Opowiem wam historie z zycia wzieta.
Znajoma,samotna matka z synem. Poswiecala mu cala uwage, pracowala za granica
aby syn mial wszystko. Zalozyla mu firme,kupila dobre auto.Dla siebie nic, bo
przeciez przyszly wnuki, potem rozwod syna, klopoty, ciagle jakos pechowo
synkowi sie ukladalo. Wystarczyl tylko rozpaczliwy telefon do mamy -
pomoz,mam klopoty, a mama przyjezdzala ,naprostowala synkowi
sytuacje ,posplacala dlugi.
Znajoma nie jest zamozna,wlasciwie ma niewiele bo kazdy grosz wydaje na syna.
Teraz synowi grozi wiezienie, kobieta szamoce sie strasznie bo nie ma juz
skad wziac a ja krzycze na nia aby sie wreszcie opamietala.
Jestem wsciekla na synka ,ze tak strasznie meczy matke. Obarcza ja swymi
klopotami i nie martwi sie jak ona to przezywa. To jest znecanie psychiczne.
Pytam wiec ,jak dlugo musimy ingerowac w klopoty ,problemy i niepowodzenia
naszych bliskich kosztem wlasnego zdrowia i spokoju?
Nie robimy z naszych dzieci inwalidow usuwajac kazdy kamyczek z ich drogi?
Co dzieje sie,kiedy matka potrzebuje pomocy? Boje sie nawet o tym myslec.
Wiem ,bylo juz sporo na ten temat ale jakos to mnie meczy i musze sie
wygadac