pani.jazz
05.04.06, 12:06
Dokladnie 21. lutego 2005r. Neptun z V-tego domu wszedl mi tranzytowym kwadratem na urodzeniowa IX-domowa Wenus. I siedzi. I siedzial bedzie, z kilkoma krotkimi przerwami, do stycznia 2008. Dodatkowo, jakby tego bylo malo Neptun robi koniunkcje z natalnym Jowiszem i od czasu do czasu kwadrat z Saturnem. (A Pluton kwadratura siedzi na Ksiezycu, tez slodko.)
Do tej pory bylo w porzadku, poza nieco wiekszym niz zwykle poczuciem, ze "mnie tu nie ma". Ale bez specjalnych szalenstw. Teraz zauwazylam drobne utrudnienie, jako ze od paru miesiecy robimy w domu remont - pozbylam sie wszystkich mebli i musze cos nowego kupic - i mam ciagle meczace wrazenie, ze nie wiem, czy to, co ogladam mi sie podoba. Probuje isc droga dawnych gustow (Wenus w Byku lubi ladnie i elegancko, a w zwiazku z roznymi aspektami, ktore jej dotykaja, jeszcze troche niebanalnie), ale naprawde srednio to wychodzi. No, ale to pikus w porownaniu z tym, co mam od kilku dni.
Najpierw czulam sie nieco niewyraznie, ale zrzucilam to na karb wiosennego przesilenia, bo zawsze z trudem je znosze. Przedwczoraj to sie jakby nasililo, nie bylam w stanie wstac z lozka. A wczoraj - kochani, ja laaaaatam! I to jest cos okropnego. Mam wrazenie, jakby moje cialo astralne mieszkalo we mnie gdzies od pasa w gore, reszta wylatuje przez glowe, a calosc sobie radosnie tanczy i stepuje. Tylko ja zbyt radosna nie jestem. Mrowia mnie rece, nie czuje nog (w sensie: trace poczucie, ze moge nimi ruszyc, jakby mi sie gubily), spie do poludnia, fabularyzacja moich snow wzrosla do jakichs nieprzyzwoitych rozmiarow, jem nie za duzo, a brzuch jak pilka, czuje sie jak na ciezkim kacu, zmeczona jakbym nie wiem ile przepracowala (a prawda jest taka, ze od wrzesnia ub.r. siedze w domu, bo studia zaoczne, a praca od przypadku do przypadku), nie moge sie na niczym skoncentrowac, nie moge czytac, bo placza mi sie litery, probuje sie ratowac przegladaniem ezoterycznych ksiazek, ale to mnie tylko pograza (moze sie uzaleznilam?), w ogole stracilam swiadomosc "tu i teraz", mam ciagle poczucie "odlatywania"... no, nie jest dobrze. Odloty mi sie wczesniej zdarzaly, owszem, ale nigdy tak dlugie, nigdy kilkudniowe (a sadze, ze to niepredko minie). Zewnetrzny swiat z kolei wydaje sie sprzyjac, wszystko idzie po mysli, zadnych klod pod nogami nie miewam. Obawiam sie, ze w ciagu tych dwoch lat tranzytu mam szanse zwariowac, i to bez powodu ;P.
Szczerze mowiac nie wiem czy dobrze patrze w to kolko. Moze sie myle i widze nie to, co trzeba. Neptun mi tu jakos pasowal, po prostu.
Pisze tu, bo chcialabym od Was uslyszec drobne slowo otuchy, o nic wiecej chyba prosic nie moge. Gdyby komus sie chcialo postawic mnie do pionu jakas zwiezla mowka, to prosze, niech nie zwleka, to mi chociaz na chwile pomaga.
Przepraszam za dlugosc wywodu i pozdrawiam,
pani.jazz