Wyruszyliśmy z domu w deszczu,a właściwie deszcz to mało powiedziane,to była
wielka ulewa połączona z burzą i tak ten deszcz i burza goniły za nami aż do Mikołajek.
Dopiero tam aura była nieco łaskawsza i pozwoliła na krótki spacer.Wcześniej musieliśmy
zrezygnować z planowanego przystanku w nieznanym nam Mrągowie,bo nie dało się
wyjść z auta.Mikołajki jakoś nie zrobiły na mnie większego wrażenia:tłoczno i szpanersko.
To raczej raj dla miłośników żeglarstwa.
Bardzo miło zaskoczył nas Ełk swoją urodą.Właściwie nie zamierzaliśmy wjeżdżać do miasta,ale pewna napotkana w podróży kobieta wręcz nakazała nam zobaczyć jezioro
w środku miasta i przespacerować się po promenadzie

No i możemy być jej wdzięczni.
Jednak naszym miejscem docelowym był Augustów,gdzie mieliśmy dwa noclegi.
Gościło nas bardzo sympatyczne,starsze małżeństwo:ona,miłośniczka ogrodu,a on lasu
(emerytowany leśniczy)-czuliśmy się tam,jak w domu.
Po szybkim zwiedzaniu miasta,wyruszyliśmy na wycieczkę do Studzienicznej (Sanktuarium
Maryjne i bardzo urokliwe miejsce).Planowaliśmy popłynąć gondolą,ale pogoda nie
mogła się zdecydować i zwabiono nas na katamaran,osłonięty od wiatru,z wygodnymi
kanapami i gorącymi napojami

Rejs tam i z powrotem trwa ok.3 godz.W tym czasie
nacieszyłam się obserwacją ptactwa,a szczególnie kormoranów i ogólnie pięknem
przyrody.Ciekawa była również przeprawa przez śluzę.Ogólnie wycieczka bardzo udana.
Drugiego dnia wybraliśmy się na przejażdżkę Wigierską Kolejką Wąskotorową,to była
frajda przypominająca nam czasy dzieciństwa.Podczas takiej przejażdżki są 4 przystanki,gdzie
można robić przechadzki do punktów widokowych i pogapić się na jeziora,posmakować
leśnych poziomek i pooddychać pełną piersią (albo zaciągnąć się dymkiem na uboczu

Kolejnym naszym celem był Biebrzański Park Narodowy,czyli Dworek Na Końcu Świata w
Kopytkowie.Po drodze zatrzymaliśmy się na chwilę w malutkiej wsi Gabowe Grądy,z zamiarem
zobaczenia świątyni Staroobrzędowców(prawosławnych).Niestety,była zamknięta na cztery
spusty,a obejście 'plebani',czy jak to zwą na kłódkę i nikogo wokół.Tak więc pooglądaliśmy
z zewnątrz wraz z przyległym cmentarzem i dalej w drogę.Póżniej od naszej gospodyni
dowiedzieliśmy się,że małe budowle przy domach,które ja wzięłam za tzw. letnie kuchnie,
byly najprawdopodobniej saunami,bo u nich nawet najbiedniejszy wyznawca musi mieć
saunę(ruską banię) przy domu.Opowiadała nam również o innych ich obyczajach np.o
tym,że przy chrzcie dziecka polewa się je wodą prosto z przerębli,bez względu na porę
roku.
No,ale wracając do Kopytkowa.Powiedziałabym,że w internecie sam dworek,jak i
tratwy wyglądają nieco ładniej,a gospodarz z długaśną brodą,jakoś tak ciekawiej niż
w rzeczywistości.Powiedziałabym,że samo miejsce nieco przereklamowane.
Jednak widoki na pola,bagna wspaniałe.Niezapomniane odgłosy żab,ptactwa-przyroda
wiele wynagradza.Z wieży widokowej można dojrzeć łosie na bagnach,nam udało
się wypatrzeć przez lornetkę pasącą się klempę,wiele gatunków ptactwa,a nawet
mieliśmy szczęście dostrzec orła bielika o rzut beret od nas.Trzeba jednak mieć
szybki refleks i dobry sprzęt fot. by udało się to uwiecznić.Nasza gospodyni zapewniła
wspaniałe domowe jedzenie i wypieki,swojskie wyroby:twaróg,konfitury,miód,a nawet
nalewki.Poza tym piękne rzeczy szydełkuje:firaneczki,obrusy i inne ozdoby.
Niestety pogoda trochę pokrzyżowała nam plany,bo w dzień był upał,a wieczorami
przechodziły potężne burze,ulewy z gradobiciem.Tak więc z planowanego ogniska nic
nie wyszło,a i na Czerwone Bagno strach się było wybrać (może i dobrze,bo dzisiaj
w TV podawali,że jeden z turystów zabłądził i dopiero po dwóch dniach udało się go
odnależć wystraszonego i wycieńczonego). Okazało się,że to wyprawa z gatunku tych,których
nie zapomina się do końca życia,nawet z przewodnikiem. Tak więc z powodu braku czasu,
podniesienia się poziomu wody,braku chętnych i lęku,mimo dość dobrego wyposażenia,
daliśmy sobie spokój.Jednak spływ tratwą po Biebrzy udał się bardzo.Właściwie można
nazwać to piknikiem na tratwie połączonym z grillowaniem i chłodnym piwkiem

Upał był niesamowity,a my tak z szybkością niewiele ponad km/h,bo Biebrza to taka
leniwa rzeka.Ciekawym przeżyciem jest pokonywanie śluzy na tej tratwie.Ogólnie
jeśli pogoda dopisuje,to jest bardzo spokojnie,bezpiecznie,zupełne oderwanie się
od stresującej codzienności.Jedyne,co w tej okolicy dokucza to komary i dotkliwie kąsające
końskie muchy.Na koniec naszego spływu cudowny,jak dla mnie widok:krowy,które codziennie
przepływają dwa razy Biebrzę,by dostać się na pastwisko i wrócić do gospodarstwa.
Powiedziałam,że nie ruszę się z tego miejsca,zanim nie zobaczę tego na własne oczy i
się udało-akurat w miejscu,gdzie gospodarz odbierał nas z tratwy,czyli we wsi Jasionowo.
Poza tym,zwródżcie uwagę,jak te krowy wyszkolone: poruszają się w rzędzie,jedna za drugą,lewym poboczem drogi

No to tyle,o Kopytkowie.Ja chętnie bym tam wróciła,a
moja szwagierka oświadczyła,że jej tam już nikt nie ujrzy,bo brak telewizora,gryzące latające
paskudztwa i w ogóle to wieczorami nuda he,he
To tyle na dziś,a to tylko 4 dni naszych wojaży więc nie wiem kiedy skończę,nie potrafię się ograniczyć.
Zdjątka podpisywałam,bo jak zwykle mieszanka:
www.wakacje2012.jpg.pl/?1215234,43796
c.d.n