Gość: ichtiolog
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
02.03.05, 08:29
JESTEM, WIĘC PISZĘ
O porannym udoju
Źle się ostatnio budzę. Niechętnie. Czy człowiek może dziś jeszcze w ogóle mieć jakąś przyjemność z życia? Czy może się cieszyć, że za chwilę wynurzy się ze swojego prywatnego barłogu na świat Boży i zacznie się uspołeczniać? Ja nie mogę.
Teoretycznie wszystko jest w porządku. Budzę się w wolnej od wojen Europie strzeżonej przez najpotężniejszy sojusz wojskowy. W bezpiecznych granicach suwerennej Polski. W warunkach demokracji i praworządności, bez lęku, że załomoczą w drzwi i wywiozą na Sybir albo przynajmniej wtrącą do lochu na Rakowieckiej. W rzeczywistości wolnej gospodarki rynkowej, bez konieczności wstawania o 5 rano i gnania do kolejki z kartkami w szczękających na zimnie zębach, aby kupić nie to, co akurat dadzą.
Moich przodków gnębiła carska ochrana. Rugowała Hakata. Kibitki pędziły na Wschód. Trzeba było walczyć w powstaniach, odpierać własną piersią bolszewika, przeciwstawiać się rządom Chjeno-Piasta i dawać odpór sanacji. Trzeba było walczyć z hitlerowskim okupantem i reakcyjnym podziemiem. Niewolił umysły stalinizm, zamulał je Gomułka. Trzeba było strajkować, drukować bibułę, słuchać Wolnej Europy, reformować partię i nosić herbatę żołnierzom przy koksownikach. Ojczyzna ciągle była w potrzebie.
A teraz? Ojczyzna bezpieczna, spokojna, szczęśliwa. Jeszcze nigdy nie było tak pięknie nad Wisłą. Tymczasem zaraz wstanę, włączę radio i usłyszę polityków, jak biją w tarabany i wrzeszczą, że katastrofa jest tuż. Że już nastąpiła. Niby wiem, że to tylko taka konwencja, ale mnie to nie bawi. Miałem zawsze wrażenie, że tragiczno-bohaterska przeszłość naszych przodków była po to, żebyśmy mogli doczekać takiej Polski, jaką mamy dziś, i racjonalnie, bez emocji urządzać ją dalej. Żebyśmy mogli być optymistami, bez wiary w cud.
Nie dadzą. Gazety, radio, telewizja przekonują, że jesteśmy w najgorszej chwili w całej polskiej historii. Jeszcze nigdy państwo nie było wystawione na tyle niebezpieczeństw. A ma być jeszcze gorzej. Boże, jak bym chciał usłyszeć rano pogodny głos informujący, że jest fajnie, że może być lepiej. Tego się nigdy nie doczekam, bo naszą politykę, dyktującą społeczne nastroje, przeżarł na wylot jad trupi. Obleźli Polskę jak robactwo padlinę, zarażając wszystkich strasznym odorem rozkładu i beznadziejności. Więc po co wstawać? Leżmy sobie spokojnie, czekając, aż też zgnijemy, by pasować do politycznego krajobrazu.•
MACIEJ RYBIŃSKI