juliusz_cezar1
17.02.04, 18:04
Dwanaście segregatorów Gabrieli Lesser
Pod koniec lutego przed sądem w Hamburgu rozpocznie się precedensowy proces:
Związek Wypędzonych i jego przewodnicząca pozwali niemiecką dziennikarkę,
mieszkającą na stałe w Warszawie, która w publikowanych w Niemczech
artykułach krytykowała ideę "Centrum przeciw Wypędzeniom" oraz destrukcyjny
wpływ Eriki Steinbach na stosunki polsko-niemieckie.
Tomasz Potkaj / 2004-02-22
Gabriela Lesser skrupulatnie zakłada teczki tematom, którymi zajmowała się
dotychczas lub zamierza zająć w przyszłości. Układa je tematycznie i
alfabetycznie: "bieda" obok "bogactwa", "Solidarność" obok "Samoobrony",
Gierek obok Giertycha. Skrupulatność to nawyk z czasów studiów
historycznych: "Dobre archiwum to alfa i omega pracy historyka i
dziennikarza. Nie ma tu różnic" - mówi.
Szczególnie obszerny jest temat "wypędzenie": nie zmieścił się na półkach i
stoi na podłodze w salonie jej warszawskiego mieszkania, w dwunastu grubych
segregatorach.
W teczkach tych jest również dossier, poświęcone Związkowi Wypędzonych (Bund
der Vertriebenen, BdV) i jego przewodniczącej Erice Steinbach, wraz z
cytatami. Z powodu jednego z nich Gabriela Lesser pod koniec lutego stanie
przed sądem w Hamburgu. I choć sąd jest niemiecki, sprawa dotyczy Polski. I
to nie tylko dlatego, że komentarz, który doprowadził Lesser na salę sądową,
został nadesłany z Warszawy.
Dziwny kraj w środku Europy
Rok 1985. Początek jesiennego semestru akademickiego.
Młoda Niemka, stypendystka na wydziale historii Uniwersytetu Jagiellońskiego,
przyjechała do Polski zaledwie kilka tygodni wcześniej. Chce jak najwięcej
dowiedzieć się o dziwnym kraju w środku Europy. Stojąc na Rynku Głównym,
starannie układa w myślach polskie zdania, dobiera formy gramatyczne,
właściwą odmianę. Dopiero wtedy pyta.
List otwarty
w obronie Gabrieli Lesser
“Wszyscy mnie rozumieli. To była wielka frajda! Ale potem odpowiadali w takim
tempie, że stałam jak osioł i nic nie rozumiałam” - Gabriela Lesser wspomina
pierwsze dni w obcym kraju. Ale miała jeszcze inny problem: co druga
odpowiedź brzmiała: “Nie wiem”.
Lesser: “Nie mogłam pojąć, jak tylu ludzi może tyle nie wiedzieć. Po cichu
zaczęłam nawet podejrzewać, że może ci krakowianie po prostu są trochę
głupi...?”.
Do wyjazdu za “żelazną kurtynę” przygotowywała się starannie. Uprzedzono ją,
że powinna zabrać szampon do włosów, papier toaletowy i... korki do zlewu. I
że nie powinna się dziwić, iż półki sklepowe są puste, a żeby kupić mięso na
obiad, trzeba mieć specjalne kartki. “Ale kiedy po raz pierwszy jechałam w
Krakowie tramwajem - opowiada prawie 20 lat później - rzuciło mi się w oczy,
że choć w Polsce rzeczywiście nie było szamponu, ludzie mieli umyte włosy.
Jak oni to robią, dziwiłam się”.
Uświadomiła sobie, że Polska to kraj paradoksów.
Wtedy nawet nie wyobrażała sobie, że kiedyś zamieszka tu na stałe.
Z tamtych czasów pamięta także pytanie, które zadawała sobie na samym
początku pobytu w Polsce: “Dlaczego Polacy nie wyjadą masowo na Zachód?
Przecież w Krakowie było brudno, a zanieczyszczenie powietrza w mieście tak
wielkie, że trudno było oddychać”.
W akademiku poznała studentów, którzy przygotowali coroczny festiwal PaKA
(Przegląd Kabaretów Amatorskich). Z nimi objechała miasta, gdzie grały
studenckie grupy kabaretowe. “Wszyscy zrywali boki ze śmiechu, a ja nie
rozumiałam, o co chodzi. Wtedy jeszcze nie chwytałam ani jednego politycznego
dowcipu!” - wspomina.
Koledzy-studenci zaczęli jej tłumaczyć, z czego śmieją się Polacy. Pokazywali
książki, bez znajomości których obcokrajowcom trudno pojąć nie tylko polskie
poczucie humoru, ale także polską historię i teraźniejszość.
Lesser: “Nauczyli mnie czytać między wierszami, pokazali teksty kabaretowe,
przed i po cenzurze. Kiedy potem śmiałam się pierwszy raz, wiedziałam już, że
mam szansę na zrozumienie Polski i Polaków”.
W czasie tego pierwszego, rocznego pobytu zebrała materiały do pracy o
Uniwersytecie Jagiellońskim w czasie II wojny światowej. W 1990 r. za
poświęconą temu książkę “Leben als ob” (Życie na niby) otrzymała renomowaną
nagrodę im. Fritza Theodora Epsteina, przyznawaną przez niemieckich
historyków zajmujących się Europą Wschodnią.
Po raz drugi przyjechała na początku lat 90., gdy otrzymała kolejne
stypendium. W Krakowie i Warszawie spędziła rok. Potem wyjechała do Izraela,
a stamtąd do Anglii.
Lesser: “Zobaczyłam wtedy Polskę inną niż ta, którą poznałam kilka lat
wcześniej. Ludzi, którzy mówili: mamy wolność, ale co nam z tego, kiedy nie
mamy pracy”.
Wtedy, na początku lat 90., Gabriela Lesser przyjechała do Polski przede
wszystkim z powodu... Hansa Franka, w czasie okupacji tzw. generalnego
gubernatora, straconego po wojnie. Zamierzała napisać o nim pracę doktorską.
Powrót do współczesności
Po powrocie do Niemiec prowadziła zajęcia na uniwersytecie w Kolonii. Rano
wykładała studentom o II wojnie światowej, o okupacji niemieckiej i
sowieckiej w Polsce, o gettach i obozach koncentracyjnych, a po południu
pisała biografię Franka. Wspomina: “A ponieważ chciałam napisać ją w ten
sposób, by czytelnicy mieli »kino w głowie«, pisząc ją musiałam budzić
historię do życia, wiedzieć, jak ludzie wtedy mówili, jak się poruszali i
ubierali. Co wtedy czytali. Jakie wieści ze świata do nich docierały?
Obejrzałam wszystkie stare kroniki filmowe z Reichu i z Generalnej Guberni,
wszystkie filmy dokumentalne, na które trafiłam. Godzinami słuchałam audycji
radiowych z tego czasu”.
Pewnego dnia spostrzegła, że różnica między teraźniejszością a przeszłością
zaczyna jej się zacierać. Że lepiej wie, co działo się w roku 1942 niż 50 lat
później. Postanowiła pracować dla radia, bo to najszybsze z mediów.
Wspomina: “To był rodzaj autoterapii. Świadomie »przyspieszyłam« moje życie.
Musiałam się koncentrować na mojej codziennej audycji i już nie miałam czasu
na myślenie o II wojnie światowej”.
Początkowo miało to trwać tylko trzy miesiące. Ale i po tym czasie ciągle
budziła się nocami, dręczona przez koszmarne sny: “Wiedziałam wtedy, że już
nie mogę zostać w Niemczech, że muszę wyjechać”.
Książki i notatki o Hansie Franku poszły na półkę. Po kilku miesiącach
dostała propozycję pracy z berlińskiego dziennika “die tageszeitung” (w
skrócie “taz”

jako korespondentka w Warszawie.
Trzecia podróż do Polski okazała się najdłuższa z dotychczasowych - i trwa do
dziś. Gabriela Lesser sprzedała swoje stare meble w Kolonii i przeprowadziła
się do Polski. Był rok 1995, gdy ciężarówka z 88 pudłami z książkami
przyjechała do Warszawy.
Pobyt zaczął się pechowo: od zapalenia mózgu, powstałego po ugryzieniu przez
kleszcza. Kolejni lekarze nie wiedzieli, jak pokonać chorobę. Zaczęła tracić
wzrok i słuch, siedziała już na wózku inwalidzkim. Leczenie trwało kilka lat.
Przez ten czas Lesser mieszkała w Warszawie, na leczenie jeździła co chwila
do Berlina, a korespondencje dla swej redakcji pisała, korzystając z pomocy
trzech polskich studentów. “Chyba nikt z moich czytelników nie zauważył, że
autorka tych artykułów prawie nic nie widziała i nie słyszała - wspomina. -
Jestem wdzięczna »taz«, że mnie wtedy nie zwolnili”.
Z powodu choroby właściwie od początku musiała uczyć się polskiego.
Dziś (oprócz ogólnokrajowego “taz”

Gabriela Lesser pisuje do dwunastu
regionalnych dzienników niemieckich, od Bawarii po Szlezwik-Holsztyn, a także
do pół tuzina gazet żydowskich. Pisze o polskiej polityce i o problemach
szarego człowieka, o małych szkołach na wsi, górnikach ze Śląska i o
ekologicznym rolnictwie na Mazurach. Szczególnie interesuje ją zmi