dziewojka
09.08.04, 09:56
Smutno mi. Przyszłam się wyżalić nie oczekując słów otuchy. Ot, wypisać się.
Jestem z moim ukochanym już długo. Długo planowaliśmy ślub, marzyliśmy o nim,
szukaliśmy jakiegoś ładnego miejsca, gdzie możnaby ściągnąć urzędnika USC,
marzyliśmy o życiu już po ślubie, w jednym domu, razem, ze wszystkim
wspólnym. Na początku znajomości byłam źle nastawiona do ślubów. Nie
chciałam, bo ja taka młoda, bo niedojrzała, bo ja wolałabym dłuuugo 'na kocią
łapę', bo to i tamto... Ale mój luby często ze mną rozmawiał o małżeństwie i
powoli zaczęłam i ja myśleć, że ślub nie tylko niczego nie zabierze, ale
bardzo wiele da nam obojgu i mi osobiście. Zawsze ufnie patrzę w naszą
przyszłośc, dlatego do głowy by mi nie przyszło, że ta pewność może zostać
zachwiana, i dlatego też ślub stał się dla mnie nawet furtką do czegoś znów
piękniejszego.
Ślub miał się odbyć w tym roku, najdalej w połowie przyszłego.
Nagle jednak mój ukochany zupełnie przestał o nim mówić.
Zmartwiłam się i zapytałam, wtedy właśnie zrobiło mi się smutno.
Uznał, że to zły pomysł. Że jednak jeszcze nie. Że ma rozterki, że ostatnio
się pokłóciliśmy (faktycznie, wcześniej, przez parę lat nie zdarzyło nam się
na siebie krzyknąć, niemniej po owej zaistniałej kłótni szybko się
przeprosiliśmy, ukochaliśmy i pogodziliśmy), że on jednak wątpi.
O ja naiwna.
Smutno mi, dość mocno żyłam tym pragnieniem, przejęłam się naprawdę i
czekałam z utęsknieniem na oświadczyny kombinując, czy może wtedy na
Mazurach, czy teraz na wędrówce po górach, czy może całkiem znienacka na
wyprawie rowerowej. I powtarzam sobie znów, o ja naiwna!
Oczywiście, że dam mu czas, że chcę, by do ślubu podszedł z największą
pewnością, jaką można mieć w miłości. A jednocześnie jakoś tak przykro, że
ZWĄPIŁ. I że umowę na swoje mieszkanie muszę przedłużyć- bo przecież mieliśmy
już mieszkać razem. Ech.
To jakoś tak godzi we mnie, że stracił przekonanie.
Poczekam jednak, choćby 10 lat. Tak to już jest, jak człowiek jest na zabój
zakochany.
I czuję się wypisana. Lżej trochę.
Pozdr. :)