tomek854
08.12.05, 19:25
Kolejny raz doszedłem do wniosku, że informatycy to bardzo życzliwy naród.
A było to tak, że obiecałem koleżance postawić jej linuxa na laptopie (nie, nie chcę się chwalić, zresztą jak się zaraz okaże ze mnie to dupa a nie informatyk) więc przyszła do mnie i zaczęła się jatka. Jakiś dziwny był ten laptop, nie chciał dać usunąć sobie windowsa, wywalał najnowszą fedorę core w trakcie instalacji i w ogóle numery nie z tej ziemi odprawiał. Zadzwoniłem po pomoc i wsparcie do mojego kolegi informatyka i umówiliśmy się na ircu. Tam bardzo wspierali mnie swoją wiedzą i doświadczeniem i to nie tylko znajomi, ale także zupełnie obce osoby - wystarczyło tylko powiedzieć "jak mnie wkurza ten laptop" aby zostać zasypanym pytaniami o co idzie i jak mi pomóc. Dostałem ileś ofert wystawienia mi najnowszych wersji linuxa na ftp (za co grzecznie dziękowałem, bo przy moich możliwośćiach to bym coś takiego ssał 3 dni).
Jeden z kolegów (raz nawet widziałem go na żywo) siedział ze mną aż do skutku (czyli do piątej rano prawie) pomagając mi między innymi tak, że czytał 3 megabajty logów i szukał błędów...
Tak sobie pomyślałem: czy to jest domena informatyków taka chęć niesienia pomocy nawet obcym osobom? Przecież jak się nam popsuje samochód to możemy stać godzinami i nikt się nami nie zainteresuje a tutaj wystarczy powiedzieć "psiakrew, laptop mi się zawiesił" żeby ktoś poświęcił następone 2 godziny wisząc na google i szukając rozwiązań problemu dla kogoś, kogo nawet na oczy nie widział...