beduinka
07.12.03, 23:52
Od jakiegoś czasu w GW ukazuje się fragmentami najnowsza książka cesarza
dziennikarstwa Ryszarda Kapuścińskiego pt. "Podróże z Herodotem". Jako, że
wiele jej odcinków dotyczy krajów arabskich, postanowiłam wam je przybliżyć
na tym forum
Ryszard Kapuściński: Podróże z Herodotetem
Widzę, że przydarzyło mi się to, co się przytrafia zlepionym przez
długotrwałe leżenia księgom: trzeba niejako odwijać pamięć i od czasu do
czasu wytrząsać wszystko to, co tam znajduje się na składzie
Seneka
Wszelkie wspomnienie jest teraźniejszością
Novalis
Nim Herodot wyruszy w dalszą podróż, wspinając się po skalistych ścieżkach,
płynąc statkiem po morzu, jadąc koniem po bezdrożach Azji, nim trafi do
nieufnych Scytów, odkryje cuda Babilonu i zbada tajemnice Nilu, nim pozna sto
innych miejsc i ujrzy tysiąc niepojętych rzeczy, pojawi się na chwilę w
wykładzie o starożytnej Grecji, który profesor Bieżuńska-Małowist wygłasza
dwa razy w tygodniu dla studentów pierwszego roku historii Uniwersytetu
Warszawskiego.
Pojawi się i zaraz zniknie.
Zniknie momentalnie i tak zupełnie, że teraz, kiedy po latach przeglądam
zapiski z tych zajęć, nie znajduję w nich jego nazwiska. Jest Ajschylos i
Perykles, Safona i Sokrates, Heraklit i Platon, natomiast Herodota nie ma. A
przecież te notatki robiliśmy starannie, były naszym jedynym źródłem wiedzy:
ledwie pięć lat wcześniej skończyła się wojna, miasto leżało w gruzach,
biblioteki pochłonął ogień, więc nie mieliśmy podręczników, brakowało nam
książek.
***
Pani profesor ma spokojny, cichy, jednostajny głos. Jej ciemne, uważne oczy
patrzą na nas przez grube szkła z wyraźnym zaciekawieniem. Siedząc za wysoką
katedrą, ma przed sobą setkę młodych, z których większość nie miała pojęcia,
że Solon był wielki, nie wiedziała, skąd bierze się rozpacz Antygony, ani nie
umiałaby wytłumaczyć, w jaki sposób Temistokles wciągnął Persów w pułapkę.
Prawdę mówiąc, nawet nie wiedzieliśmy dobrze, gdzie leży Grecja i że kraj o
tej nazwie miał tak niebywałą, wyjątkową przeszłość, że warto było uczyć się
o niej na uniwersytecie. Byliśmy dziećmi wojny, w latach wojny gimnazja były
zamknięte i choć w dużych miastach spotykało się czasem tajne komplety, tu,
na tej sali, siedzieli najczęściej dziewczęta i chłopcy z dalekich wiosek i
małych miasteczek, nieoczytani, niedouczeni. Był rok 1951, na studia
przyjmowano bez egzaminów wstępnych, bo głównie liczyło się to, kto z jakiego
pochodził domu - dzieci robotników i chłopów miały najwięcej szans na indeks.
Ławki były długie, na kilka osób. Siedzieliśmy ściśnięci, brakowało miejsc.
Moim sąsiadem z lewej był Z. - pochmurne, milczące chłopisko ze wsi pod
Radomskiem, w której, jak opowiadał, trzymają w domach jako lekarstwo kawałek
zasuszonej kiełbasy i dają possać niemowlęciu, kiedy zachoruje. - Myślisz, że
to pomaga? - spytałem bez wiary. - Pewnie, że tak - odpowiedział z
przekonaniem i znowu zapadł w milczenie. Z mojej prawej strony siedział
chudy, o wątłej, dziobatej twarzy W. Pojękiwał, kiedy zmieniała się pogoda,
bo jak mi kiedyś wyznał, darło go w kolanie, a darło od kuli, jaką dostał w
leśnej walce. Ale kto z kim tam walczył, kto go postrzelił, tego nie chciał
powiedzieć. Wśród nas było też kilkoro z lepszych rodzin. Ci nosili się
czysto, mieli lepsze ubrania, a dziewczyny czółenka na wysokim obcasie.
Jednakże były to rzucające się w oczy wyjątki, rzadkie okazy - przeważała
uboga, siermiężna prowincja: pomięte płaszcze z demobilu, połatane swetry,
perkalowe sukienki.
Pani profesor pokazywała nam także fotografie antycznych rzeźb i wymalowane
na brązowych wazach postacie Greków - ich piękne, posągowe ciała, szlachetne,
pociągłe twarze o łagodnych rysach. Należeli do jakiegoś nieznanego,
mitycznego świata. Był to świat ze słońca i srebra, ciepły i widny,
zamieszkany przez smukłych herosów i tańczące nimfy. Nie wiadomo było, jak
się do niego ustosunkować. Patrząc na te zdjęcia, Z. milczał ponuro, W.,
skrzywiony, masował obolałe kolano. Inni patrzyli z uwagą, ale obojętnie, nie
mogąc sobie wyobrazić tamtej odległej, nierealnej rzeczywistości. Nie trzeba
było czekać, aż pojawią się ludzie, którzy będą wieścić zderzenie
cywilizacji. Do tego zderzenia dochodziło już dawno, dwa razy w tygodniu, na
tej sali, na której dowiedziałem się, że żył kiedyś Grek o nazwisku Herodot.
***
Nic jeszcze nie wiedziałem o jego życiu i o tym, że pozostawił nam słynną
książkę. Zresztą tej książki noszącej tytuł "Dzieje" i tak nie moglibyśmy
wówczas przeczytać, bo w tym momencie jej polskie tłumaczenie było zamknięte
w szafie. Otóż "Dzieje" przetłumaczył w połowie lat 40. XX wieku profesor
Seweryn Hammer i swój maszynopis złożył w wydawnictwie Czytelnik. Nie udało
mi się ustalić szczegółów, bo cała dokumentacja zaginęła, ale tekst przekładu
jesienią 1951 roku wydawnictwo przesłało do drukarni do składania. Gdyby nic
nie stało na przeszkodzie, książka powinna ukazać się w roku 1952 i trafić do
naszych studenckich rąk, kiedy uczyliśmy się jeszcze dziejów starożytnych.
Tak się jednak nie stało, bo druk książki został nagle wstrzymany. Dziś już
nie sposób ustalić, kto wydał odpowiednią decyzję. Cenzor? Przypuszczam, że
on, ale dokładnie nie wiem. Dość, że książkę wydrukowano dopiero trzy lata
później - w końcu 1954 roku, a ukazała się w księgarniach w roku 1955.
Można domyślać się, dlaczego powstała tak długa przerwa między wysłaniem
maszynopisu do drukarni a pojawieniem się "Dziejów" w księgarniach.
Mianowicie przerwa ta przypada na okres poprzedzający śmierć Stalina i czas,
jaki po niej bezpośrednio nastąpił. Maszynopis Herodota znalazł się w
drukarni, kiedy zachodnie radiostacje zaczęły mówić o poważnej chorobie
Stalina. Ludzie nie znali szczegółów, ale bali się nowej fali terroru i
woleli przyczaić się, nie narażać, nie dawać pretekstu, przeczekać. Atmosfera
była nerwowa. Cenzorzy zdwoili czujność.
Ale Herodot? Jego książka napisana dwa i pół tysiąca lat temu? A jednak -
tak. Tak, bo panowała wówczas, rządziła całym naszym myśleniem, całym
sposobem patrzenia i czytania obsesja aluzji. Każde słowo się z czymś
kojarzyło, każde miało podwójny sens, drugie dno, ukrytą wymowę, w każdym
było coś sekretnie zakodowane i przebiegle utajone. Nic nie było takie jak w
rzeczywistości, dosłowne i jednoznaczne, bo z każdej rzeczy, gestu i słowa
wyzierał jakiś aluzyjny znak, spoglądało porozumiewawczo mrugające oko.
Człowiek piszący miał trudność z dotarciem do człowieka czytającego nie tylko
dlatego, że po drodze cenzura mogła tekst skonfiskować, ale również z tego
powodu, że kiedy tekst wreszcie dotarł do odbiorcy, ten czytał coś zupełnie
innego, niż było najwyraźniej napisane, czytał i nieustannie zadawał w myśli
pytanie: - Co też ten autor chciał mi naprawdę powiedzieć?
***
I oto ktoś opętany, zadręczony obsesją aluzji sięga po Herodota. Ileż tam
znajdzie aluzji! "Dzieje" składają się z dziewięciu ksiąg, a w każdej aluzje
i aluzje. Choćby otwiera, zupełnie przypadkowo, księgę V. Otwiera, czyta i
dowiaduje się, że w Koryncie, po 30 latach krwawych rządów, umarł tyran o
nazwisku Kypselos, a jego miejsce zajął syn Periander, jak się później
okazało, o wiele bardziej krwiożerczy niż ojciec. Tenże Periander, kiedy był
początkującym jeszcze dyktatorem, chciał dowiedzieć się, jaki jest najlepszy
sposób utrzymania władzy, więc wysłał do dyktatora Miletu, starego Trazybula,
posłańca z zapytaniem, co zrobić, aby utrzymać ludzi w niewolniczym strachu i
poddaństwie.
Trazybul, pisze Herodot, wyprowadził przybyłego od Periandera posła za miasto
i wszedł z nim w rosnący na polu łan zboża. Idąc przez to pole, pytał ciągle
od początku herolda, po co przybył z Koryntu, i przy tym wyrywał raz po raz
każdy, jaki zobaczył, wyrastający ponad inne kłos. Wyrywał i odrzucał go, aż
w ten sposób zniszczył najpiękniejszą i najbujniejsz