Dodaj do ulubionych

Dziadek, którego ukradli

19.05.06, 11:07
75-letni Józef Sinkowski z Michałkowic pracował w chorzowskich Azotach, gdzie
stracił zdrowie, ale za to dostaje rentę - 1540 zł miesięcznie.


To największy dochód w rodzinie, dlatego gdy pan Józef zniknął, domownicy nie
mieli wątpliwości - dziadka porwano. Sprawę opisuje "Dziennik Zachodni".

Większość krewnych pana Józefa nie ma stałej pracy. Synowie Józefa wciąż
siedzą na garnuszku u ojca. Zresztą wszyscy wokół - krewni i sąsiedzi - są w
potrzebie. Gdy pan Józef dostaje rentę, kolejka po pożyczkę ustawia się aż na
schodach.

Gdy staruszek zniknął, synowie szukali go przez dwa tygodnie. W końcu okazało
się, że pod kluczem "trzyma" go 30-letnia wnuczka Justyna. Gdy synowie
znaleźli pana Józefa, Justyna nie chciała dziadka wypuścić. Dopiero w
specjalnej akcji, staruszka odbiła policja. Justyna trafiła do aresztu.

Pan Józef opowiada, że uprowadzono go podstępem. W dniu porwania w jego domu
zjawił się jakiś mężczyzna i kazał mu się szybko ubierać. Mówił, że przed
domem czeka taksówka. Pan Józef miał nią jechać do rodziny w gości. Gdzie
dokładnie - nie zrozumiał, bo jest głuchy. Wydawało mu się, że jedzie do kuzyna.

- Wsiadłem i jedziemy, ale patrzę, że skręcamy gdzie indziej. Ja już cały w
nerwach, pokazuję kierowcy, że nie tędy droga. Ale nie zwracał na mnie uwagi.
Słabo mi się zrobiło. Trudno - pomyślałem - jadę w nieznane - opowiada.

Samochód zatrzymał się przed mieszkaniem Justyny. - Kazała mi zdjąć buty,
kurtkę, ubranie i siadać w pokoju - mówi z gniewem staruszek. Wnuczka
przekonywała go: "Będzie ci dziadku u mnie dobrze. Nareszcie odpoczniesz. Ja
się tobą zajmę".

- Założyłem głodówkę. Co mnie tu będzie uczyć na stare lata. Zamknęła mnie jak
głupiego. Nie pozwalała zbliżać się do okna. Buty mi schowała i nigdzie nie
wpuszczała - mówi rozmówca "Dziennika Zachodniego".

(PAP)
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka