Czungkuo" przedstawili mi jako kolegę Li i powiedzieli, że będzie moim stałym tłumaczem. Wszyscy rozmawialiśmy po rosyjsku, to był odtąd mój język w Chinach.

      * * *

      Wyobrażałem sobie: dostanę pokój w jednym z tych domków, które kryły się za glinianymi lub piaskowymi murami ciągnącymi się w nieskończoność wzdłuż pekińskich ulic. W pokoju będą - stół, dwa krzesła, łóżko, szafa, półka na książki, maszyna do pisania i telefon. Będę odwiedzał redakcję "Czungkuo", pytał o nowości, czytał, wyjeżdżał w teren, zbierał informacje, pisał i wysyłał artykuły, a także, cały czas - uczył się chińskiego. Także zobaczę muzea, biblioteki i zabytki architektury, spotkam profesorów i pisarzy, w ogóle spotkam mnóstwo ciekawych ludzi w wioskach i w miastach, w sklepach i w szkołach, pójdę na uniwersytet, na rynek i do fabryki, do świątyń buddyjskich i do komitetów partyjnych, a także do dziesiątków innych miejsc wartych poznania i obejrzenia. Chiny to wielki kraj, mówiłem sobie i z radością myślałem, że oprócz pracy korespondenta i reportera, będę miał nieskończoną ilość wrażeń i przeżyć i że kiedyś będę stąd wyjeżdżał bogatszy w nowe doświadczenia, odkrycia, wiedzę.

      Pełen najlepszych myśli poszedłem z kolegą Li na piętro, do pokoju. Kolega Li udał się do pokoju naprzeciw. Chciałem zamknąć drzwi i wtedy stwierdziłem, że nie mają one ani klamki, ani zamka, a w dodatku zawiasy są tak ustawione, że drzwi są zawsze otwarte na zewnątrz. Zauważyłem też, że drzwi pokoju kolegi Li są tak samo otwarte na korytarz i że cały czas może on mnie mieć na oku.

      Postanowiłem udać, że niczego nie dostrzegam, i zacząłem rozpakowywać książki. Wyjąłem Herodota, którego miałem w torbie na wierzchu, potem trzy tomy "Dzieł wybranych" Mao Tse-tunga, "Prawdziwą księgę Południowego Kwiatu" Czuang-tsy (wyd. 1953) i książki kupione w Hong Kongu - "What's Wrong with China" Rodneya Gilberta (wyd. 1926); "A History of Modern China" K. S. Latourette'a (wyd. 1954); "A Short History of Confucian Philosophy" Liu Wu-Chi (wyd. 1955); "The Revolt of Asia" (wyd. 1927); "The Mind of East Asia" Lily Abegg (wyd. 1952), a także podręczniki i słowniki języka chińskiego, którego postanowiłem uczyć się od pierwszego dnia.

      * * *

      Nazajutrz rano kolega Li zabrał mnie do redakcji "Czungkuo". Pierwszy raz widziałem Pekin za dnia. We wszystkich kierunkach rozciągało się morze niskich domów ukrytych za murami. Sponad murów wystawały tylko szczyty ciemnoszarych dachów, których zakończenia były podwinięte do góry jak skrzydła. Z daleka przypominało to ogromne stado czarnych ptaków nieruchomo wyczekujących na sygnał do odlotu.

      W redakcji przyjęli mnie bardzo serdecznie. Redaktor naczelny, wysoki, szczupły, młody człowiek, powiedział, że cieszy się z mojego przyjazdu, gdyż w ten sposób wspólnie wypełniamy wskazanie przewodniczącego Mao, które brzmi - niech rozkwita sto kwiatów!

      W odpowiedzi powiedziałem, że rad jestem z przyjazdu, a także świadom zadań, które mnie czekają, a także chcę dodać, że przywiozłem ze sobą trzy tomy "Dzieł wybranych" Mao Tse-tunga, które zamierzam, w chwilach wolnych, studiować.

      To zostało przyjęte z wielkim zadowoleniem i uznaniem. Zresztą cała rozmowa, w czasie której piliśmy zieloną herbatę, sprowadzała się do takiej właśnie wymiany grzeczności, a także wygłaszania pochwał dla przewodniczącego Mao i jego polityki stu kwiatów.

      W pewnym momencie gospodarze nagle, jak na rozkaz, zamilkli, kolega Li wstał i spojrzał na mnie - poczułem, że wizyta jest skończona. Pożegnali mnie z wielką serdecznością, uśmiechając się i otwierając szeroko ramiona.

      Jakoś zostało to wszystko tak obmyślone i przeprowadzone, że w czasie całej wizyty nie załatwiliśmy żadnej sprawy, nie został omówiony, a nawet poruszony choćby jeden konkret. O nic mnie nie pytali ani nie dali mi szansy zapytać, jak ma dalej wyglądać mój pobyt i moja praca.

      Ale, tłumaczyłem sobie, może tu takie panują zwyczaje? Może nie
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (5) Sto kwiatów przewodni 18.12.03, 13:48
        Ale, tłumaczyłem sobie, może tu takie panują zwyczaje? Może nie wypada przystępować od razu do rzeczy? Czytałem już wielokrotnie o tym, że Orient ma inny, bardziej powolny rytm życia, że każda rzecz ma swój czas, że trzeba być spokojnym i nauczyć się cierpliwości, nauczyć się czekać, jakoś wewnętrznie wyciszyć się i znieruchomieć, że Tao ceni nie ruch, ale bezruch, nie działanie, ale bezczynność i że każdy pośpiech, gorączka i gwałt budzą tu niesmak jako przejawy złego wychowania i braku ogłady.

        Także zdawałem sobie sprawę, że jestem tylko pyłkiem wobec takiego ogromu jak Chiny i że ja sam, a także moja praca nie znaczą nic wobec wielkich zadań, jakie stoją tu przed wszystkimi, w tym choćby przed gazetą "Czungkuo", i że muszę odczekać, aż przyjdzie kolej na załatwienie mojej sprawy. Na razie miałem pokój w hotelu, wyżywienie i kolegę Li, który nie opuszczał mnie na chwilę; kiedy byłem w pokoju, siedział w drzwiach swojego pokoju, patrząc na to, co robię.

        Siedziałem i czytałem I tom Mao Tse-tunga. Było to zgodne z nakazem chwili, ponieważ wszędzie wisiały czerwone transparenty z hasłem: PILNIE STUDIUJCIE WIEKOPOMNE MYŚLI PRZEWODNICZĄCEGO MAO! Tedy czytałem referat wygłoszony przez Mao w grudniu 1935, na naradzie aktywu partyjnego w Wajaopao, w którym mówca omawia wyniki Wielkiego Marszu, nazywając go "marszem nie spotykanym w historii". "W ciągu dwunastu miesięcy, dzień w dzień tropieni i bombardowani z nieba przez dziesiątki samolotów, przerywając okrążenia, znosząc nieprzyjacielskie grupy osłonowe i uchodząc przed pościgiem blisko milionowej armii, pokonując niezliczone trudności i przeszkody - wszyscy kroczyliśmy naprzód; odmierzyliśmy własnymi stopami przeszło dwanaście i pół tysiąca kilometrów, przebyliśmy jedenaście prowincji. Powiedzcie, czy zdarzyły się w historii podobne marsze? Nie, nigdy". Dzięki tej przeprawie, w której armia Mao "pokonywała wysokie łańcuchy gór pokryte wiecznym śniegiem i przebywała bagniste równiny, gdzie przedtem prawie nigdy nie stawała stopa, ludzka", nie dała się okrążyć siłom Czang Kai-szeka i mogła potem przejść do kontrofensywy.

        Czasem, znużony lekturą Mao, brałem do ręki książkę Czuang-tsy. Czuang-tsy, gorliwy taoista, gardził wszelką doczesnością i jako wzór do naśladowania wskazywał na Hü Ju - wielkiego mędrca taoistycznego. Otóż "kiedy Jao - legendarny władca Chin, zaproponował mu objęcie władzy, obmył swoje uszy skalane taką wiadomością i schronił się na odludnej górze K'i-szan". W ogóle dla Czuang-tsy, podobnie jak dla biblijnego Koheleta, świat zewnętrzny jest niczym, jest marnością: "Walcząc lub ulegając światu zewnętrznemu, jak cwałujący koń mkniemy ku końcowi. Czyż to nie jest smutne? A że trudzimy się całe życie i nie oglądamy owoców swojej pracy, czyż też nie jest żałosne? Że zmęczeni i wyczerpani nie mamy gdzie powrócić - czyż też nie jest żałosne? Ludzie mówią, że jest nieśmiertelność, ale jaka z niej korzyść? Ciało się rozkłada, a z nim razem i umysł. Czyż to nie jest najbardziej żałosne?".

        Czuang-tsy jest pełen wahań, nic nie jest dla niego pewne: "Mowa nie jest tylko wydmuchiwaniem powietrza. Mowa ma coś powiedzieć, ale co ma powiedzieć, nie jest jeszcze bliżej ustalone. Czy rzeczywiście jest coś takiego jak mowa, czy też nie ma niczego podobnego? Czy można ją uważać za różną od szczebiotu ptaków, czy też nie?".

        Chciałem spytać kolegę Li, jak Chińczyk interpretowałby te fragmenty, ale wobec trwającej kampanii studiowania mów Mao bałem się, że te fragmenty Czuang-tsy zabrzmią zbyt prowokacyjnie, dlatego wybrałem rzecz zupełnie niewinną, o motylu: "Pewnego razu Czuang Czou śniło się, że jest motylem, radosnym motylem, który latał swobodnie nie wiedząc, że jest Czuang Czou. Nagle zbudził się i znów był rzeczywistym Czuang Czou. I teraz nie wiadomo, czy motyl był snem Czuang Czou, czy też Czuang Czou był snem motyla. A przecież Czuang Czou i motyl stanowczo różnią się od ciebie. To się nazywa przemianą istoty".

        Poprosiłem kolegę Li, aby mi objaśnił sens tej opowieści. Wysłuchał, uśmiechnął się i dokładnie zanotował. Powiedział, że musi się skonsultować i wtedy da mi odpowiedź.

        Ale nigdy nie dał mi odpowiedzi.

        * * *

        Skończyłem I tom i zacząłem tom II Mao Tse-tunga. Jest koniec lat 30., wojska japońskie okupują już dużą część Chin i ciągle posuwają się w głąb kraju. Dwaj przeciwnicy, Mao Tse-tung i Czang Kai-szek, zawierają taktyczny sojusz, aby stawić opór japońskiemu najeźdźcy. Wojna przeciąga się, okupant jest okrutny, a kraj zniszczony. Zdaniem Mao - najlepszą taktyką w walce z przeważającym wrogiem jest zręczna elastyczność i nieprzerwane nękanie. Ciągle o tym mówi i pisze.

        Właśnie czytałem wykład Mao o przewlekłej wojnie z Japonią, wykład, który wygłosił on wiosną 1938 roku w Jenanie, kiedy kolega Li, skończywszy rozmowę telefoniczną w swoim pokoju, odłożył słuchawkę i przyszedł powiedzieć mi, że jutro jedziemy na Wielki Mur. Wielki Mur! Ludzie, żeby go zobaczyć, przyjeżdżają z drugiego krańca ziemi. Jest on przecież jednym z cudów świata. Jest tworem unikalnym, niemal mitycznym i w jakimś sensie niepojętym. Bo Chińczycy budowali ten mur, z przerwami, przez dwa tysiące lat. Zaczęli jeszcze w czasach, kiedy żył Budda i Herodot, a pracowali przy tej budowli jeszcze wówczas, kiedy w Europie tworzą już Leonardo da Vinci, Tycjan i Jan Sebastian Bach.

        Różnie podają długość tego muru - od trzech do dziesięciu tysięcy kilometrów. Różnie, ponieważ nie ma jednego Wielkiego Muru - jest ich kilka. I w różnych czasach były one budowane w różnych miejscach i z innego materiału. Wspólne było jedno - co któraś dynastia dochodziła do władzy - zaraz zaczynała budować Wielki Mur. Myśl o wznoszeniu Wielkiego Muru nie opuszczała chińskich dynastów na moment. Jeżeli przerywali pracę, to tylko z braku środków, ale natychmiast, gdy budżet się poprawiał, wznawiali dzieło.

        Chińczycy budowali Wielki Mur, aby bronić się przed najazdami ruchliwych i ekspansywnych, koczowniczych plemion mongolskich. Plemiona te wielkimi armiami, tabunami, zagonami nadciągały ze stepów mongolskich, z gór Ałtaju i z pustyni Gobi, atakowały Chińczyków, ciągle zagrażały ich państwu, przerażały widmem rzezi i niewoli.

        Ale Wielki Mur był tylko wierzchołkiem góry lodowej, symbolem, znakiem Chin, herbem i tarczą tego kraju, który przez tysiąclecia był państwem murów. Bo Wielki Mur wyznaczał północne granice cesarstwa. Ale mury były również wznoszone między walczącymi królestwami, między regionami i dzielnicami. Broniły miast i wsi, przełęczy i mostów. Ochraniały pałace, budynki rządowe, świątynie i targi. Koszary, posterunki policji i więzienia. Mury otaczały domy prywatne, odgradzały sąsiada od sąsiada, rodzinę od rodziny. A teraz, jeżeli przyjąć, że Chińczycy nieprzerwanie budowali mury setki i nawet tysiące lat, jeżeli uwzględnić ich - zawsze wielką - liczebność, ich poświęcenie i ofiarność, ich przykładną dyscyplinę i mrówczą pracowitość, to otrzymamy setki, setki milionów godzin zużytych na budowanie murów, godzin, które by w tym biednym kraju można przecież spożytkować na naukę czytania i zdobywania jakiegoś fachu, na uprawę coraz to nowych pól i hodowlę dorodnego bydła.

        Oto gdzie uchodzi energia świata. Jak nieracjonalnie. Jak bezpożytecznie. Bo Wielki Mur - a jest to mur-gigant, mur-twierdza, ciągnący się tysiące kilometrów przez bezludne góry i pustkowia, mur - przedmiot dumy i, jak wspomniałem, jeden z cudów świata, jest zarazem dowodem jakiejś ludzkiej słabości i aberracji, jakiegoś straszliwego błędu historii, jakiejś niemożności porozumienia się ludzi w tej części planety, niemożności zwołania okrągłego stołu, aby wspólnie naradzić się, jak by pożytecznie zużyć nagromadzone tam zasoby ludzkiej energii i rozumu.

        Okazało się to mrzonką, bo pierwszy odruch wobec ewentualnych problemów był inny - zbudować mur. Zamknąć się, odgrodzić. Gdyż to, co przychodzi z zewnątrz, stamtąd, może być tylko zagrożeniem, zapowiedzią nieszczęścia, zwiastunem zła, ba - złem najprawdziwszym.

        Ale mur nie tylko sł
        • beduinka Re: Podróże z Herodotem (5) Sto kwiatów przewodni 18.12.03, 13:49
          Oto gdzie uchodzi energia świata. Jak nieracjonalnie. Jak bezpożytecznie. Bo Wielki Mur - a jest to mur-gigant, mur-twierdza, ciągnący się tysiące kilometrów przez bezludne góry i pustkowia, mur - przedmiot dumy i, jak wspomniałem, jeden z cudów świata, jest zarazem dowodem jakiejś ludzkiej słabości i aberracji, jakiegoś straszliwego błędu historii, jakiejś niemożności porozumienia się ludzi w tej części planety, niemożności zwołania okrągłego stołu, aby wspólnie naradzić się, jak by pożytecznie zużyć nagromadzone tam zasoby ludzkiej energii i rozumu.

          Okazało się to mrzonką, bo pierwszy odruch wobec ewentualnych problemów był inny - zbudować mur. Zamknąć się, odgrodzić. Gdyż to, co przychodzi z zewnątrz, stamtąd, może być tylko zagrożeniem, zapowiedzią nieszczęścia, zwiastunem zła, ba - złem najprawdziwszym.

          Ale mur nie tylko służy obronie. Bo broniąc przed tym, co grozi z zewnątrz, pozwala również kontrolować to, co dzieje się wewnątrz. Bo w murze są jednak przejścia, są bramy i furtki. Otóż strzegąc tych miejsc, kontrolujemy, kto wchodzi i wychodzi, pytamy, sprawdzamy, czy są ważne pozwolenia, notujemy nazwiska, przyglądamy się twarzom, obserwujemy, zapamiętujemy. Tak więc mur taki to jednocześnie tarcza i pułapka, osłona i klatka.

          Najgorszą stroną muru jest to, że u wielu ludzi wyrabia on postawę obrońcy muru, tworzy typ myślenia, w którym przez wszystko przebiega mur dzielący świat na zły i niższy - ten na zewnątrz i dobry i wyższy - ten na wewnątrz. W dodatku wcale nie trzeba, aby taki obrońca był fizycznie przy murze obecny, może on być daleko od niego, wystarczy, żeby nosił w sobie jego obraz i hołdował regułom, które logika muru narzuca.

          * * *

          Do Wielkiego Muru jedzie się godzinę drogą na północ. Najpierw przez miasto. Wieje porywisty, lodowaty wiatr. Przechodnie i rowerzyści pochylają się do przodu - to postawa, którą wymusza walka z wichurą. Wszędzie toczą się rzeki rowerzystów. Każda z nich zatrzymuje się pod czerwonymi światłami, jakby nagle zamykała ją tama, a potem rusza i płynie aż do następnych świateł. Ten jednolity, żmudny rytm zakłóca tylko wiatr, jeżeli poderwie się zbyt gwałtownie. Wówczas rzeka zaczyna burzyć się i rwać, zataczając jednymi, a innych zmuszając do zatrzymania i zejścia na ziemię. W szeregach rowerzystów powstaje zamieszanie i chaos. Ale gdy wiatr przycicha, znowu wszystko wraca na miejsce i pracowicie porusza się dalej.

          Na chodnikach, w centrum, dużo ludzi, a także często można zobaczyć idące kolumnami dzieci w szkolnych mundurkach. Dzieci idą parami, machają czerwonymi chorągiewkami, na czele któreś niesie czerwoną flagę albo portret Dobrego Wujka - przewodniczącego Mao. Kolumny chórami coś z zapałem wołają, śpiewają lub wznoszą okrzyki. Co wołają? - pytam kolegę Li. Chcą studiować myśli przewodniczącego Mao - odpowiada. Policjanci, których widać na każdym rogu, tym kolumnom dają zawsze pierwszeństwo.

          Miasto jest żółto-granatowe. Żółte są ściany biegnące wśród ulic, a granatowe drelichy, w które ubrani są ludzie. Te drelichy to zdobycz rewolucji - tłumaczy kolega Li. Dawniej ludzie nie mieli się w co ubrać i umierali z zimna. Mężczyźni są ostrzyżeni na rekruta, płeć żeńska, od dziewczynek po staruszki - na Piasta: krótkie grzywki i włosy z tyłu też krótkie. Trzeba się dobrze przypatrzyć, żeby rozróżniać twarze, ale z kolei natarczywe przypatrywanie się nie jest grzeczne.

          Jeżeli ktoś niesie torbę, to ta torba jest identyczna jak wszystkie inne. Podobnie - czapki. Jak ludzie, kiedy jest duże zebranie i muszą zostawić w szatni tysiąc takich samych czapek i toreb, rozróżnią potem czyja jest czyja - nie wiem. A jednak oni wiedzą. To dowodzi, że prawdziwe różnice mogą tkwić w najmniejszych drobiazgach - np. inaczej przyszytym guziku, a niekoniecznie w rzeczach wielkich, o dużej skali.

          Na Wielki Mur wchodzi się jedną z opuszczonych wież. Mur - gigantyczna budowla najeżona masywnymi blankami i wieżycami, tak szeroka, że szczytem może iść obok siebie nawet dziesięć osób. Mur widziany z tego miejsca, na którym stoimy, ciągnie się serpentynami w nieskończoność, każdy jego koniec ginie gdzieś za górami, lasami. Jest pusto, żywego ducha, wiatr urywa głowy. Zobaczyć to, dotknąć głazów przytarganych tu przed wiekami przez upadających ze znoju ludzi - po co? Jaki to ma sens? Jaki z tego pożytek?

          * * *

          W miarę jak mijały dni, zacząłem coraz bardziej traktować Wielki Mur jako Wielką Metaforę. Otaczali mnie bowiem ludzie, z którymi nie mogłem się porozumieć, otaczał mnie świat, którego nie byłem w stanie przeniknąć. Moje położenie było coraz bardziej dziwaczne. Miałem pisać - ale o czym? Prasa była tylko po chińsku, więc nic nie rozumiałem. Z początku prosiłem kolegę Li o tłumaczenie, ale każdy artykuł, w jego przekładzie, zaczynał się od słów: "Jak naucza przewodniczący Mao" albo "Idąc za wskazaniami przewodniczącego Mao" itd., itp. Ale czy tak naprawdę było tam napisane, skąd mogłem wiedzieć? Jedynym łącznikiem ze światem zewnętrznym był kolega Li, ale to on był właśnie najszczelniejszą barierą. Na każdą prośbę o spotkanie, o rozmowę, o podróż odpowiadał - przekażę to redakcji. Nigdy jednak nie było potem odpowiedzi. Nie mogłem też wychodzić sam - kolega Li szedł ze mną. Zresztą gdzie mogłem pójść? Do kogo? Nie znałem miasta, nie znałem ludzi, nie miałem telefonu (miał go tylko kolega Li).

          Przede wszystkim nie znałem języka. Fakt, że od razu, na własną rękę, zacząłem się go uczyć sam. Próbowałem przedzierać się przez gąszcze hieroglifów i ideogramów, aż zabrnąłem w zaułek bez wyjścia: była nim wieloznaczność znaku. Gdzieś właśnie przeczytałem, że istnieje ponad osiemdziesiąt angielskich tłumaczeń Tao te ching (biblii taoizmu) i wszystkie są kompetentne i wiarygodne, a jednocześnie całkowicie różne! Nogi ugięły się pode mną. Nie, pomyślałem, nie poradzę sobie, nie podołam. Znaki mieniły mi się przed oczyma, migotały i pulsowały, zmieniały kształt i położenie, relacje i związki, zależności i układy, mnożyły się i dzieliły, tworzyły słupki i kolumny, jedne zastępowały drugie, formy z -ao brały się nie wiadomo skąd w znaku -ou albo nagle myliłem znak -eng ze znakiem -ong, co już było błędem wprost horrendalnym!

    • beduinka Podróże z Herodotem (6) Myśl chińska 18.12.03, 14:57
      Myśl chińska - Szósta część "Podróży z Herodotem"

      Ryszard Kapuściński 24-10-2003 20:40

      Na ulicy coraz to mija mnie jakiś Chińczyk. Pytam siebie samego, czy jest on konfucjanistą, taoistą, czy buddystą. Ale to pytanie mylące. Bo wielką siłą chińskiej idei jest łączenie różnych kierunków i poglądów. W wielką otchłań dziejów tej cywilizacji wpadało wszystko, było przez nią absorbowane, a następnie otrzymywało nieomylnie chińską formę i postać

      Miałem dużo czasu, więc czytałem książki o Chinach, które kupiłem w Hong Kongu. Było to tak wciągające, że na moment zapomniałem o Grekach i Herodocie. Ciągle wierzyłem, że będę tu pracować, więc chciałem przedtem jak najwięcej dowiedzieć się o tym kraju i jego ludziach. Nie zdawałem sobie sprawy, że większość korespondentów piszących o Chinach siedziała w Hong Kongu, Tokio czy Seulu, że byli to Chińczycy lub inni, ale biegli w chińskim języku, i że w mojej sytuacji w Pekinie było coś niemożliwego i nierealnego.

      Ciągle odczuwałem obecność Wielkiego Muru, ale nie był to ten, który kilka dni temu widziałem na północy w górach, ale Mur o wiele dla mnie groźniejszy i nie-do-pokonania - Wielki Mur Języka. Ten mur otaczał mnie zewsząd, pojawiał się za każdym odezwaniem się jakiegoś Chińczyka, tworzyły go niezrozumiałe dla mnie rozmowy, niezrozumiałe dla mnie gazety i radio, napisy na murach i transparentach, na towarach w sklepach i na wejściach do urzędów, wszędzie, wszędzie. Jakże chciałem napotkać wzrokiem jakąś znaną mi literę czy wyraz, zaczepić się o nie, odetchnąć z ulgą, poczuć się swojsko, u siebie w domu - ale na próżno! Wszystko było nieczytelne, niezrozumiałe, nieodgadnione.

      Zresztą podobnie było w Indiach! Tam też nie mogłem przedrzeć się przez gąszcze miejscowych, hinduskich alfabetów. A gdybym pojechał dalej, czy nie napotkałbym podobnych barier?

      A w ogóle skąd wzięła się ta językowo-alfabetyczna wieża Babel? I jak powstaje alfabet? Kiedyś, u swojego prapoczątku, musiał zaczynać się od jakiegoś znaku. Ktoś postawił znak, żeby coś zapamiętać. Albo żeby coś przekazać drugiemu. Albo żeby zakląć jakiś przedmiot czy terytorium.

      Ale dlaczego ten sam przedmiot ludzie opisują za pomocą znaków zupełnie różnych? Na całym świecie człowiek, góra czy drzewo wyglądają podobnie, a jednak w każdym alfabecie odpowiadają im inne symbole, wyobrażenia czy litery. Dlaczego? Dlaczego ta pierwsza, najpierwsza w każdej kulturze istota, chcąc opisać kwiat, stawia kreskę pionową, a inna robi w to miejsce kółko, a jeszcze inna - dwie kreski i stożek? Czy decyzje w tej sprawie owe istoty podejmują jednoosobowo czy kolektywnie? Omawiają je wcześniej? Dyskutują przy ognisku? Zatwierdzają na radzie rodzinnej? Na zgromadzeniu plemiennym? Radzą się starców? Znachorów? Wróżbitów?

      Bo potem, kiedy klamka zapadnie, nie sposób się cofnąć. Sprawy nabierają własnego biegu. Z tej pierwszej, najprostszej różnicy - że jedną kreskę postawimy w lewo, a drugą w prawo - wynikną wszystkie inne, coraz bardziej przemyślne i zawiłe, ponieważ piekielna logika ewolucji alfabetu sprawia najczęściej, że w miarę czasu komplikuje się on coraz wyraźniej, staje się dla niewtajemniczonych mniej i mniej czytelny, a nawet, jak się nieraz okazało, w ogóle nie daje się go odcyfrować.

      * * *

      A jednak, choć alfabety hindi i chiński sprawiały mi jednakową trudność, różnica między zachowaniem ludzi w obu tych krajach była widoczna. Hindus jest istotą rozluźnioną, Chińczyk - spiętą i czujną. Tłum Hindusów jest bezkształtny, płynny i spowolniały, tłum Chińczyków uformowany w szeregi, zdyscyplinowany, maszerujący. Czuje się, że nad tłumem Chińczyków stoi dowódca, wyższy autorytet, natomiast nad tłumem Hindusów unosi się areopag niezliczonych i niczego niewymagających bóstw. Jeżeli tłum Hindusów napotka coś ciekawego - przystaje, przygląda się i zaczyna dyskutować. W takiej samej sytuacji tłum Chińczyków będzie szedł dalej, zwarty, karny, ze wzrokiem utkwionym w wyznaczony cel. Hindusi są znacznie bardziej obrzędowi, namaszczeni, religijni. Świat ducha i jego symboli jest tu zawsze w pobliżu, obecny, wyczuwalny. Drogami wędrują święci, pielgrzymki zmierzają do świątyń - siedzib bogów, tłumy gromadzą się u stóp świętych gór, kąpią się w świętych rzekach, palą zmarłych na świętych stosach. Chińczycy wydają się mniej ostentacyjni, znacznie bardziej dyskretni i zamknięci. Nie mają czasu świętować, bo muszą wykonywać polecenia Mao lub innego autorytetu, zamiast oddawać cześć bogom, myślą o przestrzeganiu etykiety, zamiast świętych drogami idą brygady produkcyjne.

      Różne też mają twarze. Twarz Hindusa może zaskoczyć nas jakąś niespodzianką; a to na czole pojawi się czerwona kropka, a to na policzkach zobaczymy kolorowe wzory, a to w uśmiechu pokażą się ciemnobrązowe zęby. Takich niespodzianek nie sprawi nam twarz Chińczyka. Jest ona gładka i ma niezmienne rysy. Wydaje się, że nic nie może zburzyć jej nieruchomej powierzchni. To twarz, która mówi, że kryje coś, czego nie wiemy i nigdy nie będziemy wiedzieć.

      * * *

      Raz kolega Li zabrał mnie do Szanghaju. Pekin i Szanghaj - jakaż różnica! Poraził mnie ogrom tego miasta, różnorodność jego architektury - całe dzielnice zbudowane a to w stylu francuskim, a to włoskim czy amerykańskim. Wszędzie, kilometrami, ocienione aleje, bulwary, promenady, pasaże. Rozmach zabudowy, wielkomiejski ruch, samochody, riksze, rowery i tłumy, tłumy przechodniów. Sklepy, a tu i tam nawet bary. Dużo cieplej niż w Pekinie, powietrze łagodne, czuje się bliskość morza.

      Kiedyś przejeżdżaliśmy przez dzielnicę japońską, zobaczyłem ciężkie, przysadziste słupy świątyni buddyjskiej. - Czy ta świątynia jest otwarta? - spytałem kolegę Li. - Tu, w Szanghaju, na pewno tak - odpowiedział z mieszaniną ironii i lekceważenia, jakby Szanghaj to były Chiny, ale takie niestuprocentowe, niezupełnie Mao-Tse-tungowe.

      Buddyzm rozkrzewił się w Chinach dopiero w pierwszym tysiącleciu naszej ery. Do tego czasu już od 500 lat na tych ziemiach panowały równolegle dwa nurty duchowe, dwie szkoły, dwie orientacje - konfucjańska i taoistyczna. Mistrz Konfucjusz żył w latach 560-480 przed narodzeniem Chrystusa. Nie ma wśród historyków zgody, czy twórca taoizmu - mistrz Lao-tse - był starszy, czy młodszy od Konfucjusza. Wielu znawców utrzymuje nawet, że Lao-tse w ogóle nie istniał, a jedyna książeczka, którą miałby po sobie zostawić - "Tao-te-czing" - jest po prostu kolekcją fragmentów, aforyzmów i powiedzeń zebranych przez anonimowych skrybów i kopistów.

      Jeżeli przyjmiemy, że Lao-tse żył i był starszy od Konfucjusza, to możemy też uznać za prawdziwą opowieść, wielokrotnie później powtarzaną, jak to młody Konfucjusz odbył wędrówkę do miejsca, w którym żył mędrzec Lao-tse, i poprosił go o radę - jak żyć? "Pozbądź się arogancji i pożądliwości - odpowiedział starzec - pozbądź się nawyku schlebiania i nadmiernej ambicji. Wszystko to wyrządza ci szkodę. To tyle, co mam ci do powiedzenia".

      Ale jeśli to Konfucjusz był starszy od Lao-tse, mógł on przekazać swojemu młodszemu rodakowi trzy wielkie myśli. Pierwszą: "Jakże potrafisz służyć bogom, skoro nie wiesz, jak służyć ludziom?". Drugą: "Dlaczego odpłacać dobrem za złe? Czym odpłacisz wówczas za dobro?". I trzecią: "Jak możesz wiedzieć, czym jest śmierć, skoro nie wiesz, czym jest życie?".

      Myśl Konfucjusza i myśl Lao-tse (o ile istniał) zrodziła się u schyłku dynastii Czou, mniej więcej w Epoce Walczących Królestw, kiedy Chiny są rozdarte, podzielone na wiele państw prowadzących ze sobą zażarte, dziesiątkujące ludność wojny. Człowiek, który zdołał chwilowo ujść rzezi, ale dalej nęka go niepewność i strach przed jutrem, zadaje sobie pytanie - jak przeżyć? I na to właśnie pytanie stara się odpowiedzieć myśl chińska. Jest ona, być może, najbardziej praktyczną filozofią, jaką zna świat. W przeciwieństwie do myśli hinduskiej rzadko zapuszcza się ona w regiony transcendencji i stara się podsunąć zwykłemu człowiekowi rady, jak przetrwać w sytuacji, w której znalazł się on z tej prostej przyczyny, że bez
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (6) Myśl chińska 18.12.03, 14:59
        Myśl Konfucjusza i myśl Lao-tse (o ile istniał) zrodziła się u schyłku dynastii Czou, mniej więcej w Epoce Walczących Królestw, kiedy Chiny są rozdarte, podzielone na wiele państw prowadzących ze sobą zażarte, dziesiątkujące ludność wojny. Człowiek, który zdołał chwilowo ujść rzezi, ale dalej nęka go niepewność i strach przed jutrem, zadaje sobie pytanie - jak przeżyć? I na to właśnie pytanie stara się odpowiedzieć myśl chińska. Jest ona, być może, najbardziej praktyczną filozofią, jaką zna świat. W przeciwieństwie do myśli hinduskiej rzadko zapuszcza się ona w regiony transcendencji i stara się podsunąć zwykłemu człowiekowi rady, jak przetrwać w sytuacji, w której znalazł się on z tej prostej przyczyny, że bez swojej woli i zgody znalazł się na naszym okrutnym świecie.

        W tym właśnie zasadniczym punkcie drogi Konfucjusza i Lao-tse (o ile istniał) rozchodzą się, a ściślej, każdy z nich na pytanie - jak przeżyć? - daje odmienną odpowiedź. Konfucjusz mówi, że człowiek rodzi się w społeczeństwie, a zatem ma pewne powinności. Najważniejszymi są - wykonywanie poleceń władzy i uległość rodzicom. Także - poszanowanie przodków i tradycji. Ścisłe przestrzeganie etykiety. Przestrzeganie istniejącego porządku i niechęć do wprowadzania zmian. Człowiek Konfucjusza to istota lojalna i pokorna wobec władzy. Jeżeli będziesz posłusznie i sumiennie wypełniał jej nakazy - mówi Mistrz - przetrwasz.

        Inną postawę zaleca Lao-tse (o ile istniał). Ten twórca taoizmu radzi trzymać się od wszystkiego na uboczu. Nic nie jest trwałe - mówi Mistrz. Więc nie przywiązuj się do niczego. Wszystko, co istnieje - zginie, bądź więc ponad to, zachowaj dystans. Nie staraj się być kimś, do czegoś dążyć, coś posiadać. Działaj przez niedziałanie, twoją siłą jest słabość i bezradność, twoją mądrością naiwność i niewiedza. Jeżeli chcesz przetrwać, uczyń się bezużytecznym, nikomu niepotrzebnym. Mieszkaj z dala od ludzi, stań się wewnętrznym eremitą, zadowól się miseczką ryżu, łykiem wody. A najważniejsze - przestrzegaj tao. Ale czym jest tao? Tego właśnie nie da się powiedzieć, bo istotą tao jest jego nieokreśloność i niewyrażalność: "Jeżeli tao da się zdefiniować jako tao, to nie jest prawdziwe tao" - mówi Mistrz. Tao jest drogą i przestrzegać tao to trzymać się tej drogi i iść przed siebie.

        Konfucjanizm jest filozofią władzy, urzędników, struktury, porządku i stania na baczność, filozofia taoizmu jest mądrością tych, którzy odmówili uczestnictwa w grze i chcą być tylko cząstką obojętnej na wszystko natury.

        W pewnym sensie konfucjanizm i taoizm to szkoły etyczne proponujące różne strategie przetrwania. W tych partiach, w których są one adresowane do prostego człowieka, mają wspólny mianownik, a jest nim zalecenie pokory. Ciekawe, że mniej więcej w tym samym czasie, również w Azji, powstają dwa inne ośrodki myśli, które zalecają maluczkim dokładnie to samo co konfucjanizm i taoizm - pokorę (buddyzm i filozofia jońska).

        Na obrazach malarzy konfucjańskich oglądamy sceny dworskie - siedzącego cesarza w otoczeniu sztywno stojących biurokratów, szefów pałacowego protokołu, nadętych generałów i kornie schylonych służących. Na obrazach malarzy taoistów widzimy dalekie pastelowe pejzaże, ledwie rysujące się łańcuchy gór, świetliste mgły, morwowe drzewa i - na pierwszym planie - smukły, delikatny, chwiejący się na niewidocznym wietrze liść bambusowego krzewu.

        * * *

        Kiedy teraz z kolegą Li spacerujemy ulicami Szanghaju i coraz to mija mnie jakiś Chińczyk, zadaję sobie pytanie, czy jest on konfucjanistą, taoistą, czy buddystą, to znaczy, czy należy do szkoły - w języku chińskim - Dżu, Tao, czy Fo.

        Ale to pytanie zbyt dociekliwe, a w dodatku mylące, mijające się z istotą rzeczy. Bo wielką siłą chińskiej idei jest jej giętki i pojednawczy synkretyzm, łączenie w jedną całość różnych kierunków, poglądów i postaw, z tym że w tym procesie nigdy nie uległy zniszczeniu rdzenie, fundamenty żadnej ze szkół. Na przestrzeni tysięcy lat historii Chin działy się w niej najprzeróżniejsze rzeczy - a to przeważał konfucjanizm, a to taoizm, a to buddyzm (trudno nazwać je religiami w europejskim pojęciu tego słowa, skoro nie znają one pojęcia Boga), okresowo dochodziło między nimi do napięć i konfliktów, okresowo któryś z cesarzy popierał to jeden, to drugi nurt duchowy, czasem działał na rzecz ich pojednania, czasem - skłócenia i walki, ale potem wszystko kończyło się ugodą, wzajemnym przenikaniem, jakąś formą współżycia. W wielką otchłań dziejów tej cywilizacji wpadało wszystko, było przez nią absorbowane, a następnie otrzymywało nieomylnie chińską formę i postać.

        Ten proces syntezy, łączenia i przemiany mógł zachodzić też w duszy pojedynczego Chińczyka. W zależności od sytuacji, kontekstu i okoliczności to brał w nim górę element konfucjański, to taoistyczny, bo nie było tu nic ustalone raz na zawsze, nic na dobre zatrzaśnięte, przypieczętowane. Żeby przeżyć - mógł być posłusznym wykonawcą. Zewnętrznie - pokornym, ale wewnętrznie - osobnym, niedostępnym, niezależnym.

        * * *

        Byliśmy znowu w Pekinie, w naszym hotelu. Wróciłem do moich książek. Zacząłem studiować historię wielkiego poety IX wieku - Han Yu. W pewnym momencie Han Yu, zwolennik Konfucjusza, zaczyna zwalczać wpływy buddyzmu - jako obcej w Chinach, hinduskiej ideologii. Pisze krytyczne eseje, płomienne pamflety. Ta szowinistyczna działalność wielkiego poety tak rozgniewała panującego cesarza Hsiena, zwolennika buddyzmu, że najpierw skazał Han Yu na śmierć, ale przebłagany przez dworzan, zamienił ją na zesłanie do dzisiejszej prowincji Kwangtung, w miejsce pełne krokodyli.

        Nim zdążyłem dowiedzieć się, co było dalej, przyszedł ktoś z redakcji "Czungkuo" i przyprowadził pana z centrali handlu zagranicznego, który przywiózł mi z Warszawy list od kolegów. Koledzy z redakcji "Sztandaru Młodych" pisali, że ponieważ zespół nasz opowiedział się przeciw zamknięciu "Po prostu", całe kolegium zostało przez KC usunięte, a gazetą kierują trzej przysłani komisarze. Na znak protestu część dziennikarzy zwolniła się, inni wahają się, wyczekują. W liście tym koledzy pytają mnie, co zrobię.

        Pan z centrali handlu zagranicznego poszedł, a ja, nie namyślając się wiele, powiedziałem koledze Li, że dostałem polecenie, aby wracać pilnie do kraju, i że muszę zacząć się pakować. Twarz kolegi Li ani drgnęła. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, po czym zeszliśmy na dół, do jadalni, gdzie czekała na nas kolacja.

        * * *

        Z Chin, podobnie jak z Indii, wyjeżdżałem z poczuciem straty, nawet z żalem, ale jednocześnie było w tym coś ze świadomej ucieczki. Musiałem uciekać, ponieważ zetknięcie z nowym, nieznanym mi dotąd światem zaczynało wciągać mnie w jego orbitę, całkowicie wchłaniać, maniacko opanowywać i uzależniać. Od razu ogarniała mnie fascynacja, paląca chęć poznania, całkowitego pogrążenia się, rozpłynięcia, utożsamienia. Jakbym się tam urodził i wychował, tam zaczynał żyć. Natychmiast chciałem uczyć się języka, chciałem przeczytać masę książek na temat, poznać każdy zakamarek nieznanej mi ziemi.

        Była to jakaś choroba, jakaś niebezpieczna słabość, bo równocześnie uświadamiałem sobie, że te cywilizacje są tak ogromne, bogate, złożone i różnorodne, iż aby poznać choćby fragment jednej z nich, bodaj skrawek tylko, trzeba by poświęcić temu całe życie. Są to bowiem budowle o niekończącej się liczbie pokoi, korytarzy, balkonów i mansard ułożonych w takie meandry i labirynty, że jeżeli wejdziesz do którejś z nich, nie ma już z niej wyjścia, odwrotu, ruchu do tyłu. Zostać hinduistą, sinologiem, arabistą czy hebraistą to wysokie i pochłaniające człowieka specjalności, w których nie ma już miejsca i czasu na nic więcej.

        Mnie natomiast pociągało także to, co jest za granicą każdego z tych światów - kusili mnie nowi ludzie, nowe drogi, nowe nieba.

        * * *

        Wróciłem do Warszawy. Szybko wyjaśniła się moja dziwaczna sytuacja w Chinach, moja tam bezprzydziałowość, bezsensowne zawieszenie w próżni. Otóż pomysł wysłania mnie do Pekinu powstał na fali d
        • beduinka Re: Podróże z Herodotem (6) Myśl chińska 18.12.03, 15:03
          Są to bowiem budowle o niekończącej się liczbie pokoi, korytarzy, balkonów i mansard ułożonych w takie meandry i labirynty, że jeżeli wejdziesz do którejś z nich, nie ma już z niej wyjścia, odwrotu, ruchu do tyłu. Zostać hinduistą, sinologiem, arabistą czy hebraistą to wysokie i pochłaniające człowieka specjalności, w których nie ma już miejsca i czasu na nic więcej.

          Mnie natomiast pociągało także to, co jest za granicą każdego z tych światów - kusili mnie nowi ludzie, nowe drogi, nowe nieba.

          * * *

          Wróciłem do Warszawy. Szybko wyjaśniła się moja dziwaczna sytuacja w Chinach, moja tam bezprzydziałowość, bezsensowne zawieszenie w próżni. Otóż pomysł wysłania mnie do Pekinu powstał na fali dwóch odwilżowych procesów: w Polsce - Października '56, w Chinach - Stu Kwiatów przewodniczącego Mao. Ale nim tam dotarłem, w Warszawie i Pekinie zaczął się odwrót. Szef partii rządzącej zaczął kampanię przeciw liberałom, a Mao Tse-tung już przystępował do drakońskiej polityki Wielkiego Skoku.

          Praktycznie powinienem był wyjechać z Pekinu na drugi dzień po przyjeździe. Ale moja redakcja cały czas milczała - zastraszona i walcząca o przetrwanie, zapomniała o mnie. A może chcieli dla mnie dobrze, może myśleli, że jakoś się w Chinach przechowam? Natomiast myślę, że redakcja "Czungkuo" była informowana przez ambasadę chińską w Warszawie, że korespondent "Sztandaru Młodych" jest wysłannikiem gazety, która już tylko wisi na włosku, i jest jedynie kwestią czasu, kiedy pójdzie pod gilotynę. Być może jednak tradycyjne zasady gościnności, tak tu ważna chęć zachowania twarzy i wrodzona tym ludziom uprzejmość sprawiły, że nie zostałem wyrzucony. Raczej liczyli na to i stwarzali takie warunki, abym domyślił się, że ustalony wcześniej model współpracy jest już nieaktualny. I żebym sam powiedział: wyjeżdżam.
        • beduinka Re: Podróże z Herodotem (6) Myśl chińska 18.12.03, 15:05
          Wróciłem do Warszawy. Szybko wyjaśniła się moja dziwaczna sytuacja w Chinach, moja tam bezprzydziałowość, bezsensowne zawieszenie w próżni. Otóż pomysł wysłania mnie do Pekinu powstał na fali dwóch odwilżowych procesów: w Polsce - Października '56, w Chinach - Stu Kwiatów przewodniczącego Mao. Ale nim tam dotarłem, w Warszawie i Pekinie zaczął się odwrót. Szef partii rządzącej zaczął kampanię przeciw liberałom, a Mao Tse-tung już przystępował do drakońskiej polityki Wielkiego Skoku.

          Praktycznie powinienem był wyjechać z Pekinu na drugi dzień po przyjeździe. Ale moja redakcja cały czas milczała - zastraszona i walcząca o przetrwanie, zapomniała o mnie. A może chcieli dla mnie dobrze, może myśleli, że jakoś się w Chinach przechowam? Natomiast myślę, że redakcja "Czungkuo" była informowana przez ambasadę chińską w Warszawie, że korespondent "Sztandaru Młodych" jest wysłannikiem gazety, która już tylko wisi na włosku, i jest jedynie kwestią czasu, kiedy pójdzie pod gilotynę. Być może jednak tradycyjne zasady gościnności, tak tu ważna chęć zachowania twarzy i wrodzona tym ludziom uprzejmość sprawiły, że nie zostałem wyrzucony. Raczej liczyli na to i stwarzali takie warunki, abym domyślił się, że ustalony wcześniej model współpracy jest już nieaktualny. I żebym sam powiedział: wyjeżdżam.
    • beduinka Podróże z Herodotem (7) 18.12.03, 15:11
      Podróże z Herodotem (7)

      Ryszard Kapuściński 07-11-2003 19:27

      W świecie Herodota niemal jedynym depozytariuszem pamięci jest człowiek. Trzeba do niego dotrzeć, nawet jeśli mieszka daleko, a potem usiąść razem i wysłuchać, co nam powie, zapamiętać, może zapisać. Tak zaczyna się reportaż. Siódma część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Zaraz po powrocie do kraju zmieniłem redakcję. Dostałem pracę w Polskiej Agencji Prasowej. Ponieważ przyjechałem z Chin, mój nowy szef - Michał Hofman - uznał, że muszę znać się na sprawach Dalekiego Wschodu, i nimi właśnie miałem się zajmować - chodziło o część Azji leżącą na wschód od Indii i sięgającą po niezliczone wyspy Pacyfiku.

      Wszyscy o wszystkim mało wiemy, ale przydzielonych mi krajów w ogóle nie znałem, więc ślęczałem nocami, żeby dowiedzieć się czegoś o partyzantach w dżunglach Birmy i Malajów, o buntach na Sumatrze i Celebesie czy o rebelii plemienia Moro na Filipinach. Znowu świat zaczął przedstawiać mi się jako temat ogromny, którego ani zgłębić, ani opanować nie sposób. Tym bardziej że czasu na to miałem mało, ponieważ całe dnie zajmowała mi praca w redakcji - z różnych krajów co chwila napływały depesze, które trzeba było czytać, tłumaczyć, skracać, redagować i przesyłać do gazet i radia.

      W ten sposób, jako że codziennie dochodziły do mnie wieści z Rangunu czy Singapuru, z Hanoi, Manili lub Bandungu, moja podróż po krajach Azji - rozpoczęta w Indiach i Afganistanie, potem kontynuowana w Japonii i Chinach - nieprzerwanie trwała nadal. Na biurku, pod szkłem, miałem przedwojenną mapę tego kontynentu, po której nieraz błądziłem palcem, szukając, gdzie też mieści się Phnom Penh, Surabaya czy Wyspy Salomona albo trudny do znalezienia Laoag, gdzie właśnie była próba zamachu na Kogoś Ważnego czy wybuchł strajk robotników plantacji kauczuku. Myślami przenosiłem się to tu, to tam, starając wyobrazić sobie te miejsca i zdarzenia.

      ***

      Czasami, kiedy wieczorami redakcja pustoszała i na korytarzu robiło się cicho, a chciałem trochę odpocząć od depesz o strajkach i walkach zbrojnych, zamachach i eksplozjach, które wstrząsały życiem nieznanych mi krajów, sięgałem do leżących w szufladzie "Dziejów" Herodota.

      Herodot zaczyna swoją książkę od zdania, w którym wyjaśnia, dlaczego w ogóle ją napisał:

      "Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki swych badań, żeby ani dzieje ludzkości z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci, ani wielkie i podziwu godne dzieła, jakich bądź Grecy, bądź barbarzyńcy dokonali, nie przebrzmiały bez echa, między innymi szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni ze sobą walczyli".

      To zdanie jest kluczem do całej książki.

      Po pierwsze, Herodot informuje w nim, że prowadził jakieś badania (czy raczej, wolałbym użyć słowa "dociekania"). Dziś wiemy, że poświęcił im całe - długie jak na owe czasy - życie. Dlaczego to zrobił? Dlaczego w swojej młodości podjął taką decyzję? Czy ktoś go do tych dociekań zachęcał? Zlecił mu, aby je prowadził? Czy może Herodot oddał się w służbę jakiemuś możnowładcy? Radzie starców? Wyroczni? Komu one były potrzebne? Do czego?

      A może robił wszystko z własnej inicjatywy, ogarnięty jakąś pasją poznawczą, pędzony niespokojnym, a nieokreślonym przymusem? Może miał umysł dociekliwy z natury, mózg, który nieustannie rodził tysiące pytań niedających mu żyć, budzących po nocach? Ale jeżeli miał takiego, zdarzającego się przecież, indywidualnego i zupełnie prywatnego bzika ciekawości, jak znajdował czas, żeby go latami zaspokajać?

      Herodot przyznaje, że opanowany był fobią pamięci - miał świadomość, że pamięć jest czymś ułomnym, kruchym, nietrwałym, nawet - złudnym. Że to, co w niej było, co w sobie przechowywała, może ulotnić się, zniknąć, nie pozostawiając śladu. Całe jego pokolenie, wszyscy ludzie żyjący wówczas na świecie, ogarnięci są tym samym lękiem. Bez pamięci nie można żyć, ona przecież wynosi człowieka ponad świat zwierząt, stanowi postać jego duszy, a zarazem jest tak zawodna, nieuchwytna, zdradliwa. To właśnie sprawia, że człowiek jest tak niepewny samego siebie. Zaraz, przecież to było... No, przypomnij sobie, kiedy to było? Przecież to był ten... No, przypomnij sobie, który to był? Nie wiemy, i za tym "nie wiemy" rozciąga się obszar niewiedzy; niewiedzy, czyli - nieistnienia.

      Człowiek współczesny nie troszczy się o własną pamięć, ponieważ żyje otoczony pamięcią zmagazynowaną. Wszystko ma na wyciągnięcie ręki - encyklopedie, podręczniki, słowniki, kompendia. Biblioteki i muzea, antykwariaty i archiwa. Taśmy dźwiękowe i filmowe. Nieskończone zasoby przechowywanych słów, dźwięków, obrazów w mieszkaniach, w magazynach, w piwnicach i na strychach. Jeżeli jest dzieckiem, pani wszystko mu powie w szkole, jeżeli studentem - dowie się od profesora.

      Nic albo prawie nic z tych instytucji, urządzeń i technik nie istniało w czasach Herodota. Człowiek wiedział to tylko i tyle tylko, ile zdołała przechować jego pamięć. Jednostki, wybrańcy zaczęli uczyć się pisać na zwojach papirusów i glinianych tabliczkach. Ale reszta? Zajmowanie się kulturą było zawsze domeną arystokratyczną. Tam, gdzie kultura odchodzi od tej zasady - ginie.

      W świecie Herodota niemal jedynym depozytariuszem pamięci jest człowiek. Żeby więc dotrzeć do tego, co zapamiętane, trzeba dojść do człowieka, a jeżeli mieszka on daleko od nas, musimy do niego pójść, wyruszyć w drogę, a kiedy już się spotkamy - usiąść razem i wysłuchać, co nam powie, wysłuchać, zapamiętać, może zapisać. Tak zaczyna się reportaż, z takiej rodzi się sytuacji.

      Więc Herodot wędruje po świecie, spotyka ludzi i słucha tego, co opowiadają. Mówią mu, kim są, opowiadają swoją historię. Ale skąd wiedzą, kim są, skąd się wzięli? A, odpowiadają, słyszeli to od innych, przede wszystkim od swoich przodków. Ci przekazali im swoją wiedzę, tak jak teraz oni czynią to wobec innych. Ta wiedza ma formę różnych opowieści. Ludzie siedzą przy ognisku i opowiadają. Potem będzie to nazwane legendami i mitami, ale w chwili, kiedy tamci to mówią lub słyszą, wierzą, że jest to najświętsza prawda, najbardziej rzeczywista rzeczywistość.

      Słuchają, ognisko płonie, ktoś dokłada drewien, światło i ciepło ognia ożywia myśli, pobudza wyobraźnię. Snucie tych opowieści jest prawie niewyobrażalne bez tego, żeby gdzieś w pobliżu nie płonęło ognisko albo ciemności domu nie rozświetlał jakiś kaganek czy świeca. Światło ognia przyciąga, spaja grupę, wyzwala w niej dobre energie. Płomień a wspólnota. Płomień a historia. Płomień a pamięć. Starszy od Herodota Heraklit uważał ogień za prapoczątek wszelkiej materii, za najpierwotniejszą substancję: wszystko, mówił, podobnie jak ogień, jest w wiecznym ruchu, wszystko gaśnie, żeby znowu zapłonąć. Wszystko płynie, ale płynąc, podlega przemianie. Tak samo jest z pamięcią. Jedne jej obrazy gasną, na ich miejsce pojawiają się nowe. Tylko że te nowe nie są identyczne z poprzednimi, są inne - tak jak nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, tak nie sposób, aby nowy obraz był dokładnie taki jak poprzedni.

      To właśnie prawo bezpowrotnego przemijania Herodot doskonale rozumie i chce przeciwstawić się jego niszczycielskiej naturze: "żeby dzieje ludzkości z biegiem czasu nie zatarły się w pamięci".

      Swoją drogą, jakaż to śmiałość, jakie przekonanie o własnej wadze i misji, aby móc powiedzieć, że robi się coś, od czego zależy, aby "dzieje ludzkości nie zatarły się w pamięci". Dzieje ludzkości! Ale skądże wiedział, że może istnieć coś takiego jak dzieje ludzkości? Jego poprzednik - Homer - opisał historię jednej, konkretnej wojny - trojańskiej, a potem przygody samotnego wędrowca - Odysa. Ale dzieje ludzkości? To już przecież jakieś nowe myślenie, nowe pojęcie, nowy horyzont. Tym zdaniem Herodot objawia nam się nie jako jakiś zaściankowy skryba, ciasny prowincjał, miłośnik swojego małego polis, patriota jednego z dziesiątków miasteczek-państewek, z których składa się ówczesna Grecja. Nie! Autor "Dziejów" występuje od razu jako wizjoner świata, twórca zdolny myśleć w skali planetarnej, s
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (7) 18.12.03, 15:14
        Swoją drogą, jakaż to śmiałość, jakie przekonanie o własnej wadze i misji, aby móc powiedzieć, że robi się coś, od czego zależy, aby "dzieje ludzkości nie zatarły się w pamięci". Dzieje ludzkości! Ale skądże wiedział, że może istnieć coś takiego jak dzieje ludzkości? Jego poprzednik - Homer - opisał historię jednej, konkretnej wojny - trojańskiej, a potem przygody samotnego wędrowca - Odysa. Ale dzieje ludzkości? To już przecież jakieś nowe myślenie, nowe pojęcie, nowy horyzont. Tym zdaniem Herodot objawia nam się nie jako jakiś zaściankowy skryba, ciasny prowincjał, miłośnik swojego małego polis, patriota jednego z dziesiątków miasteczek-państewek, z których składa się ówczesna Grecja. Nie! Autor "Dziejów" występuje od razu jako wizjoner świata, twórca zdolny myśleć w skali planetarnej, słowem, jako pierwszy globalista.

        Oczywiście, mapa świata, którą ma przed oczyma albo którą wyobraża sobie Herodot, jest inna od tej, z jaką mamy dziś do czynienia - jego świat jest o wiele mniejszy od naszego. Centrum stanowią górzyste i (wówczas) lesiste ziemie wokół Morza Egejskiego. Te, leżące na zachodnim brzegu - to Grecja, a te, na wschodnim - Persja. I tu od razu trafiamy w sedno sprawy - bo ledwie Herodot rodzi się, podrasta i zaczyna coś ze świata rozumieć, widzi, że świat ów jest podzielony, że rozpada się na Wschód i Zachód, że te dwa jego obszary są w stanie skłócenia, konfliktu, wojny.

        Pytanie, które jemu, jak i każdemu myślącemu człowiekowi od razu się nasunie, brzmi - dlaczego tak jest? I to właśnie pytanie jest częścią omawianego, pierwszego zdania Herodotowego arcydzieła: "Herodot z Halikarnasu przedstawia tu wyniki swoich badań... między innymi szczególnie wyjaśniając, dlaczego oni ze sobą walczyli".

        No właśnie. Widzimy, że pytanie to nurtuje i niepokoi ludzkość od tysięcy lat, że od zarania dziejów stale i stale powraca: dlaczego ludzie prowadzą ze sobą wojny? Co jest ich przyczyną? Do czego, wszczynając wojnę, zmierzają? Co nimi kieruje? Co myślą? Jaki mają cel? Pytania, niekończąca się litania pytań! I oto Herodot poświęca swoje pracowite, niestrudzone życie, aby znaleźć na nie odpowiedź. Z tym że spośród kwestii ogólnych i abstrakcyjnych wybiera przede wszystkim te najbardziej konkretne, zdarzenia, które dzieją się przed jego oczyma albo o których pamięć jest jeszcze świeża i żywa, a nawet wyblakła, ale w jakiś sposób ciągle istniejąca, słowem, koncentruje swoją uwagę i swoje dociekania na pytaniu - dlaczego Grecja (to jest - Europa) prowadzi wojnę z Persją (to jest z Azją), dlaczego te dwa światy - Zachód (Europa) i Wschód (Azja) walczą ze sobą, i to walczą na śmierć i życie? Zawsze tak było? Zawsze tak będzie?

        To wszystko go intryguje, tym jest zajęty, pochłonięty, nienasycony. Możemy sobie wyobrazić takiego człowieka opętanego jakąś niedającą mu spokoju ideą. Jest ożywiony, nie może usiedzieć na miejscu, ciągle widzimy go gdzie indziej, wszędzie, gdzie pojawi się, wprowadza atmosferę poruszenia i niepokoju! Ludzie, którzy nie lubią ruszać się z domu i wychodzić poza własny opłotek, a takich jest zawsze i wszędzie większość, traktują owe nieprzystające do nikogo i niczego typy jako dziwaków, jako nawiedzonych, nawet - jako pomyleńców.

        Być może tak właśnie współcześni patrzyli na Herodota? On sam nic o tym nie mówi. Zresztą czy w ogóle zwracał na takie rzeczy uwagę? Był zajęty swoimi podróżami, przygotowaniami do nich, wreszcie selekcją i porządkowaniem przywiezionych materiałów. Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę, i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się bowiem dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej.

        ***

        Nie wiemy, w jakim charakterze podróżował. Jako kupiec (ulubione zajęcie ludzi Lewantu)? Chyba nie, skoro nie interesował się cenami, towarami, rynkami. Jako dyplomata? Takiej profesji jeszcze wówczas nie było. Jako szpieg? Ale czyjego państwa? Jako turysta? Nie, turyści podróżują, żeby odpocząć, natomiast Herodot w drodze ciężko pracuje - jest reporterem, antropologiem, etnografem, historykiem. Jest przy tym typowym człowiekiem drogi, czy jak to się będzie później w średniowiecznej Europie nazywało - człowiekiem gościńca. Ale to jego wędrowanie nie jest sowizdrzalskim, beztroskim przemieszczaniem się z miejsca na miejsce - podróże Herodota są celowe, chce w nich poznać świat i jego mieszkańców, poznać, żeby to potem opisać. Przede wszystkim opisać "wielkie i podziwu godne dzieła, jakich bądź Grecy, bądź barbarzyńcy dokonali..."

        To jego pierwotny zamiar. Ale w miarę coraz to nowych wypraw świat rozrasta mu się, rozmnaża, ogromnieje. Okazuje się, że za Egiptem jest jeszcze Libia, a za nią - ziemia Etiopów, czyli Afryka, że na Wschodzie, po przebyciu wielkiej Persji (na co trzeba ponad trzech miesięcy szybkiego marszobiegu), jest wyniosły i niedostępny Babilon, a potem nie wiadomo gdzie kończąca się ojczyzna Indów, że na Zachodzie Morze Śródziemne sięga daleko, do Abyli i Słupów Herkulesa, a potem, jak mówią, jest jeszcze nawet morze następne, a na Północy też są morza i stepy, i lasy zamieszkane przez niezliczone ludy scytyjskie.

        Starszy od Herodota Anaksymander z Miletu (piękne miasto w Azji Mniejszej) stworzył pierwszą mapę świata. Według niego ziemia ma kształt walca. Na górnej powierzchni mieszkają ludzie. Jest ona otoczona niebiosami. Równo oddalona od wszystkich ciał niebieskich unosi się zawieszona w powietrzu. Różne inne mapy świata powstają w tamtej epoce. Najczęściej ziemia jest na nich płaską, owalną tarczą otoczoną ze wszystkich stron wodami wielkiej rzeki Okeanos. Okeanos jest nie tylko granicą ziemi, ale także źródłem wód dla wszystkich rzek świata.

        Centrum tego świata było Morze Egejskie, jego wybrzeża i wyspy. Stąd Herodot urządza swoje wyprawy. Im dalej posuwa się ku krańcom ziemi, tym częściej coś nowego napotyka. Jest pierwszym, który odkrywa wielokulturową naturę świata. Pierwszym, który przekonuje, że każda kultura wymaga akceptacji i zrozumienia. I aby ją zrozumieć, trzeba ją najpierw poznać. Czym kultury różnią się od siebie? Przede wszystkim - obyczajami. Powiedz mi, jak się ubierasz, jak się zachowujesz, jakie masz zwyczaje, jakim bogom oddajesz cześć - a powiem ci, kim jesteś. Człowiek nie tylko tworzy kulturę i mieszka w niej, człowiek nosi ją w sobie, człowiek j e s t kulturą.

        ***

        Herodot, który wie o świecie bardzo dużo, nie wie o nim jednak wszystkiego. Nigdy nie słyszał o Chinach czy Japonii, nie wiedział o Australii ani Oceanii, nie przeczuwał, że istnieje i kwitnie wielki kontynent amerykański, ba, nie wiedział nic bliższego o Europie Zachodniej i Północnej. Świat Herodota jest śródziemnomorsko-bliskowschodni, to słoneczny świat mórz i jezior, wysokich gór i zielonych dolin, oliwki i wina, prosa i jagniąt, pogodna Arkadia, która co kilka lat spływa krwią.
    • beduinka Podróże z Herodotem (8) Szczęście i nieszczęście K 18.12.03, 22:45
      Szczęście i nieszczęście Krezusa

      Ryszard Kapuściński 14-11-2003 19:51

      Ósma część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Szukając odpowiedzi na najważniejsze dla niego pytanie, a mianowicie - skąd wziął się konflikt między Wschodem i Zachodem, dlaczego panują między nimi wrogie stosunki, Herodot zachowuje się bardzo ostrożnie. Nie woła: ja wiem! ja wiem! Przeciwnie, sam chowa się w cień, a wystawia do odpowiedzi innych. Tymi innymi są w tym wypadku znawcy dziejów wśród Persów. Otóż owi uczeni Persowie, mówi Herodot, twierdzą, że sprawcami światowego konfliktu Wschód - Zachód nie są ani Grecy, ani Persowie, ale trzeci lud, ruchliwi, zawodowi handlarze - Fenicjanie. Ci to Fenicjanie zapoczątkowali proceder porywania kobiet i on to właśnie dał początek całej tej globalnej zawierusze.

      I tak - Fenicjanie porywają w greckim porcie Argos królewską córkę imieniem Io i wywożą statkiem do Egiptu. Potem kilku Greków ląduje w fenickim mieście Tyros i porywa stamtąd królewską córkę E u r o p ę. Inni Grecy porywają królowi Kolchów jego córkę - M e d e ę. Z kolei Aleksander z Troi porywa H e l e n ę, żonę greckiego króla Menelaosa, i wywozi ją do Troi. W odwecie Grecy najeżdżają na Troję. Wybucha wielka wojna, której dzieje unieśmiertelnił Homer.

      Herodot cytuje komentarz perskich mędrców:

      Zdaniem Persów, porywać niewiasty jest czynem ludzi niesprawiedliwych, ale z powodu porwanych zawzięcie uprawiać dzieło zemsty mogą tylko nierozumni; rozsądni ludzie zgoła nie troszczą się o porwane kobiety; boć przecie to jasne, że gdyby same nie chciały, nie zostałyby uprowadzone. I na dowód przytacza sprawę greckiej królewny Io, tak jak przestawiają ją Fenicjanie: Twierdzą oni, że nie drogą porwania zawieźli ją do Egiptu, lecz że w Argos miała ona stosunek z kapitanem okrętu, a kiedy zauważyła, że jest brzemienna, z obawy, żeby jej sprawka nie wyszła na jaw przed rodzicami, sama dobrowolnie z Fenicjanami odpłynęła.

      Dlaczego Herodot zaczyna swój wielki opis świata od błahej (zdaniem mędrców perskich) sprawy wzajemnego porywania dziewczyn? Bo respektuje prawo medialnego rynku: historia, żeby ją dobrze sprzedać, musi być ciekawa, musi zawierać odrobinę pieprzu, coś sensacyjnego, jakiś dreszcz. A te właśnie warunki spełniają opowieści o porwaniach kobiet.

      Herodot żyje na przełomie dwóch epok - dominuje jeszcze tradycja przekazu ustnego, a czas historii pisanej dopiero się zaczyna. Otóż przypuszcza się, że rytm życia i pracy Herodota mógł wyglądać następująco: odbywał on daleką podróż, w czasie której zbierał materiały, a następnie wracał, jeździł po różnych miastach greckich, organizował coś w rodzaju wieczorów autorskich i opowiadał o doświadczeniach, wrażeniach i obserwacjach ze swoich wędrówek. Być może żył z tych spotkań, a także opłacał z nich następne podróże, zależało mu więc, aby mieć jak największe audytorium, ściągnąć tłum ludzi. Dobrze więc było zaczynać od rzeczy, która przykułaby uwagę, wzbudziła ciekawość, miała posmak sensacji. W całym jego dziele coraz to pojawiają się wątki mające poruszyć, zaskoczyć, zdumieć publiczność, która bez tych podniet znudzona rozeszłaby się przed czasem, zostawiając mówcę z pustą sakiewką.

      Ale w relacjach o porwaniu kobiet szło nie tylko o łatwą sensację, o wątki dwuznaczne i pikantne. Bowiem już tu, na samym początku swoich dociekań, próbuje on sformułować swoje pierwsze prawo historii. Ambicja ta brała się stąd, że Herodot zebrał w swoich podróżach mnóstwo materiału z różnych epok i miejsc i że chciał ustalić i zdefiniować jakąś zasadę porządkującą ten na pierwszy rzut oka chaotyczny i nieprzebrany zbiór faktów. Czy w ogóle możliwe jest ustalenie takiej zasady? Herodot odpowiada, że tak. Jest nią, mianowicie, odpowiedź na pytanie: kto zaczął? Kto pierwszy wyrządził krzywdę? Mając przed oczyma to pytanie, łatwiej nam już poruszać się po zaplątanych i zawiłych meandrach historii, objaśniać sobie, jakie poruszają nią racje i siły.

      Zdefiniowanie i świadomość tego prawa są niezmiernie ważne, ponieważ w świecie Herodota (nawet i dziś w różnych społecznościach) żywotne jest odwieczne prawo zemsty, prawo odwetu, oka za oko. Zemsta jest zresztą nie tylko prawem - jest najświętszym obowiązkiem. Kto nie dopełni obowiązku zemsty, będzie wyklęty przez swoją rodzinę, klan, społeczność. Obowiązek zemsty ciąży nie tylko na mnie - członku plemienia skrzywdzonego. Muszą go dopełniać także bogowie, a nawet bezosobowy i ponadczasowy Los.

      Jaką funkcję spełnia zemsta? Strach przed zemstą, przed jej nieuchronnością i grozą powinien powstrzymać każdego z nas przed popełnieniem czynu niegodnego i szkodzącego innemu. Powinien być hamulcem, głosem opamiętania. Jeżeli jednak okaże się on niesprawny i ktoś popełni czyn krzywdzący innych, jego sprawca uruchomi łańcuch zemsty mogący ciągnąć się przez pokolenia, ba, przez wieki.

      Jest jakiś ponury fatalizm w mechanizmie zemsty. Jest coś nieuchronnego i nieodwracalnego. Bo nagle spotyka cię nieszczęście i nie możesz dociec - dlaczego? Co się takiego stało? A to po prostu dosięgła cię zemsta za zbrodnie twojego, żyjącego dziesięć pokoleń temu, prapraojca, o którego istnieniu nawet nie wiedziałeś.

      ***

      Drugie prawo Herodota, dotyczące nie tylko historii, ale i życia człowieka, brzmi: szczęście ludzkie nigdy nie jest trwałe. I nasz Grek dowodzi tej prawdy, opisując dramatyczne, przejmujące losy króla Lidów - Krezusa, podobne do przypadku biblijnego Hioba, którego Krezus, być może, był prototypem.

      Lidia, jego królestwo, była potężnym państwem azjatyckim położonym między Grecją i Persją. W nim to, w swoich pałacach, Krezus nagromadził wielkie bogactwa, całe góry złota i srebra, z których słynął na świecie i chętnie pokazywał je odwiedzającym go gościom. Działo się to w połowie VI wieku przed Chrystusem, na kilkadziesiąt lat przed urodzeniem Herodota.

      Pewnego razu do stolicy Lidii - Sardes - przybyli wszyscy greccy mędrcy owego czasu, a między innymi także Ateńczyk Solon (był poetą, twórcą demokracji ateńskiej, słynął z mądrości). Krezus osobiście przyjął Solona i nakazał sługom pokazać mu swoje skarbce, a pewien, że ich widok oszołomił gościa, zagadnął go: zebrała mnie ochota zapytać ciebie, czyś już widział najszczęśliwszego ze wszystkich ludzi? A zapytał w przekonaniu, że sam jest tym najszczęśliwszym człowiekiem.

      Solon jednak bynajmniej mu nie schlebiał i wymienił jako najszczęśliwszych kilku bohatersko poległych Ateńczyków, dodając: Krezusie, mnie, który wiem, jak dalece bóstwo jest zmienne i zazdrosne, ty zapytujesz o los, ludzi? Otóż w długim okresie naszego życia musi się wiele zobaczyć, czego się nie chce, wiele też wycierpieć. Albowiem do siedemdziesięciu lat stanowię granicę życia ludzkiego; tych siedemdziesiąt lat daje dwadzieścia pięć tysięcy i dwieście dni. Ze wszystkich tych dni ani jeden nie jest podobny do drugiego. Tak więc, Krezusie, człowiek jest całkowicie igraszką przypadku. Widzę wprawdzie, że ty jesteś bardzo bogaty i królujesz nad wielu ludźmi. Ale tego, o co mnie pytasz, jeszcze o tobie nie wypowiadam, zanim się dowiem, że życie swoje dobrze skończyłeś. Zanim dobiegnie ono do kresu, należy wstrzymać się z sądem i nie mówić: "Jest szczęśliwy". Przy każdej sprawie należy patrzeć na koniec, jak on wypadnie: wszak wielu ludziom bóg tylko ukazał szczęście, aby ich potem strącić w przepaść.

      W istocie, po odjeździe Solona kara bogów ciężko dotknęła Krezusa i to za to, prawdopodobnie, iż myślał o sobie jako o najszczęśliwszym człowieku na świecie. Otóż miał Krezus dwóch synów - dorodnego Atysa i drugiego, głuchoniemego. Atysa chronił i strzegł jak oka w głowie. A jednak mimo to nieumyślnie i przypadkiem zabił go w czasie polowania gość Krezusa - niejaki Astradys. Kiedy dotarło do jego świadomości to, co uczynił, załamał się. W czasie pogrzebu Atysa poczekał, aż ludzie odejdą i uciszy się koło grobu, a potem, zdając sobie sprawę, że spośród wszystkich znanych mu ludzi najcięższy jego los dotknął, sam sobie nad mogiłą odebrał życie.

      Po śmierci s
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (8) Szczęście i nieszczęś 18.12.03, 22:49
        W istocie, po odjeździe Solona kara bogów ciężko dotknęła Krezusa i to za to, prawdopodobnie, iż myślał o sobie jako o najszczęśliwszym człowieku na świecie. Otóż miał Krezus dwóch synów - dorodnego Atysa i drugiego, głuchoniemego. Atysa chronił i strzegł jak oka w głowie. A jednak mimo to nieumyślnie i przypadkiem zabił go w czasie polowania gość Krezusa - niejaki Astradys. Kiedy dotarło do jego świadomości to, co uczynił, załamał się. W czasie pogrzebu Atysa poczekał, aż ludzie odejdą i uciszy się koło grobu, a potem, zdając sobie sprawę, że spośród wszystkich znanych mu ludzi najcięższy jego los dotknął, sam sobie nad mogiłą odebrał życie.

        Po śmierci syna Krezus przez dwa lata żyje w głębokim smutku. W tym czasie władzę wśród sąsiednich Persów obejmuje wielki Cyrus, dzięki któremu potęga Persów szybko rośnie. Krezus boi się, aby państwo Cyrusa nie stało się zbyt silne, gdyż mogłoby zagrozić Lidii, zamyśla więc uprzedzić ewentualny najazd perski i sam pierwszy uderzyć.

        Jest wówczas w zwyczaju, aby możni świata przed podjęciem ważnej decyzji zasięgali rady wyroczni. Tych wyroczni jest w ówczesnej Grecji wiele, ale najważniejsza ma siedzibę w świątyni położonej na wyniosłym zboczu górskim - w Delfach. Żeby zyskać przychylną wróżbę wyroczni, należy zjednać sobie darami boga delfickiego. Krezus zarządza więc gigantyczną zbiórkę ofiar. Każe zabić trzy tysiące sztuk bydła. Każe topić ciężkie sztaby złota, kuć przedmioty ze srebra. Poleca rozniecić wielki stos, na którym pali w ofierze złote i srebrne łoża, purpurowe płaszcze i chitony. Wszystkim Lidyjczykom wydaje rozkaz, aby każdy swoim mieniem uczestniczył w ofierze. Możemy sobie wyobrazić liczny i korny lud lidyjski, jak ciągnie drogami do miejsca, w którym płonie wielki stos, i rzuca w ogień to, co miał dotąd najcenniejsze - złotą biżuterię, wszelkie sakralne i domowe naczynia, szaty świąteczne i codzienne odzienie.

        Opinie, które wygłasza wyrocznia i przekazuje tym, którzy prosili ją o zdanie, cechuje zwykle ostrożna dwuznaczność i mroczne mętniactwo. Są to teksty tak ułożone, by wyrocznia, w razie pomyłki (które zdarzały się często), mogła się z całej sprawy zręcznie i z zachowaniem twarzy wycofać. A jednak ludzie z uporem trwającym już przecież wiele tysięcy lat nadal wysłuchują chciwie i z wypiekami na twarzy zdania wróżek i wróżów, taka jest w tym pragnieniu o uchylenie zasłony jutra niesłabnąca i niezniszczalna siła. Jak widać, Krezus też nie był od tego wolny. Czeka niecierpliwie powrotu swoich wysłanników do różnych greckich wyroczni. Odpowiedź wyroczni w Delfach brzmiała: jeżeli wyruszysz przeciw Persom, zniszczysz wielkie państwo. I Krezus, który pragnął tej wojny, zaślepiony żądzą agresji zinterpretował przepowiednię jako: jeżeli wyruszysz na Persję - zniszczysz ją. Wszak Persja - i w tym miał rację - była rzeczywiście wielkim państwem.

        Więc ruszył, ale wojnę przegrał, czym - zgodnie z przepowiednią - unicestwił własne wielkie państwo, a sam dostał się do niewoli. Schwytanego przyprowadzili Persowie przed Cyrusa. Ten kazał spiętrzyć wielki stos i Krezusa w więzach nań wprowadzić wraz z czternastu lidyjskimi chłopcami, może w tym zamiarze, aby ich jako pierwociny z łupów jakiemuś bogu poświęcić albo aby ślub spełnić, może też słyszał o bogobojności Krezusa i dlatego na stos go posłał, żeby się przekonać, czy któreś z bóstw uchroni go przed losem spalenia żywcem... Krezusowi zaś, kiedy stanął na stosie... przyszły na myśl słowa Solona, które jakby z boskiego natchnienia były wypowiedziane, że żaden z żyjących nie jest szczęśliwy. Gdy sobie to uprzytomnił, westchnął z głębokiej piersi i po długim milczeniu trzykroć zawołał imię Solona.

        Teraz, na polecenie Cyrusa, który jest przy stosie, tłumacze pytają Krezusa, kogo woła i co to znaczy. Krezus odpowiada, ale kiedy to mówi, stos już się był zajął i pali na najdalszych końcach. Cyrus, pod wpływem litości, a także lęku przed odwetem, zmienia decyzję i nakazuje jak najszybciej zgasić zapalony stos, a Krezusa wraz z towarzyszącymi mu chłopcami sprowadzić na dół. Ale mimo prób nie udało się już ognia opanować.

        Wtedy Krezus, widząc, że wszyscy próbują ugasić ogień, ale nie mogąc go już pohamować, donośnym głosem wezwał Apollona... I gdy tak wśród łez przyzywał boga, wówczas z pogodnego nieba i powietrznej ciszy nagle chmury nadciągnęły, rozpętała się burza i spadł tak gwałtowny deszcz, że zgasił stos. Cyrus każe mu zejść ze stosu, po czym pyta: - Krezusie, kto z ludzi namówił cię do tego, abyś wyruszył na mój kraj i stał się raczej mym wrogiem niż przyjacielem? Na to Krezus: - Królu, uczyniłem to na twoje szczęście, a moje nieszczęście. Winę zaś tego ponosi bóg Greków, którzy pobudzili mnie do tej wyprawy. Nikt przecie nie jest tak nierozumny, żeby wybierać wojnę zamiast pokoju: bo w pokoju synowie grzebią swoich ojców, a na wojnie - ojcowie swoich synów. Ale może było wolą bogów, żeby tak się stało.

        Cyrus zaś zdjął mu kajdany, posadził obok siebie i traktował z bardzo wielkim szacunkiem; on i wszyscy, którzy go otaczali, patrzyli z podziwem na Krezusa. Ten zaś skupiony był w sobie i cichy.

        Więc dwaj najwięksi w tym momencie władcy Azji - pokonany Krezus i zwycięski Cyrus - siedzą obok siebie, patrząc na pogorzelisko stosu, na którym przed chwilą jeden z nich miał spalić drugiego. Możemy sobie wyobrazić, że Krezus, którego przed godziną czekała śmierć w straszliwych męczarniach, jest ciągle w szoku, i że kiedy Cyrus pyta go, co mógłby dla niego uczynić, zaczyna występować przeciw bogom: - Władco, odpowiada, wyświadczysz mi największą łaskę, jeżeli pozwolisz, abym temu z bogów Greków, którego spośród bogów najbardziej uczciłem, posłał te oto okowy z zapytaniem, czy jest jego zwyczajem oszukiwać ludzi, którzy mu dobrze czynią!

        Jakież to bluźnierstwo! Co więcej Krezus, uzyskawszy zgodę Cyrusa, wysłał kilku Lidyjczyków do Delf z poleceniem, by złożyli kajdany na progu świątyni i zapytali, czy bóg nie wstydzi się, że swymi wyroczniami skłonił Krezusa do wyprawy na Persów... oprócz tego mieli zapytać się, czy bogom greckim zwyczajna jest niewdzięczność.

        A na to Pytia delficka miała im odpowiedzieć zdaniem, które stanowić będzie trzecie prawo Herodota:

        - Przeznaczonego losu nawet bóg nie może uniknąć. Krezus odpokutował za grzech swojego prapradziada, który jako kopijnik Heraklidów, folgując zdradzie niewieściej, zamordował pana swego i posiadł jego godność, a wcale mu się nie należała. Aczkolwiek Apollo wysilał się, aby ciążące nad nim nieszczęście spełniło się dopiero na potomkach Krezusa, a nie na nim samym, nie zdołał jednak odwrócić przeznaczeń...

        To była odpowiedź Pytii dana Lidyjczykom... którzy obwieścili ją Krezusowi. On wysłuchał jej i poznał, że wina jest po jego stronie, a nie po stronie boga.

        Takie są dzieje panowania Krezusa.
    • beduinka Podróże z Herodotem (9) Koniec bitwy 18.12.03, 22:52
      Koniec bitwy

      Ryszard Kapuściński 21-11-2003 20:13

      Opanować, zdobyć, posiąść - ta sama namiętność rządzi perskim królem Cyrusem i Napoleonem ruszającym na Moskwę. Żądza podboju pozbawiła ich rozsądku. Ale gdyby światem rządził rozsądek, czy w ogóle istniałaby historia? Dziewiąta część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Już myślałem, że na dobre rozstałem się z Krezusem, który zresztą w jakimś sensie wydał mi się ludzki - nawet w swojej naiwnej i nieskrywanej próżności z powodu podziwianych przez cały świat bogactw (były to tony złota i srebra zapełniające jego niezliczone skarbce), ale także w swojej niezachwianej, bogobojnej wierze w wieszczenia wyroczni delfickiej, a potem w swojej straszliwej rozpaczy po śmierci syna, do której pośrednio sam się przyczynił, w swoim tragicznym załamaniu po stracie państwa i w apatycznej zgodzie na własną męczeńską śmierć w płomieniach i w swoim bluźnierczym buncie przeciw boskim wyrokom i w tym, że musiał tak ciężko odpokutować za grzech nieznanego mu bliżej praprzodka, tak więc, powtarzam, myślałem, że na zawsze pożegnałem się z pokaranym i poniżonym Krezusem, kiedy nagle pojawił się on znowu na stronicach książki Herodota, tym razem w towarzystwie króla Cyrusa, który na czele armii perskiej wyruszył na podbój żyjących w głębi Azji Środkowej, aż nad rzeką Amu-darią, wojowniczych i dzikich Massagetów.

      Jest szósty wiek przed naszą erą i Persowie są w wielkim uderzeniu - podbijają świat. Po nich, po latach i wiekach coraz to któreś mocarstwo będzie próbowało podbić świat, ale w tamtej zamierzchłej epoce w ambitnej próbie Persów jest może najwięcej śmiałości i rozmachu. Podbili już bowiem Jonów i Eolów, podbili Milet, Halikarnas i mnóstwo innych kolonii greckich w Azji Zachodniej, podbili Medów i Babilon, słowem - wszystko, co było do opanowania w bliższej i dalszej okolicy, znalazło się pod panowaniem perskim, a teraz Cyrus wyrusza na podbój plemienia-państwa gdzieś na samych krańcach znanego i wyobrażalnego wówczas świata. Być może jest przekonany, że jeżeli ujarzmi Massagetów, zajmie ich ziemie i stada, przybliży się o dalszy cal do chwili, kiedy triumfalnie ogłosi wszem i wobec: "Świat jest mój!".

      Ale ta potrzeba, żeby mieć wszystko, która już wcześniej doprowadziła Krezusa do upadku, teraz z kolei spowoduje klęskę Cyrusa. W dodatku kara za nieposkromioną zachłanność człowieka występuje u Greków zawsze w momencie - i w tym jej dotkliwa, niszczycielska siła - kiedy wydaje się, że jest on już tylko o krok od osiągnięcia wyśnionego celu. Karze tej towarzyszy więc i rozczarowanie do świata, i wielka pretensja do mściwego losu, i przygnębiające poczucie upokorzenia i bezsiły.

      Na razie jednak Cyrus wyrusza w głąb Azji, na północ - wyprawia się na podbój Massagetów. Ta wyprawa nie dziwiła nikogo, bo wszyscy "wiedzieli, że Cyrus nie usiedzi spokojnie, gdyż po każdy lud bez wyjątku wyciągał rękę. Bo wiele ważnych powodów pobudzało go do tego i zachęcało: naprzód jego urodzenie, mianowicie przekonanie, że jest czymś więcej niż człowiekiem, a potem szczęście, które mu towarzyszyło w wojnach; dokądkolwiek bowiem Cyrus przedsięwziął wyprawę, niemożliwym było, aby napadnięty lud uszedł przed niewolą".

      O Massagetach zaś wiadomo tyle, że żyją na wielkich równinnych stepach Środkowej Azji, a także na wyspach znajdujących się na rzece Syr-darii, gdzie w lecie wykopują i spożywają różne korzenie, natomiast owoce, jakie znajdują na drzewach, po dojrzeniu przechowują jako żywność i zjadają w porze zimowej. Dowiadujemy się, że Massagetowie zażywali coś w rodzaju narkotyków, że byli więc protoplastami dzisiejszych ćpunów i wąchaczy: "Mieli też odkryć inne drzewa, które dziwne jakieś rodzą owoce. Skoro mianowicie zejdą się tłumnie w jednym miejscu i zapalą sobie ogień, wtedy zasiądą dokoła, rzucają owoc w ogień, wchłaniają w siebie zapach wrzuconego i spalonego owocu i tym zapachem oszałamiają się jak Grecy winem; potem, rzucając więcej owoców, jeszcze bardziej się oszałamiają, aż wreszcie powstają do tańca i zaczynają śpiewać".

      Królową Massagetów jest w tym czasie kobieta o imieniu Tomyris. Właśnie między nią a Cyrusem rozegra się śmiertelny, krwawy dramat, w którym swoją rolę odegra również Krezus. Cyrus zaczyna najpierw od podstępu: udaje, że zabiega o rękę Tomyris. Ale królowa Massagetów szybko odczytuje prawdziwe intencje króla Persów, któremu, jej zdaniem, nie chodzi o nią samą, ale o jej królestwo. Cyrus, widząc, że tą drogą nie osiągnie celu, postanawia uderzyć zbrojnie na Massagetów znajdujących się po drugiej stronie Syr-darii - rzeki, do której dotarł na czele swoich wojsk.

      ***

      Ze stolicy Persji Suzy nad brzegi Amu--darii jest droga długa i trudna, a właściwie nie ma drogi - trzeba się przeprawiać przez górskie przełęcze, przejść rozpaloną pustynię Kara-Kum, a następnie wędrować przez niekończące się stepy.

      Przypomina to szaleńczą wyprawę Napoleona na Moskwę. I Persem, i Francuzem rządzi ta sama namiętność - opanować, zdobyć, posiąść. Obaj poniosą klęskę, bo przekroczą greckie prawo, prawo umiarkowania: nigdy nie chcieć za dużo, nie pragnąć wszystkiego. Ale w momencie, kiedy dopiero zaczęli wyprawę, są zbyt zaślepieni, aby to rozumieć, żądza podboju odebrała im władzę sądzenia, pozbawiła rozsądku. Z drugiej strony, gdyby światem rządził rozsądek, czy w ogóle istniałaby historia?

      Na razie jednak wyprawa Cyrusa trwa. Musi to być niekończąca się kolumna ludzi, koni i sprzętu. W górach zmęczeni żołnierze coraz to odpadają od skał, potem na pustyni wielu kona z pragnienia, jeszcze dalej jakieś oddziały gubią się na stepowych bezdrożach. Nie ma przecież jeszcze map, kompasów, lornetek, drogowskazów. Najwidoczniej muszą zasięgać języka u napotkanych plemion, rozpytywać, brać przewodników, może radzić się wróżbitów? W każdym razie mozolnie, niezmordowanie, czasem, jak to u Persów bywało, poganiana batami wielka armia posuwa się do przodu.

      Tylko Cyrus ma w tej drodze przez mękę wszelkie wygody. "Wielki król wyrusza na wyprawę dobrze zaopatrzony w środki żywności i bydło z domu, a nawet wodę wiezie się z rzeki Choaspes, która płynie koło Suz, bo król pije wodę tylko z tej rzeki, z żadnej innej. Dlatego idą za królem, dokądkolwiek on ciągnie, bardzo liczne wozy czterokołowe zaprzęgnięte w muły i przewożą w srebrnych naczyniach przegotowaną wodę z tejże rzeki Choaspes".

      Ta woda mnie interesuje. Woda zawczasu przegotowana. W srebrnych naczyniach (srebro daje chłód), a trzeba przeprawiać się przez pustynię. Tę wodę, jak wiemy, wiozą bardzo liczne wozy czterokołowe zaprzęgnięte w muły.

      Relacja: wozy z wodą, a żołnierze padający po drodze z pragnienia. Nie ma relacji: żołnierze konają, a wozy jadą dalej, nie zatrzymują się, woda nie jest dla nich; to przegotowana woda dla Cyrusa, król przecież innej nie pije, więc gdyby jej zabrakło, umarłby z pragnienia. Czy o czymś takim w ogóle można pomyśleć?

      Coś jeszcze mnie interesuje. Bo w tym pochodzie jest de facto dwóch królów - wielki i panujący Cyrus i drugi, zdetronizowany Krezus, który ledwie wczoraj uniknął śmierci na stosie, jaką mu ten pierwszy gotował. Jakie są teraz między nimi stosunki? Herodot twierdzi, że serdeczne. Ale on sam w tej wyprawie nie brał udziału, nawet nie było go na świecie. Czy Cyrus i Krezus jadą na tym samym wozie, który na pewno ma złocone koła, złocone kłonice i złocony dyszel? Czy na widok tego złota Krezus nie wzdycha potajemnie? Czy obaj panowie rozmawiają ze sobą? Muszą rozmawiać przez tłumacza, bo nie znają swoich języków. O czym tu zresztą rozmawiać - jadą tak dni i tygodnie, w końcu wcześniej czy później tematy się wyczerpią. A jeśli w dodatku każdy z nich to milczek, natura skryta i introwertyczna?

      Ciekawe, co się dzieje, kiedy Cyrus chce napić się wody? - Przynieście wody - woła do służby. Owe nosiwody muszą być ludźmi szczególnego zaufania, ludźmi zaprzysiężonymi, żeby ukradkiem nie podpijali bezcennego napoju. Więc oto na rozkaz przynoszą srebrny dzban. Czy teraz Cyrus pije sam, czy mówi: - Mas
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (9) Koniec bitwy 18.12.03, 22:57
        Ciekawe, co się dzieje, kiedy Cyrus chce napić się wody? - Przynieście wody - woła do służby. Owe nosiwody muszą być ludźmi szczególnego zaufania, ludźmi zaprzysiężonymi, żeby ukradkiem nie podpijali bezcennego napoju. Więc oto na rozkaz przynoszą srebrny dzban. Czy teraz Cyrus pije sam, czy mówi: - Masz, Krezusie, ty też się napij! Herodot nic o tym nie wspomina, a to przecież ważny moment - na pustyni bez wody nie można żyć, człowiek szybko umiera z pragnienia.

        Ale być może nie jadą razem - wtedy problem nie istnieje. Być może Krezus ma własną stągiewkę z wodą, byle jaką wodą, niekoniecznie z tej unikalnej rzeki Choaspes? Właściwie nic o tym nie wiemy, bo Krezusa na kartach Herodota spotkamy znowu, dopiero gdy wyprawa dotrze do szerokiej i spokojnej Amu-darii.

        ***

        Cyrus, któremu nie udało się posiąść królowej Tomyris, wypowiedział jej wojnę. Zaczął od tego, że kazał budować mosty pontonowe na rzece, aby przeprowadzić po nich wojsko. Ale w czasie, kiedy zajęty jest tymi pracami, przybywa do niego posłaniec od Tomyris, która przesyła Cyrusowi słowa pełne rozsądku i rozwagi: "Zaniechaj twojej pracy, panuj nad własnymi poddanymi, a nam pozwól panować nad naszymi krajami. Ale nie, ty nie posłuchasz mojej rady, ponieważ pokój jest ostatnią rzeczą, której pragniesz. Jeżeli więc chcesz spróbować swoich sił z nami, nie musisz trudzić się budowaniem mostów: my cofniemy się od rzeki na odległość trzech dni marszu, a ty spokojnie wejdziesz na naszą ziemię. A jeżeli wolisz spotkać się z nami na twojej ziemi - cofnij się na tę samą odległość od rzeki".

        Słysząc to, Cyrus zwołuje naradę starszyzny i pyta zebranych o zdanie. Wszyscy jednomyślnie radzą cofnąć się i przyjąć Tomyris i jej armię na własnej, perskiej stronie rzeki. Jest tylko jeden głos odmienny - Krezusa. Krezus zaczyna filozoficznie: "Dowiedz się przede wszystkim", mówi do Cyrusa, "że sprawy ludzkie toczą się kołem, które w swoim obrocie nie dopuszcza, żeby zawsze ci sami byli szczęśliwi".

        Słowem Krezus ostrzega wprost, że szczęście może odwrócić się od Cyrusa i wówczas sprawy potoczą się źle. Radzi więc przejść na drugą stronę rzeki i tam - ponieważ słyszał, że Massagetowie nie znają perskiej zamożności i nigdy nie zaznali wielkich uciech - zarżnąć stada owiec, wystawić czyste wino i różne potrawy i urządzić dla nich wielką ucztę. Massagetowie będą jeść i pić, po czym, kiedy pijani już usną, Persowie wezmą ich do niewoli. Cyrus akceptuje plan Krezusa, Tomyris cofa się od rzeki, wojska perskie wchodzą na ziemie Massagetów.

        Narasta napięcie poprzedzające zwykle moment wielkiego starcia. Po słowach Krezusa, że fortuna kołem się toczy, Cyrus - doświadczony, bo już 29 lat panujący władca Persji zaczyna rozumieć powagę zbliżających się rozstrzygnięć. Już nie jest jak dawniej pewny siebie, arogancki i zadowolony. W nocy ma złe widzenie, w dzień w trosce o życie syna Kambyzesa odsyła go do Persji w towarzystwie Krezusa. Ponadto roją mu się jakieś spiski i knowania przeciw sobie.

        Dowodzi jednak armią, musi wydawać rozkazy, wszyscy czekają, co powie, gdzie ich poprowadzi. I Cyrus punkt po punkcie wykonuje rady Krezusa, nieświadom, że tym sposobem krok po kroku zmierza do własnej zagłady. (Czy Krezus świadomie wprowadził Cyrusa w błąd? Zastawił na niego pułapkę, aby zemścić się za doznaną porażkę i poniesioną hańbę? Nie wiemy - Herodot milczy na ten temat).

        Dość, że Cyrus wysyła niezdolną do walki część swojej armii - różnych ciurów, łazęgi, słabych i chorych, wszelkiego typu - jak mówiło się w gułagach - dochodiagi - tych ludzi przeznacza na stracenie, co też się i staje, bo w zetknięciu z czołówką wojsk Massagetów zostają oni wycięci w pień. Teraz Massageci, wymordowawszy ariergardę perską i "widząc zastawioną ucztę, zasiedli i ucztowali, po czym nasyceni jadłem i winem - posnęli. Wtedy naszli ich Persowie, wielu z nich wymordowali, a jeszcze większą ich liczbę wzięli żywcem do niewoli, między innymi syna królowej Tomyris, wodza Massagetów, któremu na imię było Spargapises".

        Tomyris na wieść o losach syna i wojska posyła do Cyrusa posłańca ze słowami: "Zwróć mi syna i odejdź bezkarnie z tego kraju, aczkolwiek trzecią część wojsk Massagetów okryłeś hańbą. Jeżeli tego nie uczynisz, przysięgam ci na boga słońca, pana Massagetów, że ja ciebie, choć jesteś nienasycony, krwią nasycę".

        To mocne, złowieszcze słowa, na które jednak Cyrus nie zwraca uwagi. Upaja się zwycięstwem, cieszy się, że wyprowadził Tomyris w pole, zemścił się na tej, która odrzuciła jego awanse. W tym momencie królowa jest jeszcze nieświadoma, jakie spotkało ją nieszczęście, a mianowicie:

        "Syn królowej Tomyris Spargapises, kiedy opuściło go oszołomienie winem i poznał, w jak fatalnym znalazł się położeniu, prosił Cyrusa, aby go uwolnił z kajdan. Uzyskał to, ale gdy go tylko rozkuto i stał się panem swoich rąk, odebrał sobie życie".

        Zaczyna się orgia śmierci i krwi.

        Tomyris, widząc, że Cyrus jej nie usłuchał, zebrała całą swą potęgę i wydała mu bitwę. Herodot: "Tę bitwę uważam za najbardziej morderczą ze wszystkich, jakie barbarzyńcy dotąd stoczyli..." Najpierw obie armie zarzucają się strzałami, a kiedy ich zabraknie, walczą na lance i noże, aby na koniec wziąć się wprost za bary. Z początku siły są równe, stopniowo jednak przewagę zdobywają Massagetowie. Większa część armii perskiej ginie. Wśród poległych jest również Cyrus.

        Następuje teraz scena jak z greckiej tragedii: pole jest pokryte trupami żołnierzy obu armii. Na to pobojowisko wchodzi Tomyris z pustym bukłakiem. Chodzi od jednego zabitego do drugiego i wytacza krew ze świeżych jeszcze ran, tak aby zapełnić nią cały bukłak. Królowa musi być umazana ludzką krwią, ociekać nią. Jest gorąco, więc zakrwawionymi rękoma musi ocierać twarz. Ma twarz we krwi. Rozgląda się, szuka ciała Cyrusa. W końcu znajduje je, "a znalazłszy, wsadziła jego martwą głowę do bukłaka, lżyła trupa, wyrzekając nadto te słowa: Tyś mnie zniweczył, choć żyję i zwyciężyłam cię w bitwie, boś mego syna podstępem wziął do niewoli; za to ja ciebie, jak ci zagroziłam, nasycę krwią".

        Tak kończy się ta bitwa.

        Tak ginie Cyrus.

        Pustoszeje scena, na której żywa jest już tylko zrozpaczona, nienawidząca Tomyris.

        Herodot niczego nie komentuje, tylko z reporterskiego obowiązku dodaje kilka informacji o nieznanych przecież Grekom obyczajach Massagetów:

        "Jeżeli Massageta pożąda jakiejś niewiasty, wtedy zawiesza swój kołczan na wozie i spółkuje z nią bez żenady. Specjalna granica wieku u nich nie istnieje, tylko jeżeli ktoś bardzo się zestarzeje, schodzą się wszyscy krewni, zarzynają go i wraz z nim jeszcze owce, gotują mięso i obficie nim się raczą. Taki los uchodzi u nich za najszczęśliwszy. Kto natomiast umrze wskutek choroby, tego nie spożywają, lecz chowają do ziemi i ubolewają nad nim, że nie udało mu się być zarżniętym".
    • beduinka Podróże z Herodotem (10) O pochodzeniu bogów 19.12.03, 13:43
      Podróże z Herodotem - Odcinek 10

      O pochodzeniu bogów

      Cały czas wraca Herodot do swojej wielkiej pasji, niemal obsesji. Jest nią wytykanie swoim pobratymcom pychy, zarozumialstwa, przekonania o własnej wyższości. Tę skłonność do zadzierania nosa Grecy zaszczepili później innym Europejczykom i ją właśnie zwalcza Herodot na każdym kroku.

      Zostawiam Tomyris na zasłanym trupami pobojowisku nad brzegami Syr-Darii, Tomyris pokonaną, ale zarazem zwycięską, zrozpaczoną, ale i triumfującą, Tomyris - niezłomną i płomienną Antygonę ze stepów azjatyckich, w swoim pokoju redakcyjnym chowam Herodota do szuflady, po czym zaczynam przeglądać najświeższe depesze, które korespondenci Reutersa i Agence France Presse nadesłali właśnie z Chin, Indonezji, Singapuru i Wietnamu. Donoszą oni, że partyzanci wietnamscy stoczyli pod Bing Long kolejną potyczkę z wojskami Ngo Dinh Diema (wynik starcia i ilość ofiar - nieznane), że Mao Tse-tung ogłasza nową kampanię: nie ma już polityki stu kwiatów, teraz zadaniem jest reedukacja inteligencji - kto potrafi czytać i pisać (okazuje się to nagle okolicznością obciążającą), będzie przymusowo wysłany na wieś, gdzie ciągnąc pług albo kopiąc kanały nawadniające, wyzbędzie się liberalnych, stukwiatowych mrzonek i zazna prawdziwego proletariacko-chłopskiego życia, że prezydent Indonezji Sukarno, jeden z ideologów nowej polityki Pańcza Sila, nakazał Holendrom opuścić jego kraj - ich dawną kolonię. Niewiele z tych krótkich informacji można się dowiedzieć, brakuje im kontekstu i czegoś, co można by nazwać lokalnym kolorytem. Może najłatwiej przychodzi mi wyobrazić sobie profesorów uniwersytetu pekińskiego, jak jadą ciężarówką skuleni z zimna, w dodatku nie wiedząc dokąd, bo jest chłodno i mgła pokrywa im szkła okularów.

      Tak, Azja jest pełna wydarzeń, i pani, która roznosi po pokojach redakcji depesze, coraz to kładzie mi nową porcję na biurku. A jednak z czasem widzę, że moją uwagę zaczyna przykuwać inny kontynent - Afryka. W Afryce też, podobnie jak w Azji - niepokój: burze i rewolty, przewroty i zamieszki, ale ponieważ leży ona bliżej Europy (graniczy z nią tylko przez wodę - Morze Śródziemne), słyszy się odgłosy tego kontynentu bardziej bezpośrednio, jakby rozlegały się tuż obok.

      Afryka ma wielką zasługę - zmieniła hierarchię świata - Nowemu Światu pomogła wyprzedzić i wziąć górę nad Starym przez to, że dając mu swoją siłę roboczą, a trwało to ponad trzy stulecia, budowała jego zasobność i potęgę. Potem, oddawszy wiele pokoleń swoich najlepszych, najmocniejszych i najbardziej wytrzymałych ludzi, wyludniony i wyczerpany kontynent stał się łatwym łupem europejskich kolonizatorów. Teraz jednak budził się z letargu i zbierał siły, żeby wybić się na niepodległość.

      * * * * *

      Zacząłem skłaniać się w stronę Afryki także dlatego, że od początku Azja bardzo mnie onieśmielała. Cywilizacje Indii, Chin i Wielkiego Stepu to były dla mnie giganty, które wymagały całego życia, aby można było do każdego z osobna bodaj tylko się przybliżyć, nie mówiąc nawet o tym, żeby go lepiej poznać. Afryka natomiast wydawała mi się bardziej rozdrobniona, zróżnicowana, w swojej wielości - zminiaturyzowana, a przez to lepiej uchwytna, dostępna.

      Wszystkich od wieków przyciągała pewna aura tajemniczości, która otaczała ten kontynent - że w Afryce musi być coś jedynego, ukrytego, jakiś połyskujący, oksydowany punkt w ciemnościach, do którego trudno albo w ogóle nie można dotrzeć. I każdy oczywiście miał ambicję, żeby spróbować swoich sił, odnaleźć i odsłonić to zagadkowe, tajemnicze coś.

      Problem ten ciekawił też Herodota. Pisze on, że opowiadali mu ludzie z Cyrenajki, którzy udali się do wyroczni Ammona, że nawiązali z tej okazji rozmowę z królem Ammonów - Etearchem (Ammonowie mieszkali w oazie Sivah na pustyni libijskiej). Etearch oświadczył, że ongi przybyli do niego mężowie z plemienia Nasamonów. Jest to lud libijski, który zamieszkuje Syrtę i kawał ziemi na wschód, niedaleko od Syrty (zatoka na Morzu Śródziemnym między Trypolisem a Bengazi). Przybyli zatem Nasamonowie i na jego pytanie, czy mogliby coś bliższego powiedzieć o pustyniach Libii, odpowiedzieli, że kiedyś naczelnicy ich mieli butnych synów; ci, dorósłszy, przedsiębrali wiele niepotrzebnych rzeczy i m.in. wylosowali pięciu spośród siebie, by ci zwiedzili pustynie Libii i starali się jeszcze coś więcej zobaczyć niż inni, którzy widzieli najodleglejsze jej strony. Albowiem w części Libii położonej nad Morzem Śródziemnym... mieszkają Libijczycy i liczne ludy libijskie... poniżej zaś morza i tych ludów, które mieszkają nad morzem, Libia jest pełna dzikich zwierząt. A powyżej okolicy z dzikimi zwierzętami jest piasek i zupełny brak wody, i kraj zgoła pustynny. Owi więc młodzieńcy, wysłani przez swoich rówieśników i dobrze zaopatrzeni w wodę i żywność, szli naprzód przez kraj zamieszkany; przeszedłszy go, przybyli do kraju dzikich zwierząt, a stąd ciągnęli już pustynią, odbywając drogę w kierunku zachodnim. Skoro tak przewędrowali wiele ziemi piaszczystej, wreszcie po wielu dniach ujrzeli raz drzewa, które rosły na równinie. Przystąpili więc i zrywali owoce rosnące na drzewach, a kiedy to czynili, zaskoczyli ich mali mężowie, mniej niż średniego wzrostu, którzy ich schwytali i uprowadzili; języka ich nie rozumieli Nasamonowie, ani napastnicy - języka Nasamonów. Wiedli ich tedy przez bardzo wielkie bagna, a po przejściu tychże przybyli do miasta, w którym wszyscy ludzie mieli ten sam wzrost, co owi przewodnicy i czarną skórę. Wzdłuż miasta płynęła wielka rzeka, a płynęła ona z zachodu ku wschodowi słońca i widać w niej było krokodyle.

      To fragment z II księgi Herodota - relacji z jego podróży do Egiptu. Możemy w tym kilkudziesięciostronicowym tekście przyjrzeć się warsztatowi Greka.

      Jak pracuje Herodot?

      To rasowy reporter: wędruje, patrzy, rozmawia, słucha, żeby później zanotować to, czego dowiedział się i zobaczył, lub żeby po prostu rzecz zapamiętać.

      Jak podróżuje? Jeżeli lądem - to na koniu, ośle i mule, a najczęściej pieszo, a jeżeli wodą - na łodzi lub statku.

      Czy jest sam, czy ma ze sobą niewolnika? Nie wiemy, ale w tym czasie, kogo było stać, brał ze sobą niewolnika. Niewolnik niósł bagaż, tykwę z wodą, torbę z żywnością, przybory do pisania - zwój papirusu, tabliczki gliniane, pędzle, rylce, atrament. Niewolnik był towarzyszem w drodze - trudne warunki podróży niwelowały różnice klasowe - dodawał ducha, bronił, rozpytywał o drogę, zaciągał języka. Możemy sobie wyobrazić, że stosunki między Herodotem - dociekliwym romantykiem żądnym wiedzy dla wiedzy, pilnym badaczem spraw niepraktycznych i mało komu przydatnych, a jego niewolnikiem, który w drodze musiał dbać o rzeczy przyziemne, codzienne, bytowe, przypominały relacje między Don Kichotem a Sancho Pansą, były starogrecką wersją późniejszej kastylijskiej pary.

      Oprócz niewolnika najmowano także w podróż przewodnika i tłumacza. Drużyna Herodota mogła więc liczyć - oprócz niego samego - co najmniej trzech ludzi. Ale zwykle dołączali się także wędrowcy idący w tym samym kierunku.

      W egipskim, bardzo gorącym klimacie najlepiej podróżuje się rano. Wędrowcy wstają więc o świcie, jedzą śniadanie (placki pszenne, figi i ser owczy, piją rozcieńczone wino - wolno pić, islam zapanuje tu dopiero za tysiąc lat), a potem ruszają w drogę.

      Cel wędrówki - zebrać nowe informacje o kraju, jego ludziach i ich obyczajach, albo porównać wiarygodność danych już zgromadzonych. Bo Herodot nie zadowala się tym, co mu ktoś powiedział - stara się rzecz sprawdzić, zestawić zasłyszane wersje, sformułować własną opinię.

      Tak jest i tym razem. Kiedy przyjeżdża do Egiptu, król tego kraju - Psammetych nie żyje już od stu pięćdziesięciu lat. Herodot dowiaduje się (a być może usłyszał już o tym w Grecji), że Psammetycha najbardziej zajmowało pytanie: którzy ludzie zostali najpierw stworzeni? Egipcjanie myśleli, że to właśnie oni, ale Psammetych, choć król Egipcjan miał jednak wątpliwości. Każe więc pasterzowi wychowywać dwoje ni
      • beduinka Re: Podróże z Herodotem (10) O pochodzeniu bogów 19.12.03, 13:47
        Tak jest i tym razem. Kiedy przyjeżdża do Egiptu, król tego kraju - Psammetych nie żyje już od stu pięćdziesięciu lat. Herodot dowiaduje się (a być może usłyszał już o tym w Grecji), że Psammetycha najbardziej zajmowało pytanie: którzy ludzie zostali najpierw stworzeni? Egipcjanie myśleli, że to właśnie oni, ale Psammetych, choć król Egipcjan miał jednak wątpliwości. Każe więc pasterzowi wychowywać dwoje niemowląt w bezludnych górach. To, w jakim języku wypowiedzą one pierwsze słowo, będzie dowodem, że lud, który nim mówi, jest najstarszy na świecie. Kiedy dzieci mają dwa lata i są głodne, wołają bekoś!, a to w języku frygijskim oznacza chleb. Psammetych ogłasza więc, że pierwszymi ludźmi na świecie byli Frygowie, a dopiero później przyszli Egipcjanie i tym uściśleniem zasługuje sobie na miejsce w historii. Dociekania Psammetycha interesują Herodota, ponieważ dowodzą one, że król egipski zna nienaruszalne prawo historii mówiące, że kto się będzie wywyższać, zostanie poniżony: nie bądź pazerny, nie pchaj się do pierwszego szeregu, zachowaj umiarkowanie i pokorę, bo dopadnie cię karząca ręka Losu, ścinająca głowy pyszałkom, którzy wynoszą się ponad innych. Psammetych chciał odwrócić to niebezpieczeństwo od Egipcjan i przesunął ich z pierwszego szeregu do drugiego: Frygowie byli pierwsi, a wy dopiero po nich.

        Że rzecz tak się miała, słyszałem od kapłanów Hefajstosa w Memfis... a nawet udałem się do Teb i Heliopolis, właśnie dla nich, bo chciałem się przekonać, czy będą zgodni z opowiadaniami z Memfis. Podróżuje więc, żeby sprawdzać, porównywać, uściślać. Słucha ich opowieści o Egipcie, jego rozmiarach i ukształtowaniu i komentuje: Także to wydawało mi się słuszne, co mi kapłani mówili o kraju. Ma o wszystkim własne zdanie i w opowieściach innych szuka jego potwierdzenia.

        Herodota najbardziej fascynuje Nil - zagadka tej potężnej i tajemniczej rzeki. Gdzie są jej źródła? Skąd bierze wody? Skąd niesie muł, którym użyźnia ten ogromny kraj? O źródłach Nilu żaden Egipcjanin, Libijczyk czy Grek, z którymi rozmawiałem, nie był w stanie udzielić mi jakiejś wyraźniej odpowiedzi. Postanawia więc szukać ich sam, zapuszcza się jak najdalej w górny Egipt. Mianowicie aż do miasta Elefantyny doszedłem sam jako świadek naoczny, stamtąd zaś już tylko ze słuchu rzecz badałem. Od miasta Elefantyny w górę okolica jest stroma. Dlatego musi się tam do statku przywiązywać z obu stron liny i jakby z zaprzęgiem wołów podróż odbywać, a jeżeli lina się zerwie, to statek, niesiony siłą prądu, zjeżdża w dół. Długość tej jazdy wynosi cztery dni. Nil zaś jest tam kręty jak Meander. Jeszcze dwa miesiące wędruje się i płynie w górę Nilu, aż przybywasz do wielkiego miasta, które zwie się Meroe. Lecz co jest dalej, poza tym, tego nikt nie potrafi wyraźnie powiedzieć, pustynny bowiem jest ten kraj z powodu upału słonecznego.

        Porzuca Nil, tajemnicę jego źródeł, zagadkę sezonowego podnoszenia się i opadania wód rzeki i zaczyna uważnie obserwować Egipcjan, ich sposób bycia, nawyki, obyczaje. Stwierdza, że Egipcjanie mają zwyczaje i obyczaje prawie pod każdym względem przeciwne aniżeli wszystkie inne ludy.

        I uważnie, skrupulatnie rejestruje:

        Kobiety u nich przebywają na rynku i handlują, a mężczyźni siedzą w domu i przędą... Ciężar noszą mężczyźni na głowie, kobiety na ramionach. Kobiety oddają mocz stojąc, mężczyźni kucając. Wypróżniają żołądek w domu, a jadają poza domem, na ulicy, bo myślą tak: co jest nieprzyzwoite, ale konieczne, to musi się robić po kryjomu, co zaś nie jest nieprzyzwoite - otwarcie. Żadna kobieta nie jest kapłanką ani na rzecz boga, ani bogini, ale mężczyźni są kapłanami wszystkich bogów i bogiń. Żywić rodziców nie ma dla synów żadnego przymusu, jeżeli nie chcą, ale córki bezwarunkowo muszą to robić, choćby nie chciały. Kapłani bogów gdzie indziej noszą długie włosy, a w Egipcie je strzygą... Inni ludzie wiodą życie oddzielne od zwierząt domowych, Egipcjanie żyją z nimi razem... Ciasto ugniatają nogami, a glinę rękami. Członki rodne zostawiają inni ludzie takimi, jak je stworzyła natura, a Egipcjanie i ci, którzy się tego od nich nauczyli - obrzezują.

        I tak dalej i dalej ciągnie się długa lista egipskich obyczajów i zachowań, które przybysza z zewnątrz zaskakują i zdumiewają swoją innością, odrębnością i wyłącznością. Herodot mówi: patrzcie, ci Egipcjanie i my Grecy jesteśmy tacy różni, a jednocześnie tak dobrze ze sobą żyjemy (bo w Egipcie pełno jest wtedy greckich kolonii, których mieszkańcy przyjaźnie współżyją z miejscowym żywiołem). Tak, Herodot nigdy nie oburza się i nie potępia inności, lecz stara się poznać ją, zrozumieć i opisać. Odrębność? Ona ma tylko podkreślać jedność, stanowić o jej żywotności i bogactwie.

        Cały czas wraca do swojej wielkiej pasji, niemal obsesji. Jest nią wytykanie swoim pobratymcom pychy, zarozumialstwa, przekonania o własnej wyższości (to właśnie z greckiego pochodzi słowo barbaros - oznaczające mówiącego nie-po-grecku, bełkotliwie, niezrozumiale, a tym samym kogoś niższego, gorszego). Tę skłonność do zadzierania nosa Grecy zaszczepili później innym Europejczykom i ją właśnie zwalcza Herodot na każdym kroku. Czyni to również, zestawiając Greków i Egipcjan - jakby celowo jechał do Egiptu, żeby tam właśnie zebrać materiał i dowody na swoją filozofię umiarkowania, skromności i zdrowego rozsądku.

        Zaczyna od sprawy zasadniczej, transcendentalnej - skąd Grecy wzięli swoich bogów? Skąd oni pochodzą? Jak to skąd - odpowiadają Grecy - toż to są nasi bogowie! - A nie - mówi bluźnierczo Herodot - naszych bogów wzięliśmy od Egipcjan!

        Jak to dobrze, że mówi to w świecie, w którym nie ma jeszcze środków masowego przekazu i słyszy to lub czyta tylko garstka ludzi. Gdyby jego pogląd rozszedł się szeroko, Grek zostałby natychmiast ukamienowany, spalony na stosie! Ale ponieważ Herodot żyje w epoce przedmedialnej, może bezpiecznie mówić, że uroczyste zgromadzenia, pochody i procesje błagalne pierwsi wśród ludów ustanowili Egipcjanie, a dopiero od nich nauczyli się Grecy. O wielkim herosie greckim - Heraklesie: nie Egipcjanie od Greków, ale Grecy od Egipcjan imię Heraklesa przejęli... że tak się rzecz ma, na to posiadam między innymi wielu dowodami i ten także, iż rodzice tego Heraklesa Amfitrion i Alkmena oboje po przodkach pochodzili z Egiptu... Herakles jest więc prastarym bogiem u Egipcjan. Jak sami mówią, siedemnaście tysięcy lat upłynęło od czasu, kiedy z ośmiu bogów powstało dwunastu, z których jednym, jak sądzę, był Herakles. Chcąc o tym uzyskać jakąś pewną wiadomość od ludzi, którzy mogli mi jej udzielić, popłynąłem nawet do Tyru w Fenicji, bo tam, słyszałem, znajduje się świątynia poświęcona Heraklesowi. I widziałem, jak bogato była zaopatrzona w liczne dary wotywne. Wdałem się w rozmowę z kapłanami boga i zapytałem ich, ile czasu minęło od chwili wzniesienia tej świątyni. Ale przekonałem się, że ich odpowiedź nie zgadza się z tym, co mówią Grecy...

        To, co uderza w tych dociekaniach, to ich świecki charakter, w gruncie rzeczy - nieobecność sacrum i towarzyszącego mu zwykle podniosłego, namaszczonego języka. W tej historii bogowie nie są kimś nieosiągalnym, nieogarnionym, nadziemskim - dyskusja jest rzeczowa, toczy się wokół tematu, kto wymyślił bogów - Grecy czy Egipcjanie?
    • beduinka Widok z minaretu - 11 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 22:34
      Widok z minaretu - 11 część "Podróży z Herodotem"

      Ryszard Kapuściński 05-12-2003 (gazeta.pl)

      Ulice Kairu mają oczy i uszy. Tu jakiś dozorca, tam stróż, dalej ktoś, kto stoi
      bezczynnie i patrzy. Wielu z tych ludzi nic konkretnego nie robi, ale ich oczy
      tworzą krzyżującą się nawzajem siatkę obserwacyjną. Wszystko w porę wytropią,
      zauważą. I doniosą. Jedenasta część "Podróży z Herodotem" Ryszarda
      Kapuścińskiego

      Spór Herodota z jego ziomkami nie dotyczy samego istnienia bogów (świata bez
      tych Wyższych Bytów nasz Grek, być może, nie umiałby sobie wyobrazić), ale
      tego, kto od kogo zapożyczył ich imiona i wyobrażenia. Grecy twierdzili, że ich
      bogowie są częścią ich rodzimego świata i z niego się wywodzą, natomiast
      Herodot stara się udowodnić, że cały swój panteon, a przynajmniej jego znaczną
      część, wzięli oni od Egipcjan.

      I tu, żeby wzmocnić swoje stanowisko, sięga po argument jego zdaniem
      nieodparty - argument czasu, starszeństwa, wieku: która kultura jest starsza,
      pyta, grecka czy egipska? I zaraz odpowiada następująco: "Gdy przede mną pisarz
      Hekatajos podał w Tebach swój rodowód obejmujący piętnaście pokoleń, bo
      szesnaste odnosił już do boga, uczynili mu kapłani Zeusa to samo co mnie, który
      swojego rodowodu nie podawałem. A mianowicie wprowadzili mnie do wnętrza
      świętego przybytku, który był wielki, i pokazując, wyliczyli mi drewniane
      kolosy... w liczbie trzysta czterdzieści pięć" (dla wyjaśnienia - Hekatajos to
      Grek, a kolosy są egipskie i każdy z nich symbolizuje jedno pokolenie).
      Patrzcie więc, Grecy, zdaje się mówić Herodot, nasz rodowód sięga zaledwie
      piętnastu pokoleń wstecz, a Egipcjan aż trzystu czterdziestu pięciu. Zatem któż
      tu od kogo miał zapożyczać bogów, jeśli nie my od Egipcjan, o wiele od nas
      starszych? I żeby bardziej wyraziście uświadomić rodakom przepaść czasu
      historycznego dzielącą te dwa narody, precyzuje: przecież trzysta pokoleń
      ludzkich oznacza dziesięć tysięcy lat, bo trzy pokolenia ludzkie wynoszą sto
      lat. I przytacza zdanie kapłanów egipskich, że w tym czasie nie zjawił się
      żaden nowy bóg w postaci ludzkiej. Tak więc, zdaje się konkludować Herodot,
      bogowie, których uznajemy za naszych, istnieli już w Egipcie od ponad
      dziesięciu tysięcy lat!

      Ale jeżeli przyjąć, że Herodot ma rację i że nie tylko bogowie, ale i cała
      kultura przyszły do Grecji (tj. do Europy) z Egiptu (tj. z Afryki), można
      będzie wówczas postawić tezę o nieeuropejskich korzeniach kultury europejskiej
      (wokół tej sprawy zresztą toczy się dyskusja od dwóch i pół tysiąca lat, a jest
      to spór, w którym dużo jest ideologii i emocji). Zamiast wkraczać teraz na to
      groźne pole minowe, zwróćmy uwagę na jedno: w świecie Herodota, w którym obok
      siebie istnieje wiele kultur i cywilizacji, stosunki między nimi są bardzo
      zróżnicowane: obserwujemy wypadki, w których jakaś cywilizacja jest w
      konflikcie z drugą, ale równocześnie są cywilizacje, które utrzymują z innymi
      stosunki wymiany i wzajemnych zapożyczeń, które się obopólnie wzbogacają. Co
      więcej, są cywilizacje, które kiedyś zwalczały się, a dziś ze sobą
      współpracują, żeby jutro, być może, znaleźć się znowu na stopie wojennej.
      Słowem, dla Herodota wielokulturowość świata jest żywą, pulsującą tkanką, w
      której nic nie jest dane i określone raz na zawsze, lecz nieustannie
      przekształca się, zmienia, tworzy nowe relacje i konteksty.

      ***

      Jest rok 1960, kiedy widzę Nil po raz pierwszy. Najpierw wieczorem, gdy samolot
      zbliża się do Kairu. Z wysoka o tej godzinie rzeka przypomina czarny,
      połyskujący, rozgałęziony pień otoczony girlandami świateł ulicznych i jasnymi
      rozetami placów tego wielkiego i ruchliwego miasta.

      W owej epoce Kair jest centrum ruchu wyzwoleńczego Trzeciego Świata, mieszka tu
      wielu ludzi, którzy jutro będą prezydentami nowych państw, i mają tu swoje
      siedziby różne partie antykolonialne z Afryki i Azji.

      Kair jest również stolicą powstałej dwa lata wcześniej Zjednoczonej Republiki
      Arabskiej (z połączenia Egiptu i Syrii), której prezydentem jest 42-letni
      pułkownik Gamal Abdel Naser - rosły, masywny Egipcjanin, postać władcza i
      charyzmatyczna. W 1952 roku Naser, mając 34 lata, dowodził przewrotem
      wojskowym, obalił króla Faruka, a sam, w cztery lata później, już jako
      prezydent, stanął na czele Egiptu. Długi czas miał silną opozycję wewnętrzną: z
      jednej strony walczyli z nim komuniści, z drugiej - Bractwo Muzułmańskie,
      spiskowa organizacja fundamentalistów i terrorystów islamskich. Przeciw obu tym
      siłom Naser utrzymywał mnóstwo wszelkiej policji.

      ***

      Wstałem rano, żeby pójść do miasta, a był to kawałek drogi. Mieszkałem w hotelu
      w dzielnicy Zamalek, mieszczańskiej, dosyć zamożnej, zbudowanej kiedyś głównie
      dla cudzoziemców, ale teraz zamieszkanej już przez bardzo różnych ludzi.
      Ponieważ wiedziałem, że w hotelu będą grzebać mi w walizce, postanowiłem zabrać
      z niej pustą butelkę czeskiego piwa Pilzner i wyrzucić po drodze (w tym czasie
      Naser, gorliwy muzułmanin, prowadził kampanię antyalkoholową). Butelkę, aby nie
      była widoczna, włożyłem do szarej, papierowej torby i wyszedłem z nią na ulicę.
      Mimo że był poranek, już robiło się parno i gorąco.

      Rozejrzałem się za koszem na śmieci. Ale spoglądając, natrafiłem na wzrok
      stróża siedzącego na stołku w bramie, z której właśnie wyszedłem. Patrzył na
      mnie. E, pomyślałem, nie wrzucę przy nim butelki, bo zajrzy potem do kosza,
      znajdzie ją i doniesie policji hotelowej. Poszedłem trochę dalej i zobaczyłem
      stojącą pustą skrzynię. Już chciałem wrzucić do niej butelkę, kiedy zobaczyłem
      dwóch ludzi stojących w długich, białych galabijach. Rozmawiali ze sobą, ale
      jednocześnie zaczęli mi się przyglądać. Nie, nie mogłem wrzucić na ich oczach
      butelki, na pewno by ją zobaczyli, ponadto skrzynia nie służy do wrzucania
      śmieci. Nie zatrzymałem się i szedłem dalej, aż zobaczyłem kosz, cóż, kiedy
      zauważyłem, że obok, przed bramą, siedział Arab i uważnie patrzył na mnie. Nie,
      nie, powiedziałem sobie, nie mogę ryzykować, spogląda na mnie bardzo
      podejrzliwie. Więc trzymając w ręku torebkę z butelką, szedłem jak gdyby nigdy
      nic dalej.

      Otóż dalej było skrzyżowanie, na środku stał policjant z pałką i z gwizdkiem, a
      na jednym z rogów siedział na stołku jakiś człowiek i patrzył na mnie.
      Zauważyłem, że ma tylko jedno oko, ale to oko wpatrywało się we mnie tak
      natarczywie, tak natrętnie, że poczułem się nieswojo, a nawet zacząłem się bać,
      iż każe mi pokazać, co takiego niosę w torebce. Przyspieszyłem więc kroku, żeby
      zejść mu z pola widzenia, a robiłem to tym bardziej ochoczo, że zobaczyłem
      majaczący przede mną kosz na śmieci. Niestety, niedaleko kosza, w cieniu
      mizernego drzewka, siedział starszy mężczyzna, siedział i patrzył na mnie.

      Teraz ulica zakręcała, ale za zakrętem było to samo. Nigdzie nie mogłem
      wyrzucić butelki, bo rozglądając się wokół, wszędzie napotykałem czyjś zwrócony
      w moją stronę wzrok. Jezdnią przejeżdżały samochody, osiołki ciągnęły
      naładowane towarem wózki, sztywno, szczudłowato kroczyło stadko wielbłądów, ale
      to wszystko działo się jakby na drugim planie, poza mną, który szedłem cały
      czas prowadzony wzrokiem jakichś ludzi, którzy stali, siedzieli (to
      najczęściej), przechadzali się, rozmawiali i patrzyli, co robię. Moje
      zdenerwowanie rosło, pociłem się coraz bardziej, papierowa torebka robiła się
      mokra, bałem się, że butelka wyleci z niej i roztrzaska się na chodniku, budząc
      dodatkowe zainteresowanie ulicy. Naprawdę nie wiedziałem, co robić dalej, więc
      wróciłem do hotelu i schowałem butelkę w walizce.

      Dopiero nocą wyszedłem z nią ponownie. Nocą było lepiej. Wcisnąłem ją do
      któregoś kosza i z ulgą położyłem się spać.

      Teraz, chodząc po mieście, zacząłem bliżej przyglądać się ulicom. Wszystkie
      miały oczy i uszy. Tu jakiś dozorca, tam jakiś stróż, obok nieruchoma postać na
      leżaku, trochę dalej ktoś, kto stoi bezczynnie i patrzy. Wielu z tych ludzi nic
      konk
      • beduinka Re: Widok z minaretu - 11 część "Podróży z Herodo 29.12.03, 22:42
        Teraz, chodząc po mieście, zacząłem bliżej przyglądać się ulicom. Wszystkie
        miały oczy i uszy. Tu jakiś dozorca, tam jakiś stróż, obok nieruchoma postać na
        leżaku, trochę dalej ktoś, kto stoi bezczynnie i patrzy. Wielu z tych ludzi nic
        konkretnego nie robi, ale ich oczy tworzą krzyżującą się nawzajem spójną,
        szczelną siatkę obserwacyjną obejmującą całą przestrzeń ulicy, w której nic nie
        mogłoby się takiego stać, co by nie było w porę wytropione i zauważone.
        Zauważone i doniesione.

        Ciekawy to temat - ludzie zbędni w służbie przemocy. Społeczeństwo rozwinięte,
        ustalone, zorganizowane jest zbiorowością wyraźnie określonych, zdefiniowanych
        ról, czego nie da się jednak powiedzieć o dużej części mieszkańców miast
        Trzeciego Świata. Całe ich dzielnice zapełnia żywioł nieuformowany, płynny, bez
        wyraźnego zaszeregowania, bez pozycji, miejsca czy przeznaczenia. W każdej
        chwili i z byle powodu ludzie ci mogą utworzyć zbiegowisko, ciżbę, tłum, który
        o wszystkim ma zdanie, na wszystko ma czas, chciałby w czymś uczestniczyć, coś
        znaczyć, ale nikt na niego nie zwraca uwagi, nikt go nie potrzebuje.

        Wszelkie dyktatury żerują na tej bezczynnej magmie. Nie potrzebują nawet
        utrzymywać kosztownej armii etatowych policjantów. Wystarczy sięgnąć po tych
        szukających czegokolwiek w życiu ludzi. Dać im poczucie, że do czegoś mogą się
        przydać, że ktoś na nich liczy, że zostali zauważeni, coś mogą znaczyć.

        Korzyści z tego związku są obopólne: człowiek z ulicy, wysługując się
        dyktaturze, zaczyna czuć się częścią władzy, kimś ważnym i znaczącym, a
        dodatkowo, ponieważ zwykle miał on na sumieniu jakieś drobne kradzieże, bójki,
        oszustwa, teraz nabiera przekonania o bezkarności, dyktatura natomiast ma w nim
        taniego, wręcz darmowego, a gorliwego i wszechobecnego agenta-mackę. Czasem
        zresztą nawet trudno nazwać go agentem. Bo to tylko ktoś, kto chce być
        dostrzegany przez władzę, pilnuje, żeby być widoczny, przypomina o sobie,
        zawsze chętny, aby oddać przysługę.

        ***

        Kiedyś, kiedy z hotelu szedłem ulicą, jeden z tych ludzi (domyślałem się, że
        jest z tych, zawsze stał w tym samym miejscu, musiał mieć swój rewir) zatrzymał
        mnie i powiedział, abym z nim poszedł - pokaże mi stary meczet. W ogóle jestem
        bardzo łatwowierny, a podejrzliwość uważam nie za przejaw rozsądku, ale za wadę
        charakteru, a tu ten fakt, że tajniak zaproponował mi meczet, a nie kazał mi
        iść na komisariat, sprawił mi taką ulgę, a nawet ucieszył mnie, że zgodziłem
        się bez chwili namysłu. Był grzeczny, miał schludny garnitur i nieźle mówił po
        angielsku. Powiedział, że ma na imię Ahmed. A ja - Ryszard, ale mów Richard, to
        dla ciebie będzie łatwiejsze. Najpierw idziemy. Potem długo jedziemy autobusem.
        Wysiadamy. Jesteśmy w jakiejś starej dzielnicy, wąskie uliczki, ciasne zaułki,
        małe placyki, ślepe zakątki, krzywe ściany, ściśnięte przejścia, gliniane,
        szarobrązowe mury, blaszane, karbowane dachy. Kto tu wejdzie, a jest bez
        przewodnika - nie wyjdzie. Tylko tu i tam jakieś drzwi w murach, ale te drzwi
        zamknięte, zaryglowane na amen. Pusto. Czasem jak cień przemknie się kobieta,
        czasem pojawi się gromadka dzieci, ale malcy spłoszeni krzykiem Ahmeda zaraz
        znikają.

        Tak docieramy do masywnych, metalowych wrót, na których Ahmed wystukuje jakiś
        szyfr. Wewnątrz ktoś szura sandałami, a potem słychać głośne chrobotanie klucza
        w zamku. Otwiera nam stróż nieokreślonego wieku i wyglądu i wymienia z Ahmedem
        kilka słów. Prowadzi nas przez mały, zamknięty dziedziniec do zapadniętych w
        ziemi drzwi minaretu. Są otwarte, obydwaj wskazują mi, żebym wszedł. W środku
        panuje gęsty mrok, ale widać zarys krętych schodów biegnących po wewnętrznej
        ścianie minaretu, który kształtem przypomina wielki komin fabryczny. Kto
        spojrzy w górę, zobaczy, jak gdzieś wysoko, wysoko prześwituje jaśniejszy
        punkt, który z tego miejsca wygląda jak odległa i blada gwiazda - to niebo.

        - We go! - mówi głosem zachęcająco-nakazującym Ahmed, który wcześniej
        powiedział mi, że ze szczytu minaretu zobaczę cały Kair: - Great view! -
        zapewnił mnie. Tedy ruszamy. Od początku wygląda to źle. Schody są wąziutkie i
        śliskie, bo zasypane piaskiem i tynkiem. Ale najgorsze, że nie mają poręczy,
        żadnych uchwytów, klamer, linki, nic, żeby się czegoś uczepić.

        No, nic - idziemy.

        Idziemy i idziemy.

        Najważniejsze - nie spoglądać w dół. Ani w dół, ani w górę. Patrzeć tylko przed
        siebie, na najbliższy punkt, ten schodek, który jest na wysokości wzroku.
        Wyłączyć wyobraźnię, wyobraźnia zawsze napędza strachu. Przydałaby się jakaś
        joga, jakaś nirwana i tantra, jakiś karman czy moksza, coś, co pozwoliłoby nie
        myśleć, nie czuć, nie być.

        No nic - idziemy.

        Idziemy i idziemy.

        Jest ciemno i ciasno. Stromo i kręto. Stąd, ze szczytu minaretu, jeżeli meczet
        jest czynny, pięć razy dziennie muezin wzywa wiernych do modlitwy. Są to
        przeciągłe wołania w formie zaśpiewów, czasem bardzo pięknych - podniosłych,
        przejmujących, romantycznych. Nic jednak nie wskazywało na to, aby nasz minaret
        był przez kogoś od lat używany. Było to miejsce opuszczone, pachnące
        stęchlizną, zastałym kurzem.

        Nie wiem, czy z wysiłku, czy nieokreślonego, a narastającego lęku, zacząłem
        odczuwać zmęczenie i najwyraźniej zwolniłem, bo Ahmed zaczął mnie poganiać:

        - Up! Up! - a ponieważ szedł za mną, blokował mi możliwość wszelkiego odwrotu,
        wycofania się, ucieczki. Nie mogłem zawrócić i wyminąć go - z boku zaczynała
        się przepaść. No nic, trudno, pomyślałem, idziemy dalej.

        Idziemy i idziemy.

        Było już tak wysoko i groźnie na tych schodkach bez poręczy i uchwytów, że
        każdy gwałtowny ruch któregoś z nas sprawiłby, iż obaj runęlibyśmy kilka pięter
        w dół. Byliśmy złączeni paradoksalnym klinczem nietykalności, kto ruszyłby
        drugiego, też poleciałby za nim.

        Ale ten układ symetryczny zmienił się później na moją niekorzyść. U końca
        schodów, na samym szczycie, był okalający minaret mały i wąski tarasik -
        miejsce dla muezina. Zwykle jest on otoczony murowaną lub metalową barierą. Tu
        widocznie bariera była metalowa, ale po tylu wiekach zardzewiała i odpadła, bo
        ów wąski występ w murze nie miał żadnej osłony. Ahmed łagodnie wypchnął mnie na
        zewnątrz, a sam, stojąc na schodach, bezpiecznie oparty o prześwit w murze,
        powiedział:

        - Give me your money.

        Pieniądze miałem w kieszeni w spodniach i bałem się, że nawet tak nieznaczny
        ruch jak sięgnięcie do nich sprawi, że runę w dół. Ahmed zauważył, że zawahałem
        się, i powtórzył, już ostrzej:

        - Give me your money!

        Patrząc w niebo, żeby tylko nie spojrzeć w dół, ostrożnie, ostrożnie włożyłem
        rękę do kieszeni i powoli, bardzo powoli wyjąłem portfel. Wziął go bez słowa,
        obrócił się i zaczął schodzić w dół.

        Teraz najtrudniejszy był każdy centymetr drogi z odsłoniętego tarasu do
        pierwszego stopnia schodów - drogi liczącej mniej niż jeden metr. A potem
        gehenna schodzenia w dół, na nie swoich nogach, ciężkich, sparaliżowanych,
        jakby przykutych do muru.

        Stróż otworzył mi wrota, a jakieś dzieci - najlepsi przewodnicy w tych
        zaułkach - zaprowadziły mnie do taksówki.

        ***

        Potem jeszcze przez kilka dni mieszkałem na Zamalku. Tą samą ulicą chodziłem
        dalej do miasta. Codziennie spotykałem Ahmeda. Stał zawsze w tym samym miejscu,
        pilnując swojego rewiru.

        Patrzył na mnie bez żadnego wyrazu na twarzy, jakbyśmy się nigdy nie spotkali.

        I ja patrzyłem na niego, myślę, że też bez żadnego wyrazu, jakbyśmy się nigdy
        nie spotkali.
    • beduinka Koncert Armstronga -12 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 22:46
      Koncert Armstronga -12 część "Podróży z Herodotem"

      Ryszard Kapuściński 12-12-2003 (gazeta.pl)

      To był on, Satchmo. Grał na trąbce, śmiał się swoim zaraźliwym śmiechem. Ale
      publiczność na chartumskim stadionie milczała. Dwunasta część "Podróży z
      Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Chartum, Aba 1960

      Po wyjściu z lotniska w Chartumie powiedziałem do kierowcy taksówki: - Victoria
      Hotel, ale ten bez słowa, bez żadnych wyjaśnień i usprawiedliwień, zawiózł mnie
      do hotelu, który nazywał się Grand.

      - To tak zawsze - objaśnił mi spotkany tu Libańczyk - jeżeli przyjeżdża do
      Sudanu biały, uważają, że musi być Anglikiem, a jeśli Anglik, to oczywiście
      musi mieszkać w Grandzie. Ale to dobre miejsce spotkań, wieczorem wszyscy tu
      przychodzą.

      Kierowca, wyjmując z bagażnika walizkę, drugą ręką zatoczył półkole, żeby
      pokazać mi, jaki będę miał widok, i powiedział z dumą: - Blue Nile! Spojrzałem
      na płynącą w dole rzekę - miała kolor szaroszmaragdowy, była bardzo szeroka i
      płynęła wartko. Taras hotelu, długi i zacieniony, wychodził właśnie na Nil, a
      od rzeki oddzielał go szeroki bulwar, wzdłuż którego rosły stare, rozłożyste
      figowce.

      W pokoju, do którego wprowadził mnie portier, szumiał umocowany do sufitu
      wiatrak, ale jego skrzydła nie chłodziły, a tylko mieszały powietrze rozgrzane
      jak wrzątek. Gorąco tu, pomyślałem, i postanowiłem wyjść na miasto. Nie
      wiedziałem, co robię, bo ledwie uszedłem kilkaset metrów, a już zdałem sobie
      sprawę, że wpadłem w pułapkę. Z nieba spływał żar, który przygwoździł mnie do
      asfaltu. Łomotało mi w głowie i zacząłem tracić oddech. Poczułem, że nie będę
      mógł iść dalej, a jednocześnie uświadomiłem sobie, że nie starczy mi sił, aby
      wrócić do hotelu. Ogarnęła mnie panika, bo miałem wrażenie, że jeżeli za chwilę
      nie schowam się w cień, słońce mnie zabije. Zacząłem gorączkowo rozglądać się,
      ale zobaczyłem, że w całej okolicy jestem jedyną poruszającą się istotą, że
      wokół mnie wszystko jest nieżywe, zatrzaśnięte, martwe. Nigdzie człowieka,
      nigdzie żadnego zwierzęcia. Boże, co robić? A słońce wali mnie po głowie jak
      kowalskim młotem, czuję jego uderzenia. Do hotelu za daleko, a w pobliżu
      nigdzie nie ma budynku, sieni, dachu, czegokolwiek, żeby się ratować. Najbliżej
      było do rosnącego w tej okolicy mangowca i tam się powlokłem.

      Dotarłem do pnia i osunąłem się na ziemię, w cień. Cień w takich chwilach jest
      rzeczą zupełnie materialną, ciało przyjmuje cień tak samo łapczywie jak
      spieczone usta - łyk wody. Daje ulgę, zaspokaja pragnienie.

      ***

      Po południu cienie wydłużają się, rosną, zaczynają nakładać się na siebie, a
      potem ciemnieją i w końcu przechodzą w czerń - robi się wieczór. Ludzie
      ożywają, wraca im chęć do życia, pozdrawiają się, rozmawiają wyraźnie
      zadowoleni, że jakoś przetrwali kataklizm, to znaczy przeżyli kolejny dzień z
      piekła rodem. W mieście zaczyna się ruch, na jezdni pojawiają się samochody,
      zapełniają się sklepy i bary.

      W Chartumie czekam na dwóch czeskich dziennikarzy, mamy razem jechać do Konga.
      Kongo płonie, stoi w ogniu wojny domowej. Denerwuję się, bo Czechów, którzy
      mieli przylecieć z Kairu, nie widać. W dzień chodzić po rozpalonym mieście nie
      sposób. W pokoju też trudno wytrzymać - za gorąco. I na tarasie nie da się
      dłużej wytrwać, bo co chwilę ktoś podchodzi i pyta - kim jestem? Skąd pochodzę?
      Jak się nazywam? Po co tu przyjechałem? Chcę założyć biznes? Kupić plantację?
      Jeśli nie - to dokąd stąd pojadę? Jestem sam? Mam rodzinę? Ile mam dzieci? Co
      robią? Czy już byłem w Sudanie? Jak mi się podoba Chartum? A Nil? A mój hotel?
      A mój pokój?

      Pytaniom właściwie nie ma końca. Przez pierwsze dni uprzejmie odpowiadam. Bo a
      nuż ktoś je zadaje z uprzejmej ciekawości, zgodnie z tutejszym zwyczajem? Może
      też być, że to są ludzie z policji - lepiej ich nie drażnić. Ci pytający
      pojawiają się zwykle raz, następnego dnia przychodzą nowi, jedni przekazują
      mnie drugim, jak pałeczkę w sztafecie.

      Ale dwóch z nich - chodzą zawsze razem - zaczęło pojawiać się częściej. Byli
      niezmiernie sympatyczni. Studenci, więc mają teraz dużo czasu, bo szef
      rządzącej junty wojskowej - generał Abboud - zamknął im uczelnię - gniazdo
      niepokojów i rebelii.

      Któregoś dnia, rozglądając się ostrożnie, mówią, żebym dał im kilka funtów -
      kupią haszysz, pojedziemy z nim za miasto, na pustynię. Wobec takiej oferty -
      jak się zachować? Nigdy nie paliłem haszyszu, ciekawe, jakie ma się wrażenia? Z
      drugiej strony - a jeżeli to ludzie z policji, którzy chcą mnie zamknąć, żeby
      wyłudzić pieniądze albo deportować? I to na początku podróży, która rysuje się
      tak fascynująco? Lękam się, co będzie, ale wybieram haszysz i daję im pieniądze.

      Wczesnym wieczorem przyjeżdżają poobijanym, odkrytym land-roverem. Ma tylko
      jedno światło, ale mocne jak reflektor przeciwlotniczy. To światło rozgarnia
      ciemność tropikalną, nieprzeniknioną jak czarna ściana, która na moment rozsuwa
      się, żeby wpuścić samochód, i natychmiast, kiedy przejedzie, zamknąć się znowu,
      tak że gdyby nie rzucało na wybojach, można by pomyśleć, że wóz stoi w miejscu,
      w zamkniętym pomieszczeniu.

      Jechaliśmy może godzinę, asfalt, zresztą cały czas lichy i powygryzany, dawno
      się skończył, teraz droga była pustynna, gdzieniegdzie po bokach leżały
      wielkie, jakby odlane z brązu głazy. Przy jednym z nich skręciliśmy ostro w
      bok, jechaliśmy jeszcze chwilę, aż kierowca nagle przystanął. Zaczynała się
      skarpa, a na dnie srebrno połyskiwał oświetlony księżycem Nil. Pejzaż był więc
      zredukowany do idealnego minimum - pustynia, rzeka, księżyc - które w tym
      momencie wystarczało za cały świat.

      Jeden z Sudańczyków wyjął z torby małą i napoczętą już butelkę white horse'a, z
      której na każdego przypadło kilka łyków. Potem zwinął uważnie dwa grube skręty,
      jeden dał koledze, a drugi mnie. W płomyku zapałki zobaczyłem nagle wyłonioną z
      nocy jego ciemną twarz i jego błyszczące oczy, którymi patrzył na mnie, jakby
      się nad czymś zastanawiał. Może dał mi truciznę, pomyślałem, ale właściwie nie
      wiem, czy pomyślałem to o możliwej truciźnie, czy o czymkolwiek, bo już byłem w
      innym świecie, w którym utraciłem wszelki ciężar, w którym nic nie miało wagi i
      wszystko było w ruchu. Ten ruch był łagodny, miękki, falisty. Był czułym
      kołysaniem. Nic nie gnało pędem, nie wybuchało gwałtownie. Wszystko było
      spokojem i ciszą. Było przyjemnym dotykiem. Było snem.

      Ale najbardziej niezwykły był stan nieważkości. Nie tej niezdarnej, pokracznej
      nieważkości, którą widzimy u kosmonautów, ale nieważkości sprawnej, zręcznej,
      kontrolowanej.

      Tego, jak się odbiłem w górę, nie pamiętam, ale doskonale pamiętam, jak płynę w
      przestworzach, które są ciemne, ale ciemnością bardzo jasną, nawet świetlistą,
      płynę między różnokolorowymi kołami, które się rozstępują, krążą, wypełniają
      całą przestrzeń i które przypominają kołujące, lekkie obręcze, którymi kręcą
      dzieci, kiedy bawią się w hula-hoop.

      Kiedy tak płynę, największą radość sprawia mi uczucie wyzwolenia od ciężaru
      własnego ciała, od oporu, które nam co chwilę stawia, od jego upartej,
      nieubłaganej opozycji, na jaką na każdym kroku natrafiamy. A więc okazuje się,
      że twoje ciało nie musi być twoim przeciwnikiem, ale choć na moment, choć w tak
      niezwykłych okolicznościach, może być twoim przyjacielem.

      ***

      Widzę przed sobą maskę land-rovera, a kątem oka strzaskane lusterko boczne.
      Horyzont jest intensywnie różowy, a piasek pustyni grafitowoszary. Nil w tej
      chwili przedświtu jest jasnogranatowy. Siedzę w odkrytym samochodzie i trzęsę
      się z zimna. Mam dreszcze. O tej porze dnia na pustyni jest zimno jak na
      Syberii, chłód przenika do szpiku kości.

      • beduinka Re: Koncert Armstronga -12 część "Podróży z Herod 29.12.03, 22:54
        Ale kiedy z powrotem wjeżdżamy do miasta, wstaje słońce i od razu robi się
        gorąco. Straszny ból głowy. Jedyne, czego się chce, to spać. Spać. Tylko spać.
        Nie ruszać się. Nie być. Nie żyć.

        ***

        Po dwóch dniach przyszli do hotelu Sudańczycy spytać, jak się czuję. Jak się
        czuję? Och, przyjaciele, jak ja się czuję? Właśnie, jak się czujesz, bo
        przyjeżdża Armstrong, jutro na stadionie jest koncert.

        Natychmiast wyzdrowiałem.

        ***

        Stadion był daleko za miastem, mały, płaski, może na pięć tysięcy widzów. A
        jednak tylko połowa miejsc była zapełniona. Na środku murawy stało podium,
        jakoś słabo oświetlone, ale siedzieliśmy blisko i Armstronga oraz jego małą
        orkiestrę było dobrze widać. Wieczór był gorący i duszny i kiedy Armstrong
        wszedł na podium, już był mokry, bo w dodatku miał na sobie marynarkę, a pod
        szyją muszkę. Pozdrowił wszystkich, unosząc do góry rękę, w której trzymał
        swoją złocistą trąbkę, i powiedział do lichego, trzeszczącego mikrofonu, że
        cieszy go, iż może grać w Chartumie, i nie tylko cieszy, ale jest szczęśliwy,
        po czym roześmiał się swoim pełnym, luźnym, zaraźliwym śmiechem. Był to śmiech
        zachęcający innych do śmiechu, ale stadion milczał powściągliwie, nie bardzo
        pewny, jak się zachować. Odezwały się perkusja i kontrabas i Armstrong zaczął
        od piosenki zupełnie na miejscu i na czasie - "Sleepy Time Down South".
        Właściwie trudno powiedzieć, kiedy słyszało się głos Armstronga po raz
        pierwszy, ale jest w nim coś takiego, iż wydaje się, że znało się go od zawsze,
        i gdy zaczyna śpiewać, każdy ze szczerym przekonaniem o swoim znawstwie mówi: -
        No tak, to jest on, Satchmo!

        No tak, to był on, Satchmo. Śpiewał "Hello Dolly, this is Louis, Dolly",
        śpiewał "What a Wonderful World" i "Moon River", śpiewał "I touch your lips and
        all at once the sparks go flying, those devil lips", ale publiczność nadal
        siedziała cicho, nie było oklasków. Nie rozumieli słów? Za dużo jak na gust
        muzułmański było w tym erotyki tak wprost wyrażonej?

        Po każdym utworze, a nawet w trakcie grania i śpiewania, Armstrong wycierał
        twarz dużą, białą chustką. Te chustki bez przerwy zmieniał mu specjalny
        człowiek, jakby w tym tylko celu podróżujący z Armstrongiem po Afryce. Potem
        zobaczyłem, że miał ich całą torbę, chyba kilkadziesiąt.

        Po koncercie ludzie szybko się rozeszli, zniknęli w nocy. Byłem wstrząśnięty.
        Słyszałem, że koncerty Armstronga wywołują entuzjazm, szaleństwo, ekstazę. Nic
        z tych uniesień nie było na stadionie w Chartumie, mimo że Satchmo śpiewał
        wiele songów afrykańskich niewolników z południa Ameryki, z Alabamy i Luizjany,
        z której sam pochodził. Ale tamta Afryka i ta obecna to były już inne światy
        niemające wspólnego języka, niemogące się porozumieć, utworzyć emocjonalnej
        wspólnoty.

        Sudańczycy odwieźli mnie do hotelu. Usiedliśmy na tarasie, żeby się napić
        lemoniady. Po chwili samochód przywiózł Armstronga. Z ulgą usiadł przy stoliku,
        właściwie zwalił się na krzesło. Był tęgim, przysadzistym mężczyzną, o
        szerokich, opadających ramionach. Kelner przyniósł mu soku pomarańczowego.
        Wypił go duszkiem, a potem następną i następną szklankę. Siedział zmęczony, z
        pochyloną głową, milczał. Miał w tym czasie sześćdziesiąt lat i - czego nie
        wiedziałem - był już chory na serce. Armstrong w czasie koncertu i tuż po nim
        to byli dwaj różni ludzie: pierwszy - wesoły, pogodny, ożywiony, o potężnej
        sile głosu i wielkiej skali tonów, jakie wydobywał ze swojej trąbki; drugi -
        ociężały, wyczerpany, bez siły, o twarzy naznaczonej bruzdami, zgaszonej.

        ***

        Ktoś, kto opuszcza bezpieczne mury Chartumu i wyrusza na pustynię, musi
        pamiętać, że czyhają tam na niego groźne pułapki. Burze piaskowe zmieniają
        ciągle konfigurację krajobrazu i przestawiają znaki orientacyjne, a jeżeli
        podróżny w wyniku tych niespokojnych poczynań natury zgubi drogę - zginie.
        Pustynia jest tajemnicza i może budzić lęk. Nikt tam nie wyprawia się samotnie,
        ponieważ nikt, poza wszystkim, nie jest w stanie zabrać ze sobą tyle wody, żeby
        pokonać odległość dzielącą jedną studnię od drugiej.

        Herodot, w swojej podróży po Egipcie wiedząc, że dookoła jest Sahara,
        przezornie trzyma się rzeki, zawsze jest blisko Nilu. Pustynia to słoneczny
        ogień, a ogień to dzikie zwierzę, które może pożreć wszystko: "u Egipcjan
        uchodzi ogień za dzikie zwierzę, które pochłania wszystko, czego dopadnie,
        nasycone zaś żerem umiera wraz z tym, co pochłonęło". I jako przykład podaje,
        że kiedy król Persów - Kambyzes wyprawił się na podbój Egiptu, a potem wyruszył
        na południe, żeby zająć Etiopię, część swoich wojsk wysłał na wojnę przeciw
        Ammonianom - ludowi żyjącemu w oazach Sahary. Wojska te, wyruszywszy z Teb, po
        siedmiu dniach marszu przez pustynię dotarły do miasta o nazwie Oazis. Dalej
        ślad po tej armii ginie: "odtąd nikt inny prócz samych Ammonianów i tych,
        którzy od nich słyszeli, nie umie nic o niej powiedzieć. Bo ani do Ammonianów
        nie przybyli, ani też nie wrócili do domu. Sami Ammonianowie tak opowiadają:
        kiedy z owego Oazis ciągnęli przeciw nim przez piaski, znaleźli się mniej
        więcej w środku między nimi a Oazis; a gdy właśnie spożyli śniadanie, zawiał w
        ich stronę wielki i niesamowity wiatr południowy, który niosąc z sobą góry
        piasku, zasypał ich - i w ten sposób zniknęli".

        ***

        Przylecieli Czesi - Duszan i Jarda - i od razu wyruszyliśmy do Konga. Pierwszą
        miejscowością po stronie kongijskiej była przydrożna osada - Aba. Stała w
        cieniu wielkiej, zielonej ściany, a ściana była początkiem dżungli, która
        zaczynała się tu nagle, jak stroma góra na równinie.

        W Abie była stacja benzynowa i kilka sklepów. Ocieniały je drewniane, zbutwiałe
        arkady, pod którymi siedziało kilku mężczyzn bezczynnych, nieruchomych. Ożyli
        dopiero, kiedy zatrzymaliśmy się, żeby rozpytać, co nas czeka w głębi kraju i
        gdzie by można wymienić funty na miejscowe franki.

        Byli to Grecy, tworzyli kolonię na wzór setek podobnych, rozrzuconych po
        świecie już za czasów Herodota. Najwyraźniej ten typ osadnictwa przetrwał wśród
        nich do dzisiaj.

        Miałem w torbie egzemplarz Herodota i kiedy odjeżdżaliśmy, pokazałem go jednemu
        z żegnających nas Greków. Zobaczył na okładce nazwisko i uśmiechnął się, ale w
        taki sposób, że nie wiedziałem, czy wyraża swoją dumę, czy też bezradność, że
        nie ma pojęcia, o kogo chodzi.
    • beduinka Twarz Zopyrosa - 13 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 23:02
      Twarz Zopyrosa - 13 część "Podróży z Herodotem"

      Ryszard Kapuściński 23-12-2003 (gazeta.pl)

      O tym, w jaki sposób i jakim kosztem Dariusz, król Persów, zdobył Babilon,
      opowiada Ryszard Kapuściński w trzynastej części "Podróży z Herodotem"

      Na skraju i trochę na uboczu małego miasteczka Paulis (Kongo, Prowincja
      Wschodnia) czekamy, bo skończyła nam się benzyna. Stoimy tu, licząc, że ktoś
      kiedyś będzie tędy przejeżdżać i zechce nam bodaj kanister odstąpić.
      Zatrzymaliśmy się w jedynym możliwym miejscu - w szkole prowadzonej przez
      belgijskich misjonarzy, których przeorem jest drobny, wychudły, najwyraźniej
      poważnie chory abbé Pierre. Ponieważ w kraju trwa wojna domowa, misjonarze uczą
      dziatwę wojskowej musztry. Dzieci noszą na ramieniu długie i grube kije,
      maszerują czwórkami, śpiewają i wznoszą okrzyki. Jakiż surowy wyraz mają na
      twarzy, jak zamaszyste są ich ruchy, ileż powagi i przejęcia jest w tej zabawie
      w wojsko!

      Mam polowe łóżko w pustej klasie na końcu szkolnego baraku. Cicho tu, bo
      odgłosy bojowej musztry dobiegają do mnie ledwie-ledwie. Przed sobą mam klomb
      pełen kwiatów, bujnych, tropikalnie przerośniętych dalii i gladioli, centurii i
      jeszcze innych piękności, które widzę po raz pierwszy, a których nazw nie znam.

      Mnie też udziela się atmosfera wojny, ale nie tej miejscowej, tylko innej,
      odległej w miejscu i czasie, jaką król Persów Dariusz toczy przeciw
      zbuntowanemu Babilonowi, wojny opisanej przez Herodota. Siedzę teraz w cieniu,
      na ganku i, opędzając się od much i moskitów, czytam jego książkę.

      Dariusz jest młodym, dwudziestokilkuletnim mężczyzną, który został właśnie
      królem najpotężniejszego w tym czasie imperium - perskiego. W tym
      wielonarodowym imperium coraz to któryś lud podnosi głowę, buntuje się i walczy
      o niezawisłość. Wszelkie takie powstania i rewolty Persowie tłumią łatwo i
      bezwzględnie, ale oto pojawia się groźba wielka, niebezpieczeństwo, które może
      zaważyć na losach państwa, a mianowicie buntuje się Babilon - stolica innego
      imperium, Babilonii, wcielonej do państwa Persów 19 lat wcześniej, w r. 538,
      przez króla Cyrusa.

      Otóż Babilon chce ogłosić niezależność i nie należy się dziwić. Położony na
      przecięciu szlaków łączących Wschód z Zachodem i Północ z Południem uchodzi za
      największe i najbardziej dynamiczne miasto planety. Jest centrum światowej
      kultury i nauki. Słynie zwłaszcza jako ośrodek matematyki i astronomii,
      geometrii i architektury. Minie wiek, zanim rolę miasta świata przejmą po nim
      greckie Ateny.

      Na razie Babilończycy, wiedząc, że na dworze perskim od dawna panowało
      bezhołowie, że rządzili tam magowie-samozwańcy, wreszcie obaleni w przewrocie
      pałacowym przez grupę perskich notabli, którzy dopiero co wyłonili spośród
      siebie nowego króla - Dariusza, przygotowują antyperskie powstanie i ogłoszenie
      niepodległości. Herodot notuje, że "Babilończycy zbuntowali się po bardzo
      starannych przygotowaniach". Najwyraźniej, pisze, "przygotowywali się oni na
      wypadek oblężenia i, jak sądzę, czynili to całkiem tajemnie".

      Teraz w tekście Herodota pojawia się taki passus: "Ale kiedy ich bunt stał się
      sprawą otwartą, tak sobie postąpili. Z wyjątkiem matek, wybrał sobie każdy
      jedną, jaką chciał ze swojego domu kobietę, a wszystkie pozostałe zebrali razem
      i udusili. Tę jedną zaś wybrał sobie każdy, by mu przyrządzała jadło, inne
      udusili, aby nie zjadały zapasów".

      Nie wiem, czy Herodot zdawał sobie sprawę z tego, co pisze. Czy się nad tymi
      słowami zastanawiał? Bo Babilon liczy wówczas, w VI wieku, co najmniej 200--300
      tysięcy mieszkańców. Z prostego rachunku wynika więc, że na uduszenie skazano
      kilkadziesiąt tysięcy kobiet - żon, córek, sióstr, babć, kuzynek, ukochanych
      dziewczyn.

      Nic więcej nasz Grek o tej kaźni nie mówi. Czyją była decyzją? Zgromadzenia
      Ludowego? Zarządu Miasta? Komitetu Obrony Babilonu? Czy w tej sprawie odbyła
      się jakaś dyskusja? Czy ktoś protestował? Miał inne zdanie? Kto zdecydował o
      sposobie zgładzenia tych kobiet? O tym, żeby je właśnie udusić. Czy nie było
      innych propozycji? Żeby je zakłuć dzidami? Zasiekać mieczami? Spalić na
      stosach? Wrzucić do przepływającego przez miasto Eufratu?

      Pytań jest zresztą więcej. Czy kobiety czekające w domach na mężczyzn, którzy
      właśnie wrócili z zebrania, gdzie zapadł na nie wyrok, mogą coś wyczytać z ich
      twarzy? Rozterkę? Wstyd? Ból? Szaleństwo? Małe dziewczynki oczywiście niczego
      się nie domyślają. Ale starsze? Czy czegoś im instynkt nie podpowiada? Czy
      wszyscy mężczyźni zgodnie przestrzegają zmowy milczenia? Żadnego nie ruszy
      sumienie? Żaden nie dostanie ataku histerii? Nie będzie biegać po ulicach i
      krzyczeć?

      A potem? Potem wszystkie zebrali razem i udusili. Więc był jakiś punkt zborny,
      na który wszyscy musieli się stawić i gdzie odbyła się selekcja. Potem te,
      które miały żyć, szły na jedną stronę, a te drugie? Byli jacyś strażnicy
      miejscy, którzy brali podstawiane im dziewczynki i kobiety i po kolei je
      dusili? Czy też mężowie i ojcowie musieli dusić sami, tyle że na oczach
      wyznaczonych sędziów, którzy nadzorowali egzekucję? Panowało milczenie?
      Rozlegały się jęki? Ich jęki? Ich błagania o życie dla niemowląt, dla córek,
      dla sióstr? Co potem zrobiono z ciałami? Z dziesiątkami tysięcy ofiar? Bo
      godziwy pochówek to warunek dalszego spokojnego życia, inaczej duch zgładzonych
      powróci i będzie dręczyć po nocach. Czy odtąd noce Babilonu przerażały
      mężczyzn? Budzili się? Nawiedzały ich koszmary? Nie mogli spać? Czuli, że
      demony chwytają ich za gardła?

      ***

      "Aby nie zjadały zapasów". Tak, bo Babilończycy przygotowywali się na długie
      oblężenie. Znali wartość Babilonu, grodu bogatego i kwitnącego, miasta
      wiszących ogrodów i złoconych świątyń, i wiedzieli, że Dariusz nie cofnie się i
      będzie chciał ich pokonać jeśli nie mieczem, to głodem.

      Król Persów nie zwleka chwili. Kiedy tylko doszła go wiadomość o
      buncie, "zjednoczył wszystkie swe siły i ruszył przeciw nim; dotarłszy do
      Babilonu, zaczął go oblegać, lecz mieszkańcy zupełnie nie troszczyli się o
      oblężenie. I tak Babilończycy wychodzili na blanki murów, tańczyli, drwili
      sobie z Dariusza i jego wojska, a jeden z nich tak przemówił: - Po co leżycie
      tu bezczynnie, Persowie, zamiast stąd odejść? Bo nasze miasto wtedy dopiero
      zajmiecie, gdy mulice porodzą młode". (A mulice są w zasadzie bezpłodne).

      Drwili sobie z Dariusza i jego wojska.

      Czy możemy wyobrazić sobie tę scenę? Oto pod Babilon ściągnęła największa armia
      świata. Rozłożyła się obozem wokół miasta, które otaczają potężne mury z cegły
      mułowej. Są wysokie na kilka metrów i tak szerokie, że ich szczytem może jechać
      wóz ciągnięty przez cztery konie w rzędzie. W tym murze jest osiem wielkich
      bram, a całość chroni dodatkowo głęboka fosa. Wobec tego monumentalnego muru
      armia Dariusza stoi bezradna. W tej części świata proch pojawi się dopiero za
      tysiąc dwieście lat. Broń palna zostanie wynaleziona dopiero za dwa tysiące
      lat. Nie ma nawet maszyn oblężniczych: Persowie najwyraźniej nie posiadają
      taranów, Babilończycy czują się więc niepokonani i bezkarni - nic nie można im
      zrobić. Zrozumiałe więc, że stojąc na murze, "drwili sobie z Dariusza i jego
      armii". Takiej armii!

      Odległość między obu stronami jest tak mała, że oblężeni i oblegający mogą ze
      sobą rozmawiać, ci pierwsi lżąc i wyzywając tych drugich. Jeżeli Dariusz
      podejdzie blisko muru, może usłyszeć wykrzyczane pod jego adresem najgorsze
      obelgi i wyzwiska. Niesłychanie to poniżające, tym bardziej że trwa już tak
      długo: "upłynął rok i siedem miesięcy, zniechęcił się Dariusz i całe wojsko, bo
      nie mogli wziąć Babilonu..."

      Ale jednak, po pewnym czasie następuje odmiana. Oto "w dwudziestym miesiącu
      Zopyrosowi zdarzył się następujący dziw: jedna z jego mulic wożących prowiant
      porodziła młode".

      Młody Zopyros jest synem perskiego notabla Megabyzosa i należy do wąskiej elity
      perskiego imperium. Teraz jest po
      • beduinka Re: Twarz Zopyrosa - 13 część "Podróży z Herodote 29.12.03, 23:11
        Młody Zopyros jest synem perskiego notabla Megabyzosa i należy do wąskiej elity
        perskiego imperium. Teraz jest poruszony wiadomością, że jego mulica wydała
        płód. Widzi w tym znak bogów, ich sygnał, że Babilon może być zdobyty. Idzie z
        tą wiadomością do Dariusza. Opowiada mu o całym zdarzeniu i pyta, czy zależy mu
        bardzo na zdobyciu Babilonu.

        Tak, bardzo, odpowiada Dariusz, ale jak to zrobić? Oblegają miasto prawie dwa
        lata, próbowali już wszystkich sposobów, chwytów i podstępów, ale w murach
        Babilonu nie zdołali zrobić najmniejszej szczerby. Dariusz jest zniechęcony i
        nie wie, co robić: wycofać się, to okryć się hańbą, a poza tym - stracić
        najważniejszą satrapię, ale jednocześnie perspektyw zdobycia miasta też nie
        widać.

        Zwątpienia, rozterki, wahania. Widząc króla tak zgnębionego, Zopyros zastanawia
        się, "w jaki sposób sam mógłby zostać zdobywcą miasta i sam tego dzieła
        dokonać". Oddala się do miejsca, którego Herodot nie precyzuje, i tam jakimś
        żelaznym czy mosiężnym nożem obcina sobie nos i uszy, strzyże sobie głowę na
        zero, co jest oznaką zbrodniarzy, i każe się wychłostać. Tak skatowany,
        poraniony i ociekający krwią staje przed Dariuszem. Na widok zmasakrowanego
        Zopyrosa Dariusz dostaje szoku. "Zeskoczył z tronu, wydał okrzyk zgrozy i
        zapytał go, kto go tak okaleczył i za co".

        Świeżo obcięty krwawiący nos i naruszona kość muszą potwornie boleć, a górna
        warga, policzki i cała ta okolica twarzy są z pewnością spuchnięte, oczy zalane
        krwią, ale mimo to Zopyros zdobywa się na odpowiedź:

        "Nie ma prócz ciebie takiego męża, kto by posiadał tyle mocy, aby mi to
        uczynić. Żaden też z cudzoziemców tego mi, królu, nie uczynił. Ja to zrobiłem
        sam sobie, gdyż nie mogę znieść, żeby Babilończycy natrząsali się z Persów".

        Na to Dariusz:

        "Straszny człowieku, najwstrętniejszemu czynowi nadałeś najpiękniejszą nazwę,
        mówiąc, że z powodu oblężonych tak nieuleczalnie siebie poraniłeś. I dlaczegóż,
        głupcze, teraz, gdyś się okaleczył, mieliby nieprzyjaciele prędzej się poddać?
        Czyż nie straciłeś zmysłów, niszcząc sam siebie?"

        W tej wypowiedzi Zopyrosa Herodot przedstawia nam sposób myślenia ludzi obecny
        w tamtej kulturze od tysięcy lat, a mianowicie, że człowiek, którego godność
        została naruszona, który poczuł się poniżony, upokorzony przez kogoś tylko z
        tego powodu, że jest kimś innym, może wyzwolić się od tego palącego uczucia
        wstydu i hańby tylko przez akt samozagłady. Czuję, że jestem naznaczony, a
        będąc naznaczonym - nie mogę żyć. Raczej śmierć niż uczucie wypalonego na mej
        twarzy piętna. Zopyros też chce się od takiego uczucia wyzwolić. A czyni to -
        zmieniając twarz, zmieniając na straszniejszą, ale już tę zhańbioną twarz
        Persa, z której nabijali się Babilończycy.

        Zwraca uwagę, że Zopyros nie traktuje zniewagi Babilończyków jak krzywdy
        indywidualnej, zwróconej przeciw sobie. Nie mówi - mnie znieważyli, mówi - nas
        znieważają, nas, wszystkich Persów. Ale wyjście z tej poniżającej sytuacji
        widzi nie w nawoływaniu ogółu Persów do wojny, ale w jednostkowym,
        indywidualnym akcie samozagłady (czy samookaleczenia), akcie, który dla niego
        jest wyzwoleniem.

        Dariusz co prawda potępia czyn Zopyrosa jako nieodpowiedzialny i awanturniczy,
        ale zaraz z niego skorzysta, uchwyci się jak ostatniej deski ratunku, aby
        uchronić przed hańbą naród, imperium, majestat władzy monarszej.

        Przyjmuje więc plan Zopyrosa, który wygląda następująco: Zopyros pójdzie do
        Babilończyków, udając, że uciekł przed prześladowaniami i torturami, które mu
        zadał Dariusz. Wszak jego rany są tego najlepszym dowodem! Jest pewien, że
        przekona Babilończyków, zdobędzie ich zaufanie i że ci dadzą mu dowództwo nad
        wojskiem, a potem, że wpuści do Babilonu Persów.

        ***

        Pewnego dnia stojący na murach Babilonu widzą, jak w stronę ich miasta-twierdzy
        wlecze się jakaś okrwawiona, w strzępy odziana postać ludzka. Człowiek ten
        coraz to spogląda do tyłu, czy nie jest ścigany. "Gdy go zobaczyli z wież ci,
        którzy tam byli ustawieni, zbiegli na dół, uchylili nieco jednego skrzydła
        bramy i zapytali go, kim jest i w jakim celu przybył. On im odpowiedział, że
        jest Zopyrosem i przybywa do nich jako zbieg. Słysząc to, zaprowadzili go
        strażnicy bramy przed radę gminną Babilończyków. On, stanąwszy przed nią,
        rozwodził się w skargach, twierdząc, że od Dariusza to ucierpiał, i dodał, że
        nie ujdzie mu to bezkarnie, iż tak haniebnie go okaleczył..."

        Rada daje wiarę tym słowom i daje mu wojsko, aby mógł dokonać aktu zemsty.
        Właśnie na to czekał Zopyros. Umówionego, dziesiątego dnia od jego upozorowanej
        ucieczki do Babilonu, Dariusz kieruje pod bramę tysiąc swoich najmarniejszych
        żołnierzy. Babilończycy wypadają z bramy i ów tysiąc wycinają w pień. W siedem
        dni później, tak jak umówili się Dariusz z Zopyrosem, Dariusz wysyła znów pod
        bramę tym razem dwa tysiące swoich marnych żołnierzy, a Babilończycy na rozkaz
        Zopyrosa i tych wycinają w pień. Sława Zopyrosa wśród Babilończyków rośnie,
        mają go za bohatera i zbawcę. Mija dwadzieścia dni, a zgodnie z planem Dariusz
        wysyła następne cztery tysiące żołnierzy. Tych także mordują Babilończycy.
        Wdzięczni mianują Zopyrosa swoim naczelnym wodzem i komendantem miasta-twierdzy.

        Zopyros posiada już klucze do wszystkich bram. W umówionym dniu Dariusz ze
        wszystkich stron przypuszcza szturm na Babilon, a Zopyros otwiera bramy. Miasto
        zostaje zdobyte: "skoro Dariusz zawładnął Babilończykami, kazał przede
        wszystkim mury ich zburzyć i wszystkie bramy usunąć... następnie rozkazał
        najwybitniejszych mężów, w liczbie około trzech tysięcy, wbić na pal".

        Znowu Herodot przechodzi nad tymi wydarzeniami do porządku dziennego. Pomińmy
        zburzenie murów, choć to musiała być gigantyczna praca. Ale wbić na pal trzy
        tysiące mężczyzn? Jak to się odbywało? Czy był zrobiony jeden pal, a oni stali
        ustawieni, czekając, aż przyjdzie ich kolej? Każdy patrzył na to, jak wbijają
        jego poprzednika? Nie mógł próbować ucieczki, bo był związany? Nie mógł się
        ruszyć sparaliżowany strachem? Babilon był centrum światowej nauki, miastem
        matematyków i astronomów. Czy ich też wbito na pal? Na ile pokoleń czy nawet
        stuleci zahamowało to rozwój wiedzy?

        Ale jednocześnie Dariusz myślał o przyszłości miasta i jego mieszkańców. "Żeby
        oni posiedli żony celem otrzymania potomstwa, o to Dariusz postarał się w taki
        sposób (bo własne żony, jak już na początku zaznaczono, udusili Babilończycy w
        trosce o środki życia): polecił okolicznym ludom dostarczyć niewiast do
        Babilonu, wyznaczając każdemu ludowi pewną ich ilość, tak że ogółem zeszło się
        pięćdziesiąt tysięcy niewiast. Od nich pochodzą dzisiejsi Babilończycy".

        W nagrodę dał Zopyrosowi zarząd nad Babilonem aż do końca życia. "Ale nieraz
        miał Dariusz wyrazić takie zdanie, że wolałby raczej widzieć Zopyrosa wolnym od
        okaleczeń, niż żeby mu do obecnego Babilonu jeszcze dwadzieścia innych
        przybyło".
    • beduinka Zając - 14 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 23:17
      Zając - 14 część "Podróży z Herodotem"

      Ryszard Kapuściński 26-12-2003 (gazeta.pl)

      Historycy są zgodni, że to Scytowie zatrzymali pochód Dariusza, króla Persów,
      na Europę. Gdyby to się nie stało, losy świata mogłyby potoczyć się inaczej.
      Czternasta część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      "Strzały jego ostre i wszystkie

      łuki jego naciągnione; kopyta koni

      jego jak krzemień poczytane będą, a

      koła jego jako burza".

      Izajasz 5, 28

      Król Persji kończy jeden podbój i zaraz zaczyna następny: "po zdobyciu Babilonu
      Dariusz wyrusza osobiście na wyprawę przeciw Scytom".

      Gdzie Babilon, a gdzie Scytowie! Toż to trzeba było przebyć połowę znanego
      Herodotowi świata. Sam przemarsz z jednego miejsca na drugie musiał trwać
      miesiącami. Żeby przejść pięćset-sześćset kilometrów, armia potrzebowała
      wówczas miesiąca, a tu przychodziło pokonać odległość kilkakrotnie większą.

      Nawet krzepkiemu Dariuszowi podróż musi dawać się we znaki. Co prawda jedzie on
      wozem królewskim, ale i taki pojazd - łatwo sobie wyobrazić - potwornie
      trzęsie. W tym czasie nie znają jeszcze resorów ani sprężyn. Nie wiedzą o
      oponach, nawet o gumowych obręczach. Na dodatek w większości wypadków nie ma
      żadnych dróg.

      Pasja musi więc być tak silna, że zdolna jest złagodzić wszelkie uczucie
      niewygody, zmęczenia, bólu ciała. W wypadku Dariusza jest nią żądza
      rozszerzenia imperium, a tym samym zwiększenia władzy nad światem. Ciekawe, co
      w tych czasach widzą ludzie oczyma wyobraźni, kiedy pada słowo "świat". Wszak
      nie ma jeszcze ani odpowiednich map, atlasów czy globusów. Ptolemeusz urodzi
      się dopiero za cztery wieki, Merkator - za dwa tysiąclecia. Nie było możliwym
      spojrzeć na naszą planetę z lotu ptaka; czy zresztą istniało samo to pojęcie?
      Wiedzę o świecie tworzy się więc poprzez doświadczenie inności sąsiada, a
      dzieli się nią metodą przekazu ustnego:

      - My nazywamy się Giligamowie. Naszymi sąsiadami są Azbystowie. A wy -
      Azbystowie - z kim graniczycie? My? Z Auschisami. A Auschisowie z Nasanami. A
      wy - Nasanowie? My od południa z Garamantami, a od zachodu - z Makami. A owi
      Makowie - z kim? Makowie z Gindami. A wy - z kim? My - z Lotofagami. A ci? Ci z
      Auseowami. A kto mieszka dalej, tak naprawdę bardzo, bardzo daleko? Ammonowie.
      A za nimi? Atlantowie. A za Atlantami? Tego już nikt nie wie i nawet nie
      próbuje sobie wyobrazić.

      Nie wystarczy więc rzucić okiem na mapę (której przecież nie ma), aby
      stwierdzić, czego zresztą uczą już w szkole (której jeszcze nie ma), że Rosja
      graniczy z Chinami. Aby bowiem ustalić ten fakt, trzeba było wówczas przepytać
      dziesiątki kolejnych (obierając kierunek wschodni) plemion syberyjskich, aż
      natrafi się wreszcie na te, które będą graniczyć z plemionami chińskimi. Ale
      Dariusz, wyprawiając się przeciw Scytom, miał już o nich jakiś zasób informacji
      i wiedział - mniej więcej - w jakich szukać ich stronach.

      ***

      Wielki Władca, który zajmuje się podbojem świata, czyni to trochę jak zapalony,
      ale i metodyczny kolekcjoner. Mówi sobie: mam już Jonów, mam Karów i
      Lidyjczyków. Kogo mi jeszcze brakuje? Brakuje mi Traków, brakuje Getów, brakuje
      Scytów. I w jego sercu zaraz zapala się chęć posiadania tych, którzy są jeszcze
      poza jego zasięgiem. Natomiast oni, ciągle wolni i niezależni, nie wiedzą
      jeszcze, że zwracając uwagę Wielkiego Władcy, tym samym wydali na siebie wyrok.
      I że reszta jest tylko kwestią czasu. Bo rzadko wyrok wykonywany jest z
      lekkomyślną i nieodpowiedzialną popędliwością. Zwykle w takich sytuacjach Król
      Królów przypomina przyczajonego drapieżnika, który mając już w polu widzenia
      upatrzoną ofiarę, cierpliwie czeka dogodnej do ataku chwili.

      Co prawda, w wypadku świata ludzi potrzebny jest jeszcze pretekst. Ważne, aby
      przydać mu rangę misji ogólnoludzkiej lub nakazu bożego. Wybór zresztą nie jest
      zbyt wielki: albo chodzi o to, że musimy się bronić, albo że mamy obowiązek
      pomóc innym, albo że wypełniamy wolę niebios. Najlepsze jest połączenie tych
      trzech motywów. Atakujący bowiem powinni występować w glorii namaszczonych, w
      roli wybrańców, na których spoczęło oko boże.

      ***

      Pretekst Dariusza:

      Przed wiekiem Scytowie najechali ziemie Medów (inny obok Persów lud irański) i
      panowali nad nimi dwadzieścia osiem lat. Teraz więc Dariusz mści się za ten
      zapomniany już epizod i rusza na Scytów. Mamy tu przykład działania prawa
      Herodota: odpowiada ten, kto zaczął, a ponieważ zrobił coś złego, musi być
      ukarany, choćby i po wielu latach.

      ***

      Trudno jest zdefiniować Scytów.

      Pojawili się nie wiadomo skąd, istnieli przez tysiąc lat i potem zniknęli nie
      wiadomo gdzie, pozostawiając po sobie piękne wyroby z metalu i kurhany, w
      których grzebali swoich zmarłych. Scytowie tworzyli grupę, a później i
      konfederację plemion rolniczych i pasterskich zamieszkujących obszary Europy
      Wschodniej i stepu azjatyckiego. Ich elitę i awangardę stanowili Scytowie
      Królewscy - wojownicze zagony ludzi konnych, ruchliwe i zaborcze, których bazą
      były ziemie leżące na północ od Morza Czarnego, między Dunajem a Wołgą.
      • beduinka Re: Zając - 14 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 23:18
        Scytowie byli też budzącym grozę mitem. Określano nimi ludy obce i tajemnicze,
        dzikie i okrutne, które mogą w każdej chwili napaść, ograbić, zasiekać lub
        porwać.

        Trudno zobaczyć z bliska podległe ziemie Scytów, ich siedziby i stada, ponieważ
        wszystko to przesłania śnieżna kurtyna: "w wyższych częściach kraju, na
        północy, są, według Scytów, takie góry pierza, że nic nie widać i nie sposób
        jest podróżować. Tego puchu pełna jest ziemia i powietrze i on to zasłania
        widok". Co Herodot tak komentuje: "Co do puchu, którego według opowiadania
        Scytów pełne jest powietrze, tak że nie można ani zobaczyć dalszego lądu, ani
        go przejść, takie jest moje mniemanie: powyżej znanych nam okolic stale śnieg
        pada, mniej oczywiście w lecie niż w zimie. Kto więc widział już z bliska
        obficie padający śnieg, ten wie, co mam na myśli; istotnie śnieg podobny jest
        do puchu i z powodu tej tak ostrej zimy nie są zamieszkane leżące na północ
        okolice tego kontynentu. Sądzę, że Scytowie i ich sąsiedzi śnieg obrazowo
        nazywają puchem".

        Na te ziemie, jak dwadzieścia cztery wieki później Napoleon, wyprawia się teraz
        Dariusz. Odradzają mu tej wyprawy: "Artabanos, syn Hystaspesa, a jego brat,
        radzi mu, aby w żadnym wypadku nie przedsięwziął wyprawy na Scytów, zważywszy
        na ich niedostępność". Ale Dariusz nie słucha i po gigantycznych
        przygotowaniach rusza na czele wielkiej armii "składającej się ze wszystkich
        ludów, nad którymi panował". Herodot podaje astronomiczną, jak na owe czasy,
        liczbę: "siedemset tysięcy ludzi wraz z jazdą, a okrętów było zebranych
        sześćset".

        Pierwszy most każe zbudować na Bosforze. Siedząc na tronie, obserwuje, jak jego
        armia przez ten most przechodzi. Drugi most przerzucają przez Dunaj. Most ten
        po przejściu wojsk rozkazuje zburzyć, ale jeden z jego wodzów, niejaki Koes,
        syn Erksanda, błaga go, aby tego nie robił:

        "Królu, masz zamiar ruszyć zbrojno na kraj, w którym nie będzie widać ani ziemi
        uprawnej, ani zamieszkałego miasta. Zostaw więc ten most na swoim miejscu,
        niech stoi... Jeżeli bowiem odnajdziemy Scytów i po myśli nam rzecz pójdzie,
        będziemy mieli odwrót; jeżeli zaś nie zdołamy ich odszukać, to przynajmniej
        będziemy mieli gdzie się wycofać. Wszak nie boję się wcale, żeby nas Scytowie
        mieli w walce pokonać, lecz raczej tego się lękam, że możemy ich nie odnaleźć i
        błąkając się, ponieść szkodę".

        Ten Koes miał się okazać prorokiem.

        Na razie Dariusz każe zostawić most i rusza dalej.

        Tymczasem Scytowie dowiadują się, że przeciw nim ciągnie wielka armia, i
        zwołują na naradę królów sąsiednich ludów. Jest więc wśród nich król Budynów -
        "wielkiego i licznego ludu, który żywi się szyszkami sosnowymi, ma niebieskie
        oczy i włosy koloru ognistego". Jest król Agatyrsów, u których "kobiety są
        wspólne, aby wszyscy żyli ze sobą jak bracia i nie znali zazdrości ani
        wrogości". Jest król Taurów, "którzy z nieprzyjaciółmi, jakich dostają w swoje
        ręce, tak postępują: każdy ucina wrogowi głowę i zanosi do domu; potem wtyka na
        wielki drąg i umieszcza wysoko sterczącą ponad dachem, przeważnie nad kominem.
        Twierdzą, że są to strażnicy całego domu, którzy bujają w powietrzu".

        Teraz delegaci Scytów zwracają się do tych, a także i innych zgromadzonych
        królów i informując ich o nadciągającej perskiej nawałnicy, apelują: "Wy nie
        powinniście w żaden sposób usuwać się na bok i obojętnie patrzeć na naszą
        zagładę, lecz uznawszy sprawę za wspólną, wyjdźmy razem przeciw najeźdźcy..."

        I żeby przekonać ich do współdziałania i wspólnej walki, mówią, że Persowie nie
        idą tylko przeciw Scytom, ale że chcą podbić wszystkie ludy: Pers... "skoro
        tylko przeszedł na nasz kontynent, poskramia wszystkich, jakich po drodze
        napotka".

        Królowie, jak relacjonuje Herodot, wysłuchali przemowy Scytów, ale ich zdania
        były podzielone. Jedni uznali, że trzeba Scytom bezwzględnie pomóc i stawać w
        potrzebie, pozostali jednak woleli na razie trzymać się na boku, twierdząc, że
        tak naprawdę Persowie chcą zemścić się tylko na Scytach, a innych zostawią w
        spokoju.

        Wobec tego braku jedności Scytowie, wiedząc, że przeciwnik jest bardzo silny,
        zamiast otwartego boju "postanawiają powoli i skrycie schodzić wrogowi z drogi
        i wymijając go, studnie i źródła zasypywać, trawę niszczyć", a sami podzielić
        się na dwie grupy i trzymając się od Persów na odległość jednego dnia marszu,
        bez przerwy cofać się i dezorientując swoimi ciągle zmieniającymi się ruchami,
        cały czas coraz bardziej wciągać ich w głąb kraju.

        Co postanowili, to wcielają w życie.

        "Przed tym jednak wozy, na których przebywały ich dzieci i wszystkie ich żony,
        jako też całe bydło... wyprawili naprzód i wydali rozkazy, żeby to wszystko bez
        przerwy ciągnęło na północ".

        Na północ, gdzie przed ludźmi gorącego południa - Persami - będzie ich
        ochraniać mróz i śnieg.

        Armii Dariusza, która wkracza do Scytii, nie wydają otwartej bitwy. Odtąd ich
        taktyką, ich bronią będzie podstęp, unik i zasadzka. Gdzie są? Przebiegli,
        szybcy, tajemniczy jak zjawy, nagle pojawiają się na stepie i zaraz w tym
        stepie znikają.

        To tu, to tam Dariusz widzi ich konnicę, widzi pędzące zagony, które nagle
        znikają za linią horyzontu. Donoszą mu, że widziano ich na północy. Kieruje tam
        armię, ale kiedy dociera ona na miejsce, ludzie widzą, że przybyli na
        pustynię. "Na tej pustyni nie mieszkali żadni ludzie, a leży ona ponad krajem
        Budynów, ciągnąc się przez siedem dni drogi". Itd., itd. Herodot rozpisuje się
        o tym obszernie. Bo Scytowie, aby zmusić do walki opornych sąsiadów, tak
        kluczą, aby wojska Dariusza w pogoni za nimi musiały wejść na ziemie
        trzymających się na uboczu plemion. Teraz, najechane przez Persów, muszą razem
        ze Scytami walczyć z Dariuszem.

        Król Persów czuje się coraz bardziej bezradny, w końcu wysyła do króla Scytów
        posłańca z żądaniem, aby Scytowie przestali uciekać i albo stoczyli z nim
        bitwę, albo uznali jego nad nimi panowanie. Na to król Scytów odpowiada: - Nie
        uciekamy, tylko ponieważ nie mamy ani miast, ani pól uprawnych, nie mamy czego
        bronić. Nie widzimy więc powodu, aby się bić. Ale za to, że twierdzisz, że
        jesteś naszym panem, i chcesz, żebyśmy to uznali - za to odpokutujesz.

        "Królowie Scytów, usłyszawszy słowo niewola, wpadli w furię". Kochali wolność.
        Kochali step. Kochali nieograniczoną przestrzeń. Oburzeni tym, jak traktuje ich
        Dariusz, poniżając ich i upokarzając, korygują taktykę. Postanawiają nie tylko
        kluczyć i krążyć, nie tylko robić zygzaki i pętle, ale również napadać na
        Persów, kiedy będą szukali pożywienia dla siebie i paszy dla koni.

        Położenie armii Dariusza staje się coraz trudniejsze. Tu, na wielkim stepie,
        obserwujemy zderzenie się dwóch stylów, dwóch struktur. Zwartej, sztywnej,
        monolitycznej struktury regularnej armii i luźnej, ruchliwej, nieuchwytnej
        struktury małych związków taktycznych. To jest też armia, ale amorficzna armia
        cieni, zjaw, rozgęszczonego, przezroczystego powietrza.
        • beduinka Re: Zając - 14 część "Podróży z Herodotem" 29.12.03, 23:19
          - Pokażcie się! - woła w pustkę Dariusz. Ale odpowiada mu tylko cisza obcej,
          nieobjętej, niezmierzonej ziemi, na której stoi jego potężna armia, której nie
          może użyć, która jest bezsilna i nic nie znaczy, bo wagę mógłby jej nadać tylko
          przeciwnik, ale ten nie chce się pojawić.

          Scytowie widzą, że Dariusz znalazł się w kłopotliwej sytuacji, i przez herolda
          posyłają mu w darze ptaka, mysz, żabę i pięć strzał.

          Każdy człowiek ma pewną własną siatkę rozpoznawczą i interpretacyjną, którą,
          najczęściej odruchowo i bezrefleksyjnie, nakłada na każdą napotkaną
          rzeczywistość. Często jednak te inne rzeczywistości nie przystają, nie pasują
          do kodu naszej siatki i wówczas można tę rzeczywistość i jej elementy mylnie
          odczytać i w rezultacie błędnie zinterpretować. Odtąd człowiek ów będzie
          poruszać się w rzeczywistości fałszywej, w świecie mylących i nieprawdziwych
          pojęć i znaków.

          Tak jest i tym razem.

          "Otrzymawszy od Scytów dary, Persowie odbyli naradę. Dariusz był tego zdania,
          że Scytowie wydali mu siebie samych oraz ziemię i wodę (symbol poddaństwa), a
          wnioskował w ten sposób: mysz żyje w ziemi i żywi się tym samym plonem co
          człowiek, żaba zaś w wodzie, a ptak najbardziej przypomina konia; wreszcie
          strzały oddają oni niby własną swą siłę. Takie zdanie wyraził Dariusz. Temu
          przeciwne było zdanie Gobryasa. Przypuszczał on, że takie jest znaczenie
          darów: - Persowie, jeżeli nie staniecie się ptakami i nie wzlecicie ku niebu
          albo zmienieni w myszy nie skryjecie się pod ziemią, albo w postaci żab nie
          wskoczycie do bagien - to nie wrócicie do domu, rażeni tymi strzałami. Tak
          wyjaśniali Persowie owe dary".

          A tymczasem "ustawili się Scytowie naprzeciw Persom w szyku bojowym z piechotą
          i jazdą, jakby do walki". Musiał to być imponujący widok. Wszystkie wykopaliska
          archeologiczne, wszystko, co znaleziono w ich kurhanach, w których grzebali
          zmarłych w swoich szatach, razem ze swoimi końmi, z bronią, ze sprzętem i z
          biżuterią, wskazuje, że mieli ubiory pokryte złotem i brązem, że ich konie
          nosiły uprząż nabijaną i spinaną rzeźbionym metalem, że używali mieczy,
          toporów, łuków i kołczanów starannie cyzelowanych i suto zdobionych.

          Dwie armie stoją naprzeciw siebie. Jedna, perska, największa na świecie, i
          druga, mała, scytyjska, stojąca na straży krainy, której wnętrze przesłania
          Dariuszowi biała kurtyna śniegu.

          Musi to być moment pełen napięcia - myślę, ale w tej chwili przychodzi chłopak
          i mówi, że abbé Pierre prosi na drugi koniec dziedzińca, gdzie w cieniu
          rozłożystego mangowca stoi stół, na którym czeka obiad.

          - Zaraz! Za sekundę! - wołam. Odruchowo ocieram czoło ociekające z emocji potem
          i czytam dalej:

          "Gdy tak stali, środkiem obu wojsk przebiegł zając; każdy ze Scytów, co zająca
          zobaczył, zaczął go ścigać. Kiedy więc pomieszały się szeregi scytyjskie i
          powstał krzyk, zapytał się Dariusz o przyczynę tumultu wśród nieprzyjaciół, a
          kiedy dowiedział się, że oni ścigają zająca, tak odezwał się do tych, z którymi
          w ogóle zwykł był rozmawiać: - Ci ludzie bardzo nas sobie lekceważą i jest mi
          teraz jasne, że Gobryas miał rację, mówiąc o darach scytyjskich. Ponieważ i
          mnie się teraz wydaje, że tak jest właśnie z tymi darami, trzeba nam dobrej
          rady, jak mamy nasz odwrót bezpiecznie wykonać".

          Zając? Jego dziejowa rola? Historycy są zgodni w tym, że to Scytowie zatrzymali
          pochód Dariusza na Europę. Gdyby się to nie stało, losy świata mogłyby potoczyć
          się inaczej. A o odwrocie Dariusza zdecydowało ostatecznie to, że Scytowie,
          goniąc beztrosko zająca na oczach perskiej armii, okazali, że ją ignorują,
          lekceważą, mają w pogardzie. I ta pogarda, to poniżenie, było dla króla Persów
          straszniejszym ciosem niżby przegranie wielkiej bitwy.

          ***

          Nastała noc.

          Dariusz każe, jak zawsze o tej porze, zapalić ogniska. Przy ogniskach mają
          pozostać ci żołnierze, którym brakuje już sił do marszu - ciury, łazęgi,
          chorzy. Każe uwiązać osły, żeby ryczały, stwarzając pozór, że w perskim obozie
          toczy się normalne życie. A sam, pod osłoną nocy, na czele swojej armii zaczyna
          odwrót.
    • beduinka Wśród umarłych królów i zapomnianych bogów - 15 04.01.04, 21:27
      Wśród umarłych królów i zapomnianych bogów - piętnasta część "Podróży z
      Herodotem"


      Czy dawne świątynie i pałace, jak te w Persepolis, mogły powstać bez cierpienia
      ich budowniczych? Bez strachu niewolników i pychy władców? Ale zarazem, czy nie
      zrodziło ich dążenie do piękna? Piętnasta część "Podróży z Herodotem" Ryszarda
      Kapuścińskiego

      Chęć pozostania jeszcze jakiś czas z Dariuszem sprawia, że łamię kolejność
      moich podróży i przenoszę się nagle z Konga roku 1960 do Iranu roku 1979, to
      jest do kraju właśnie trwającej rewolucji islamskiej, na której czele stoi
      sędziwy, chmurny i nieugięty starzec - Ajatollah Chomeini.

      To przeskakiwanie z epoki do epoki jest stałą pokusą człowieka, który będąc
      niewolnikiem i ofiarą nieubłaganych reguł czasu, chce choć przez moment i bodaj
      tylko iluzorycznie poczuć się jego panem i władcą, stanąć ponad nim i móc różne
      etapy, stadia i okresy dowolnie ze sobą składać, łączyć lub rozdzielać i
      przestawiać.

      Dlaczego jednak Dariusz? Otóż czytając to, co pisze Herodot o władcach
      wschodnich, widzimy, że co prawda wszyscy oni czynią rzeczy okrutne, to jednak
      zdarzają się wśród nich i tacy, którzy czasem robią c o ś j e s z c z e i że
      to "jeszcze" może być pożyteczne i dobre. Tak jest właśnie i w wypadku
      Dariusza. Z jednej strony bywa okrutny. Tak było w chwili, kiedy ruszał z armią
      na Scytów: "Wtedy jeden z Persów, Ojobazos, prosił Dariusza, żeby mu zostawił
      jednego z trzech synów, których posiadał, a którzy wszyscy ciągnęli na wojnę.
      Ten odrzekł, że jemu, jako swemu przyjacielowi, który o rzecz drobną go prosi,
      pozostawi wszystkich synów. Ojobazos więc bardzo był ucieszony, bo spodziewał
      się, że synowie zostaną zwolnieni ze służby wojskowej. Król jednak rozkazał
      wyznaczonym do tego pachołkom, żeby wszystkich synów Ojobazosa zabili. I w ten
      sposób ci, zamordowani, pozostali na miejscu".

      Z drugiej strony jednak był dobrym gospodarzem, dbał o drogi i pocztę, bił
      pieniądze i wspierał handel. A przede wszystkim, niemal od chwili, kiedy
      nakłada królewski diadem, zaczyna budować wspaniałe miasto - Persepolis,
      którego wagę i blask porównują z Mekką i Jerozolimą.

      ***

      W Teheranie śledzę i opisuję ostatnie tygodnie Szacha. Wielkie, rozrzucone na
      piaszczystym terenie, chaotyczne miasto jest całkowicie zdezorganizowane. Ruch
      paraliżują codzienne, niekończące się demonstracje. Mężczyźni - wszyscy
      czarnowłosi, kobiety - wszystkie w hidżabach, idą w kilometrowych, nawet - w
      kilkukilometrowych kolumnach, śpiewając, wznosząc okrzyki, rytmicznie
      wygrażając wzniesionymi do góry pięściami. Coraz to wyjeżdżają na ulice i place
      wozy opancerzone i strzelają do demonstrantów. Strzelają na serio, padają
      zabici i ranni, tłum rozprasza się, gnany panicznym strachem chowa się w
      bramach.

      Z dachów strzelają snajperzy. Ktoś przez nich ugodzony robi ruch, jakby się
      potknął i chciał polecieć w przód, ale natychmiast podtrzymują go ci, którzy
      idą obok, i odnoszą na skraj chodnika, a pochód kroczy dalej, rytmicznie
      wygraża pięściami. Bywa, że na czele idą dziewczęta i chłopcy ubrani na biało,
      z białymi opaskami na czołach. Są to martyrs - męczennicy, gotowi ponieść
      śmierć. To właśnie mają wypisane na opaskach. Czasem, jeszcze nim pochód ruszy,
      podchodzę do nich, próbując odgadnąć, co wyrażają ich twarze. Nie wyrażają nic.
      W każdym razie nic takiego, co potrafiłbym opisać, na co znalazłbym odpowiednie
      słowo.

      ***

      Po południu demonstracje ustawały, kupcy otwierali sklepy, bukiniści, których
      tu było pełno, rozkładali na ulicy swoje zbiory. Kupiłem u nich dwa albumy o
      Persepolis. Szach szczycił się tym miastem, urządzał tam wielkie uroczystości i
      festiwale, na które spraszał gości z całego świata. Co do mnie, ponieważ zaczął
      je budować Dariusz, koniecznie chciałem tam pojechać,

      Na szczęście przyszedł ramadan i w Teheranie zrobiło się spokojniej. Odnalazłem
      dworzec autobusowy i poszedłem kupić bilet do Szirazu, skąd już blisko do
      Persepolis. Bilet dostałem bez trudu, choć później autobus okazał się pełny.
      Był to luksusowy, klimatyzowany mercedes bezgłośnie sunący po świetnej szosie.
      Po drodze mija się duże połacie ciemnopłowej, kamienistej pustyni, czasem -
      biedne, gliniane, bez śladu zieleni wioski, gromady bawiących się dzieci, stada
      kóz i baranów.

      Na postojach dostaje się zawsze to samo - talerz sypkiej kaszy gryczanej,
      gorący barani szaszłyk i szklankę wody, a na deser - czarkę herbaty. Trudno mi
      rozmawiać, bo nie znam języka farsi, ale atmosfera jest przyjemna, mężczyźni są
      przyjaźni, uśmiechają się. Natomiast kobiety patrzą w inną stronę. Wiem już, że
      nie wolno im się przyglądać, jednakże, kiedy przebywa się dłużej wśród tych
      samych Iranek, czasem któraś z nich poprawi czador w taki sposób, że na moment
      wyjrzy spod niego oko - nieodmiennie czarne, duże, błyszczące, w oprawie
      długich rzęs.

      W autobusie mam miejsce przy oknie, ale po kilku godzinach widok jest ciągle
      ten sam, więc wyjmuję z torby Herodota i czytam o Scytach:

      "Jest u nich taki zwyczaj. Kiedy Scyta powali jednego przeciwnika, pije jego
      krew, głowy zaś tych wszystkich, których w bitwie uśmierci, odnosi królowi;
      jeżeli bowiem zaniesie głowę, ma udział w uzyskanej przez nich zdobyczy, w
      przeciwnym razie nic nie dostaje. A odziera ją ze skóry w taki sposób: nacina
      skórę dookoła uszów, potem chwyta głowę za uszy i wytrząsa ją; dalej zeskrobuje
      ze skóry mięso żebrem wołowym i garbuje ją w ręku; a skoro ją zmiękczy,
      posługuje się nią jak ręcznikiem, zawiesza ją u uzdy konia, na którym jeździ, i
      jest z tego dumny. Kto bowiem ma najwięcej takich ręczników, ten uchodzi za
      najdzielniejszego. Wielu z nich sporządza też ze zdartych skór szaty do
      wdziewania, zszywając je jak kożuchy pasterskie... bo skóra ludzka jest mocna i
      błyszcząca i przewyższa lśniącą białością prawie wszystkie inne skóry". Już
      dalej nie czytam, bo nagle za oknem pojawiają się gaje palmowe, rozległe
      zielone pola, budynki, a dalej ulice i latarnie. Nad dachami połyskują kopuły
      meczetów. Jesteśmy w Szirazie, mieście ogrodów i dywanów.

      ***

      W recepcji hotelu powiedzieli mi, że do Persepolis dojeżdża się tylko taksówką
      i że lepiej wyruszyć jeszcze przed świtem, bo wtedy zobaczy się, jak wschodzi
      słońce i pierwszymi promieniami oświetla królewskie ruiny.

      W istocie kierowca czekał już na mnie przed hotelem i zaraz pojechaliśmy. Była
      pełnia, więc widziałem, że jesteśmy na równinie płaskiej jak dno wyschniętego
      jeziora. Po półgodzinie jazdy pustą drogą Jafar - bo tak nazywał się kierowca -
      zatrzymał się i z bagażnika wyjął butelkę wody. Woda była lodowata, w ogóle o
      tej godzinie panowało potworne zimno, tak dygotałem, że zlitował się nade mną i
      okrył mnie kocem.

      Porozumiewaliśmy się tylko na migi. Pokazał mi, że mam umyć twarz. Zrobiłem to
      i chciałem ją wytrzeć, ale on zrobił gest przeczący - nie wolno wycierać
      twarzy, mokrą twarz musi wysuszyć słońce. Zrozumiałem, że taki jest rytuał, i
      czekając, stałem cierpliwie.

      Wschód słońca na pustyni jest zawsze świetlistym widowiskiem, momentem
      mistycznym, w którym świat, ten, co odpłynął od nas wieczorem i zniknął w nocy,
      nagle wraca. Wraca niebo, wraca ziemia i ludzie. To wszystko znowu jest, to
      wszystko znowu widzimy. Jeżeli gdzieś będzie blisko oaza - zobaczymy ją, jeżeli
      studnia - zobaczymy ją także. W tej przejmującej chwili muzułmanie padają na
      kolana i odmawiają swoją pierwszą modlitwę dnia - salad as-subh. Ale ich
      uniesienie udziela się również niewiernym, wszyscy jednako przeżywają powrót
      słońca na świat, jest to może jedyny tak szczerze prawdziwy akt ekumenicznego
      zbratania.

      Robi się widno i jasno i wtedy ukazuje się Persepolis w całym królewskim
      majestacie. Jest to wielkie, kamienne miasto świątyń i pałaców położone na
      gigantycznym, rozległym tarasie wykutym w stoku gór, które rozpoczynają się
      nagle, bez żadnych stadiów pośrednich w miejscu, gdzie końc
      • beduinka Re: Wśród umarłych królów i zapomnianych bogów - 04.01.04, 21:36
        Robi się widno i jasno i wtedy ukazuje się Persepolis w całym królewskim
        majestacie. Jest to wielkie, kamienne miasto świątyń i pałaców położone na
        gigantycznym, rozległym tarasie wykutym w stoku gór, które rozpoczynają się
        nagle, bez żadnych stadiów pośrednich w miejscu, gdzie kończy się równina, na
        której teraz stoimy. Słońce suszy mi twarz, a sens tej sceny jest taki: słońce,
        tak samo jak człowiek, żeby żyć, potrzebuje wody. Jeżeli budząc się, zobaczy,
        że może zaczerpnąć kilka kropel z twarzy człowieka, będzie dla niego łaskawsze
        w tej godzinie, kiedy staje się okrutne - w godzinie południa. A swoją
        łaskawość objawi przez to, że na te chwile da nam cień. Cienia nie daje nam
        bezpośrednio, ale za pośrednictwem różnych rzeczy - drzewa, dachu, pieczary.
        Wiemy dobrze, że bez słońca rzeczy te, same z siebie, nie mają cienia. W ten
        sposób słońce, rażąc nas, dostarcza nam również tarczy obronnej.

        Jest taki właśnie świt jak teraz, kiedy w dwa wieki po tym, jak Dariusz zaczyna
        budowę Persepolis, w końcu stycznia roku 330 przed naszą erą na czele swoich
        wojsk do miasta zbliża się Aleksander Wielki. Nie widzi jeszcze budowli, ale
        wie o ich wspaniałości i o tym, że kryją nieprzebrane bogactwa. Na tej właśnie
        równinie, na której stoimy z Jafarem, spotyka dziwną grupę: „Zaraz za rzeką
        spotkali pierwszą delegację. Ale te obszarpane postacie bardzo się różniły od
        wytwornych oportunistów i kolaborantów, z którymi Aleksander miał dotąd do
        czynienia. Okrzyki powitania, jakie wydawali, a także gałązki błagalników w ich
        rękach świadczyły, że są to Grecy: ludzie przeważnie w średnim wieku lub
        starzy, może najemnicy walczący kiedyś po niewłaściwej stronie z okrutnym
        monarchą Artakserksesem Ochosem. Przedstawiali sobą żałosny, wprost upiorny
        widok, bo każdy z nich był w straszliwy sposób okaleczony. Typowo perską metodą
        poucinano im hurtem nosy i uszy. Niektórym brakowało rąk, innym stóp. Wszyscy
        mieli zniekształcające piętno na czole. »Byli to ludzie - mówi Diodor - którzy
        posiedli biegłość w sztuce i rzemiosłach i dobrze się w nich spisywali; wówczas
        obcięto im inne kończyny, zostawiając tylko te, które były niezbędne w ich
        fachu «” (Peter Green, „Aleksander Wielki”, tłum. Andrzej Konarek, PIW, 1978).

        Ci nieszczęśnicy proszą jednak Aleksandra, aby nie kazał im wracać do Grecji,
        lecz zostawił na miejscu, w Persepolis, które przecież budowali: w Grecji, ze
        swoim wyglądem, "każdy z nich czułby się izolowany, byliby przedmiotem litości,
        wyrzutkami społeczeństwa".

        Dojeżdżamy do Persepolis. Do miasta prowadzą szerokie i długie schody. Po
        jednej ich stronie ciągnie się wysoki, wykuty w ciemnoszarym, doskonale
        oszlifowanym marmurze relief przedstawiający lenników idących do króla, aby
        złożyć mu swój hołd lojalności i poddaństwa. Na każdy stopień przypada jeden
        lennik, a jest ich kilkudziesięciu. Kiedy wstępujemy na stopień, towarzyszy nam
        przypisany do niego lennik, który, gdy pójdziemy krok wyżej, przekaże nas
        następnemu lennikowi, a sam zostanie na miejscu, pilnując swojego stopnia.
        Zdumiewające, że postacie lenników są w najdrobniejszych detalach wyglądu,
        rozmiarów i kształtu zupełnie identyczne. Mają bogate, sięgające ziemi szaty,
        karbowane nakrycia głowy, obu rękoma trzymają przed sobą długą dzidę, a na
        ramieniu niosą zdobiony kołczan. Wyraz twarzy - poważny, a choć czeka ich akt
        czołobitny, wszyscy idą wyprostowani, w postawie pełnej godności.

        Ta identyczność wyglądu towarzyszących nam przy wchodzeniu po schodach lenników
        daje paradoksalne wrażenie ruchu w bezruchu, bo wchodzimy, ale ponieważ stale
        widzimy tego samego lennika, mamy jednocześnie wrażenie, że stoimy ciągle w tym
        samym miejscu, jakby więziły nas jakieś niewidoczne, a złudne lustra. W końcu
        jednak osiągamy szczyt i możemy obejrzeć się do tyłu. Widok jest wspaniały: pod
        nami, w dole, rozciąga się bezbrzeżna, o tej godzinie już cała w oślepiającym
        słońcu równina, przecięta jedną tylko drogą - tą prowadzącą do Persepolis.

        Sceneria ta stwarza dwie sytuacje psychologiczne całkowicie odmienne i
        przeciwstawne:

        - od strony króla: król stoi na szczycie schodów i patrzy na równinę. Na drugim
        krańcu równiny, to znaczy bardzo, bardzo daleko, widzi, jak pojawiły się jakieś
        punkty, pyłki, ziarenka, ledwie widoczne i trudne do rozpoznania drobiny. Król
        patrzy, zastanawia się, co to może być. Po jakimś czasie pyłki i ziarenka
        przybliżają się, rosną i powoli krystalizują. To pewnie lennicy, myśli król,
        ale ponieważ pierwsze wrażenie jest zawsze najważniejsze, a było ono: pyłki i
        ziarenka, król zachowa już o lennikach taką właśnie opinię. Mija jakiś czas,
        już widzi figurki, zarysy postaci. No, nie myliłem się, mówi król do
        otaczających go dworaków, to oczywiście lennicy, muszę spieszyć do Sali
        Audiencji, aby zdążyć usiąść na tronie, nim tu dotrą (król nie rozmawia z
        poddanymi inaczej, niż siedząc na tronie);

        - a teraz od strony przeciwnej, czyli wszystkich innych, w tym lenników:
        wszyscy inni pojawiają się na krańcu przeciwległym do Persepolis. Widzą jego
        cudowne, oszałamiające budowle, jego złocenia i ceramiki. Oniemiali, padają na
        kolana (ale choć padają na kolana, nie są to jeszcze muzułmanie, ci dotrą tu
        dopiero za tysiąc sto lat). Ochłonąwszy, wstają, otrzepują szaty z kurzu. To
        właśnie widzi król jako poruszanie się pyłków i drobin. Teraz w miarę jak idą i
        zbliżają się do Persepolis, ich zachwyt rośnie, ale razem z tym rośnie i
        pokora, poczucie własnej mizerii, marności, nicości. Tak, jesteśmy niczym, król
        może zrobić z nami wszystko, co chce, jeżeli nawet skaże nas na śmierć,
        przyjmiemy wyrok bez słowa. Ale jeśli uda im się wyjść stąd cało, jakiej rangi
        nabiorą u swoich pobratymców! To ten, co był u króla - powiedzą. A potem - to
        syn tego, co był u króla, potem wnuk, prawnuk itd. - ród zabezpiecza się w ten
        sposób na całe pokolenia.

        Po Persepolis można chodzić i chodzić. Jest pusto i cicho. Żadnych
        przewodników, strażników, handlarzy, naganiaczy. Jafar został na dole, jestem
        sam wśród wielkiego cmentarzyska kamieni. Kamieni uformowanych w kolumny i
        pilastry, rzeźbionych w reliefy i portale? Bo żaden kamień nie ma tu kształtu
        naturalnego, nie jest taki, jaki tkwi w ziemi, albo leży w górach. Wszystkie są
        starannie przycięte, spasowane, obrobione. Ileż w to staranie włożonej latami
        pracy, ile znoju i mordęgi tysięcy i tysięcy ludzi. Iluż z nich zginęło,
        taszcząc te gigantyczne głazy? Ilu padło z wyczerpania i pragnienia?

        Zawsze, ilekroć ogląda się martwe już świątynie, pałace, miasta, rodzi się
        pytanie o los ich budowniczych. O ich ból, połamane kręgosłupy, oczy wybite
        odpryskami kamienia, reumatyzm. O ich nieszczęsne życie. Ich cierpienie. I
        wtedy rodzi się pytanie następne - czy te cuda mogłyby powstać bez owego
        cierpienia? Bez bata dozorcy? Bez strachu, który jest w niewolniku? Bez pychy,
        która jest we władcy? Słowem, czy wielkiej sztuki przeszłości nie stworzyło to,
        co jest w człowieku negatywne i złe? Ale, jednocześnie, czy nie stworzyło jej
        przekonanie, że to w nim negatywne i słabe może być przezwyciężone tylko przez
        piękno, tylko przez wysiłek i wolę jego tworzenia? I że jedno, co się nigdy nie
        zmienia, to jest kształt piękna? I żyjąca w nas jego potrzeba?

        Przechodzę jeszcze przez propyleje, przez Salę Stu Kolumn, przez Pałac
        Dariusza, Harem Kserksesa, Wielki Skarbiec. Jest strasznie gorąco i nie mam już
        siły, ani na Pałac Artakserksesa, ani na Salę Narad, ani na dziesiątki innych
        budowli i ruin tworzących to miasto umarłych królów i zapomnianych bogów.
        Schodzę po wielkich schodach, mijając wyłaniającą się z reliefu kolumnę
        lenników idących złożyć królowi hołd.

        Wracamy z Jafarem do Szirazu. Patrzę do tyłu - Persepolis robi się mniejsze i
        mniejsze, coraz bardziej przysłania je wznoszący się za samochodem pył, aż
        wreszcie, kiedy wjeżdżamy już do Szirazu, znika ost
        • beduinka Re: Wśród umarłych królów i zapomnianych bogów - 04.01.04, 21:43
          Wracamy z Jafarem do Szirazu. Patrzę do tyłu - Persepolis robi się mniejsze i
          mniejsze, coraz bardziej przysłania je wznoszący się za samochodem pył, aż
          wreszcie, kiedy wjeżdżamy już do Szirazu, znika ostatecznie za pierwszym
          zakrętem.

          ***

          Wracam do Teheranu. Do demonstrujących, tłumów, do śpiewów i krzyków, do huku
          strzałów i smrodu gazów, do snajperów i bukinistów.

          Mam ze sobą Herodota, który opowiada, jak to na rozkaz Dariusza jeden z
          pozostawionych w Europie jego wodzów - Megabazos - podbija Trację. Jest wśród
          Traków lud, pisze Herodot, który nazywa się Trausorowie. "Trausorowie trzymają
          się we wszystkim tych samych zwyczajów, co reszta Traków, ale z noworodkami i
          zmarłymi tak postępują: dokoła noworodka siadają krewni i opłakują go, ile on
          nieszczęść musi zaznać, skoro się urodził, i wyliczają wszystkie ludzkie
          cierpienia; zmarłego natomiast wesoło i radośnie grzebią i mówią przy tym, że
          pozbył się wszystkich nieszczęść i żyje teraz w zupełnej błogości".



          źródło: gazeta, Ryszard Kapuściński 02-01-2004
    • beduinka Głowa Histiajosa - 16 część "Podróży z Herodotem" 28.01.04, 00:34
      Głowa Histiajosa - 16 część "Podróży z Herodotem"


      Ryszard Kapuściński 09-01-2004 19:54

      Najpierw była żądza władzy, potem żądza złota, wreszcie klęska. O tym, jak się
      skończyły sny o potędze ambitnego Histiajosa z Miletu, opowiada Ryszard
      Kapuściński

      Wyjechałem z Persepolis, a teraz opuszczam Teheran, żeby wrócić (cofając się o
      dwadzieścia lat wstecz) do Afryki, ale w drodze muszę jeszcze zatrzymać się - w
      myślach - w grecko-perskim świecie Herodota, bo oto zaczynają się nad nim
      gromadzić ciężkie chmury.

      Więc tak:

      Dariuszowi nie udaje się pokonać Scytów, jego - Azjatę, zatrzymują u wrót
      Europy. Widzi, że ich nie zwycięży. Co więcej - nagle ogarnia go lęk, że oni go
      teraz dopadną i zniszczą, więc pod osłoną nocy zaczyna odwrót-ucieczkę, marząc
      tylko o jednym - porzucić Scytię i jak najszybciej wrócić do Persji. Cofa się
      wraz z całą olbrzymią armią, a Scytowie natychmiast zaczynają za nim pościg.

      Droga odwrotu jest dla Dariusza tylko jedna: przez most na Dunaju, który sam
      zbudował, rozpoczynając inwazję. Tego mostu pilnują dla niego Jonowie (Jonowie -
      Grecy zamieszkujący Azję Mniejszą, która w czasach Herodota znajdowała się pod
      panowaniem Persów).

      A oto, jak toczą się losy świata: mianowicie Scytowie, znając drogi na skróty i
      mając rącze konie, docierają do mostu przed Persami i chcą im tu odciąć drogę
      odwrotu. Apelują więc do Jonów, aby zburzyli most, co pozwoli Scytom wykończyć
      Dariusza, a tym samym da Jonom wolność.

      Propozycja, zdawałoby się, dla Jonów doskonała, toteż kiedy usłyszawszy ją,
      zbierają się na naradę, pierwszy zabierający głos - Miltiades - mówi:
      wspaniale, zrywamy most! I wszyscy go popierają (w naradzie uczestniczy nie lud
      joński, ale tyrani - de facto namiestnicy Dariusza narzuceni przez niego
      ludności). W tej sytuacji zaraz po wystąpieniu Miltiadesa zabiera głos
      Histiajos z Miletu: "Histiajos z Miletu był tej opinii przeciwny, mówiąc, że
      teraz, dzięki Dariuszowi, każdy z nich włada w swoim mieście, a po obaleniu
      potęgi Dariusza ani on sam nad Miletem, ani nikt inny nad żadnym miastem nie
      będzie panować, bo każde z nich będzie wolało rządzić się demokratycznie, niż
      być pod tyranem. Gdy Histiajos to zdanie wypowiedział, zaraz wszyscy się do
      niego przychylili, choć przed tym pochwalali radę Miltiadesa".

      Ta zmiana zdania jest oczywiście zrozumiała: tyrani zdali sobie sprawę, że
      jeżeli Dariusz straci tron (i pewnie głowę), oni nazajutrz też stracą stołki (i
      pewnie głowy), toteż mówią Scytom, że, niby to, rozbierają most, w
      rzeczywistości jednak chronią go i pozwalają Dariuszowi wrócić bezpiecznie do
      Persji.

      Dariusz docenia historyczną rolę, jaką w tak rozstrzygającym momencie odegrał
      Histiajos, i nagradza go, czym tamten zechce, ale jednocześnie nie pozwala mu
      wrócić na stanowisko tyrana do Miletu, tylko bierze go ze sobą do stolicy
      Persji - Suzy - jako swojego doradcę. Histiajos jest ambitny i cyniczny, a
      takich lepiej mieć na oku, tym bardziej że urósł on teraz do roli zbawiciela
      imperium, które bez jego głosu, tam przy moście na Dunaju, już by może nie
      istniało.

      Ale nie wszystko dla Histiajosa jest stracone. Bowiem tyranem Miletu, głównego
      miasta Jonii, zostaje na jego miejsce wierny mu zięć - Aristagoras. Ten też
      jest ambitny i żądny władzy. Wszystko to dzieje się w czasie, kiedy wśród
      podbitych Jonów narasta niezadowolenie, a nawet opór przeciw dominacji Persów.
      Teść i zięć odczuwają instynktownie, że pora te nastroje wykorzystać.

      Ale jak się porozumieć, jak uzgodnić plan działania? Z Suzy (gdzie przebywa
      Histiajos) do Miletu (gdzie rządzi Aristagoras) goniec potrzebuje trzech
      miesięcy intensywnego marszu - a po drodze są i pustynie, i góry - żeby przebyć
      tę trasę. A innej łączności nie ma. Z tej drogi korzysta Histiajos: "Zdarzyło
      się, że właśnie wtedy przybył z Suzy od Histiajosa niewolnik z tatuażem na
      czaszce i dał znać Aristagorasowi, żeby rozpocząć bunt przeciw królowi. Oto
      Histiajos, który chciał wydać polecenie Aristagorasowi, aby wzniecił rewoltę, a
      nie mógł tego bezpiecznie w żaden inny sposób uczynić, gdyż dróg pilnowano,
      ostrzygł najwierniejszego ze swoich niewolników, wytatuował mu znaki na głowie
      i czekał, aż mu odrosną włosy, potem odesłał go do Miletu i tylko mu polecił,
      żeby po przybyciu powiedział Aristagorasowi, iż ma go ostrzyc i głowę mu
      obejrzeć: a wytatuowane znaki, jak wprzód powiedziałem, wzywały do buntu.
      Histiajos dlatego to uczynił, że bardzo bolał nad zatrzymaniem go w Suzie..."

      Aristagoras przedstawia swoim stronnikom wezwanie Histiajosa. Wysłuchują tego i
      wszyscy głosują za powstaniem. Udaje się więc za morze szukać sprzymierzeńców,
      ponieważ Persja jest od Jonów wiele razy silniejsza. Najpierw płynie statkiem
      do Sparty. Tu królem jest Kleomenes, który, jak notuje Herodot, był niespełna
      rozumu i prawie niepoczytalny, ale jak się okazało, przejawił dużo roztropności
      i zdrowego rozsądku. Ten to bowiem, kiedy usłyszał, że chodzi o wojnę przeciw
      królowi, który panuje nad całą Azją, a rezyduje w stolicy - Suzie, przytomnie
      zapytał, jak do tej Suzy jest daleko. "Aristagoras, który skądinąd był chytrym
      człowiekiem i dobrze zwodził Kleomenesa, popełnił tu błąd; bo nie powinien był
      mówić prawdy, jeśli chciał Spartan wywabić do Azji, a on ją powiedział i dodał,
      że droga wynosi trzy miesiące. Wtedy Kleomenes przerwał mu dalszą mowę, w
      której Aristagoras zamierzał tę drogę opisać, i rzekł: - Gościu z Miletu, oddal
      się ze Sparty przed zachodem słońca, bo nierozumną czynisz Spartanom
      propozycję, chcąc ich powieść drogą, która od morza trwa trzy miesiące. Tak
      powiedział Kleomenes i odszedł do domu".

      Tak odprawiony Aristagoras udał się do Aten - najpotężniejszego miasta w
      Grecji. Tu zmienia taktykę i zamiast rozmawiać z jednym wodzem, przemawia do
      wielkiego tłumu (w myśl kolejnego prawa Herodota, że "łatwiej oszukać tłum niż
      jednostkę") i nawołuje Ateńczyków, żeby udzielili pomocy Jonom. "Jakoż
      namówieni, uchwalili wysłać Jonom na pomoc dwadzieścia okrętów... Te okręty
      stały się początkiem nieszczęść dla Greków i barbarzyńców" (to znaczy
      początkiem wielkiej wojny grecko-perskiej).

      ***

      Nim jeszcze do niej dojdzie, działania toczą się na mniejszą skalę. Zaczynają
      się mianowicie od powstania Jonów przeciw Persom, które trwać będzie kilka lat
      i zostanie krwawo przez Persów stłumione. Kilka scen:

      scena 1 - Jonowie wspierani przez Ateńczyków zajmują i palą Sardes (drugie po
      Suzie miasto Persji);

      scena 2 (słynna) - po jakimś czasie, tj. po dwóch-trzech miesiącach, wiadomość
      o tym dociera do króla Persów Dariusza. "Z początku po otrzymaniu tej
      wiadomości miał on zupełnie nie zwracać uwagi na Jonów, ponieważ wiedział, że
      bunt ten nie ujdzie im bezkarnie, i tylko zapytał, kto to są Ateńczycy.
      Dowiedziawszy się, miał zażądać łuku, a gdy go dostał, nałożył nań strzałę i
      wypuścił ją w górę ku niebu i zawołał: - Zeusie, pozwól mi zemścić się na
      Ateńczykach! Po tych słowach podobno kazał jednemu ze służących, żeby mu,
      ilekroć zasiądzie do stołu, trzykroć powtarzał: - Panie, pamiętaj o
      Ateńczykach!"

      scena 3 - Dariusz wzywa Histiajosa, którego zaczyna o coś podejrzewać, bo to
      przecież jego zięć Aristagoras wywołał jońskie powstanie. Histiajos zapiera się
      i kłamie w żywe oczy: "Królu... jakże miałbym doradzać rzecz, z której dla
      ciebie mogłaby wyniknąć jakaś przykrość?" I wini króla, że ściągnął go do Suzy,
      bo gdyby on, Histiajos, był w Jonii, nikt by nie zbuntował się przeciw
      Dariuszowi. "Teraz więc co prędzej puść mnie, abym wyruszył do Jonii i wszystko
      znów doprowadził ci tam do porządku, a owego namiestnika z Miletu, który knował
      ten zamach, wydał w twoje ręce". Dariusz daje się przekonać, pozwala mu jechać
      i poleca, aby po spełnieniu obietnic wrócił do niego do Suzy;

      scena 4 - tymczasem walki Jonów z Persami toczą się ze zmiennym szczęściem, ale
      jednak liczniejsi i silniejsi Persowie stop
      • beduinka Re: Głowa Histiajosa - 16 część "Podróży z Herodo 28.01.04, 00:43
        scena 4 - tymczasem walki Jonów z Persami toczą się ze zmiennym szczęściem, ale
        jednak liczniejsi i silniejsi Persowie stopniowo zyskują coraz większą
        przewagę. Widzi to zięć Histiajosa Aristagoras i postanawia wycofać się z
        powstania, a nawet wyjechać z Jonii. Herodot wyraża się o nim z
        pogardą: "Aristagoras z Miletu dowiódł, że nie jest mężem o wybitnej odwadze;
        on bowiem, który podburzył Jonię i wielkie wywołał zamieszki, nosił się z myślą
        o ucieczce: wydawało mu się niemożliwe pokonać króla Dariusza". W tej scenie
        zwołuje naradę swoich zwolenników i mówi, że "lepiej dla nich byłoby mieć
        gotowe jakieś schronienie, gdyby zostali wygnani z Miletu. Zebrani naradzają
        się, co robić. W końcu Aristagoras zabrał ze sobą każdego, kto chciał, popłynął
        do Tracji i wziął w posiadanie okolicę, do której się wybrał. Stąd posuwając
        się dalej, zginął z rąk Traków..."

        scena 5 - zwolniony przez Dariusza Histiajos dociera do Sardes i zjawia się u
        satrapy, bratanka Dariusza - Artafrenesa. Rozmawiają. - Jak myślisz - pyta go
        satrapa - dlaczego zbuntowali się Jonowie? - Nie mam pojęcia - wykrętnie
        odpowiada Histiajos. Ale Artafrenes wie swoje: - Sprawa, Histiajosie, tak się
        przedstawia, żeś to ty uszył te buty, a włożył je Aristagoras;

        scena 6 - Histiajos widzi, że satrapa przejrzał go i że wzywanie pomocy
        Dariusza nie ma sensu: goniec do Suzy szedłby trzy miesiące, powrót z glejtem o
        nietykalności od Dariusza - znowu trzy, razem pół roku, przez ten czas
        Artafrenes mógłby mu obciąć głowę sto razy. Ucieka więc pod osłoną nocy z
        Sardes na zachód, w kierunku morza. Do wybrzeża trzeba iść kilka dni, możemy
        się domyślać, że Histiajos gna z duszą na ramieniu, ciągle ogląda się za
        siebie, czy nie ścigają go siepacze Artafrenesa. Gdzie śpi? Czym się żywi? Nie
        wiemy. Jedno jest pewne - chce podjąć się naczelnego dowództwa nad Jonami w
        wojnie przeciw Dariuszowi. Histiajos zdradza więc po raz drugi: najpierw
        zdradził sprawę Jonów, aby ratować Dariusza, teraz zdradził Dariusza, aby
        przeciw niemu dowodzić Jonami.

        scena 7 - Histiajos dostaje się na zamieszkaną przez Jonów wyspę Chios
        (krajobrazowo ta wyspa jest piękna, mogłem bez końca patrzeć na jej zatokę i
        wyłaniające się na horyzoncie granatowe góry. W ogóle cały opisywany dramat
        rozgrywa się wśród wspaniałych krajobrazów). Ale ledwie wychodzi na brzeg,
        Jonowie aresztują go i wtrącają do więzienia. Jest podejrzany, że służy
        Dariuszowi. Histiajos zaklina się, że nie, że chce dowodzić antyperskim
        powstaniem. W końcu dają mu wiarę, wypuszczają go, ale nie chcą udzielić
        poparcia. Czuje się osamotniony, jego plany wielkiej wojny przeciw Dariuszowi
        coraz bardziej wyglądają na urojone. Ciągle jednak nie słabną jego ambicje.
        Mimo wszystko nie traci nadziei, rozpiera go żądza władzy, mania wodzostwa nie
        daje spokoju. Prosi miejscowych, żeby pomogli mu odpłynąć na ląd, do Miletu,
        gdzie kiedyś był tyranem. "Ale Miletyjczycy radzi, że pozbyli się już tyrana
        Aristagorasa, bynajmniej nie byli skłonni przyjąć do swojego kraju innego
        tyrana, ponieważ zakosztowali już wolności. A kiedy Histiajos w nocy próbował
        przemocą wkroczyć do Miletu, został zraniony w udo przez jednego z
        Miletyjczyków. On tedy, wyrzucony z ojczyzny, wrócił na Chios, ale nie mogąc
        nakłonić mieszkańców wyspy, żeby mu dali okręty, przeprawił się stąd do
        Mityleny (na wyspie Lesbos) i namówił Lesbijczyków do użyczenia mu floty".
        Wielki Histiajos, kiedyś namiestnik sławnego miasta Milet, ostatnio zasiadający
        obok króla królów - Dariusza, teraz błąka się od wyspy do wyspy, szuka dla
        siebie miejsca, szuka odzewu i wsparcia. Ale albo musi uciekać, albo wtrącają
        go do lochów, albo odtrącają od bram miasta, biją i ranią;

        scena 8 - Histiajos jeszcze nie poddaje się, jeszcze chce utrzymać się na
        powierzchni. Być może nadal marzy mu się berło. Nawiedzają go sny o potędze. W
        każdym razie nadal sprawia na tyle dobre wrażenie, że mieszkańcy Lesbos dają mu
        osiem okrętów. Na czele tej floty płynie do Bizancjum. "Tu usadowili się i
        chwytali wypływające z Pontu okręty, z wyjątkiem tych, które oświadczyły, że
        gotowe są słuchać Histiajosa". Tak więc jego degradacja trwa. Staje się już po
        trochu morskim piratem;

        scena 9 - Histiajosa dochodzi wiadomość, że Milet, który stał na czele
        powstania Jonów, zdobyli Persowie. "Persowie, zwyciężywszy Jonów w bitwie
        morskiej, oblegali Milet od lądu i od morza, podkopywali mury i stosowali
        wszelkie machiny wojenne: wreszcie zdobyli go całkowicie w sześć lat po
        powstaniu Aristagorasa. A obywateli Miletu zmienili w niewolników..."

        (Dla Ateńczyków klęska Miletu była ciosem straszliwym. „Kiedy dramatopisarz
        Frynichos napisał i wystawił dramat »Zdobycie Miletu «, cała widownia wybuchła
        płaczem”. Za tę sztukę władze Aten ukarały autora drakońską grzywną tysiąca
        drachm i zabroniły, aby tu był kiedykolwiek wystawiany. Sztuka miała służyć
        pokrzepieniu serc, rozrywce, a nie rozdrapywaniu ran).

        Na wiadomość o upadku Miletu Histiajos reaguje dziwnie. Porzuca łupienie
        statków i płynie z Lesbijczykami na Chios. Chce być bliżej Miletu? Uciekać
        dalej? Ale gdzie? Na razie urządza na Chios rzeź: "Gdy miejscowa straż nie
        chciała go dopuścić, bił się z nią. Wielu z tej straży zabił, a także i resztę
        mieszkańców..."

        Ale ta rzeź niczego nie rozwiązuje. Jest tylko odruchem rozpaczy, wściekłości,
        szału. Więc opuszcza wymarłą ziemię i płynie na Tasos - położoną blisko Tracji
        wyspę kopalń złota. Oblega Tasos, które go nie chce, które się nie poddaje.
        Porzuca nadzieję na złoto i płynie na Lesbos - tam go jeszcze najlepiej
        przyjmowano. Ale na Lesbos panuje głód, a musi nakarmić swoje wojsko, więc
        przeprawia się do Azji, żeby tu, w kraju Myzów, zżąć zboże, coś, cokolwiek
        zjeść. Obręcz zaciska się, już nie ma gdzie się podziać. Jest w potrzasku, jest
        na dnie. Bo też nie ma granicy w małości człowieka. Człowiek mały coraz
        bardziej pogrąża się w małości, coraz bardziej w niej się zaplątuje. Aż ginie;

        scena 10 - w miejscu, do którego dotarł Histiajos, "przebywał akurat Pers
        Harpagos, dowódca niemałego wojska, który napadł na lądującego Histiajosa,
        wziął go do niewoli i wytracił większą część jego żołnierzy". Nim się to stało,
        Histiajos po wyjściu na brzeg próbował jeszcze uciekać: "gdy jakiś Pers
        doganiał go uciekającego, chwytał i właśnie miał go przebić mieczem, ten wołał
        po persku, że jest Histiajosem z Miletu";

        scena 11 - Histiajosa przywożą do Sardes. Tu Artafrenes i Harpagos każą go na
        oczach miasta wbić na pal (cóż za potworny ból!). Obcinają mu głowę, którą
        polecają zabalsamować i odnieść królowi Dariuszowi do Suzy (do Suzy! Po trzech
        miesiącach drogi, jak musiała ta głowa, nawet zabalsamowana, wyglądać!);

        scena 12 - Dariusz dowiaduje się o wszystkim i gani Artafrenesa i Harpagosa, że
        nie przysłali mu żywego Histiajosa. Poleca teraz umyć otrzymany szczątek,
        odpowiednio go przybrać i pochować z honorami.

        Chce przynajmniej w ten sposób oddać hołd głowie, w jakiej kilka lat temu, przy
        moście nad Dunajem, zrodziła się myśl, która ocaliła Persję i Azję, a jemu,
        Dariuszowi - królestwo i życie.

    • beduinka U doktora Ranke - 17 część "Podróży z Herodotem" 28.01.04, 00:53
      U doktora Ranke - 17 część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Ryszard Kapuściński 16-01-2004 20:17

      Wtedy w Kongu historie opisywane przez Herodota tak mnie wciągały, że chwilami
      bardziej przeżywałem grozę narastającej wojny między Grekami i Persami niż tej
      aktualnej, kongijskiej, na której byłem korespondentem. Ale, oczywiście,
      kraj "Jądra ciemności" też dawał mi się we znaki. Zarówno przez wybuchające to
      tu, to tam strzelaniny, groźby aresztu, pobicia i śmierci, jak i przez panujący
      wszędzie męczący klimat niepewności, niejasności i nieprzewidywalności. Bowiem
      wszystko najgorsze było tu możliwe w każdej chwili i w każdym miejscu. Nie
      istniała żadna władza, żadne siły porządku. System kolonialny rozpadł się,
      belgijscy administratorzy uciekli do Europy, a na to miejsce pojawiła się jakaś
      mroczna, oszalała siła, najczęściej przybierająca postać pijanych kongijskich
      żandarmów.

      Można było przekonać się, jak groźna staje się pozbawiona hierarchii i
      porządku - wolność, czy raczej wyzwolona od etyki i ładu anarchia. W takiej
      bowiem sytuacji natychmiast, od początku, biorą górę siły agresywnego zła,
      wszelka nikczemność, zbydlęcenie i bestialstwo. Tak było i w Kongu, którym
      wtedy zawładnęli żandarmi. Spotkanie z każdym z nich mogło być groźnym
      doświadczeniem. Oto idę uliczką w małym miasteczku - Lisali. Słońce, pusto i
      cicho. Z naprzeciwka zbliżają się dwaj żandarmi. Zamieram, ale ucieczka nie ma
      sensu - bo niby gdzie uciekać, a po drugie - panuje straszliwy upał, ledwie
      wlokę się noga za nogą. Żandarmi ubrani są w polowe mundury, mają na głowach
      głębokie hełmy, które zasłaniają im połowę twarzy, i są uzbrojeni po zęby,
      każdy z nich ma automat, granaty, nóż, rakietnice, pałkę, niezbędnik - cały
      przenośny arsenał. Po co im tego tyle, myślę, bo jeszcze ich potężne sylwetki
      oplatają jakieś pasy i podpinki, do których przyszyte są girlandy kółek,
      zapinek, haczyków i klamer.

      Ubrani w spodenki i koszulki może byliby miłymi chłopcami, którzy kłanialiby
      się grzecznie i zapytani uprzejmi pokazywaliby drogę. Ale mundur i uzbrojenie
      zmieniały im naturę, charakter i postawę, a także spełniały jeszcze jedną rolę -
      utrudniały, czy wręcz uniemożliwiały, zwykły ludzki kontakt. Teraz naprzeciw
      mnie nie szli normalni, przygodni ludzie, ale jakieś twory odczłowieczone,
      jacyś kosmici, Nowi Marsjanie.

      Zbliżali się, a ja oblewałem się potem, miałem nogi ołowiane, coraz cięższe.
      Cała sprawa polegała na tym, że oni wiedzieli to samo co ja: od ich wyroku nie
      było żadnej instancji odwoławczej. Żadnej władzy wyższej, żadnego trybunału.
      Jeżeli zbiją - zbiją, jeżeli zabiją - zabiją. Są to jedyne momenty, w których
      czułem prawdziwą samotność: kiedy jest się samemu wobec bezkarnej przemocy.
      Świat pustoszeje, milknie, wyludnia się i znika.

      W dodatku w tej scenie na uliczce małego kongijskiego miasteczka biorą udział
      nie tylko dwaj żandarmi i reporter. Uczestniczy w niej również kawał historii
      świata, która już dawno, wieki temu, postawiła nas przeciw sobie. Bowiem stoją
      tu między nami pokolenia handlarzy niewolników, stoją siepacze króla Leopolda,
      którzy dziadkom tych żandarmów obcinali ręce i uszy, stoją z batami dozorcy
      plantacji bawełny i cukru. Pamięć o tych udrękach była przekazywana latami w
      opowieściach plemiennych, na jakich wychowywali się ci, na których natknąłem
      się teraz na ulicy; w legendach kończących się obietnicą nadejścia dnia zemsty.
      I oto właśnie dziś jest ten dzień, a oni i ja wiemy o tym.

      Co będzie? Już jesteśmy blisko, coraz bliżej. W końcu zatrzymują się. Ja też
      staję. I wtedy spod tej góry rynsztunku i żelastwa wydobywa się głos, którego
      nie zapomnę, bo jego tonacja jest pokorna, jest nawet proszalna:

      - Monsieur, avez vous un cigarette, s'il vous plait?

      Trzeba było zobaczyć gorliwość i pośpiech, uprzejmość, a nawet usłużność, z
      jaką sięgam do kieszeni po paczkę papierosów, ostatnią, jaką mam, ale to
      nieważne, nieważne, bierzcie, moi drodzy, wszystkie, siadajcie i palcie całą
      paczkę, od razu i do końca!

      ***

      Doktor Otto Ranke jest zadowolony, że tak mi się udało. Te spotkania często
      kończą się bardzo źle. Żandarmi potrafią związać, zbić i skopać. A iluż ludzi
      już zabili! Biali i czarni przychodzą do niego albo są tak skatowani, że muszą
      ich przynieść. Nie oszczędzają żadnej rasy, swoich też masakrują, nawet
      częściej niż Europejczyków. To okupanci swojego własnego kraju, typy nieznające
      umiaru ni granic.- Jeżeli mnie nie ruszają - mówi doktor - to dlatego, że
      jestem im potrzebny. Kiedy są pijani, a nie mają pod ręką żadnego cywila, żeby
      się wyładować, biją się między sobą i potem przywożą ich tutaj, żeby im zszywać
      głowy i nastawiać kości. Dostojewski, przypomina sobie Ranke, opisywał zjawisko
      niepotrzebnego okrucieństwa. Ci żandarmi, mówi teraz, mają tę właśnie cechę, są
      dla innych okrutni bez żadnego powodu i potrzeby.

      ***

      Doktor Ranke jest Austriakiem i mieszka w Lisali od końca drugiej wojny.
      Drobny, kruchy, ale mimo zbliżającej się osiemdziesiątki żwawy i niestrudzony.
      Swoje zdrowie, twierdzi, zawdzięcza temu, że codziennie rano, kiedy słońce jest
      jeszcze przyjazne, wychodzi na zazielenione i ukwiecone podwórze, siada na
      stołku, a służący myje mu gąbką i szczotką plecy tak gruntownie, że doktor aż
      pojękuje trochę z bólu, ale także i z zadowolenia. Te jęki, prychania i śmiech
      uradowanych dzieci, z tej okazji gromadzących się wokół nacieranego doktora,
      budzą mnie, bo obok mam okna swojego pokoiku.

      Doktor ma prywatny szpitalik - pomalowany białą farbą barek stojący blisko
      willi, w której mieszka. Nie uciekł razem z Belgami, bo, mówi, jest już stary i
      nie ma nigdzie żadnej rodziny. A tu jest znany i ma nadzieję, że miejscowi go
      obronią. Wziął mnie do siebie, jak mówi, na przechowanie. Jako korespondent nie
      mam co robić, bo łączność z krajem nie istnieje. Na miejscu nie wychodzi żadna
      gazeta, nie pracuje żadna radiostacja i nie ma żadnej władzy. Próbuję wydostać
      się stąd - ale jak? Najbliższe lotnisko - w Stanleyville - zamknięte, drogi
      (jest pora deszczowa) przemienione w bagniska, statek po rzece Kongo od dawna
      nie kursuje. Na co liczę - nie wiem. Trochę na szczęście, więcej - na ludzi,
      którzy są wokół, a najwięcej na to, że świat zmieni się na lepsze. To
      oczywiście abstrakcja, ale w coś wierzyć muszę. W każdym razie chodzę
      podminowany, ponoszą mnie nerwy. Ogarnia mnie wściekłość i bezradność - częste
      stany w naszej pracy, w której próżne, beznadziejne czekanie na łączność z
      krajem i ze światem pochłania niekiedy najwięcej czasu.

      Jeżeli mówią, że w miasteczku nie ma żandarmów, można pójść na wyprawę do
      dżungli. Dżungla jest zresztą naokoło, piętrzy się we wszystkich kierunkach,
      zasłania świat. Można wejść do niej tylko przebitą, laterytową drogą, inaczej
      nie sposób - to twierdza niezdobyta: od razu zatrzyma nas zjeżoną masą gałęzi,
      lian i liści, od pierwszego kroku nogi będą grzęznąć w mazistym, cuchnącym
      bagnie, a na głowę zaczną spadać jakieś pająki, szczypawki i glisty. Zresztą
      ktoś niedoświadczony będzie bał się zagłębić w dżunglowy matecznik, a
      miejscowym nawet myśl o przebiciu się tam nie przyjdzie do głowy. Dżungla jest
      jak morze czy skaliste góry - bytem zamkniętym, osobnym, niepodległym. Zawsze
      napełnia mnie lękiem. Boję się, że z jej gąszczu nagle wyskoczy jakiś
      drapieżnik, z szybkością błyskawicy dopadnie mnie jadowity wąż albo usłyszę
      świst zbliżającej się strzały.

      Zwykle jednak, kiedy ruszam drogą w stronę zielonego kolosa, dogania mnie
      gromada dzieci, które chcą mi towarzyszyć. Dzieci idą rozbawione, śmieją się,
      dokazują. Ale kiedy droga wchodzi w las, milkną, poważnieją. Być może w swojej
      wyobraźni widzą, że gdzieś tam, w mrokach dżungli, czają się zjawy, które
      porywają niegrzecznych malców. Lepiej być cicho i dobrze uważać.

      Czasem zatrzymujemy się przy drodze, na skraju dżungli. Panuje tu półmrok i
      jest a
      • beduinka Re: U doktora Ranke - 17 część "Podróży z Herodot 28.01.04, 01:01
        Czasem zatrzymujemy się przy drodze, na skraju dżungli. Panuje tu półmrok i
        jest aż duszno od przeróżnych zapachów. Tu przy drodze nie widzi się żadnych
        zwierząt, ale słychać ptaki. Słychać krople uderzające o liście. Słychać
        tajemnicze szelesty. Dzieci lubią tu przychodzić, czują się jak w domu i wiedzą
        wszystko. Którą roślinę można zerwać i ugryźć, a której nie wolno dotknąć.
        Które owoce wolno zjeść, a których za żadne skarby. Wiedzą, że pająki są
        groźne, a jaszczurki - wcale. I wiedzą, że trzeba patrzeć do góry na gałęzie,
        bo tam może czaić się wąż. Dziewczynki są poważniejsze i ostrożniejsze od
        chłopców, toteż patrzę, jak się zachowują, i każę chłopcom, aby ich słuchali.
        Wszyscy, cała wycieczka, jesteśmy jak w wielkiej, niebotycznej katedrze, w
        której człowiek czuje się maleńki i widzi, że wszystko jest większe niż on.

        ***

        Willa doktora Ranke stoi przy szerokiej drodze, która przecina północne Kongo i
        biegnąc blisko równika, prowadzi przez Bangui do Duala nad Zatoką Gwinejską i
        tu kończy się mniej więc na wysokości Fernando Poo. Ale stąd to jeszcze daleko,
        więcej niż dwa tysiące kilometrów. Część tej drogi była pokryta asfaltem, ale
        dziś zostały z niego tylko porwane, bezkształtne strzępy. Kiedy muszę iść tędy
        w bezksiężycową noc (a ciemności tropikalne są gęste, nieprzeniknione), posuwam
        się wolno, szurając stopami po ziemi, aby w ten sposób, po omacku, badać drogę.
        Szur-szur. Szur-szur. Czujnie, ostrożnie, bo tyle niewidocznych dziur, dołków,
        wykrotów, zapadlisk. Kiedy nocą przechodzą kolumny uciekinierów, zdarza się, że
        nagle rozlegnie się krzyk - to ktoś wpadł w głęboki dół i złamał nogę.

        Właśnie - uchodźcy. Wszyscy nagle stali się uchodźcami. Od kiedy wraz z
        uzyskaniem niepodległości przez Kongo latem 1960 wybuchły zamieszki, walki
        plemienne, a potem nawet wojna, drogi zapełniły się uchodźcami. Tam, gdzie
        dochodzi do konfliktu, walczą żandarmi, wojsko i ad hoc powstające milicje
        plemienne, natomiast cywile, a najczęściej są to kobiety i dzieci - uciekają.
        Trasy tych wędrówek są bardzo trudne do odtworzenia. Na ogół chodzi o to, żeby
        być jak najdalej od pola walki, ale nie aż tak daleko, żeby potem zgubić się i
        nie móc wrócić. Następnie ważne jest, czy na trasie ucieczki można znaleźć coś
        do zjedzenia. To ludzie biedni, mają ze sobą zaledwie kilka rzeczy: kobiety -
        perkalową sukienkę, mężczyźni - koszulę i spodnie, a poza tym jakieś płótno do
        nakrycia się w nocy, garnek, kubek, plastikowy talerz i miednicę, żeby wszystko
        w niej pomieścić.

        Ale najważniejsze w wyborze trasy są stosunki międzyplemienne: czy jakaś droga
        prowadzi przez terytorium przyjazne, czy, broń Boże, wiedzie prosto na ziemie
        wroga. Bo te wsie przydrożne i polany w dżungli zamieszkane są przez różne
        klany i plemiona, a znajomość stosunków między nimi jest wiedzą trudną i
        zawiłą, którą każdy przyswaja sobie od dzieciństwa. Dzięki niej można żyć w
        miarę bezpiecznie, unikać konfliktów. W samym tym regionie, gdzie teraz jestem,
        tych plemion mieszka dziesiątki. Tworzą one całe związki i konfederacje, według
        sobie tylko znanych zwyczajów i reguł. Ja - obcy, nie umiem tego uporządkować,
        ułożyć, pogrupować. Skąd mam wiedzieć, jakie są relacje między Mwaka a Pande
        czy między Mandża a Baya? Ale oni wiedzą, od tego zależy życie. Wiedzą, na
        jakiej ścieżce kto kładzie zatrute kolce, gdzie jest zakopany topór.

        Notabene - skąd wzięło się tyle plemion? W samej Afryce jeszcze sto
        pięćdziesiąt lat temu było ich dziesięć tysięcy. Wystarczy przejść się drogą: w
        pierwszej wsi - plemię Tulama, ale już w następnej inne - Arusi. Po jednej
        stronie rzeki - Murle, a po drugiej - Topota. Na szczycie góry mieszka jedno
        plemię, a u podnóża - zupełnie inne.

        Każde ma swój język, swoje zwyczaje, swoich bogów.

        Jak do tego doszło? Jak zrodziła się taka niesłychana różnorodność, takie
        nieprawdopodobne bogactwo? Od czego się to zaczęło? Kiedy? W którym miejscu?
        Antropolodzy mówią, że to zaczęło się od jakiejś małej grupy. Może od kilku
        grup. Każda z nich musiała liczyć mniej więcej trzydzieści-pięćdziesiąt osób.
        Gdyby była mniejsza, nie mogłaby się obronić, gdyby większa - nie miałaby się
        czym wyżywić. Sam spotkałem jeszcze w Afryce Wschodniej dwa plemiona, z których
        żadne nie miało więcej niż stu ludzi.

        No więc dobrze - trzydzieści-pięćdziesiąt osób. Taki jest zarodek plemienia.
        Ale dlaczego taki zarodek musi mieć od razu swój język? Jak w ogóle umysł
        ludzki mógł wymyślić taką niebywałą ilość języków? Każdy z własnym słownictwem,
        gramatyką, fleksją itd.? Można zrozumieć, że wielki milionowy naród wspólnym
        wysiłkiem wymyślił sobie język. Ale tu, w afrykańskim buszu, chodzi o małe
        plemiona, które żyją na skraju egzystencji, ledwie-ledwie, chodzą bose i
        wiecznie głodne, a jednak mają jakąś ambicję i jakąś zdolność, żeby wymyślić
        sobie język - odrębny, własny, tylko dla siebie.

        Zresztą nie tylko język. Bo jednocześnie od początku istnienia zaczynają
        wymyślać sobie bogów. Każde własnych - jedynych, nieodstępowalnych. I dlaczego
        nie zaczynają od jednego boga, tylko od razu od kilku? Dlaczego ludzkość musi
        żyć tysiące i tysiące lat, żeby dojrzeć do idei jednego boga? Czy taka idea nie
        powinna nasunąć się od razu?

        Tak więc nauka dowiodła, że na początku była tylko jedna grupa, w każdym razie
        nie więcej niż kilka. Ale z czasem zaczyna ich przybywać, robi się ich coraz
        więcej. Ciekawe, że taka przybywająca grupa nie myśli rozejrzeć się w terenie,
        zbadać sytuację, posłuchać języka, jakim się ludzie porozumiewają, nie - ona od
        razu przychodzi z własnym językiem. Z własnym zastępem bogów. Z własnym światem
        obyczajów. Od razu demonstracyjnie zaznacza swoją inność.

        Z latami, z wiekami tych grup-zarodków-plemion przybywa i przybywa. I zaczyna
        być tłoczno na tym kontynencie wielu ludzi, wielu języków i bogów.

        ***

        Herodot, gdziekolwiek był, wszędzie starał się notować nazwy plemion, ich
        rozmieszczenie i zwyczaje. Gdzie kto mieszka. Z kim sąsiaduje. Bo wiedza o
        świecie wtedy w Libii i Scytii, tak jak i dziś tu, w północnym Kongu, tworzy
        się poziomo, horyzontalnie, a nie pionowo, z lotu ptaka, syntetycznie. Znam
        swoich najbliższych sąsiadów - to wszystko, a oni znają innych, a ci -
        następnych i tak dojdziemy aż do krańców świata. A kto te wszystkie kawałki
        pozbiera i ułoży? Nikt. One nie dadzą się ułożyć.

        Kiedy czyta się u Herodota te ciągnące się stronicami spisy plemion i ich
        obyczajów, widać, że sąsiedzi dobierają się na zasadzie przeciwieństw. Stąd
        tyle między nimi wrogości, tyle walk. W szpitaliku doktora Ranke jest podobnie.
        Ponieważ przy łóżku chorego dzień i noc przebywa cała rodzina, poszczególne
        klany i plemiona zajmują odrębne pokoje. Chodzi o to, aby każdy czuł się jak u
        siebie w domu i żeby jedni na drugich nie rzucali czarów.

        Dyskretnie próbuję ustalić różnice między nim. Chodzę po szpitaliku, zaglądam
        do pokojów, co nie jest trudne, bo w tym wilgotnym i gorącym klimacie wszystko
        jest pootwierane na przestrzał. Ale ludzie wyglądają podobnie, są biedni i
        apatyczni, tylko jeśli przysłuchać się dobrze, można zauważyć, że mówią różnymi
        językami. Jeżeli się do nich uśmiechnąć - odpowiedzą, ale będzie to uśmiech,
        który musiał długo przebijać się na powierzchnię twarzy i który pozostanie na
        niej tylko przez moment.
    • beduinka Warsztat Greka - 18. część 17.04.04, 14:21
      Warsztat Greka

      Ryszard Kapuściński 30-01-2004 20:32

      Herodot a ludzie, z którymi się spotyka - to było dla mnie intrygujące. Bo to,
      o czym piszemy w reportażach, pochodzi od ludzi, i relacja ja - inni, jej
      jakość i temperatura, wpływ na wartość tekstu. Od ludzi zależymy i reportaż
      jest może najbardziej zbiorowo tworzonym gatunkiem pisarskim - osiemnasta
      część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Ponieważ nadarzyła się okazja - wyjeżdżam z Lisali. Okazja! Tak się tu teraz
      podróżuje. Nagle na pustej przez całe dni drodze pojawia się samochód. Na jego
      widok serce bije nam mocniej. Kiedy zbliży się, zatrzymujemy go. - Bonjour,
      monsieur - mówimy przymilnie do kierowcy - avez-vous une place, s'il vous
      plait? - pytamy z nadzieją. Oczywiście, że nie ma - samochód jest zawsze pełny.
      Ale wszyscy, już i tak ściśnięci, odruchowo, bez namowy czy nalegań ścieśniają
      się jeszcze bardziej i jakoś tam, w pozycji najbardziej karkołomnej - jedziemy.
      Dopiero teraz, kiedy samochód jest już znowu w drodze, zaczynamy przepytywać
      najbliżej siedzących, czy aby wiedzą, dokąd to jedziemy. Na to pytanie nie ma
      właściwie wyraźnej odpowiedzi, bo tak na dobrą sprawę nikt nie wie, gdzie
      jedziemy. Jedziemy, dokąd da się dojechać!

      Szybko odnosimy wrażenie, że wszyscy chcieliby dojechać jak najdalej. Wojna
      zaskoczyła ludzi w najbardziej odległych zakątkach Konga - tego ogromnego i
      pozbawionego komunikacji kraju - więc teraz ci, którzy byli daleko, szukając
      pracy lub odwiedzając rodziny, chcieliby wrócić do siebie, a nie mają jak.
      Jedynym sposobem jest jechać okazjami mniej więcej w tym kierunku świata, w
      którym jest nasz dom, jechać - ot i wszystko.

      Dużo spotyka się teraz takich, co są już w drodze całe tygodnie i miesiące. Nie
      mają map, a jeżeli przypadkiem zobaczą jakąś mapę, wątpliwe, żeby znaleźli na
      niej nazwę wsi czy miasteczka, do którego chcą wrócić. Zresztą po co im mapa -
      w większości nie potrafią czytać. Zdumiewające wśród tych zbłąkanych wędrowców
      jest ich apatyczne przyzwolenie na wszystko, co ich spotka w drodze. Jest
      okazja, żeby jechać - jadą. Nie ma - siadają na przydrożnym kamieniu i czekają.
      Najbardziej interesowali mnie ci, którzy straciwszy orientację w kierunkach i
      nie mogąc z niczym skojarzyć napotykanych nazw, wędrowali w stronę przeciwną
      niż ta, gdzie był ich dom, ale właściwie w jaki sposób mieli się dowiedzieć,
      którędy powinni iść? W miejscu, w którym byli w tym momencie, nazwa ich
      rodzinnej wsi nikomu nic nie mówiła.

      W takim zabłąkaniu i zagubieniu najlepiej trzymać się razem, być w większej,
      plemiennej grupie. Oczywiście nie można wówczas liczyć na okazję samochodową.
      Trzeba iść dniami i tygodniami - iść. Wędrujące klany i plemiona można tu
      często spotkać. Czasem jest to długa, rozciągnięta kolumna. Na głowach niosą
      cały dobytek - w tobołkach, miednicach i wiadrach. Ręce są zawsze wolne,
      konieczne do utrzymania równowagi, potrzebne, żeby odpędzać muchy i moskity,
      ocierać pot z twarzy.

      Można przystanąć na skraju drogi i zacząć z nimi rozmowę. Odpowiadają chętnie,
      jeżeli znają odpowiedź. Zapytani - dokąd idą? - mówią - do Kindu, do Kongolo,
      do Lusambo. Zapytani - gdzie to jest? - są zakłopotani, bo jak określić obcemu,
      gdzie jest Kindu, ale czasem niektórzy pokazują ręką kierunek - na południe.
      Zapytani, czy to daleko, są zakłopotani jeszcze bardziej, bo tak naprawdę - nie
      wiedzą. Zapytani - kim są? - mówią, że nazywają się - Yeke albo - Tabwa, albo -
      Lunda. Czy jest ich dużo? Tego znowu nie wiedzą. Jeżeli spytać młodych,
      powiedzą, żeby spytać starszych. Jeżeli spytać starszych, zaczną się spierać
      między sobą.

      Z mapy, którą mam ze sobą ("Afrique. Carte Générale", wydana w Bernie przez
      firmę Kummerly + Frey, bez daty), wynika, że jestem gdzieś między Stanleyville
      a Irumu, to znaczy, że próbuję dostać się do jeszcze spokojnej wtedy Ugandy, do
      Kampali, gdzie mógłbym połączyć się z Londynem i za jego pośrednictwem zacząć
      przesyłać informacje do Warszawy. Albowiem w naszym zawodzie przyjemność
      podróżowania i fascynacja tym, co się widzi, musi ustępować miejsca rzeczy
      głównej - więzi z centralą i przesyłaniu jej bieżących, ważnych informacji. Po
      to jesteśmy wysyłani w świat i żadne usprawiedliwienia nie są brane pod uwagę.
      Więc jeśli dostanę się do Kampali, to, planuję, będę mógł następnie pojechać do
      Nairobi, potem do Dar es-Salaam i Lusaki, stamtąd do Brazzaville, do Bangui,
      Fort Lamy i dalej. Plany, zamiary, marzenia kreślone palcem na mapie, kiedy
      siedzi się na przestronnej werandzie opuszczonej przez Belga, właściciela
      nieczynnego teraz tartaku, uroczej, tonącej w bugenvillach, szałwiach i
      pnączach geranii willi. Stojące wokół willi dzieci z uwagą i w milczeniu
      przyglądają się białemu człowiekowi. Dziwne rzeczy dzieją się na świecie -
      niedawno starsi mówili, że biali już sobie poszli, a tu okazuje się, że są
      znowu.

      ***

      Podróż afrykańska trwa i trwa, po jakimś czasie miejsca i daty zaczynają się
      plątać, tyle tu bowiem wszystkiego, kontynent kłębi się i pęcznieje od
      wydarzeń, jeżdżę i piszę, mam poczucie, że wokół dzieją się rzeczy ważne i
      niepowtarzalne i że warto temu wszystkiemu dać, choćby chwilowe, świadectwo.

      Mimo to jednak, jeśli tylko starcza mi sił, staram się w chwilach wolnych
      czytać. Więc napisane jeszcze w 1901 roku przez przenikliwą w obserwacji, a
      dzielną w podróżowaniu Angielkę Mary Kingsley "West African Studies", wydaną w
      1945 roku mądrą "Bantu Philosophy" księdza Placide Tempelsa czy francuskiego
      antropologa Georges'a Balandiera głęboką, refleksyjną "Afrique ambigue" (Paris,
      1957). No i poza tym, oczywiście, Herodota.

      W tym okresie jednak porzuciłem na moment śledzenie losów ludzi i wojen, o
      których pisał, a zająłem się jego warsztatem. Jak pracuje, co go ciekawi, jak
      zwraca się do ludzi, o co ich pyta, jak słucha tego, co do niego mówią? Było to
      dla mnie ważne, ponieważ w tym czasie starałem się poznać sztukę pisania
      reportaży, a Herodot wydał mi się pomocnym i wartościowym mistrzem. Herodot a
      ludzie, z którymi się spotyka, to było dla mnie intrygujące, jako że to, o czym
      piszemy w reportażach, pochodzi od ludzi, i relacja ja - on, ja - inni, jej
      jakość i temperatura, będzie później wpływać na wartość tekstu. Od ludzi
      zależymy i reportaż jest może najbardziej zbiorowo tworzonym gatunkiem
      pisarskim.

      Tymczasem czytając książki o Herodocie, zauważyłem, że ich autorzy badają
      wyłącznie sam tekst naszego Greka, jego ścisłość i solidność, a nie zwracają
      uwagi na to, jak zbierał on do niego surowiec i jak później tkał swój
      przebogaty i gigantyczny arras. A ta właśnie strona wydawała mi się warta
      zbadania.

      A było też i coś więcej. Bo w miarę jak płynął czas i coraz to wracałem
      do "Dziejów", zacząłem odczuwać coś w rodzaju serdeczności, nawet przyjaźni z
      Herodotem. Trudno było mi się obyć nie tyle nawet bez książki, ile bez osoby
      jej autora. Skomplikowane uczucie, którego nie umiałbym dokładnie opisać. Bo
      było to zbliżenie z człowiekiem, jakiego nie znamy osobiście, ale który ujmuje
      nas i pociąga takim stosunkiem do innych, takim sposobem bycia, że gdziekolwiek
      pojawi się jego osoba, od razu staje się ona zalążkiem, zaczynem międzyludzkiej
      wspólnoty, tworzy ją i spaja.

      Herodot był dzieckiem swojej kultury i życzliwego ludziom klimatu, w jakim się
      ona rozwijała. Jest to kultura długich i gościnnych stołów, do których zasiada
      się gromadnie ciepłym wieczorem, aby jeść sery i oliwki, pić chłodne wino,
      rozmawiać. Ta właśnie otwarta, nieograniczona ścianami przestrzeń nad brzegiem
      morza czy na górskim stoku wyzwala ludzką wyobraźnię. Spotkanie daje
      gawędziarzom okazję do popisów, spontanicznych turniejów, w jakich górują ci,
      którzy potrafią przytoczyć najciekawszą historię, opowiedzieć najbardziej
      niezwykłe wydarzenie. Fakty mieszają się tu z fantazją, mylą się czasy i
      miejsca, rodzą legendy, powstają mity.

      Czyta
      • beduinka Re: Warsztat Greka - 18. część 17.04.04, 14:22
        Czytając Herodota, mamy wrażenie, że chętnie uczestniczył w takich biesiadach i
        był na nich uważnym i pilnym słuchaczem. Pamięć musiał mieć fenomenalną. My,
        ludzie współcześni, rozpuszczeni przez zdobycze techniki, jesteśmy kalekami
        pamięci i wpadamy w panikę, jeżeli nie mamy pod ręką książki czy komputera. Ale
        nawet i dziś możemy dotrzeć do społeczności, w których nadal widać, jak
        nieprawdopodobnie pojemna jest ludzka pamięć. I właśnie w świecie takiej
        pamięci żył Herodot. Książka była wielką rzadkością, inskrypcje na kamieniach i
        murach - rzadkością jeszcze większą.

        Byli ludzie i to, co sobie w bezpośrednim, naocznym kontakcie komunikowali.
        Człowiek, żeby istnieć, musiał czuć przy sobie obecność drugiego człowieka,
        musiał go widzieć i słyszeć - nie istniała inna forma komunikacji, a więc i
        inna możliwość życia. Ta cywilizacja przekazu ustnego zbliżała ich, wiedzieli,
        że Inny to nie tylko ten, który pomoże zdobyć pożywienie i obronić przed
        wrogiem, ale to także ktoś jedyny i niezastąpiony, który może mi objaśnić świat
        i być na nim przewodnikiem.

        O ileż zresztą bogatszy jest ten prastary, antyczny język bezpośredniego,
        sokratejskiego kontaktu! Bo liczą się w nim nie tylko słowa. Ważne, a często
        nawet ważniejsze jest to, co komunikujemy pozasłownie wyrazem twarzy, gestem
        rąk, ruchami ciała. Herodot to rozumie i podobnie jak każdy reporter czy
        etnolog stara się, aby być ze swoimi bohaterami w kontakcie bezpośrednim, aby
        nie tylko słuchać tego, co opowiadają, ale i patrzeć, jak opowiadają i jak się
        w takiej sytuacji zachowują.

        Świadomość Herodota jest rozdwojona, jest rozdarta - wie, że z jednej strony
        najważniejszym i prawie jedynym źródłem wiedzy jest pamięć jego rozmówców, ale
        z drugiej jest świadomy, że jest ona materią kruchą, zmienną i wietrzejącą, że
        pamięć to znikający punkt. Dlatego śpieszy się, bo przecież ludzie zapominają
        albo gdzieś wyjeżdżają i nie można już ich odnaleźć czy z czasem w końcu
        umierają, a on chciałby zebrać jak najwięcej w miarę wiarygodnych danych.

        Wiedząc, że porusza się po gruncie tak bardzo niepewnym i niestałym, jest w
        swoich relacjach bardzo ostrożny, stale się zastrzega, ciągle podkreśla swoją
        rezerwę:

        "Ów Giges był pierwszym, na ile wiemy, barbarzyńcą, który ofiarował dary
        wotywne do Delf..."

        "Zapragnął, jak podają, dojechać do Itaki..."

        O ile wiem, istnieją u Persów następujące obyczaje..."

        "I tak, jak przypuszczam, wnioskując z wiadomego o niewiadomym..."

        "I jak ja się dowiedziałem z tego, co mówią..."

        "To jest moja relacja z tego, co się opowiada o najdalszych krajach..."

        "Czy jest to prawdziwe, nie wiem, piszę tylko to, co się opowiada..."

        "Nie mogę dokładnie podać, którzy z Jonów okazali się w tej bitwie tchórzami, a
        którzy dzielnymi, bowiem wzajemnie się obwiniają..."

        Herodot rozumie, że otacza go świat rzeczy niepewnych i wiedzy ułomnej, dlatego
        często tłumaczy się ze swoich braków, wyjaśnia i usprawiedliwia się:

        "Jest rzeczą niemożliwą spierać się z kimś, kto mówi o istnieniu Okeanosu,
        ponieważ ta baśń jest oparta na czymś wątpliwym i niejasnym. Nic nie wiem o
        istnieniu jakiejś rzeki Okeanos i myślę, że Homer lub któryś inny z dawnych
        poetów wymyślili tę nazwę i wprowadzili ją do swojej poezji..."

        "O Europie zaś najwidoczniej nikt nie wie, zarówno co do jej części położonych
        na wschód, jak i na północ, i czy jest oblana morzem..."

        "Co jest poza tym lądem... tego nikt dokładnie nie wie; od nikogo bowiem nie
        mogę się o tym dowiedzieć, kto by stwierdził, że widział to na własne oczy..."

        "Jak wielka jest liczba Scytów, nie mogłem się dokładnie dowiedzieć, a
        słyszałem o tym całkiem sprzeczne opowieści..."

        Ale w miarę możliwości, a jest to, zważywszy na epokę, straszliwy wysiłek i
        wielkie samozaparcie, stara się wszystko sprawdzić, dotrzeć do źródeł, ustalić
        fakty:

        "Choć usilnie się o to starałem, nie mogłem dowiedzieć się od żadnego naocznego
        świadka, czy na północ od Europy istnieje morze..."

        "Ta świątynia, jak badając, dowiedziałem się, jest najstarsza z wszystkich
        świątyń Afrodyty..."

        "Chcąc o tym uzyskać jakąś pewną wiadomość od ludzi, którzy mogli mi jej
        udzielić, popłynąłem nawet do Tyru w Fenicji, bo słyszałem, że tam znajduje się
        świątynia Heraklesa... i wdałem się w rozmowę z kapłanami boga i zapytałem
        ich... Ale przekonałem się, że odpowiedź ich nie zgadza się z tym, co mówią
        Grecy..."

        "Jest w Arabii miejscowość, do której sam się udałem, żeby zasięgnąć wiadomości
        o skrzydlatych wężach. Przybywszy tam, ujrzałem kości i kręgosłupy węży w
        ilości niemożliwej do opisania..."

        (o wyspie Chemnis): "...według opowiadania Egipcjan jest to pływająca wyspa. Ja
        wprawdzie sam nie widziałem, żeby pływała albo poruszała się, ale..."

        "Ale te opowiadania to moim zdaniem brednie... bo sam widziałem, że..."

        A jeżeli coś wie, to skąd wie? Bo słyszał, bo widział:

        "Opowiadam tylko to, co powiadają sami Libijczycy..."

        "Czy to jest prawdziwe - nie wiem, piszę tylko to, co się opowiada..."

        "Wedle opowiadania Traków lewy brzeg Istru zajęty jest przez pszczoły..."

        "Dotąd kierowały mną w opowiadaniu moje własne obserwacje, sądy i dociekania:
        odtąd natomiast mam zamiar mówić o egipskiej historii wedle tego, co o niej
        słyszałem; znajdzie się jednak przy tym także niejedno, na co sam patrzyłem..."

        "Jeżeli komu prawdopodobne wyda się to, co opowiadają Egipcjanie, może to
        przyjąć. Moim zadaniem w całym tym dziele jest, żeby opowiedziane przez
        wszystkich szczegóły tak spisać, jak je słyszałem..."

        "Kiedy pytałem kapłanów, czy opowiadanie Greków jest czczą gadaniną, czy też
        nie, oświadczyli, że wiedzą o tym z wywiadu przeprowadzonego z samym
        Menelaosem..."

        (o Kolchach): "Kolchowie są Egipcjanami, a twierdzę tak, gdyż sam to przed tym
        zauważyłem, zanim usłyszałem od innych... a wnosiłem to stąd, że Kolchowie mają
        czarną skórę i kędzierzawe włosy... a jeszcze bardziej z tego, że Kolchowie,
        Egipcjanie i Etiopowie od dawien dawna obrzezują się..."

        "A będę tak pisał, jak opowiadają niektórzy z Persów, co nie chcą upiększać
        historii Cyrusa, lecz przedstawić istotną prawdę..."

        Herodota wszystko dziwi, zdumiewa, zachwyca lub przeraża. Wielu rzeczom po
        prostu nie daje wiary, wie, jak ludzi łatwo ponosi fantazja:

        "Ci sami kapłani mówią, co mnie nie wydaje się wiarygodne, że sam bóg przybywa
        do kaplicy..."

        (Król Egiptu Rampsynit) "uczynił rzecz następującą, dla mnie jednak
        niewiarygodną: osadził swą córkę w lupanarze z nakazem, aby wszystkich mężczyzn
        bez różnicy przyjmowała..."

        "Łysogłowi opowiadają, co mnie wydaje się nieprawdopodobne, że góry zamieszkują
        tam kozionodzy ludzie, a gdy ich się minie, znajdzie się innych, którzy śpią
        przez sześć miesięcy. W to już zupełnie nie mogę uwierzyć..."

        (o Neurach, że potrafią przemieniać się w wilki): "ja wprawdzie w te bajki nie
        wierzę, niemniej tak oni utrzymują i na to się przysięgają..."

        (o posągach, które padły przed ludźmi na kolana): "rzecz ta nie wydaje mi się
        wiarygodną, ale może komuś innemu - tak..."

        Ten pierwszy w dziejach globalista natrząsa się i szydzi z ignorancji swoich
        współczesnych: "Śmiać mi się chce, gdy widzę, jak wielu już narysowało mapę
        świata, a nikt rozumnie jej nie objaśnił. Bo kreślą oni Okeanos, jakoby on
        dookoła opływał ziemię, która jest zaokrąglona niby pod dłutem tokarskim, a
        Azję czynią równą co do wielkości Europie. Ja więc w niewielu słowach podam
        wielkość każdej z obu części ziemi i jak każda z nich musi być nakreślona".

        I po przedstawieniu Azji, Europy i Afryki kończy swój opis świata
        zdziwieniem: "I nie mogę tylko odgadnąć, dlaczego ziemia, która przecież jest
        jedna, nosi trzy odmienne nazwy pochodzące od imion kobiet..."


        Ryszard Kapuściński , www.gazeta.pl

    • beduinka Nim rozszarpią go psy i ptaki - 19. 17.04.04, 14:28
      Nim rozszarpią go psy i ptaki

      Ryszard Kapuściński 06-02-2004 21:08

      Nie spocznę, aż zdobędę i spalę Ateny - mówi król Kserkses podczas narady
      Persów. Zapada cisza. Bo choć zwołani są ważni i wpływowi, wiedzą, że wystarczy
      jeden ruch despoty, aby każdemu z nich spadła głowa - jak członkom Biura
      Politycznego za Stalina. Dziewiętnasta część "Podróży z Herodotem" Ryszarda
      Kapuścińskiego

      W Etiopii, do której dotarłem drogą trochę okrężną - przez Ugandę, Tanzanię i
      Kenię - kierowca, z jakim najczęściej jeździłem, nazywał się Negusi. Był drobny
      i szczupły. Na chudej, nabrzmiałej żyłami szyi opierała się nieproporcjonalnie
      duża, ale kształtna głowa. Zwracały uwagę jego wielkie, czarne oczy
      przysłonięte świecącą powłoką, zdawałoby się - oczy rozmarzonej dziewczyny.
      Negusi był pedantycznie schludny - na każdym postoju starannie czyścił ubranie
      z kurzu szczoteczką, którą zawsze nosił przy sobie. Było to o tyle uzasadnione,
      że w kraju tym, w porze suchej, pełno wszędzie pyłu i piasku.

      Moje podróże z Negusim, a przejechaliśmy razem w trudnych i ryzykownych
      warunkach tysiące kilometrów, potwierdziły mi raz jeszcze, jakim bogactwem
      języków jest postać drugiego człowieka. Trzeba tylko starać się je dostrzec i
      odczytać. Nastawieni na to, że inna osoba komunikuje nam coś tylko mówionym lub
      pisanym słowem, nie zastanawiamy się, że jest to tylko jeden ze sposobów
      przekazu, których w rzeczywistości jest o wiele więcej. Bo przecież wszystko
      mówi: wyraz twarzy i oczu, gesty rąk i ruchy ciała, fale, które ono wysyła,
      ubiór i sposób, w jaki jest on noszony, i dziesiątki innych nadajników,
      przekaźników, wzmacniaczy i tłumików, które składają się na człowieka i jego -
      jak to określają Anglicy - chemię.

      Technika, ograniczając międzyludzki kontakt do elektronicznego znaku, zuboża i
      tłumi ten różnorodny, pozasłowny język, jakim będąc w bezpośredniej bliskości,
      obok siebie, razem, komunikujemy się bezustannie, nawet nie mając tego
      świadomości. W dodatku ten język bezsłowny, język wyrazu twarzy i
      najdrobniejszych gestów, jest dużo bardziej szczery i prawdziwy niż ten mówiony
      czy pisany, bo trudniej w nim nałgać, ukryć fałsz i zakłamanie. Dlatego kultura
      chińska, aby człowiek mógł naprawdę ukryć swoje myśli, których ujawnienie mogło
      być niebezpieczne, wypracowała sztukę nieruchomej twarzy, nieprzeniknionej
      maski i pustego spojrzenia, bo dopiero wtedy, za tą zasłoną, mógł się ktoś
      rzeczywiście schować.

      Negusi znał po angielsku tylko dwa słowa:

      problem

      i

      no problem.

      Ale za ich pomocą porozumiewaliśmy się w najtrudniejszych sytuacjach. One to,
      plus ów bezsłowny język, jakim jest każdy człowiek, jeśli mu się uważnie
      przyglądać, jeśli go chłonąć, wystarczyły, abyśmy nie czuli się zagubieni i
      obcy i mogli razem podróżować.

      A więc jesteśmy w górach Goba, gdzie zatrzymuje nas patrol wojskowy. Wojsko tu
      jest rozpuszczone, bezkarne, chciwe i często pijane. Naokoło skaliste góry,
      wymarła pustka, żywego ducha. Negusi wdaje się w negocjacje. Widzę, że coś
      tłumaczy, przykłada rękę do serca. Tamci też coś mówią, poprawiają automaty,
      nasuwają hełmy niżej na czoło, przez co wyglądają jeszcze groźniej. - Negusi -
      pytam - problem? Odpowiedź może być dwojaka. Może odpowiedzieć lekceważąco: "no
      problem!" i zadowolony pojechać dalej. Ale może też powiedzieć poważnym, nawet
      wystraszonym głosem: "problem!", co oznacza, że muszę wyciągnąć dziesięć
      dolarów, które on da żołnierzom, aby pozwolili nam jechać dalej.

      Raptem, nie wiadomo dlaczego, bo nic nie widać na drodze, a okolica jest
      bezludna i martwa, Negusi zaczyna być niespokojny, kręci się i rozgląda. -
      Negusi - pytam - problem? Nie odpowiada, rozgląda się dalej, widzę, że jest
      zdenerwowany. Atmosfera robi się w samochodzie napięta, jego lęk zaczyna i mnie
      się udzielać, nie wiadomo, co nas czeka. Tak mija godzina, ale zaraz, za jakimś
      zakrętem, Negusi rozpręża się i zadowolony klepie kierownicę w rytm jakiejś
      amharskiej pieśni. - Negusi - pytam - no problem? - No problem! - odpowiada
      uradowany. Później dowiaduję się w najbliższym miasteczku, że przejeżdżaliśmy
      odcinek drogi, na którym bandy często napadają, rabują, a nawet mogą zabić.

      Ludzie nie znają tu wielkiego świata, nie znają Afryki, a nawet własnego kraju,
      ale w swojej małej ojczyźnie, na ziemi własnego plemienia, wiedzą o każdej
      ścieżce, o każdym drzewie i kamieniu. Takie miejsca nie mają dla nich tajemnic,
      ponieważ od dziecka poznawali je, często idąc po nocach w ciemnościach,
      dotykając rękoma stojących przy drodze głazów i drzew, wyczuwając bosymi
      nogami, którędy biegnie niewidoczna ścieżka.

      Toteż z Negusim podróżuje się po ziemi Amharów, jakby to był jego zaścianek.
      Jest on przecież biedakiem, ale jakąś cząstką swojego serca odczuwa dumę z tej
      rozległej krainy, której granice tylko on potrafiłby zakreślić.

      Chce mi się pić, więc Negusi zatrzymuje się przy jakimś strumyku i zachęca
      mnie, żebym zaczerpnął jego krystalicznej, chłodnej wody.

      - No problem! - woła, widząc, że waham się, czy ta woda jest czysta, i zanurza
      w niej swoją wielką głowę.

      Chcę potem przysiąść na wznoszących się niedaleko skałach, ale Negusi mi
      zabrania:

      - Problem! - ostrzega i pokazuje zygzakowatym ruchem ręki, że mogą tam być węże.

      ***

      Każda wyprawa w głąb Etiopii to oczywiście luksus. Dzień zwykły bowiem upływa
      na zbieraniu informacji, pisaniu depesz, wyprawach na pocztę, skąd dyżurny
      telegrafista wysyła je do biura PAP w Londynie (wypada to taniej, niż nadawać
      je bezpośrednio do Warszawy). Zbieranie informacji jest czasochłonne, trudne i
      niepewne - to łowy, które rzadko przynoszą zdobycz. Wychodzi tu tylko jedna
      gazeta, ma cztery strony i nazywa się "Ethiopian Herald" (kilka razy widziałem
      gdzieś na prowincji, jak przyjeżdża z Addis Abeby autobus i przywozi razem z
      pasażerami jeden egzemplarz gazety i jak ludzie zbierają się na rynku, a
      burmistrz albo miejscowy nauczyciel czyta na głos artykuły po amharsku czy też
      streszcza te pisane po angielsku. Wszyscy stoją zasłuchani, a nastrój jest
      niemal świąteczny: przywieźli gazetę ze stolicy!).

      W Etiopii rządzi cesarz, nie ma partii politycznych, związków zawodowych ani
      parlamentarnej opozycji. Jest co prawda erytrejska partyzantka, ale daleko na
      północy, w niedostępnych górach. Jest też somalijski ruch oporu, ale też na
      niedostępnej pustyni Ogaden. Prawda, że można by się dostać i tu, i tam, ale to
      wymaga miesięcy, a jestem jedynym korespondentem na całą Afrykę, nie mogę nagle
      zamilknąć i zniknąć w odludziach kontynentu.

      Skąd więc brać informacje? Koledzy z bogatych agencji - Reutersa, AP czy AFP -
      zatrudniają tłumaczy, ale ja nie mam na to pieniędzy. W dodatku u każdego z
      nich w biurze stoi potężne radio. To amerykański Zenith, Transoceanic, z
      którego można usłyszeć cały świat. Ale kosztuje on majątek, mogę więc o nim
      tylko pomarzyć. Pozostaje tedy chodzić, pytać, słuchać i ciułać, ścibić, nizać
      informacje, opinie i historie. Nie narzekam, bo dzięki temu poznaję dużo ludzi
      i dowiaduję się rzeczy, których nie ma w prasie i w radiu.

      Kiedy na kontynencie robi się ciszej, umawiam się z Negusim, że pojedziemy w
      teren. Nie można zbyt daleko, bo łatwo tu ugrzęznąć na całe dni, a nawet
      tygodnie. Ale sto, dwieście kilometrów, nim zaczną się wielkie góry? W dodatku
      zbliżają się święta Bożego Narodzenia i cała Afryka, nawet ta muzułmańska,
      wyraźnie się uspokaja, cóż dopiero mówić o Etiopii, kraju od szesnastu wieków
      chrześcijańskim? - Jedź do Arba Minch! - radzą zgodnie wtajemniczeni, a mówią
      to z takim przekonaniem, że nazwa ta zaczyna nabierać dla mnie magicznego sensu.

      Tak, miejsce okazuje się rzeczywiście niezwykłe. Na płaskiej i pustej równinie,
      w niskim przesmyku między dwoma jeziorami Abaya i Chamo, stoi drewniany, na
      biało pomalowany barak - Bekele Mole Hotel. Każdy pokój wychodzi na długą
      otwartą werandę, której próg dosięga brzegu
      • beduinka Re: Nim rozszarpią go psy i ptaki - 19. 17.04.04, 14:30
        Tak, miejsce okazuje się rzeczywiście niezwykłe. Na płaskiej i pustej równinie,
        w niskim przesmyku między dwoma jeziorami Abaya i Chamo, stoi drewniany, na
        biało pomalowany barak - Bekele Mole Hotel. Każdy pokój wychodzi na długą
        otwartą werandę, której próg dosięga brzegu jeziora - z tego progu można skakać
        wprost do szmaragdowej wody, która zresztą w zależności od tego, jak padają
        promienie słońca, robi się to błękitna, to zielonkawa, to wpada w fiolet, a
        wieczorem w granat i w czerń.

        Rano chłopka w białej szammie wystawia na werandę drewniany fotel i wyrzeźbiony
        w drewnie masywny stół. Cicho, woda, kilka akacji, a daleko, w tle, wielkie
        ciemnozielone góry Amaro. Człowiek czuje się tu naprawdę królem życia.

        ***

        Wziąłem ze sobą plik czasopism z artykułami o Afryce, ale od czasu do czasu
        sięgam też do nieodłącznego Herodota, który jest mi zwykle odskocznią-
        odprężeniem, przejściem od świata napięć i nerwowej gonitwy za informacją do
        spokoju, pogody i ciszy, które emanują z rzeczy, które już były, postaci już
        nieobecnych, a niekiedy od początku będących tylko wytworem naszej wyobraźni,
        fikcją, ulotnym cieniem. A jednak owa nadzieja na wytchnienie okazuje się teraz
        złudzeniem. Bo widzę właśnie, jak w świecie naszego Greka dzieją się sprawy
        poważne i groźne, i można wyczuć, jak podnosi się i nadciąga burza dziejowa,
        złowrogi huragan historii.

        Dotąd wędrowałem z Herodotem daleko, na krańce jego świata, do Egipcjan i
        Massagetów, do Scytów i Etiopów. Teraz musimy zaprzestać tych wędrówek i
        porzucić odległe rubieże ziemi, bo wydarzenia przenoszą się do wschodniej
        części Morza Śródziemnego, tam, gdzie spotyka się Persja z Grecją, a szerzej -
        Azja z Europą - a więc w miejsce, które jest samym centrum świata,

        Herodot w pierwszej części swojego dzieła zbudował jakby wielki, gigantyczny
        amfiteatr pod otwartym niebem, w którym pomieścił dziesiątki, nawet setki nacji
        i plemion z Azji, Europy i Afryki, a to znaczy - cały znany mu rodzaj ludzki, i
        powiedział: A teraz patrzcie, bo oto przed waszymi oczyma rozegra się
        największy dramat świata! Więc wszys-cy patrzą uważnie, bo rzeczywiście na
        scenie od początku akcja ma dramatyczny przebieg: stary Dariusz, król Persów,
        przygotowuje wielką wojnę przeciw Grecji, aby pomścić swoje klęski w Sardes i
        pod Maratonem (jedno z praw Herodota - nie upokarzaj ludzi, bo będą żyć żądzą
        zemsty za to upokorzenie). Wciąga do tych przygotowań całe imperium, całą Azję.
        Ale w trakcie tego, po trzydziestu sześciu latach panowania, umiera w 485 roku
        (notabene jest to przypuszczalny rok urodzin Herodota). Na tronie po różnych
        sporach i intrygach zasiada jego młody syn - Kserkses - ukochane dziecko żony,
        a teraz wdowy po Dariuszu - Atossy, o której Grek mówi, że trzęsła całym
        imperium.

        Kserkses przejmuje dzieło ojca - przygotowania do wojny przeciw Grekom - ale
        najpierw myśli uderzyć na Egipt, jako że Egipcjanie zbuntowali się przeciw
        perskiej okupacji swojego kraju i chcą ogłosić niepodległość. Pers uważa, że
        stłumienie powstania egipskiego jest bardziej palące, a wyprawa przeciw Grekom
        może jeszcze poczekać. Tak sądzi Kserkses, natomiast innego zdania jest jego
        starszy kuzyn, siostrzeniec zmarłego Dariusza - bardzo wpływowy Mardonios,
        który powiada: co tam Egipcjanie, ruszajmy najpierw na Greków! (Herodot
        podejrzewa, że po podbiciu Grecji Mardonios chce zostać jej satrapą, że
        spieszno mu do władzy): "Panie, nie godzi się, aby Ateńczycy, którzy wiele już
        złego wyrządzili Persom, nie ponieśli kary za swe postępki!"

        Herodot mówi nam, że Mardonios z czasem przekonał i namówił do tego czynu
        Kserksesa. Ale mimo to król Persów najpierw wyprawia się do Egiptu, tłumi
        powstanie, bierze kraj ponownie w niewolę i dopiero wówczas zamierza ruszyć na
        Greków. Jest jednak świadom powagi tej sprawy i dlatego "zwołuje na
        zgromadzenie najznakomitszych Persów, aby wysłuchać ich poglądów". Dzieli się z
        nimi swoimi planami podboju świata: "Persowie!... Jakie ludy Cyrus, Kambizes i
        mój ojciec Dariusz podbili i przyłączyli do Persji, nie potrzebuję wam o tym
        mówić. Odkąd wstąpiłem na tron, starałem się nie pozostawać w tyle za tymi,
        którzy przed tym tę godność piastowali, i nie mniejszą potęgę dla Persów
        pozyskać. Dlatego was tu zgromadziłem, żeby przedstawić, co myślę uczynić.
        Zamierzam mostem połączyć Hellespont i przez Europę powieść wojsko na Grecję,
        aby ukarać Ateńczyków za wszystko zło, jakie wyrządzili Persom i mojemu ojcu...
        i nie spocznę, aż zdobędę i spalę Ateny... a jeżeli pokonam je i ich sąsiadów,
        sprawię, że perskie terytoria będą graniczyć tylko z niebem, to jest z
        królestwem Zeusa, tak że słońce nie będzie oświetlać żadnego kraju, który by
        nie był naszym... wszak sprawa, jak słyszę, tak się przedstawia, że nie
        pozostanie żadne miasto, żaden lud na świecie, który by zdołał wdać się w bój
        przeciw nam... w ten sposób zarówno winni wobec nas, jak i niewinni będą
        dźwigać jarzmo niewoli".

        Po nim zabiera głos Mardonios. Żeby pozyskać sobie Kserksesa, zaczyna
        przypochlebnie: "Panie, ty jesteś najlepszy ze wszystkich Persów, nie tylko
        tych, którzy byli, ale i tych, którzy będą..." Po tym rytualnym wstępie stara
        się przekonać Kserksesa, że nie będzie żadnych trudności w pokonaniu Greków. -
        No problem! - zdaje się mówić przejęty Mardonios. Twierdzi dalej, że "Grecy nie
        potrafią prowadzić wojen, a to wskutek swojej niezręczności i braku rozumu...
        Dlatego też, któż z nich ośmieli się, królu, wyjść przeciw tobie na wojnę, gdy
        ty prowadzisz tłumy z Azji i wszystkie okręty? Jestem pewny, że Grecy nie są aż
        takimi szaleńcami!"

        Wśród zebranych Persów zapada cisza: "reszta Persów milczała i nie ważyła się
        objawić przeciwnego zdania".

        To zrozumiałe! Wyobraźmy sobie bowiem sytuację: jesteśmy w Suzie, stolicy
        perskiego imperium. W przewiewnej, ocienionej sali pałacu królewskiego siedzi
        na tronie młody Kserkses, a wokół na kamiennych ławach wezwani "najznakomitsi
        Persowie". Narada dotyczy ostatecznej bitwy o świat - jeżeli ta wojna zostanie
        wygrana, cały już świat będzie należał do króla Persów.

        Z tym że pole tej bitwy jest daleko od Suzy - sprawni gońcy potrzebują ponad
        trzech miesięcy, aby pokonać odległość dzielącą Suzę od Aten. Trudno sobie
        nawet przedstawić operację dziejącą się tak daleko. Ale nie dlatego zwołani
        Persowie nie ważą się wypowiedzieć przeciwnego zdania. Bo choć są oni tak ważni
        i wpływowi, choć stanowią elitę elit, wiedzą jednak, że żyją w państwie
        autorytarnym i despotycznym i że wystarczy jeden ruch Kserksesa, aby każdemu z
        nich spadła głowa. Siedzą więc wystraszeni i ocierają pot z czoła. Boją się
        odezwać. Nastrój musi przypominać atmosferę posiedzeń Biura Politycznego,
        którym przewodniczy Stalin - ta sama stawka, którą nie jest tylko kariera, lecz
        i życie.

        Ale jednak jest ktoś, kto może odezwać się bez obaw. To stary Artabanos, brat
        zmarłego Dariusza, stryj Kserksesa. Mimo to nawet on zaczyna ostrożnie,
        usprawiedliwiająco: "Królu, jeżeli nie wypowie się przeciwnych sobie poglądów,
        nie można wybrać lepszego..." I tu przypomina, że odradzał ojcu Kserksesa, a
        swojemu bratu Dariuszowi wyprawę na Scytów, bo ta się źle skończy. I tak się
        też stało. A cóż dopiero iść na Greków! "A ty, królu, zamierzasz ruszać w pole
        przeciw mężom, którzy są o wiele jeszcze dzielniejsi od Scytów i podobno
        zarówno na morzu, jak na lądzie są najznakomitsi".

        Toteż zaleca rozwagę i długi namysł. Atakuje, Mardoniosa, że zachęca króla do
        wojny, i proponuje mu: "my dwaj oddajmy w zastaw nasze dzieci. I jeżeli sprawa
        tak wypadnie dla króla, jak ty mówisz, niechaj będą zabite moje dzieci, a ja z
        nimi; jeśli zaś tak, jak ja przepowiadam, niech twoje dzieci zginą, a z nimi i
        ty, o ile powrócisz. Jeżeli jednak nie zechcesz przyjąć tego warunku, lecz
        powiedziesz wojsko przeciw Grekom, to - jak sądzę - niejeden z tych, co tu
        pozostaną, usłyszy, że Mardonios sp
        • beduinka Re: Nim rozszarpią go psy i ptaki - 19. 17.04.04, 14:31
          Toteż zaleca rozwagę i długi namysł. Atakuje, Mardoniosa, że zachęca króla do
          wojny, i proponuje mu: "my dwaj oddajmy w zastaw nasze dzieci. I jeżeli sprawa
          tak wypadnie dla króla, jak ty mówisz, niechaj będą zabite moje dzieci, a ja z
          nimi; jeśli zaś tak, jak ja przepowiadam, niech twoje dzieci zginą, a z nimi i
          ty, o ile powrócisz. Jeżeli jednak nie zechcesz przyjąć tego warunku, lecz
          powiedziesz wojsko przeciw Grekom, to - jak sądzę - niejeden z tych, co tu
          pozostaną, usłyszy, że Mardonios sprawiwszy wielkie zło Persom, rozszarpany
          został przez psy i ptaki gdzieś w kraju Ateńczyków..."

          Napięcie tego spotkania rośnie, wszyscy zdają sobie sprawę, że gra toczy się o
          najwyższą stawkę. Kserkses wpada w gniew, nazywa Artabanosa "bezdusznym
          tchórzem", za karę zabrania mu, żeby szedł z nim na wojnę. Tłumaczy: "cofnąć
          się jest już niemożliwe dla obu stron, bo chodzi tu o działanie albo o
          bierność; chodzi o to, czy całe imperium ma ulec Grekom, czy też wszystkie ich
          ziemie mają należeć do Persów. Bo między naszymi wrogimi dążeniami nie ma
          żadnej pośredniej drogi".

          I rozwiązuje naradę.

          "Potem przyszła noc i Kserksesa niepokoiła opinia Artabanosa. Rozważył sobie
          rzecz i doszedł do przekonania, że wcale nie jest dlań korzystne wyruszać na
          Greków... wtedy usnął i oto ujrzał w nocy, jak opowiadają Persowie, taką marę
          senną. Zdawało mu się, że wielki i kształtny mąż przystąpił doń i rzekł: -
          Zmieniasz zatem, Persie, swój plan, że nie powiedziesz wojska przeciw
          Grekom?... raczej tę obierz drogę, na którą zdecydowałeś się wcześniej... Po
          tych słowach, jak się zdawało Kserksesowi, mara uleciała".

          Z nastaniem dnia Kserkses ponownie zwołuje naradę. Ignorując sen, ogłasza, że
          zmienił zdanie i że nie będzie wojny. "Słysząc to, uradowani Persowie złożyli
          mu hołd.

          Ale w nocy, gdy Kserkses zasnął, znowu przystąpiła doń ta sama mara senna i
          rzekła: ...jeżeli zaraz nie wyprawisz się na wojnę, wyniknie z tego, co
          następuje: jak w krótkim czasie stałeś się wielkim i potężnym, tak równie
          szybko znajdziesz się na dnie".

          Kserkses, przerażony tym widzeniem sennym, wyskoczył z łoża i przez posłańca
          zawołał do siebie Artabanosa. Zwierza mu się z koszmarów nocnych, odkąd
          postanowił odwołać wyprawę na Greków: "odkąd zmieniłem zdanie i powziąłem inną
          decyzję, zjawia mi się raz po raz widziadło senne, które bynajmniej tego nie
          pochwala, a teraz nawet zaczęło mi grozić. Jeżeli bóg jest tym, który je zsyła,
          i życzy sobie, żeby wyprawa wojenna przeciw Grekom była podjęta, to i do ciebie
          przyjdzie ta sama mara senna i podobnie jak mnie będzie ci nakazywać".

          Artabanos próbuje uspokoić Kserksesa: "to, mój synu, wcale nie jest sprawą
          boską... zazwyczaj owe błąkające się widzenia senne głównie tych spraw dotyczą,
          o których ktoś za dnia myślał. My zaś w ostatnich dniach przede wszystkim
          byliśmy zajęci ową wyprawą..."

          Kserkses jednak nie może się uspokoić, zjawa senna nachodzi go, każe mu iść na
          wojnę. Kserkses proponuje, że skoro Artabanos nie wierzy mu, niechże włoży
          królewskie szaty, usiądzie na królewskim tronie, a potem, nocą, położy się w
          królewskim łożu. Artabanos tak czyni... "i kiedy udał się na spoczynek,
          przyszła doń we śnie ta sama mara senna, która także Kserksesa nawiedzała,
          stanęła u głowy Artabanosa i tak rzekła: Ty więc jesteś tym, który powstrzymuje
          Kserksesa od wyprawy przeciw Grekom?... Wiedz, że ani w przyszłości, ani już
          teraz nie ujdzie ci bezkarnie, że próbujesz odwrócić przeznaczenie...

          Tymi słowami, jak się zdawało Artabanosowi, groziła mara senna i zamierzała mu
          rozżarzonym żelazem wypalić oczy. Wtedy z głośnym okrzykiem wyskoczył z łoża,
          usiadł obok Kserksesa, opowiedział mu szczegółowo widzenie senne i stwierdził,
          że ponieważ jednak widzi, że działa tu siła boska, zmienia zdanie i jest za
          tym, aby wyprawić się na Greków...

          Gdy Kserkses po tych wypadkach zdecydował się na podjęcie wyprawy, miał po raz
          trzeci widzenie senne, które magowie tak wyjaśnili, że odnosi się ono do całej
          ziemi i że wszyscy ludzie będą Kserksesowi służyć. A było ono takie: zdawało
          się Kserksesowi, że jest uwieńczony gałązką oliwną, a wychodzące z tej oliwki
          pędy ogarniają całą ziemię, po czym jednak owa gałązka zniknęła..."

          ***

          - Negusi - powiedziałem rano i zacząłem się pakować. - Wracamy do Addis Abeby.

          - No problem! - odpowiedział ochoczo i uśmiechnął się, pokazując swoje
          fantastycznie białe zęby.

          Ryszard Kapuściński , gazeta.pl
    • beduinka Kserkses - 20. rzodział 17.04.04, 14:33
      Kserkses

      Ryszard Kapuściński 13-02-2004 20:24

      Perski Król Królów chce panować nad wszystkim i nad wszystkimi. Z największą
      armią świata rusza na Greków. Pod Termopilami mu się uda - ale potem będą już
      tylko klęski i ucieczka. I milczenie historii. Dwudziesta część "Podróży z
      Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      "Nie od samego początku

      jest koniec widoczny"

      Herodot

      Już kiedy byliśmy znowu w Addis Abebie, scena ta, niczym zjawa senna z relacji
      Herodota, wracała do mnie dłuższy czas. Jej przesłanie jest pesymistyczne,
      fatalistyczne: w swoim postępowaniu człowiek nie ma wyboru. Nosi w sobie swój
      los, jakby to był kod genetyczny - musi iść tam i robić to, na co skazało go
      przeznaczenie. To ono właśnie jest Bytem Najwyższym, wszechobecną i wszystko
      ogarniającą Kosmiczną Siłą Sprawczą. Nikt nie stoi ponad przeznaczeniem, nawet
      Król Królów, ba, nawet Bogowie. Toteż zjawa senna, która pokazuje się
      Kserksesowi, nie ma postaci Boga, z nim można jeszcze paktować, można go nie
      posłuchać lub nawet próbować oszukać - z przeznaczeniem jest to niemożliwe.
      Pojawia się w postaci anonimowej, bez imienia i wyraźnych rysów, i jedynie
      ostrzega, wydaje polecenia lub grozi.

      Kiedy to czyni?

      Otóż człowiek, mając wypisany los raz na zawsze, musi tylko odczytywać ten
      scenariusz i wypełniać go punkt po punkcie. Jeżeli źle go odczyta lub spróbuje
      zmienić, wtedy właśnie pojawi się owa zjawa--przeznaczenie i najpierw pogrozi
      palcem, a kiedy to nie poskutkuje, sprowadzi na głowę pyszałka nieszczęście,
      karę.

      Warunkiem przetrwania jest tedy pokora wobec przeznaczenia. Kserkses najpierw
      przyjmuje swoją rolę, a jest nią zemsta na Grekach za to, że znieważyli Persów
      i jego ojca. Wypowiada im wojnę, przysięga, że nie spocznie, dopóki nie
      zdobędzie i nie spali Aten. Jednak potem, słuchając głosów rozsądku, zmienia
      zdanie, tłumi myśli o wojnie, odkłada plany inwazji, wycofuje się. Ale wtedy
      właśnie ukazuje mu się zjawa senna: - Szaleńcze - zdaje się mówić - nie wahaj
      się! Twoim przeznaczeniem jest uderzyć na Greków!

      Z początku Kserkses próbuje ten nocny incydent zignorować, uznać go za złudę,
      stanąć ponad nim. Ale tym jeszcze bardziej rozdrażnia i oburza zjawę, która
      znowu staje przy jego tronie, przy jego łożu, już teraz na dobre rozgniewana i
      groźna. Więc Kserkses szuka ratunku, bo nie jest pewien, czy przypadkiem nie
      ogarnia go obłęd spowodowany ciężarem odpowiedzialności - musi przecież podjąć
      decyzję, która zdecyduje o losach świata, i to zdecyduje, jak się później
      okaże, na tysiące lat, wzywa zatem swojego stryja - Artabanosa. - Pomóż! -
      prosi go. Ten z początku radzi, aby Kserkses sen zignorował: śnimy to, o czym
      myślimy za dnia, to wszystko. Słowem - sen mara, Bóg wiara - zdaje się mówić
      Artabanos.

      Ale to Króla nie przekonuje - zjawa senna nie opuszcza go, przeciwnie, ukazuje
      się coraz bardziej natrętna i nieprzejednana. W końcu nawet Artabanos -
      człowiek rozsądny i mądry, racjonalista i sceptyk - ustępuje przed zjawą i nie
      tylko ustępuje - zmienia się z niedowiarka w gorliwego rzecznika, w wykonawcę
      nakazu zjawy-przeznaczenia: - Ruszać na Greka? Więc ruszamy. I to natychmiast!
      Człowiek jest we władzy rzeczy i duchów, a tu widzimy, jak władza duchów jest
      silniejsza niż władza rzeczy.

      Przeciętny Pers czy Grek może z okazji tych nocnych koszmarów Kserksesa
      pomyśleć: - Bogowie, jeśli tak wielka osoba, Król Królów, władca Świata, jest
      tylko pionkiem w rękach przeznaczenia, cóż dopiero ja, szary człowiek, marność
      nad marnościami, pyłek ziemi! I znajduje w tej historii pociechę, znajduje
      ulgę, nawet - optymizm.

      ***

      Kserkses to dziwna postać. Choć przez jakiś czas rządzi światem (prawie całym,
      z wyjątkiem dwóch miast - Aten i Sparty, co nie daje mu spokoju), mało o nim
      wiemy. Wstępując na tron, ma trzydzieści dwa lata. Pała żądzą władzy
      absolutnej - nad wszystkim, nad wszystkimi (przypomina mi się tytuł reportażu,
      którego autora, niestety, nie pamiętam: "Mamo, czy kiedyś będziemy mieć
      wszystko?"). To jest właśnie to, czym żyje Kserkses: mieć wszystko. Nikt mu się
      nie sprzeciwi, za sprzeciw płaci się głową. Ale w takim klimacie milczącego
      przyzwolenia wystarczy jeden głos sprzeciwu, aby władca poczuł niepokój,
      zawahał się. Tak jest i teraz za sprawą Artabanosa. Kserkses na tyle stracił
      tupet i zrobił się niepewny, że usłuchał go i postanawia się cofnąć. Ale to są
      problemy, spory i wahania, które dzieją się między ludźmi. Natomiast w ten
      ziemski świat wkracza teraz Siła Wyższa, Rozstrzygająca. I za jej głosem pójdą
      odtąd wszyscy. Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby
      prowadził w przepaść.

      Więc Kserkses zgodnie z tym, co mu nakazuje głos przeznaczenia, idzie na wojnę.
      Wie, co jest największą jego siłą, siłą Wschodu, siłą Azji - liczba, ludzka,
      nieprzeliczona masa, która samym swoim ciężarem i impetem zmiażdży i
      przygniecie wroga. (Przypominają się sceny z I wojny światowej: na Mazurach
      rosyjscy generałowie wysyłali do szturmu na pozycje niemieckie całe pułki, w
      których tylko część żołnierzy miała karabiny, w dodatku bez amunicji).

      Najpierw przez cztery lata zajmuje się tworzeniem swojej armii - armii świata,
      w której szeregi wejdą wszystkie ludy, wszystkie plemiona i klany imperium.
      Samo ich wyliczanie zajmuje Grekowi kilka stron. Oblicza on, że armia ta -
      piechota, konnica, załogi okrętów - liczyła ponad pięć milionów ludzi.
      Przesadzał. Ale i tak było to ogromne wojsko. Jak je wyżywić? Jak napoić?
      Ludzie ci i zwierzęta wypijali po drodze całe rzeki, zostawiając za sobą ich
      puste koryta. Ktoś zauważa, że szczęśliwie Kserkses jadał tylko raz dziennie.
      Gdyby król, a z nim cała armia jadali dwa razy - całą Trację, Macedonię i
      Grecję zamieniliby w pustynię, miejscowe ludy wymarłyby z głodu.

      Herodota fascynuje pochód tej armii, przyprawiająca o zawrót głowy potężna
      rzeka ludzi, zwierząt i sprzętu, strojów i uzbrojenia, jako że każdy lud ma
      własny strój, więc barwność i różnorodność tej ciżby są trudne do opisania.
      Centrum pochodu tworzą dwa wozy: "święty wóz Boga Ahura Mazdy, który ciągnęło
      osiem białych koni, a za końmi szedł pieszo woźnica, trzymając w ręku cugle, bo
      żaden człowiek nie wsiada do tego wozu. W tyle za nim jechał sam Kserkses na
      wozie zaprzężonym w konie nesajskie... Dalej idą kopijnicy, dalej konnica, a
      potem oddział dziesięciu tysięcy słynnych nieśmiertelnych. Ci błyszczeli od
      mnogości złota. Wiedli też ze sobą wozy, a na nich nałożnice i służbę liczną, a
      pięknie wystrojoną". Za nimi już bezładną ławą ciągnęła wieloplemienna masa
      żołnierska.

      Niech nas jednak nie myli różnobarwność tej idącej na wojnę armii. To nie
      festyn, nie święto, przeciwnie, Herodot notuje, że "tę idącą z trudem i w
      milczeniu armię coraz to trzeba popędzać batami".

      Uważnie śledzi zachowania króla Persów. Kserkses ma niezrównoważoną,
      nieprzewidywalną naturę, jest zdumiewającym kłębkiem sprzeczności, przypomina
      Stawrogina.

      Oto razem ze swoją armią jest w drodze do Sardes: znalazł na tej drodze drzewo
      platanowe, które z powodu piękności obdarował złotym strojem i powierzył na
      wieczne czasy dozorcy.

      Jeszcze trwa w nim zachwyt nad urokiem napotkanego drzewa, nad pięknością
      platanu, kiedy donoszą mu, że wielki sztorm w cieśninie Hellespontu rozbił i
      zniszczył mosty, jakie kazał zbudować, aby armia, którą dowodził, a która
      ciągnęła na Grecję, mogła przejść z Azji do Europy. Usłyszawszy to, Kserkses
      dostał szału. „Rozkazał swoim ludziom, aby wymierzyli morzu trzysta batów i
      spuścili do wody parę kajdan. Słyszałem też, że jednocześnie wysłał katów, aby
      Hellespont napiętnowali rozpalonym żelazem, a chłoszczącym rozkazał powiedzieć
      te słowa, których żaden Grek nigdy nie ośmieliłby się wymówić: »Zła wodo, nasz
      pan wymierza ci tę karę, boś go skrzywdziła, nie doznawszy od niego żadnej
      krzywdy. I król Kserkses przejdzie cię, czy chcesz, czy
    • beduinka Kserkses - 20. rozdział 17.04.04, 14:34
      Kserkses

      Ryszard Kapuściński 13-02-2004 20:24

      Perski Król Królów chce panować nad wszystkim i nad wszystkimi. Z największą
      armią świata rusza na Greków. Pod Termopilami mu się uda - ale potem będą już
      tylko klęski i ucieczka. I milczenie historii. Dwudziesta część "Podróży z
      Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      "Nie od samego początku

      jest koniec widoczny"

      Herodot

      Już kiedy byliśmy znowu w Addis Abebie, scena ta, niczym zjawa senna z relacji
      Herodota, wracała do mnie dłuższy czas. Jej przesłanie jest pesymistyczne,
      fatalistyczne: w swoim postępowaniu człowiek nie ma wyboru. Nosi w sobie swój
      los, jakby to był kod genetyczny - musi iść tam i robić to, na co skazało go
      przeznaczenie. To ono właśnie jest Bytem Najwyższym, wszechobecną i wszystko
      ogarniającą Kosmiczną Siłą Sprawczą. Nikt nie stoi ponad przeznaczeniem, nawet
      Król Królów, ba, nawet Bogowie. Toteż zjawa senna, która pokazuje się
      Kserksesowi, nie ma postaci Boga, z nim można jeszcze paktować, można go nie
      posłuchać lub nawet próbować oszukać - z przeznaczeniem jest to niemożliwe.
      Pojawia się w postaci anonimowej, bez imienia i wyraźnych rysów, i jedynie
      ostrzega, wydaje polecenia lub grozi.

      Kiedy to czyni?

      Otóż człowiek, mając wypisany los raz na zawsze, musi tylko odczytywać ten
      scenariusz i wypełniać go punkt po punkcie. Jeżeli źle go odczyta lub spróbuje
      zmienić, wtedy właśnie pojawi się owa zjawa--przeznaczenie i najpierw pogrozi
      palcem, a kiedy to nie poskutkuje, sprowadzi na głowę pyszałka nieszczęście,
      karę.

      Warunkiem przetrwania jest tedy pokora wobec przeznaczenia. Kserkses najpierw
      przyjmuje swoją rolę, a jest nią zemsta na Grekach za to, że znieważyli Persów
      i jego ojca. Wypowiada im wojnę, przysięga, że nie spocznie, dopóki nie
      zdobędzie i nie spali Aten. Jednak potem, słuchając głosów rozsądku, zmienia
      zdanie, tłumi myśli o wojnie, odkłada plany inwazji, wycofuje się. Ale wtedy
      właśnie ukazuje mu się zjawa senna: - Szaleńcze - zdaje się mówić - nie wahaj
      się! Twoim przeznaczeniem jest uderzyć na Greków!

      Z początku Kserkses próbuje ten nocny incydent zignorować, uznać go za złudę,
      stanąć ponad nim. Ale tym jeszcze bardziej rozdrażnia i oburza zjawę, która
      znowu staje przy jego tronie, przy jego łożu, już teraz na dobre rozgniewana i
      groźna. Więc Kserkses szuka ratunku, bo nie jest pewien, czy przypadkiem nie
      ogarnia go obłęd spowodowany ciężarem odpowiedzialności - musi przecież podjąć
      decyzję, która zdecyduje o losach świata, i to zdecyduje, jak się później
      okaże, na tysiące lat, wzywa zatem swojego stryja - Artabanosa. - Pomóż! -
      prosi go. Ten z początku radzi, aby Kserkses sen zignorował: śnimy to, o czym
      myślimy za dnia, to wszystko. Słowem - sen mara, Bóg wiara - zdaje się mówić
      Artabanos.

      Ale to Króla nie przekonuje - zjawa senna nie opuszcza go, przeciwnie, ukazuje
      się coraz bardziej natrętna i nieprzejednana. W końcu nawet Artabanos -
      człowiek rozsądny i mądry, racjonalista i sceptyk - ustępuje przed zjawą i nie
      tylko ustępuje - zmienia się z niedowiarka w gorliwego rzecznika, w wykonawcę
      nakazu zjawy-przeznaczenia: - Ruszać na Greka? Więc ruszamy. I to natychmiast!
      Człowiek jest we władzy rzeczy i duchów, a tu widzimy, jak władza duchów jest
      silniejsza niż władza rzeczy.

      Przeciętny Pers czy Grek może z okazji tych nocnych koszmarów Kserksesa
      pomyśleć: - Bogowie, jeśli tak wielka osoba, Król Królów, władca Świata, jest
      tylko pionkiem w rękach przeznaczenia, cóż dopiero ja, szary człowiek, marność
      nad marnościami, pyłek ziemi! I znajduje w tej historii pociechę, znajduje
      ulgę, nawet - optymizm.

      ***

      Kserkses to dziwna postać. Choć przez jakiś czas rządzi światem (prawie całym,
      z wyjątkiem dwóch miast - Aten i Sparty, co nie daje mu spokoju), mało o nim
      wiemy. Wstępując na tron, ma trzydzieści dwa lata. Pała żądzą władzy
      absolutnej - nad wszystkim, nad wszystkimi (przypomina mi się tytuł reportażu,
      którego autora, niestety, nie pamiętam: "Mamo, czy kiedyś będziemy mieć
      wszystko?"). To jest właśnie to, czym żyje Kserkses: mieć wszystko. Nikt mu się
      nie sprzeciwi, za sprzeciw płaci się głową. Ale w takim klimacie milczącego
      przyzwolenia wystarczy jeden głos sprzeciwu, aby władca poczuł niepokój,
      zawahał się. Tak jest i teraz za sprawą Artabanosa. Kserkses na tyle stracił
      tupet i zrobił się niepewny, że usłuchał go i postanawia się cofnąć. Ale to są
      problemy, spory i wahania, które dzieją się między ludźmi. Natomiast w ten
      ziemski świat wkracza teraz Siła Wyższa, Rozstrzygająca. I za jej głosem pójdą
      odtąd wszyscy. Los musi się dopełnić, nie można go zmienić ani uniknąć, choćby
      prowadził w przepaść.

      Więc Kserkses zgodnie z tym, co mu nakazuje głos przeznaczenia, idzie na wojnę.
      Wie, co jest największą jego siłą, siłą Wschodu, siłą Azji - liczba, ludzka,
      nieprzeliczona masa, która samym swoim ciężarem i impetem zmiażdży i
      przygniecie wroga. (Przypominają się sceny z I wojny światowej: na Mazurach
      rosyjscy generałowie wysyłali do szturmu na pozycje niemieckie całe pułki, w
      których tylko część żołnierzy miała karabiny, w dodatku bez amunicji).

      Najpierw przez cztery lata zajmuje się tworzeniem swojej armii - armii świata,
      w której szeregi wejdą wszystkie ludy, wszystkie plemiona i klany imperium.
      Samo ich wyliczanie zajmuje Grekowi kilka stron. Oblicza on, że armia ta -
      piechota, konnica, załogi okrętów - liczyła ponad pięć milionów ludzi.
      Przesadzał. Ale i tak było to ogromne wojsko. Jak je wyżywić? Jak napoić?
      Ludzie ci i zwierzęta wypijali po drodze całe rzeki, zostawiając za sobą ich
      puste koryta. Ktoś zauważa, że szczęśliwie Kserkses jadał tylko raz dziennie.
      Gdyby król, a z nim cała armia jadali dwa razy - całą Trację, Macedonię i
      Grecję zamieniliby w pustynię, miejscowe ludy wymarłyby z głodu.

      Herodota fascynuje pochód tej armii, przyprawiająca o zawrót głowy potężna
      rzeka ludzi, zwierząt i sprzętu, strojów i uzbrojenia, jako że każdy lud ma
      własny strój, więc barwność i różnorodność tej ciżby są trudne do opisania.
      Centrum pochodu tworzą dwa wozy: "święty wóz Boga Ahura Mazdy, który ciągnęło
      osiem białych koni, a za końmi szedł pieszo woźnica, trzymając w ręku cugle, bo
      żaden człowiek nie wsiada do tego wozu. W tyle za nim jechał sam Kserkses na
      wozie zaprzężonym w konie nesajskie... Dalej idą kopijnicy, dalej konnica, a
      potem oddział dziesięciu tysięcy słynnych nieśmiertelnych. Ci błyszczeli od
      mnogości złota. Wiedli też ze sobą wozy, a na nich nałożnice i służbę liczną, a
      pięknie wystrojoną". Za nimi już bezładną ławą ciągnęła wieloplemienna masa
      żołnierska.

      Niech nas jednak nie myli różnobarwność tej idącej na wojnę armii. To nie
      festyn, nie święto, przeciwnie, Herodot notuje, że "tę idącą z trudem i w
      milczeniu armię coraz to trzeba popędzać batami".

      Uważnie śledzi zachowania króla Persów. Kserkses ma niezrównoważoną,
      nieprzewidywalną naturę, jest zdumiewającym kłębkiem sprzeczności, przypomina
      Stawrogina.

      Oto razem ze swoją armią jest w drodze do Sardes: znalazł na tej drodze drzewo
      platanowe, które z powodu piękności obdarował złotym strojem i powierzył na
      wieczne czasy dozorcy.

      Jeszcze trwa w nim zachwyt nad urokiem napotkanego drzewa, nad pięknością
      platanu, kiedy donoszą mu, że wielki sztorm w cieśninie Hellespontu rozbił i
      zniszczył mosty, jakie kazał zbudować, aby armia, którą dowodził, a która
      ciągnęła na Grecję, mogła przejść z Azji do Europy. Usłyszawszy to, Kserkses
      dostał szału. „Rozkazał swoim ludziom, aby wymierzyli morzu trzysta batów i
      spuścili do wody parę kajdan. Słyszałem też, że jednocześnie wysłał katów, aby
      Hellespont napiętnowali rozpalonym żelazem, a chłoszczącym rozkazał powiedzieć
      te słowa, których żaden Grek nigdy nie ośmieliłby się wymówić: »Zła wodo, nasz
      pan wymierza ci tę karę, boś go skrzywdziła, nie doznawszy od niego żadnej
      krzywdy. I król Kserkses przejdzie cię, czy chcesz, czy
      • beduinka Re: Kserkses - 20. rozdział 17.04.04, 14:35
        Jeszcze trwa w nim zachwyt nad urokiem napotkanego drzewa, nad pięknością
        platanu, kiedy donoszą mu, że wielki sztorm w cieśninie Hellespontu rozbił i
        zniszczył mosty, jakie kazał zbudować, aby armia, którą dowodził, a która
        ciągnęła na Grecję, mogła przejść z Azji do Europy. Usłyszawszy to, Kserkses
        dostał szału. „Rozkazał swoim ludziom, aby wymierzyli morzu trzysta batów i
        spuścili do wody parę kajdan. Słyszałem też, że jednocześnie wysłał katów, aby
        Hellespont napiętnowali rozpalonym żelazem, a chłoszczącym rozkazał powiedzieć
        te słowa, których żaden Grek nigdy nie ośmieliłby się wymówić: »Zła wodo, nasz
        pan wymierza ci tę karę, boś go skrzywdziła, nie doznawszy od niego żadnej
        krzywdy. I król Kserkses przejdzie cię, czy chcesz, czy nie chcesz. Słusznie
        żaden człowiek nie składa ci ofiar, boś jest tylko zamulonym i słonym
        strumykiem «. W ten sposób polecił ukarać morze, a tym, którzy mieli nadzór nad
        budową mostów na Hellesponcie, uciąć głowy”.

        Nie wiemy, ile tych głów obcięto. Nie wiemy, czy skazani budowniczowie pokornie
        nadstawiają karki, czy padają na kolana i błagają o litość. Rzeź musi być
        potworna, ponieważ takie mosty budowało tysiące i tysiące ludzi. W każdym razie
        rozkazy te uspokajają Kserksesa, pozwalają mu odzyskać wewnętrzną równowagę.
        Jego ludzie przerzucają przez Hellespont nowe mosty, a magowie oznajmiają, że
        wszelkie wróżby co do przyszłości są pomyślne.

        Król, uradowany, postanawia ruszyć dalej, kiedy przychodzi do niego
        zaprzyjaźniony Lidyjczyk Pytios i błaga go o przysługę: "Panie, mam pięciu
        synów i wszyscy oni ciągną wraz z tobą przeciw Grekom. Ty jednak, królu, miej
        litość nade mną, który już jestem bardzo stary, i uwolnij od służby wojskowej
        jednego z nich, najstarszego, aby tu o mnie i mój majątek miał staranie.
        Czterech innych weź ze sobą i obyś wrócił, dokonawszy swoich zamiarów".

        Na te słowa Kserkses znowu wpada w szał: "Nędzny człowieku", krzyczy na
        starca, "ty ośmielasz się wspominać o twoim synu, choć jesteś moim
        niewolnikiem, który powinien by z całym domem i wraz z żoną iść za mną? Po tej
        odpowiedzi zaraz rozkazał tym, którzy do egzekucji byli powołani, aby odszukali
        najstarszego z synów Pytiosa i wpół go przecięli, po czym jedną połowę zwłok
        ułożyli po prawej stronie drogi, drugą zaś po lewej, a środkiem miało przejść
        wojsko".

        I tak się też stało. Nieskończona rzeka wojska ciągnęła drogą, świstały batogi,
        a żołnierze widzieli leżące po obu stronach krwawe szczątki najstarszego syna
        Pytiosa. Gdzie w tym momencie jest Pytios? Stoi przy zwłokach? Przy której ich
        części? Jak zachowuje się, kiedy w wozie nadjeżdża Kserkses? Jaki ma wyraz
        twarzy? Nie wiemy tego, gdyż jako niewolnik musi klęczeć z twarzą przy ziemi.

        Cały czas towarzyszy Kserksesowi poczucie niepewności. Ten czerw ciągle daje o
        sobie znać. Skrywa go, nadrabiając wyniosłością i pychą. Aby poczuć się
        silniejszym, wewnętrznie umocnionym, pewnym swojej potęgi - urządza przeglądy
        wojsk i floty. Ogrom tej masy musi imponować, zatykać oddech. Liczba strzał
        wypuszczonych jednorazowo z łuków jest tak wielka, że przysłania słońce. Liczba
        okrętów tak nieprzebrana, że nie widać wód zatoki: "po przybyciu do Abydos
        przyszła Kserksesowi ochota całe swoje wojsko przeglądnąć. Umyślnie też było
        dlań przygotowane tam wprzód na wzgórzu wyniosłe siedzenie z białego marmuru...
        Siedząc tu i spoglądając na wybrzeże, ujrzał piesze wojsko i flotę i na ten
        widok zapragnął przypatrzyć się wyścigowi okrętów. Gdy ten się odbył, uradowany
        był król i wyścigami, i flotą. Widząc zaś cały Hellespont pokryty okrętami i
        całe wybrzeże oraz równiny Abydosu pełne wojska, Kserkses nazwał siebie
        szczęśliwym, a potem zapłakał".

        Król płacze? Jego stryj Artabanos, widząc płaczącego Kserksesa, tak do niego
        powiedział: "Królu, przed chwilą mówiłeś, że jesteś szczęśliwy, a teraz
        płaczesz. Cóż za gwałtowna zmiana nastroju. A ten odrzekł: - Tak, bo zdjęło
        mnie uczucie smutku, gdym rozważył, jak krótkie jest całe życie ludzkie; wszak
        z tych tak licznych ludzi za sto lat nikt nie pozostanie przy życiu!"

        Ta rozmowa o życiu i śmierci trwa między nimi jeszcze długo, po czym król
        odsyła starego stryja z powrotem do Suzy, a sam, doczekawszy świtu, zarządza
        przeprawę przez cieśninę Hellespontu na drugi brzeg - do Europy: "Kiedy wzeszło
        słońce, Kserkses wylał ze złotej czary objatę do morza i modlił się do słońca,
        aby go nie spotkał żaden wypadek, który przeszkodziłby mu w ujarzmieniu Europy,
        zanim dojdzie do ostatnich jej granic".

        Armia Kserksesa, wypijając rzeki, zjadając napotkaną żywność, gdziekolwiek by
        była, i trzymając się północnych brzegów Morza Egejskiego, przechodzi Trację,
        Macedonię, Tessalię i dociera do Termopil.

        O Termopilach uczą we wszystkich szkołach, zwykle poświęcona jest im cała
        lekcja, uczniowie muszą rysować mapki, a czasem pisać klasówki i robić
        ściągawki na maturę.

        Termopile to wąski przesmyk, przejście między morzem a wysoką górą leżące na
        północny zachód od dzisiejszej stolicy Grecji. Zdobyć to przejście to mieć
        otwartą drogę do Aten. Rozumieją to Persowie, wiedzą o tym Grecy. Dlatego
        stoczą tu zażartą bitwę, w której zginą wszyscy walczący w niej Grecy, ale i
        straty Persów będą ogromne.

        Z początku Kserkses liczył, że garstka broniących Termopil Greków na widok
        gigantycznej armii Persów po prostu ucieknie, więc spokojnie czekał, aż się to
        stanie. Ale Grecy pod wodzą Leonidasa nie cofają się. Zniecierpliwiony tym
        Kserkses wysyła na zwiad konnego szpiega. "Ten podjechał blisko pozycji
        greckich. I co zobaczył? Widział, jak jedni z mężów oddawali się gimnastyce,
        drudzy czesali sobie włosy. Patrząc na to, dziwił się i zapamiętał sobie ich
        liczbę. A kiedy wszystko dokładnie obejrzał, odjechał w spokoju, nikt go bowiem
        nie ścigał i nie zwracano nań zgoła uwagi. Po powrocie opowiedział Kserksesowi
        wszystko, co widział. Kserkses, słysząc to, nie mógł zrozumieć, dlaczego Grecy
        są gotowi zginąć..."

        Bitwa trwa kilka dni, ale szalę przeważa dopiero zdrajca, który pokazuje Persom
        ścieżkę przez góry. Okrążają Greków, którzy wszyscy giną. Po bitwie Kserkses
        chodzi po zasłanym trupami pobojowisku, szuka zwłok Leonidasa. "Kserkses
        przeszedł przez trupy i kazał głowę Leonidasa odciąć i wbić na pal". Ten czyn
        nazywa Herodot zbrodnią.

        Wszystkie swoje następne bitwy Kserkses przegrał: "gdy Kserkses zrozumiał
        poniesioną klęskę, obawiał się, że Grecy, podpłynąwszy do Hellespontu, mogą
        zerwać mosty, przez co on, odcięty w Europie, narażony byłby na zgubę. Dlatego
        myślał o ucieczce".

        I w istocie ucieka, ucieka z pola walki jeszcze przed końcem wojny. Wraca do
        Suzy. Ma wówczas trzydzieści kilka lat. Będzie jeszcze królem Persów lat
        piętnaście. Mało o tych latach wiemy. Zajmował się rozbudową swojego pałacu w
        Persepolis. Może czuł się wypalony? W każdym razie zniknął dla świata. Zgasły
        sny o potędze, o panowaniu nad wszystkim i nad wszystkimi. Sugerują, że
        interesowały go już tylko kobiety: zbudował im wielki, okazały harem, którego
        ruiny widziałem.

        Miał 56 lat, kiedy w 465 roku zamordował go Artabanos - szef jego ochrony. Ten
        to Artabanos wysunął na króla młodszego brata Kserksesa - Artakserksesa. Ten
        zamordował później Artabanosa w walce wręcz, jaka wywiązała się między nimi w
        pałacu. Syna Artakserksesa - Kserksesa II - zamordował w 425 roku jego brat
        Sogdianus, który został później zamordowany przez Dariusza II itd. itd.

        Ryszard Kapuściński gazeta.pl

    • beduinka Znika czas - 22 część (21 brak :P) 17.04.04, 14:38
      Znika czas

      Ryszard Kapuściński

      Herodot pisze "Dzieje", bo wie, że zebrał ogromną ilość wiadomości i że jeżeli
      ich nie utrwali, wszystkie one, zgromadzone w jego pamięci - po prostu zginą.
      Jest to znowu, ta sama co zawsze, walka człowieka z czasem, ze słabościami
      pamięci. Z tego zmagania zrodziła się idea książki, wszelkiej książki.
      Dwudziesta druga część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      To już nie była Addis Abeba, tylko Dar es-Salaam - miasto nad zatoką
      wyrzeźbioną w tak idealne półkole, że mogła to być jedna z setek łagodnych
      zatok greckich, przeniesiona tu, na wschodnie wybrzeże Afryki. Morze było
      zawsze spokojne; drobne, powolne fale, wydając cichy, rytmiczny plusk, bez
      śladu tonęły w ciepłym, nadbrzeżnym piasku.

      W tym mieście, liczącym nie więcej niż dwieście tysięcy mieszkańców, zbiegało
      się i mieszało pół świata. Już sama nazwa Dar es-Salaam, co po arabsku
      znaczy "Dom Pokoju", wskazywała na jego związki z Bliskim Wschodem (związki
      zresztą niesławne, bo tędy Arabowie wywozili afrykańskich niewolników). Ale
      centrum miasta zajmowali przede wszystkim Hindusi i Pakistańczycy, ze
      wszystkimi odmianami języków i wyznań, już wewnątrz ich cywilizacji: byli tu i
      Sikhowie, i wyznawcy Agi Khana, muzułmanie i katolicy z Goa. Osobne kolonie
      tworzyli imigranci z wysp Oceanu Indyjskiego - z Seszeli i Komorów, Madagaskaru
      i Mauritiusa, urodziwa, piękna rasa powstała z wymieszania i związków
      najróżniejszych ludów Południa. Później zaczęło także przyjeżdżać i mieszkać tu
      tysiące Chińczyków, budowniczych linii kolejowej Tanzania - Zambia.

      Europejczyka, który po raz pierwszy zetknął się z taką różnorodnością ludów i
      kultur, jaką widział w Dar es-Salaam, uderzało nie tylko to, że poza Europą
      istnieją jeszcze jakieś inne światy - o tym w końcu, przynajmniej teoretycznie,
      od jakiegoś czasu wiedział, ale to przede wszystkim, że te światy spotykają
      się, kontaktują, mieszają i współżyją bez pośrednictwa i niejako bez wiedzy i
      zgody Europy. Przez wiele wieków była ona centrum świata w sensie tak dosłownym
      i oczywistym, iż obecnie z trudem docierało do świadomości Europejczyka, że bez
      niego i poza nim ludy i cywilizacje prowadzą własne życie, mają osobne tradycje
      i odrębne problemy. I że to raczej on był przybyszem, kimś obcym, a jego świat -
      rzeczywistością odległą i abstrakcyjną.

      Pierwszym, który uświadomił sobie wielość świata jako jego istotę, był
      Herodot. - Nie, nie jesteśmy sami - mówi on Grekom w swoim dziele i żeby to
      udowodnić, odbywa swoje podróże do krańców ziemi. - Mamy sąsiadów, ci z kolei
      mają swoich sąsiadów, a wszyscy razem zaludniamy jedną planetę.

      Dla człowieka żyjącego dotąd w swojej małej ojczyźnie, której obszar mógł z
      łatwością przemierzyć piechotą, ten nowy, planetarny wymiar rzeczywistości był
      odkryciem, zmieniał jego obraz świata, nadawał mu nowe proporcje i ustalał
      nieznane skale wartości.

      Jednocześnie Herodot, podróżując i docierając do różnych plemion i ludów, widzi
      i notuje, że każde z nich ma swoją własną historię, że dzieje się ona
      niezależnie, ale i równolegle z innymi, że, słowem, historia ludzkości
      przypomina wielki kocioł, którego powierzchnia jest w stanie ciągłego wrzenia,
      nieustannych zderzeń niezliczonych drobin poruszających się po swoich orbitach
      spotykających się i przecinających w nieskończonej ilości punktów.

      Herodot odkrywa coś jeszcze, a mianowicie - różnorodność czasów czy ściślej -
      wielość sposobów jego obliczania. Bo dawniej prości chłopi mierzyli czas wedle
      pór roku, ludzie w miastach - według pokoleń, kronikarze starożytnych państw -
      długością panujących dynastii. Jak to wszystko porównać, jak znaleźć jeden
      przelicznik czy wspólny mianownik? Herodot ciągle się z tym boryka, szuka
      rozwiązań. Nawykli do pomiaru mechanicznego nie zdajemy sobie sprawy, jakim
      problemem była dla człowieka miara czasu, ile w tym kryło się trudności,
      zagadek, tajemnic.

      ***

      Niekiedy, jeżeli miałem wolne popołudnie albo wieczór, jeździłem swoim
      podniszczonym, zielonym land-roverem do hotelu Sea View, gdzie można było
      usiąść na werandzie, zamówić piwo albo herbatę, posłuchać, jak szumi morze,
      albo, kiedy zrobi się już ciemno - jak cykają świerszcze. Było to jedno z
      ulubionych miejsc spotkań i często wpadali tu koledzy z innych agencji lub
      redakcji. W ciągu dnia wszyscy krążyliśmy po mieście, żeby się czegoś
      dowiedzieć. W tym dalekim, prowincjonalnym mieście nie działo się wiele i żeby
      mieć jakiekolwiek informacje, zamiast konkurować - współpracowaliśmy przy ich
      zdobywaniu. Ten miał lepsze ucho, tamten - lepsze oko, inny - więcej
      dziennikarskiego szczęścia. Coraz to - na ulicy, właśnie w hotelu Sea View albo
      w jedynej chłodzonej kawiarni - u Włocha, następowała wymiana łupów. Ktoś
      słyszał, że przyjeżdża Mondlane z Mozambiku, inni mówili, że nie, że to
      przyjeżdża Nkomo z Rodezji. Ktoś dowiedział się, że był zamach na Mobutu,
      reszta twierdziła, że to plotka, a zresztą - jak to sprawdzić? Z takich
      pogłosek, naszeptywań, domysłów, ale i faktów tworzyliśmy nasze informacje i
      wysyłaliśmy w świat.

      Czasem nikt nie pojawiał się na werandzie, a akurat miałem ze sobą Herodota,
      więc otwierałem książkę na chybił trafił. "Dzieje" pełne są opowieści,
      dygresji, obserwacji, zasłyszeń. "Lud Traków jest po Indach największy ze
      wszystkich ludów. Gdyby miał jednego pana i był jednomyślny, byłby moim zdaniem
      niezwyciężony i bezspornie najpotężniejszy ze wszystkich. Ponieważ jednak jest
      to dla nich niemożliwe i nigdy do tego nie dojdzie, przeto są słabi...
      Sprzedają swe dzieci na obczyznę; dziewiczości córek nie pilnują, tylko
      pozwalają im wdawać się z jakimi chcą mężczyznami, ale ostro strzegą żon.
      Kupują je od rodziców za wielkie pieniądze. Mieć tatuaż jest oznaką wysokiego
      pochodzenia, podczas gdy brak tatuażu oznacza przynależność do niskiej klasy.
      Być bezczynnym uważa się za rzecz najpiękniejszą, a pracę na roli za rzecz
      nader zniesławiającą. Żyć z wojny i rabunku - za najlepszą. Takie są ich
      najosobliwsze zwyczaje".

      ***

      Odrywam wzrok i widzę, jak w oświetlonym kolorowo ogrodzie ubrany na biało
      kelner - Hindus imieniem Anil - karmi bananem zwisającą z gałęzi mangowca
      oswojoną małpkę. Zwierzątko robi komiczne miny, a Anil zaśmiewa się do rozpuku.
      Ten kelner, ten wieczór, ciepło i świerszcze, banan i herbata przypominają mi
      Indie, moje dni fascynacji i zagubienia, wszechobecność tropiku przenikającą
      człowieka i tam, i tu, z jednakową intensywnością. Wydaje mi się nawet, że
      dobiega mnie tu zapach Indii, a to po prostu Anila czuć z daleka betelem,
      anyżkiem i bergamotem. Zresztą Indie są tu wszędzie - coraz to spotyka się
      hinduskie świątynie, restauracje, plantacje sizalu i bawełny.

      Wracam do Herodota.

      Częste czytanie jego dzieła i nawet pewne zżycie się, swoisty rodzaj obycia się
      i przyzwyczajenia, odruchu i nawyku zaczęły wywierać na mnie dziwny wpływ,
      którego nie umiem dokładnie zdefiniować. Na pewno wprowadza mnie on w stan, w
      którym przestaję odczuwać, że istnieje bariera czasu, że od wydarzeń
      opisywanych przez Greka dzieli mnie dwa i pół tysiąca lat, przepaść, w jakiej
      spoczywa i Rzym, i średniowiecze, narodziny i istnienie Wielkich Religii,
      odkrycie Ameryki, Odrodzenie i Oświecenie, maszyna parowa i iskra elektryczna,
      telegraf i samolot, setki wojen, w tym dwie światowe, odkrycie antybiotyku,
      eksplozja demograficzna, tysiące i tysiące rzeczy i zdarzeń, które - gdy
      czytamy Herodota - znikają, jakby ich nie było albo zeszły z pierwszego planu,
      z czoła sceny i cofnęły się w cień, skryły za kotarą, za kulisami.

      Czy Herodot, który urodził się, żył i tworzył po tamtej stronie dzielącej nas
      przepaści czasu, czuł się przez to uboższy? Nic na to nie wskazuje. Przeciwnie,
      żyje pełnią życia, poznaje cały świat, spotyka mnóstwo ludzi, słucha setek
      historii; jest człowiekiem czynnym, ruchliwym i niestrudzonym, ciągle czegoś
      • beduinka Re: Znika czas - 22 część (21 brak :P) 17.04.04, 14:38
        Czy Herodot, który urodził się, żył i tworzył po tamtej stronie dzielącej nas
        przepaści czasu, czuł się przez to uboższy? Nic na to nie wskazuje. Przeciwnie,
        żyje pełnią życia, poznaje cały świat, spotyka mnóstwo ludzi, słucha setek
        historii; jest człowiekiem czynnym, ruchliwym i niestrudzonym, ciągle czegoś
        poszukującym, ciągle czymś zajętym. Chciałby poznać i dowiedzieć się jeszcze
        wielu rzeczy, spraw i tajemnic, rozwiązać tyle zagadek, odpowiedzieć na długą
        litanię pytań, ale po prostu nie starcza mu czasu, sił i czasu, po prostu nie
        zdąża, tak jak i my nie zdążamy, życie człowieka jest takie krótkie! Czy mu
        przeszkadza, że nie ma szybkiej kolei ani samolotu, że nie ma jeszcze nawet
        roweru? Można w to wątpić. Czy powiemy, że gdyby miał do dyspozycji szybką
        kolej, czy samolot, zebrałaby i zostawił nam więcej wiadomości? W to też można
        wątpić.

        Czytając Herodota, mamy wrażenie, że jego problem był zupełnie inny. A
        mianowicie - decyduje się, prawdopodobnie pod koniec życia, na napisanie
        książki, ponieważ ma świadomość, że zebrał ogromną ilość historii i wiadomości,
        i że jeżeli nie utrwali ich w książce, wszystkie one, zgromadzone dotąd w jego
        pamięci - po prostu zginą. Jest to znowu, ta sama co zawsze, walka człowieka z
        czasem, walka ze słabościami pamięci, z jej ulotnością, z jej stałą tendencją
        do zacierania się i znikania. Z tego właśnie zmagania zrodziła się idea
        książki, wszelkiej książki. I stąd jej trwałość, jej - chciałoby się
        powiedzieć - wieczność. Bo człowiek wie, a w miarę przybywania mu lat wie to
        coraz lepiej i odczuwa coraz dotkliwiej, że pamięć jest słaba i ulotna i jeżeli
        nie zapisze swojej wiedzy i doświadczenia w formie bardziej trwałej, to, co
        nosi w sobie, zginie. Stąd wszyscy chcą pisać książkę. Piosenkarze i piłkarze,
        politycy i milionerzy. A jeżeli sami nie potrafią lub nie mają czasu, zlecają
        to innym. Tak jest i tak będzie zawsze. Zwłaszcza że pisanie wydaje się
        zajęciem łatwym i prostym. Ci, którzy tak myślą, mogą powołać się na zdanie
        Tomasza Manna, że "pisarz to człowiek, któremu pisać jest trudniej niż innym
        ludziom".

        Pragnienie, aby zachować dla innych jak najwięcej z tego, czego się człowiek
        sam dowiedział i co przeżył, sprawia, że dzieło Greka nie jest prostym zapisem
        dziejów dynastii, królów i pałacowych intryg, lecz - mimo iż wiele pisze o
        władcach i władzy, mówi nam także o życiu prostych ludzi, o wierzeniach i
        uprawach, o chorobach i klęskach żywiołowych, o górach i rzekach, roślinach i
        zwierzętach. Na przykład - o kotach: "kiedy wybuchnie pożar, ogarnia koty
        dziwny szał. Wtedy Egipcjanie, ustawieni w odstępach, nie troszczą się o
        gaszenie ognia, lecz pilnują kotów, te zaś, przemykając się i przeskakując
        ludzi, rzucają się w ogień. Gdy to się dzieje, ogarnia Egipcjan wielki smutek.
        Jeżeli natomiast w jakimś domu w naturalny sposób zdechnie kot wszyscy jego
        mieszkańcy golą sobie jedynie brwi, u kogo zaś pies zdechnie, ten goli całe
        ciało i głowę".

        Albo o krokodylach:

        "Krokodyl taką ma naturę: przez cztery najcięższe miesiące zimowe nic nie je, a
        chociaż jest czworonogiem, żyje zarówno na lądzie, jak i w wodzie... Ze
        wszystkich zaś stworzeń, jakie znamy, to stworzenie z najmniejszego staje się
        największym. Składa bowiem jaja niewiele większe od gęsich, a małe jest na
        miarę jaja, rosnąc jednak, dochodzi do długości siedemnastu łokci i jeszcze
        więcej. Ma oczy świni, a kły wielkie i wystające... wprawdzie wszystkie ptaki i
        zwierzęta uciekają przed nim, lecz jest ptaszek, który żyje z nim w zgodzie...
        kiedy mianowicie krokodyl wyjdzie na ląd, a potem ziewa, wtedy ptaszek wskakuje
        mu do paszczy i połyka owady. Jego zaś cieszy ta posługa, więc nie robi
        ptaszkowi nic złego".

        Te koty i krokodyle nie od razu zauważyłem. Pojawiły się dopiero przy jakiejś
        kolejnej lekturze, kiedy nagle zobaczyłem z przerażeniem, jak oszalałe skaczą w
        ogień, a siedząc nad brzegiem Nilu, zdawało mi się, że widzę otwartą paszczę
        krokodyla i buszującego w niej małego, nieustraszonego ptaszka. Bowiem książkę
        Greka, tak jak każde dzieło wybitne, trzeba czytać wielekroć - za każdym razem
        będzie nam wówczas odsłaniać nową warstwę, inne niezauważone wcześniej treści,
        obrazy i sensy. Bo w każdej książce jest kilka książek, trzeba tylko do nich
        dotrzeć, odkryć je, zgłębić i pojąć.

        ***

        Herodot żyje pełnią życia, nie przeszkadza mu brak telefonu i samolotu, nie
        może się nawet martwić, że nie ma roweru. Te przedmioty pojawią się dopiero za
        tysiące lat, ale to nic, nie przypuszcza, żeby mu były potrzebne, doskonale się
        bez nich obywa. Życie świata, jego własne życie mają swoją własną siłę, swoją
        niesłabnącą i samowystarczalną energię. Czuje ją, ona go uskrzydla. Z pewnością
        dlatego musiał być człowiekiem pogodnym, rozluźnionym, życzliwym, bo tylko
        przed takimi obcy odsłaniają swoje tajemnice. Przed kimś ponurym, zamkniętym
        nie otworzą się, natury ponure budzą u innych chęć odsunięcia się, potrzebę
        dystansu, nawet - wywołują lęk. Gdyby miał taki właśnie charakter, nie mógłby
        nic zrobić i nie mielibyśmy jego dzieła.

        Często o tym myślałem, odczuwając jednocześnie, nie bez zdziwienia i wręcz -
        niepokoju, że w miarę pogrążania się w czytaniu Herodota postępuje we mnie,
        emocjonalny i myślowy proces identyfikacji z tym światem i zdarzeniami, które
        przywołuje nasz Grek. Przejmowało mnie bardziej zburzenie Aten niż ostatni
        przewrót wojskowy w Sudanie, a zatopienie floty perskiej było czymś bardziej
        tragicznym niż kolejny bunt wojska w Kongo. Teraz światem przeżywanym była nie
        tylko Afryka, o której miałem pisać jako korespondent agencji prasowej, ale i
        ten, który zniknął setki lat temu, daleko stąd.

        Nie było więc nic dziwnego w tym, że siedząc w parną noc tropikalną na
        werandzie hotelu Sea View w Dar es-Salaam, myślałem o marznących w Tesalii
        żołnierzach armii Mardoniosa, którzy w mroźny wieczór, bo w Europie była
        właśnie zima, próbowali ogrzać przy ogniskach swoje zgrabiałe ręce.

        Ryszard Kapuściński gazeta.pl
    • beduinka Pustynia i morze -23. 17.04.04, 14:42
      Pustynia i morze

      Ryszard Kapuściński

      W Algierze zrozumiałem, że nie można objaśniać świata tylko poprzez to, co
      zechciał nam pokazać w godzinach swych spazmatycznych konwulsji. W chwilach,
      kiedy wstrząsają nim strzały i wybuchy, kiedy wszystko wali się w gruzy, na
      których siedzą zrozpaczeni ludzie pochyleni nad zwłokami najbliższych.
      Dwudziesta trzecia część "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego

      Zostawiam na razie wojnę grecko-perską z niekończącymi się pochodami wojsk
      barbarzyńskich i z kłótniami swarliwych Greków, kto z nich najważniejszy i
      czyje uznać dowództwo, bo właśnie zadzwonił ambasador Algierii Judi, że "warto
      by się spotkać". W podtekście zwrotu "warto by się spotkać" zawarta jest zwykle
      jakaś obietnica, jakaś zachęcająca ewentualność, rzecz godna bliższego
      zainteresowania i uwagi; to trochę tak, jakby ktoś powiedział: "Spotkaj się,
      mam coś dla ciebie, nie pożałujesz".

      Judi miał wspaniałą rezydencję - przewiewną, białą willę, zbudowaną w okazałym
      stylu staromauretańskim, tak skonstruowaną, żeby wszędzie padał cień, nawet
      tam, gdzie, na logikę, powinno być pełno słońca. Siedzieliśmy w ogrodzie, zza
      wysokiego muru dobiegał szum oceanu. Była godzina przypływu i gdzieś z głębi
      morza, zza horyzontu szły piętrowe fale, które rozbijały się niedaleko nas, bo
      willa stała tuż nad wodą, na niskim, kamienistym brzegu.

      W czasie spotkania rozmawialiśmy o wszystkim, ale o niczym ważnym, tak że w
      jakimś momencie zacząłem zastanawiać się, po co mnie do siebie zaprosił, gdy w
      pewnej chwili powiedział:

      - Myślę, że warto, abyś pojechał do Algieru. Tam może być teraz ciekawie.
      Jeżeli chcesz, dam ci wizę.

      Zaskoczył mnie tym, co powiedział. Był rok 1965 i nic się w Algierii
      specjalnego nie działo. Od trzech lat był to kraj niepodległy, a na jego czele
      stał inteligentny, popularny, młody człowiek - Ahmed Ben Bella.

      Judi nic mi więcej nie chciał powiedzieć, a ponieważ dla niego, muzułmanina,
      zbliżała się pora modłów wieczornych i właśnie wyjął różaniec i zaczął
      przesuwać palcami jego szmaragdowe paciorki, uznałem, że pora już iść. Byłem w
      rozterce. Jeżeli zwrócę się do kraju o zgodę na ten wyjazd, zaczną mnie
      wypytywać - a dlaczego, a po co, jaki jest powód itd. Tymczasem nie miałem
      pojęcia, po co mam tam jechać. Z kolei podróżować przez pół Afryki bez powodu,
      było wielką niesubordynacją i stratą finansową, a pracowałem w agencji
      prasowej, w której liczył się każdy grosz i z najmniejszego wydatku trzeba się
      było długo tłumaczyć.

      Ale w sposobie, w jaki Judi składał mi swoją propozycję, w zachęcającym tonie
      jego głosu było coś tak przekonującego, a nawet - nalegającego, że postanowiłem
      zaryzykować i pojechać. Leciałem z Dar es-Salam przez Bangui, Port Lamy i
      Agades, a ponieważ na tych trasach samoloty są małe i powolne, a pułap ich
      latania niski, więc sama droga nad Saharą pełna jest zniewalających obrazów -
      to wesoło kolorowych, to jednostajnie posępnych, w których, dla kontrastu,
      wśród księżycowej martwoty pojawi się nagle zielona i ludna oaza.

      W samym Algierze lotnisko było puste, zamknięte. Nasz samolot, ponieważ należał
      do linii wewnętrznych, został jednak przyjęty. Zaraz otoczyli go żołnierze w
      szarozielonych panterkach i poprowadzili nas - kilku pasażerów - do szklanego
      budynku. Kontrola nie była uciążliwa, a żołnierze grzeczni, choć małomówni.
      Powiedzieli tylko, że w nocy był zamach stanu, że "tyran został usunięty", a
      władzę przejął Sztab Generalny. - Tyran? - chciałem zapytać - jaki tyran?
      Widziałem Ben Bellę dwa lata wcześniej, w Addis Abebie. Sprawiał wrażenie
      uprzejmego, nawet miłego.

      ***

      Miasto jest duże, s łoneczne, rozłożone w zatoce szeroko, amfiteatralnie.
      Ciągle trzeba się wspinać pod górę albo schodzić w dół. Są ulice po francusku
      szykowne i ulice po arabsku ruchliwe. Panuje tu śródziemnomorska mieszanina
      architektury, ubiorów, zwyczajów. Wszystko mieni się, pachnie, odurza, męczy.
      Wszystko zaciekawia, wciąga, fascynuje, ale i budzi niepokój. Kto zmęczony,
      może przysiąść w jednej z setek kafejek arabskich czy francuskich. Może zjeść w
      jednym z setek barów czy restauracji. Ponieważ morze jest blisko, pełno w nich
      ryb i nieskończone bogactwo frutti di mare - skorupiaków, małż, głowonogów,
      ośmiornic, ostryg.

      Ale Algier to przede wszystkim miejsce, w którym spotykają się i współżyją dwie
      kultury - chrześcijańska i arabska. Historia tego współżycia to dzieje miasta
      (które zresztą ma jeszcze swoją długą prehistorię - fenicką, grecką, rzymską).
      Otóż człowiek cały czas poruszając się albo w cieniu kościoła, albo meczetu,
      nieustannie czuje przebiegającą między tymi obszarami granicę.

      Choćby - śródmieście. Jego arabska część nazywa się Kazba. Wchodzi się do niej
      pod górę, po szerokich, kamiennych, idących w dziesiątki schodach. Ale
      problemem nie są schody, jest nim, w miarę jak zagłębiamy się w zakamarki
      Kazby, coraz bardziej odczuwalna inność. Zresztą, czy rzeczywiście zaglądamy,
      zagłębiamy się w zakamarki? Czy też raczej staramy się przejść możliwie szybko,
      uwolnić od tej niewygodnej, krępującej sytuacji, kiedy to idąc, dostrzegamy
      dziesiątki nieruchomych par oczu, zewsząd wpatrujących się w nas z natarczywą
      uwagą? A może nam się to tylko tak wydaje? Może jesteśmy zbyt przewrażliwieni?
      Ale dlaczego akurat w Kazbie jesteśmy przewrażliwieni? Dlaczego jesteśmy
      obojętni, jeżeli ktoś w nas się wpatruje na francuskiej ulicy? Dlaczego na
      francuskiej ulicy to nam nie przeszkadza, a w Kazbie tak, tam powoduje
      dyskomfort? Przecież oczy są podobne, fakt wpatrywania się też, a jednak obie
      sytuacje odbieramy w sposób tak całkowicie różny.

      A kiedy wreszcie miniemy Kazbę i znajdziemy się w jakiejś francuskiej
      dzielnicy, może niekoniecznie musi być aż tak, że głośno odetchniemy z ulgą,
      ale na pewno poczujemy się lżej, będzie nam wygodniej, bardziej naturalnie. I
      dlaczego na te utajone, nawet nieświadome stany i odczucia nic nie można
      poradzić? Przez tysiące lat i na całym świecie - nic. Dlaczego?

      ***

      Cudzoziemiec, który by razem ze mną przyleciał tego dnia do Algieru, nie mógłby
      zorientować się, że ostatniej nocy miało tu miejsce tak ważne wydarzenie, jakim
      jest zamach stanu, że popularny na całym świecie Ben Bella został usunięty, a
      jego miejsce zajął nieznany nikomu i - jak się zaraz okaże - zamk-nięty w
      sobie, małomówny oficer, dowódca armii - Houari Bumedien. Cała akcja została
      przeprowadzona nocą, daleko od centrum miasta, w ekskluzywnej, willowej
      dzielnicy zwanej Hydrą, w tej części, która jest zajęta przez rząd i
      generalicję, a niedostępna dla zwykłych przechodniów.

      W samym mieście nie było słychać strzałów ani wybuchów, ulicami nie jeździły
      czołgi, nie maszerowało wojsko. Rano ludzie jechali lub szli do pracy jak
      zwykle, sklepikarze otwierali sklepy, sprzedawcy swoje stragany, a barmani
      zapraszali na poranną kawę. Dozorcy polewali ulice wodą, aby dać miastu
      odrobinę zbawiennej wilgoci przed codziennym południowym upałem. Straszliwie
      ryczały autobusy, próbując wspiąć się na jakąś stromą ulicę.

      Chodziłem załamany i wściekły na Judego. Dlaczego namawiał mnie do tego
      wyjazdu? Po co tu przyjechałem? Co stąd napiszę? Jak usprawiedliwię swój
      przyjazd? Zgnębiony, zobaczyłem raptem na Avenue Mohammed V, że powstaje
      zbiegowisko. Pognałem tam. Niestety, byli to gapie przyglądający się, jak kłócą
      się dwaj kierowcy, którzy zderzyli się na skrzyżowaniu. W drugim końcu ulicy
      zobaczyłem inny tłumek. I tam pobiegłem. Ale to stali ludzie, cierpliwie
      czekając na otwarcie poczty. Miałem pusty notes, bez żadnego zdarzenia.

      Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie
      sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych
      obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego
      zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko poprzez to, co zechciał nam
      pokazać w godzinach swo
      • beduinka Re: Pustynia i morze -23. 17.04.04, 14:45
        Tu, w Algierze, po kilku już latach pracy reportera zacząłem zdawać sobie
        sprawę, że idę błędną drogą. Była to droga poszukiwania spektakularnych
        obrazów, złudzenia, że obrazem można wykpić się przed próbą głębszego
        zrozumienia świata, że można go objaśnić tylko poprzez to, co zechciał nam
        pokazać w godzinach swoich spazmatycznych konwulsji, kiedy wstrząsają nim
        strzały i wybuchy, ogarnia płomień i dym, pył i swąd, kiedy wszystko wali się w
        gruzy, na których siedzą zrozpaczeni ludzie pochyleni nad zwłokami najbliższych.

        Ale jak do tego dramatu doszło? Czego wyrazem są te, pełne krzyku i krwi, sceny
        zagłady? Jakie podskórne i niewidoczne, a potężne i niepowstrzymane siły
        doprowadziły do nich? Czy są one końcem procesu, czy jego początkiem,
        zapowiedzią następnych, pełnych napięcia i konfliktów aktów? I kto je będzie
        śledzić? My, korespondenci i reporterzy - nie. Ledwie bowiem w miejscu wydarzeń
        pochowają zabitych, uprzątną wraki spalonych samochodów i zmiotą z ulic
        rozsypane szkło, a już spakujemy nasze torby i ruszymy dalej tam, gdzie właśnie
        palą samochody, rozbijają szkło w witrynach i kopią dla poległych groby.

        Czy nie można przebić się przez ten stereotyp, wyjść poza ten ciąg obrazów,
        próbować sięgnąć w głąb? Nie mogąc pisać o czołgach, o spalonych samochodach i
        rozbitych sklepach, bo nic takiego nie widziałem, a chcąc usprawiedliwić swoją
        samowolną wyprawę, zacząłem szukać tła i sprężyn zamachu, ustalać, co się za
        nim kryje i co on znaczy, czyli rozmawiać, przyglądać się ludziom i miejscu, a
        także czytać, słowem - próbować coś zrozumieć.

        Zobaczyłem wtedy Algier jako jedno z najbardziej fascynujących i dramatycznych
        miejsc świata. Na małej przestrzeni tego pięknego, ale zatłoczonego miasta
        krzyżowały się dwa wielkie konflikty współczesnego świata: jeden - między
        chrześcijaństwem i islamem (wyrażający się tu w starciu kolonizatorskiej
        Francji ze skolonizowaną Algierią), i drugi - który nabrał ostrości natychmiast
        po odejściu Francuzów i uzyskaniu niepodległości, konflikt w łonie samego
        islamu - między jego nurtem otwartym, dialogicznym, powiedziałbym -
        śródziemnomorskim, a tym zamkniętym, zrodzonym z poczucia niepewności i
        zagubienia w świecie współczesnym, a korzystającym z nowoczesnej techniki i
        organizacji nurtem fundamentalistów, rozumiejących obronę wiary i obyczaju jako
        warunek istnienia ich samych, ich jedynej, jaką posiadają, tożsamości.

        Algier, którego zaczątkiem była kiedyś, w czasach Herodota, wioska rybacka, a
        potem port statków fenickich i greckich, jest frontem zwrócony do morza, ale po
        drugiej stronie miasta, tuż za nim, zaczyna się wielka pustynna prowincja zwana
        tu bledem, obszar należący do ludów hołdujących prawom starego, zamk-niętego
        islamu. W Algierze mówi się wprost o istnieniu dwóch odmian islamu - jednego,
        który nazywają islamem pustyni, i drugiego, który określają jako islam rzeki
        (albo morza). Pierwszy to religia praktykowana przez bojowe, koczownicze
        plemiona, które w najbardziej wrogim człowiekowi otoczeniu, jakim jest Sahara,
        walczą o przetrwanie, o utrzymanie się przy życiu, a drugi islam - rzeki (lub
        morza) to dla odmiany wiara kupców, wędrownych handlarzy, ludzi drogi i bazaru,
        dla których otwartość, ugoda i wymiana są nie tylko kwestią korzyści
        handlowych, ale warunkiem samego istnienia.

        Póki panował kolonializm, oba te nurty łączył wspólny przeciwnik, ale potem
        doszło do zderzenia.

        Ben Bella był człowiekiem śródziemnomorskim, wykształconym w kulturze
        francuskiej, był umysłem otwartym i miał pojednawcze usposobienie, miejscowi
        Francuzi nazywali go w rozmowach muzułmaninem rzeki i morza. Bumedien,
        odwrotnie, był dowódcą armii, która latami walczyła na pustyni, tam miała swoje
        bazy i obozy, stamtąd czerpała rekruta, korzystała ze wsparcia i pomocy
        koczowników, ludzi oaz i pustynnych gór.

        Różnili się nawet wyglądem. Ben Bella zawsze zadbany, elegancki, wytworny,
        uprzejmy, życzliwie uśmiechnięty. Kiedy w kilka dni po przewrocie Bumedien po
        raz pierwszy ukazał się publicznie, wyglądał jak czołgista, który właśnie
        wysiadł z zasypanego piaskami Sahary czołgu. Próbował się nawet uśmiechać, ale
        widać było, że mu to nie wychodzi, że nie jest to w jego stylu.

        ***

        W Algierze po raz pierwszy zobaczyłem Morze Śródziemne. Zobaczyłem z bliska,
        mogłem zanurzyć w nim rękę, poczuć jego dotyk. Nie musiałem pytać o drogę,
        wiedziałem, że schodząc w dół i w dół, w końcu dotrę do morza. Zresztą było już
        widoczne z daleka, było jak gdyby wszędzie, przebłyskiwało zza różnych domów,
        ukazywało się na końcu biegnących spadziście ulic.

        Na samym dole ciągnęła się dzielnica portowa, rzędem stały proste, drewniane
        bary pachnące rybą, winem i kawą. Ale przede wszystkim podmuchy wiatru
        przynosiły cierpki zapach morza, łagodne, uspokajające orzeźwienie.

        Nigdy nie byłem w miejscu, w którym natura jest tak życzliwa człowiekowi. Bo
        było w nim wszystko jednocześnie - i słońce, i chłodzący wiatr, i jasność
        powietrza, i srebro morza. Może dlatego, że tyle się o nim naczytałem, wydało
        mi się takie niezwykłe. W jego gładkich falach była pogoda, spokój i coś jak
        zaproszenie do podróży i poznania. Miało się ochotę dosiąść do tych dwóch
        rybaków, którzy wyruszając na połów, właśnie odbijali od brzegu.

        ***

        Wróciłem do Dar es-Salam, ale nie zastałem już Judiego. Powiedzieli mi, że
        został wezwany do Algierii, myślę, że ponieważ był uczestnikiem spisku, który
        zwyciężył - żeby go awansować. W każdym razie tu już nie wrócił. Nigdy też
        więcej go nie spotkałem, więc nie mogłem mu podziękować, że zachęcił mnie do
        tej podróży. Zamach wojskowy w Algierii był początkiem całej serii, całego
        łańcucha podobnych przewrotów, które przez następne ćwierć wieku dziesiątkowały
        młode, postkolonialne państwa kontynentu. Państwa te od początku okazały się
        słabe, ale wiele z nich pozostało takimi do dziś.

        Poza tym dzięki temu wyjazdowi po raz pierwszy stanąłem na brzegu Morza
        Śródziemnego. Myślę, że od tej chwili trochę lepiej rozumiałem Herodota. Jego
        myślenie, ciekawość, to, jak widział świat.

        Świat, który zobaczyłem na własne oczy.

        Ryszard Kapuściński, gazeta.pl

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka