Dodaj do ulubionych

użalam się nad swoim losem ;)

09.08.04, 09:56
Smutno mi. Przyszłam się wyżalić nie oczekując słów otuchy. Ot, wypisać się.
Jestem z moim ukochanym już długo. Długo planowaliśmy ślub, marzyliśmy o nim,
szukaliśmy jakiegoś ładnego miejsca, gdzie możnaby ściągnąć urzędnika USC,
marzyliśmy o życiu już po ślubie, w jednym domu, razem, ze wszystkim
wspólnym. Na początku znajomości byłam źle nastawiona do ślubów. Nie
chciałam, bo ja taka młoda, bo niedojrzała, bo ja wolałabym dłuuugo 'na kocią
łapę', bo to i tamto... Ale mój luby często ze mną rozmawiał o małżeństwie i
powoli zaczęłam i ja myśleć, że ślub nie tylko niczego nie zabierze, ale
bardzo wiele da nam obojgu i mi osobiście. Zawsze ufnie patrzę w naszą
przyszłośc, dlatego do głowy by mi nie przyszło, że ta pewność może zostać
zachwiana, i dlatego też ślub stał się dla mnie nawet furtką do czegoś znów
piękniejszego.
Ślub miał się odbyć w tym roku, najdalej w połowie przyszłego.
Nagle jednak mój ukochany zupełnie przestał o nim mówić.
Zmartwiłam się i zapytałam, wtedy właśnie zrobiło mi się smutno.
Uznał, że to zły pomysł. Że jednak jeszcze nie. Że ma rozterki, że ostatnio
się pokłóciliśmy (faktycznie, wcześniej, przez parę lat nie zdarzyło nam się
na siebie krzyknąć, niemniej po owej zaistniałej kłótni szybko się
przeprosiliśmy, ukochaliśmy i pogodziliśmy), że on jednak wątpi.
O ja naiwna.
Smutno mi, dość mocno żyłam tym pragnieniem, przejęłam się naprawdę i
czekałam z utęsknieniem na oświadczyny kombinując, czy może wtedy na
Mazurach, czy teraz na wędrówce po górach, czy może całkiem znienacka na
wyprawie rowerowej. I powtarzam sobie znów, o ja naiwna!
Oczywiście, że dam mu czas, że chcę, by do ślubu podszedł z największą
pewnością, jaką można mieć w miłości. A jednocześnie jakoś tak przykro, że
ZWĄPIŁ. I że umowę na swoje mieszkanie muszę przedłużyć- bo przecież mieliśmy
już mieszkać razem. Ech.
To jakoś tak godzi we mnie, że stracił przekonanie.
Poczekam jednak, choćby 10 lat. Tak to już jest, jak człowiek jest na zabój
zakochany.
I czuję się wypisana. Lżej trochę.
Pozdr. :)
Obserwuj wątek
    • hika Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 13:27
      witay :)
      Doskonale Cię rozumiem i zupełnie nie wiem co doradzić
      Ale piszę chyba po to żeby się wyżalić i może to nam razem pomoże
      BYłam teraz w sobotę z chłopakiem na ślubie koleżanki ze studiów ( właśnie
      skończyłyśmy szkołę w czerwcu) i popłakalam się na ślubie
      I wcale nie płakałam bo ślub mnie wzruszył ale zrobiło mi się cholernie smutno,
      że to nie ja tam stoję ....
      Oni znają się tylko parę miesięcy dłużej niż my ... ale jej mąż od początku
      były pewny - oświadczył jej się już po dwóch tygodniach znajomości a tak na
      poważnie po 9 miesiącach...
      A mój mówił przez rok o zaręczynach, wspominał czasami że też by chciał - ja
      zawsze mówiłam że też i byłam na TAK i to bardzo
      Ale w końcu nei wytrzymałam - powiedziałam mu jak bardzo boli mnie takie
      próżne gadanie. Rok mówił i nic nie zrobił, mierzyliśmy mój palec u sklepie
      jubilerskim, tekst po którym nie wytrzymałam to ten że kupi pierścionek po
      następnej wypłacie ( a ma już odłożone swoje własne pienądze i to nie tyle że
      na pierścionej starczy ale i na samochód ) a ja przecież nie chce drogiego
      tylko chce taki z miłości - chce żeby się oświadczył.
      Przestał o tym gadać po nasze rozmowie i jest mi z tym niesamowicie ciężko. Nie
      am dnia żebym nie myślała i żałowała.
      Teraz ten ślub. Musiałam wyjść z kościoła bo zaczęłam szlochać. Dołożyło się do
      tego parę rzecz : nie brał pod uwagę mojego zdania kilka razy w wystarczy żeby
      ktoś inny to zaproponował i już to zdanie brał pod uwagę. POmyślałam i tak
      sobie poskładałam te sytuacje i wyszło mi że nie kocha.
      Na wesselu wszystcy się do nas przyczepili. A dlaczego my nie zaręczeni a iedy
      planujemy. A on... wymawiał się: że chce mieć na mieszkanie, że musi się od
      razu usamodzielnić, że to nie takie proste....
      Wyszłam poptem i znowu się rozkleiłam. MI nie przeszkadza mieszkanie z nim u
      teściów czy u mnie. A jemu tak... Nie nazbieramy na mieszkanie nawet za pięć
      lat...
      On nakrzyczał na mnie.. że go zmuszam "zaręcz się !! i zaręcz się !! " a ja nic
      takiego nie powiedziałam, było mi smutno.
      Ot gupia jestem i naiwna,
      I nie wiem dziewojko co Ci powiedzieć... pewno kocha ale jest tylko facetem i
      się boi.. chociaż nie powinien. Przecież jak facet kocha to powienien zabiegac
      i chcieć związać tę kobietę do siebie tym świętym węzłem....
      Ale nie chce , ja wszystkiego żałuje
      wszystko zepsułam i nawet jak mi teraz da ten pierścionek to będzie takie
      wymuszone.
      Głupia ja głupia
      • dziewojka droga hiko 09.08.04, 14:08
        Witaj hiko!
        Cieszę się, że ktoś mnie zrozumiał.
        My też mierzyliśmy mój palec u jubilera.. W ubiegłym roku.
        Podrzucał mi katalogi obrączek i pytał, czy podobają mi sie taki, czy może
        jednak te prościutki, srebrne, malutkie.
        Mówił mi, że uzbiera pieniądze i padnie na kolana, tak już pragnie mnie
        poślubić.
        Po cóż tyle tych słów na wiatr było? Bo ja naprawdę uwierzyłam i naprawdę
        czekałam. Dzisiaj odpuściłam już sobie, dam mu czas, ale duży mam żal o to
        igranie z czasem i marzeniami. Wszak to on przekonywał mnie długo, że ślub jest
        dobry i piękny.
        I wiesz- też się rozklejam.. Na czas mistrzostw Europy w piłce noznej mój
        kochany zaprosił mnie i naszego przyjaciela do siebie, przyjaciel zapytał kiedy
        bierzemy ślub- dzień wczesniej ój luby jeszcze podtykał mi zdjęcia pałacyków,
        które moglibyśmy wynająć na ślub, a przyjacielowi odpowiedział, że kto wie,
        może za rok, może za dwa.. To się zdziwiłam! I pod pozorem toalety poszłam się
        wypłakać. Dotychczas też nigdy nie płakałam na ślubach w USC, na filmach, gdzie
        kaurat ktoś kogoś poślubia, a teraz? Tożto ja się na Shreku rozpłakuję!
        Naprawdę! :)
        Ot baby histeryczne jesteśmy i tyle. I mamy prawo nie lubić obiecanek-cacanek.
        Dziś, gdyby 'padł na kolana' wahałabym się, czy powiedzieć TAK. Bałabym się, że
        robi to 'dla mnie'. Daję zatem nam CZAS. Dużo czasu. Przedłużam umowę o
        mieszkanie, wyrzuciłam wszelkie katalogi pierścionków i schowałam do kuferka
        akt urodzenia.
        Teraz, kiedy znów się gdzieś rozpłaczę, będę pamiętała, że Ty też. I że nie
        jestem sama w moim świecie jak najbardziej dla mnie 'racjonalnych absurdów.
        Serdecznie Cię pozdrawiam.

        P.S.Kochają nas, kochają na pewno :)
        • olenka7958 do dziewczyn 09.08.04, 15:47
          Doskonale was rozumiem, chociaz mnie ta sytuacja nie dotyczy, bo juz jestem
          mezatka. Natomiast czesto slysze od znajomych chlopakow, ze nie biora slubu, bo
          trzeba na mieszkanie zarobic, bo to bo tamto. Szczerze mowiac, dla mnie to
          tylko piekne wymowki, bo po co sie spieszyc i "kupowac browar, skoro piwko i
          tak serwuja". Sorry, moze to nie jest ladne, ale jesli chcecie zamaz, to nie
          radze dlugo z tym zwlekac. Ale to tylko moja opinia, kazdy sam wie, co dla
          niego jest dobre. Pozdrawiam serdecznie i zycze powodzenia:)
        • woman-in-love Re: droga dziewojko 09.08.04, 17:26
          napisałas:"To się zdziwiłam! I pod pozorem toalety poszłam się
          > wypłakać. Dotychczas też nigdy nie płakałam na ślubach w USC,"...


          A nastepnym razem bądz sobą i nie uciekaj do toalety, płaknij sobie, a zdrowo.
          Po co ukrywać przed Ukochanym swoje uczucia? Wstydzisz się łez? A on nie wstydzi
          sie zwodzenia i wbijania Cie w lata? Licznik bije....
          • dziewojka Re: droga dziewojko 09.08.04, 17:48
            A miałam chęć zdrowo płaknąć, ale tu mecz na ekranie, tu znajomy z roku piwo
            sączy i opowiada jak to się pięknie zaślubi ze swoją kochaną panią.. Ja nie
            nauczona publicznego płaczu.
            Dużo z resztą płaczę ostatnio.
            Czekasz na coś ważnego, oczekiwanego, słuchasz o tym, podtyka Ci ktoś zdjęcia
            dworków na zaślubiny i nagle wszystko znika, bum, koniec marzeń. Nie mogę sobie
            z tym poradzić. Płakałam nawet w schronisku na szczycie Karkonoszy, bo nie
            mogłam zasnąć, kiedy usłyszałam, że NIE :(

            Pozdrawiam, tym razem nie płacząc a nawet z uśmieszkiem :)
            • woman-in-love Re: droga dziewojko 09.08.04, 19:45
              I trzeba było w bek! Co Cie obchodzi mecz, piwo i znajomy? Uczucia nie kłamią -
              dzieje Ci sie krzywda! Kiedy przeczytałam, że rodzina jest przeciwna - bardzo
              brzydko mi zapachniało. W takim przypadku czas pracuje na Twoja niekorzyść.
              pewnie będziesz czekać cierpliwie, ale.......coś mi tu śmierdzi.(wredną
              mamuśką)
              • dziewojka Re: droga dziewojko 09.08.04, 20:05
                teściową, nie mamuśką, śmierdzi...
                dobra Twoja kobieca intuicja.
                i to ona wpłynęła na niechętny stosunek
                moich rodziców do ślubu- patrzyli
                jak nam ciężko i odradzali.
                ech. co za koszmarnie smutny dzień.
                tak, właśnie tak już robię,
                wpadam w ryk, kiedy się tylko nań zbiera,
                bo już nawet nie mogę 'utrzymać'.
                no i masz Ci los.
                znów wpadłam :)
                'ech, dziewczyno, weź się w garść!'
                pozdrawiam mocno.
                • woman-in-love Re: droga dziewojko 09.08.04, 20:18
                  wiedz o tym (przerabiałam to na własnej skórze), ze jego matka będzie bez żenady
                  podsuwała mu inne laski, bedzie tak "tkała", że by mieć uległa synową, którą
                  będzie mogła rządzić. Madrze rozegraj tę partie szachów. Według mnie pierwsza
                  rzecz, to spowodować, żeby Twój męzczyzna wydostał się spod wpływu mamuśki.
                  Zamieszkajcie razem, może to łatwiejsze, niz się zdaje. I niech sobie jego
                  mamuska teraz połacze. Przed Toba zycie i nie jest Twoja rolą chlipać po kątach.
                  Pozdrawiam serdecznie woman p.s. i nie mów marnego słowa na jego starą!!!
                  traktuj jak powietrze.
                • eve.hq Emocje trzeba rozładować... 09.08.04, 20:34
                  Woman in love ma rację, emocje trzeba rozładowywać , a nie tłumić...nie ma nic
                  gorszego niż tłamszenie w sobie tego co czujemy, lepiej po prostu od razu albo
                  się "wyryczeć" albo "poszaleć " z garnkami jak to robi moja znajoma, od razu
                  poczujesz się lepiej...niestety na bolączkę duszy nikt jeszcze nie wymyślił nic
                  skutecznego , boli i boleć musi czasem bardzo i dobrze, gdy ta druga strona wie
                  jak się czujemy, więc i Twój partner powinien o tym wiedzieć...wyłóż mu kawę na
                  ławę i basta, co do diabła?! to Ty masz łkać a on sobie będzie piwko popijał i
                  traktował problem ,jako fochy z Twej strony? niech wie jak to przeżywasz, może
                  to da mu coś do myślenia, chyba ,że ma pancerz ze stali i łzy go nie biorą...eh
                  dziewczyno żal mi Cię...on chyba jeszcze nie dojrzał ani do bycia z kobietą ani
                  do małżeństwa i związanej z tym odpowiedzialności, a szacowna mamuśka jeszcze
                  go ugłaskuje na swą modłę...a swoję drogą to ja mam szczęście,teściowa to złota
                  kobieta , mogę śmiało powiedzieć ,że kocham ją jak własną matkę także za to ,
                  że mojego męża wychowała na wspaniałego , dobrego człowieka, za to będę jej
                  wdzięczna do końca życia... a mój mężulek własnie poszedł kupić mi jakieś
                  łakocie , bo mi się zachciało i nawet go o to nie prosiłam , powiedział tylko "
                  skarbie już idę do sklepu, bo cię tak strasznie kocham :D:D" i jak ja mam go
                  nie kochać?:D:D:D wszystkim wątpiącym życzę , by odnależli miłość swego życia i
                  to prędko:D nic tak nie uskrzydla kobiety jak kochjący mężczyzna:D:D ,a Ty
                  dziewojko otrzyj prędko łezki i powiedz draniowi co Ci leży na sercu:D
                  potrząśnij nim ,ale mocno:D i główka do góry:) jutro będzie piękny dzień:)

                  Ewa.
        • hika Re: droga hiko 10.08.04, 08:45
          Dziewojko kochana!!!!
          Dziś nowy dzień i nowa nadzieja
          Ja staram cały czas coś postanowić mądrego ... że nie będę o tym wspominać, że
          wyluzuje
          I narazie to moja chyba najmądrzejsza myśl... ale nie wiem
          Ide dziś z koleżanką do kina, jutro umówiłam się z drugą!! Odpocznę trochę od
          niego - postaram się zobaczyć inne strony życia i zabawy.
          Nie to nie!!!!
          Dzis jestem zła, tego Tobie nie polecam - ale tak mam.
          POpłakałam się dziś jak czytałam list ( w tym ątku ) kobiety której mąż
          oświadczył się po dwóch tygodniach i był taki kochany i pewny swej miłości.
          To mnie jeszcze bardziej dystansuje od mojego ukochanego.
          Nie było jeszcze zaręczyn a tak jakoś wyszło że nasi rodzice sami doprowadzili
          do poznania się. WSzyscy tego chcą tylko nie ON !!! Ich spotkanie było super, u
          mnie w domu, radośnie i wesoło a ja siedziałam jak na szpilkach. Głupio mi było
          trochę , że to nie zmówiny :(
          Co do tej pewności przypomniało mi się jak kilka miesięcy po poznaniu się
          sprawdzał mnie. To odnośnie testowania. Tez sie tak czuje TESTOWANA. Wszedł na
          gg pod innym nuemrem i mnie podrywał. Ja cały czas tylko o nim mówiłam, że mam
          chłopaka żeby spadał, że kocham mojego chłopaka itd. Przyznał się ale i tak
          miał pretensje że za długo z nim rozmawiałam. A ja przecież tylko chwaliła
          się "tamtemu" jaka szczęliwa jestem z moim chłopakiem. Kłóciliśmy się wtedy
          strasznie - nigdy nikt mnie tak nie wkurzył - klęłam a ja nigdy nie
          przeklinam!!! prawie nigdy , nie na niego .
          Ja mógł mieć pretensje. Może ja już mam nerwice. Może to znak że to nie ten, to
          wszystko co on ze mna robi. To że przychodzę do pracy i pierwsze co to "poranne
          płakanko".
          Trzymam kciuki za Ciebie dziewojko!! Mam nadzieję że będziesz tu i będziemy
          poznawać razem postępy naszych niedoszłych ślubów :)
          ściskam i pozdrawiam
          HIKA
          • dziewojka Re: droga hiko 10.08.04, 10:40
            No proszę, mi też łza się w oku zakręciła, kiedy czytałam o "tych"
            oświadczynach.
            Bardzo lubiłam nasze marzenia o ślubie. Wszystko wydawało mi się dobre, zdrowe,
            nie więziliśmy się, mamy zawsze jakąś przestrzeń oddzielnego życia- inne kursy,
            inne specjalizacje, czasem osobno spędzane wieczory, oddzielnie planujemy częśc
            wakacji. mamy więc czas, by nabierać świeżego oddechu, by nie zadusić się sobą,
            a jednocześnie wciąż umacniać więź. To dobrze, że i Ty szukasz tej swojej
            przestrzeni, tak mi się wydaje.
            Rozzłościł mnie sposób 'sprawdzania Cię' przez Twojego wybranka. Ależ byłabym
            wściekła! też bym klęła, oj, jak szewc, mimo, że jak Ty nie mam tego w
            zwyczaju! Co za bezczelność, brr.. Niemniej ja też czuję się testowana- nie
            jednak podchodami, a ot tak, trzeba jeszcze poczekać i mnie sprawdzić (rzecz
            jasna, mój chłopak tak tego nie nazywa, to moje odczucie), bo ostatnio była
            kłótnia, bo to, bo tamto..
            Myślałam, że tak się nie robi. Że nie wyznacza się czasu na sprawdzanie, na
            utwierdzanie. A jeśli jest ono potrzebne, to gdzie jest ta pewność, co do
            której, zapewnia mnie co dzień!, nie ma wątpliwości? Ta pewność, że pragnie ze
            mną spędzić życie, że kocha mnie jak wariat, że jestem najlepszym, co go
            spotlało? Po co zatem ów czas? Nie sądzę, by szczerze, z samej głębi, był
            przekonany do mnie (wnioski dni ostatnich mogę mieć jednak zaburzone, bo
            dopadła mnie taka 'mała trwoga'- i te moje marzenia się rozsypały, więc cała
            ocena sytuacji też staje się troszkę niezwyczajna).

            Też chciałabym śledzić tu nasze losy, naprawdę dobrze jest poznać osoby, które
            w podobny sposób zmuszone są radzić sobie z niechcianą przez siebie sytuacją :)

            P.S. Zazdroszczę, że z rodzinami macie tak komfortową sytuację, zawsze jeden
            kłopot mniej! :))

            Pozdrawiam w kolejny dzień ZŁOŚCI ;)
    • ilecka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 16:09
      hej dziewojka!
      doskonale cie rozumiem!!
      ja jakis czas temu zalozylam an tym forum watek, juz nie pamietam tytulu, i
      opisalam tam jak ja i moj luby chcemy sie pobrac, ale on zero konkretow, i
      przeklada, i nie wie kiedy bo chce studia, bo chce prace itd... ok powiedzialam
      sobie: na pewno jak go bede o to meczyc nic nie wskoram. i przestalam ... potem
      znowu... juz prawie ustalilismy date(z poltorarocznym wyprzedzeniam), a tu
      znowu slysze ze jeszcze nie, itd...
      musze jednak przyznac ze moj facet jest rzeczywiscie cholernie zakochany, no po
      prostu to widac, mowia mi to wszyscy jego znajomi, koledzy, rodzina, ze przy
      mnie sie zmienil na lepsze, itd. on tez z kolei wszystkim opowiada jak bardoz
      jest zakochany, jak dobrze nam razem. a wiec postanowilam dzialac, bo tez juz
      mnie kryzys nachodzil(ze pewnie zmienil zdanie!!). ja jak chce sie czegos
      dowiedziec to sie tego dowiem chocby nie wiem co. i to mnie uratowalo.
      pytalam, pytalam, dla odmiany pytalam, a zeby nie bylo nudno to z kolei
      pytalam... no i w koncu mi powiedzial, ze on prawie od razu po slubie chce miec
      dzieci, a zeby miec dzieci to trzeba miec mieszkanie(no niekoniecznie wlasne,
      ale przynajmniej stale wynajmowane - mam sklonnosci do czestych
      przeprowadzek:P), trzeba miec stala dobra prace, bo przeciez ja nie pojde do
      pracy dzien po porodzie, czyli trzeba utrzymac rodzine. a przede wszystkim on
      musi skonczyc studia, chce porobic wszelkie specjalizacje, doktorat, itd. bo to
      lubi i to mu zapewni wieksze pieniadze... i to w tym byl problem! wiec skoro
      juz wiem, to nie naciskam. ustalilismy tylko ze nie mamy zamiaru sie pobierac i
      robic dzieci wwieku 30 lat(podobaja mi sie mlode mamy, dlatego chcemy
      wczesniej). no i znowu przestalam o tym mowic. bo wystarczylo mi ze poznalam
      problem. czasem sobie cichutko myslalam o slubie itp, a tu ni stad ni z owad
      powiedzial ze za nastepna wyplate(hihi)kupi mi pierscionek(w tym wypadku to
      prawda-jestesmy biednymi studentami, i sami sie utrzymujemy:P) co prawda
      jeszcze nie kupil, ale na prawde jest krucho z forsa, ale czort z
      pierciosnkiem, wczesniej czy pozniej mi go da:) , co najwazniejsze sam teraz
      coraz czesciej mowi o slubie, o dzieciach o brzuchu jak bedzie duzy:) i wtedy
      tak sie ciesze ze szok. no normalnie az w duszy mi gra...
      moim zdaniem trzeba docisnac faceta niech powie w czym problem(pamietajcie ze
      faceci chca byc facetami:zapewnic byt rodzinie, itp, nawet jak maja forse, moze
      daza do czegos jeszcze lepszego, wszystko dla rodziny. no i przede wszystkim,
      kobietki, musicie byc cierpliwe, to wtedy faceci podejda z zaskoczenia!!
      zycze nam wszystkim powodzenia!!

      gorace pozdrowienia
      iwona
      • dziewojka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 16:43
        Masz rację, bardzo ważne są powody...
        Ale i one mnie dziś zasmucają! A może mam po prostu smutny dzień i podźwignąć
        tego wszystkiego nie mogę i w ogóle.. :(
        Mój kochany podał mi powody, kiedy zobaczył, że ja już płaczę prawie, bo nie
        wiem, co się dzieje.
        Powód 1. Kłótnia. Pokłóciliśmy się niedawno pierwszy raz od kiedy jesteśmy ze
        sobą. To była kłótnia z płaczem, krzykiem.. Straszna. Pogodziliśmy się szybko,
        ale jego zaniepokoiło to. A gdy powiedziałam, że w małżeństwie także może się
        to zdarzyć, gdy skumuluje się zbyt dużo negatywnych emocji, przyznał, że liczy
        na to, że jednak kłótni nie będzie, że tak przykre słowa nie będą padały..
        Czuję się teraz jak testowana. Kontrolowana. Przykre to bardzo, tym bardziej,
        że przecież z natury szybko rozwiązujemy konflikty, jesteśmy ugodowi i miłość
        stawiamy nade wszystko.
        Pieniądze. Bo jesteśmy studentami utrzymywanymi (ja w dużej mierze a on tylko)
        przez rodziców. Mi też w zasadzie zależy na samodzielności, dlatego
        profilaktycznie znalazłam od października pracę, z której przy entuzjastycznym
        nastawieniu zarobię 900-1000 zł. Gdyby i on zajął się czymś dodatkowo dalibyśmy
        radę. Bo jeśli mamy czekać aż uda nam się zapracować tyle, by KUPIĆ mieszkanie,
        samochód.. To będziemy czekali jeszcze tyyyyyle lat.
        Rodzice. I moi i jego są od lat nam przeciwni, jego rodzina nie życzy sobie
        mnie znać..

        Więc znam powody.

        I dalej jest mi.. SMUTNO :(

        Nie wątpię w jego miłość, jestem jej pewna jak niczego innego w życiu.
        Jestem tylko na etapie wybijania sobie marzenia z głowy.
        Bolesny proces..

        Bardzo się cieszę, że tu jesteście, drogie pary oczu do czytania i uszu do
        słuchania :)

        Pozdrawiam Was wszystkie.
        • ilecka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 17:18
          moim zdaniem w ogole nie powinno sie brac klotni czy zgody za wyznacznika
          milosci...
          np: ja i moj chlopak , oboje jestesmy wybuchowi, nerwowi, kazde z wlasnymi
          powaznymi problemammi, itd. klocimy sie prawie systematycznie:) ale od razu sie
          godzimy, malo tego czasem w trakcie klotni wybuchamy smiechem bo cos nas
          rozsmieszy, i jest ok. wiemy ze sie kochamy i ze jestesmy dla siebie stworzeni.
          moim zdaniem z naszymi charakterami klotni nie ominiemy. tzn oczywiscie nie
          robimy tego celowo, jak sie klocimy to oczywiscie z najwiekszym szacunkiem, bez
          epitetow i wycieczek osobistych. dla mnie klotnia jest wzmocnieniem zwiazku w
          tym sensie, ze jak wiem, ze po takiej klotni wszystko wrocilo do normy, to ze
          nasz zwiazek jest silniejszy... i w naszym przypadku tak jest. np moja mama
          zawsze mowi: a ty to sie klocisz? ja przed slubem to sie nie klocilam!
          a ja sie kloce, i mimo to jestem szczesliwa, bo jak juz oboje sie wyladujemy i
          wyzyjemy(kulturalnie)to znowu sie przytulamy, i to od razu:) to tylko wymiana
          zdan... tylko troche glosniejsza:)
          w kazdym razie zycze powodzenia :)
        • eve.hq Spostrzeżenia pewnej doświadczonej kobiety... 09.08.04, 17:57
          Tak czytam sobie Wasze posty i...jest mi przykro ,że tak mało jest odważnych i
          odpowiedzialnych mężczyzn... te przytoczone tłumaczenia mężczyzn, które wiele
          razy słyszałam z ust cierpiących koleżanek i znajomych...Studia skończyłam już
          dobrych parę lat temu, więc jestem na pewno starsza od Was...niemniej muszę Wam
          powiedzieć ,że ja się właśnie zaliczam do tych mężatek , które spotkały
          swego "księcia" po kilku latach, a usłyszały te piękne słowa oświadczyn
          po...dwóch tygodniach znajomości...prawda, spotykaliśmy się
          codziennie...przyjeżdzał do mnie po pracy choćby na 5 minut...taki był
          zakochany...oświadczył się bardzo szybko,już po pół roku odbył się piękny ślub
          o jakim zawsze marzyłam...ta miłośc jedyna i największa i moja i jego trwa do
          dzisiaj:)) a dziś mogę powiedzieć z perspektywy lat ,że gdy mężczyzna kocha bez
          pamięci to żadne przeszkody ani brak pracy ani brak mieszkania niczego nie
          zmieniają w jego pragnieniu by poślubić ukochaną kobietę...gdy się pobieraliśmy
          nie mieliśmy ani mieszkania ani kokosów na kontach, a mimo to chcieliśmy być ze
          sobą mimo wszystko...dla mnie wytłumaczenie ,że nie ma pracy czy mieszkania to
          tylko wymówka...ile moich koleżanek i znajomych powychodziło za mąż i żadna z
          nich nie była w komfortowej sytuacji ani mieszkaniowej ani czesto też
          finansowej...ale w miłości nie to się liczy co materialne, tego można się z
          czasem dorobić ...lecz to czego chcemy i jacy jesteśmy...los bywa bardzo
          łaskawy , bo po pół roku "tułania " się raz u jednych raz u drugich rodziców
          zamieszkaliśmy we własnym , przytulnym mieszkanku:))pracujemy i nie narzekamy
          na nic , pamiętając jak nam ciężko było na początku, ale mieliśmy siebie i to
          liczyło się najbardziej...mój mąż jednak nigdy się nie zawahał ,że chce być ze
          mną i przysiegnąć mi miłość i wierność przed Bogiem, ba nawet teraz mówi ,że
          gotów byłby zrobić to nawet na drugi dzień gdy mnie poznał , bo tak bardzo był
          pewien ,że chce być na zawsze ze mną...Mam nadzieję ,ze Wasi mężczyźni też
          wiedzą czego chcą...,że kochają prawdziwie...,że uczynkami ,a nie samymi
          słowami dowodzą Wam swych uczuć i swego poświęcenia względem Was...nie bójcie
          się mówić prawdy, tego ,że jest Wam smutno ,że boicie się przyszłości...jeśli
          on kocha to niczego się nie przestraszy i nie zmieni zdania...a jeśli kryjecie
          swe emocje i dystansujecie się tylko dlatego ,by ich stracić lub boicie się
          reakcji to niestety to nie jest TO..w życiu nie ma tak lekko i łatwo ,nieraz
          pojwią się trudne sytuacje i trzeba będzie użyć sztuki kompromisu...miłość nie
          polega tylko na tym ,że jedna strona godzi się cały czas na warunki
          drugiej....nie tędy droga...ważne są rozmowy, szczere wyjaśnianie sobie czego
          oczekujecie , co lubicie, czego nie...tylko partnerski związek gdzie obie
          strony dają sobie tyle samo mają szansę na trwałość...a dławione, niewyjaśnione
          emocje i rozterki mogą tylko odwlec w czasie to co nieuchronne...to dobrze ,że
          ktoś podchodzi do małżeństwa odpowiedzialnie , wszk trzeba utrzymać i siebie i
          żonę , a potem rodzinę lecz nie powinno się ciągle czekać na ten tzw. "dobry "
          moment, kiedy będzie i praca i pieniądze i mieszkanie, bo to może nigdy nie
          nadejść i co wtedy?...życzę Wam wytrwałości i wiary, ale też i wiecej odwagi w
          nazywaniu rzeczy po imieniu i trafnym określaniu okoliczności, jesteście
          jeszcze młode i życie przed Wami, wierzę ,że każda z Was wcześniej czy później
          powie z całym przekonaniem "jestem szczęśliwa" i z radością bedzie patrzeć w
          przyszłośc , przecież dla kazdej z nas przychodzi TA CHWILA...czekam na
          pomyślne wieści od Was i niezależnie od tego czy to będzie ten czy inny
          napiszcie czy miałam rację, sama też sporo kiedyś przeżyłam...pozdrawiam
          cieplutko:))))

          Ewa.
        • woman-in-love Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 20:05
          dziewojka napisała:


          "Więc znam powody."



          Obawiam, że sa to motywy zastępcze. Facet zaczyna pękac pod naporem propagandy
          rodzinnej. Jak najpredzej zamieszkajcie razem, a ślub w jakiejs przewidywalnej
          przyszłości. Bezwzględnie rozlicz kolesia z jego słów i obietnic, rozbudzenia
          Twojej wyobrazni, a potem wycofania się. TaK postępują mięczaki. Nie daj z
          siebie zrobic histeryczki, nie tłum uczuc i łez, bo po prostu rozchorujesz się.
          To super nieuczciwa gra z jego strony.
      • ilecka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 18:11
        ewa bardzo fajnie napisalas...
        zgadzam sie z toba ale w polowie:)
        fakt, ze moi rodzice pobrali sie nie majac nic, i dlatego ja tez bylabym
        sklonna pobrac sie juz teraz, dzisiaj! nawet jak nie mam nic. ale moj chlopak
        ma uzasadnione obawy... w jego rodzinie nie przelewalo sie, bylo ich 5
        rodzenstwa(jak na wlochy to wieloletnia rodzina) i nie zawsze bylo super.
        prosil o pieniadze na ksiazki ponadprogramowe, i ich nie dostawal! on tak nie
        chce, on chce, zeby dzieci nie musialy sie martwic o takie rzeczy... to
        prawda , ze dopoki dzieci nie dorosna, pojda na studia itd to jeszcze duzo
        czasu. ale on tak jakby jzu teraz w tej chwili chce byc na to gotowy... ja nie
        bede go zmuszac do zmiany decyzji, szanuje ja. wiadomo ja mam inne
        doswiadczenia- on inne... a poza tym mieszkamy we wloszech a tu naprawde nie
        jest latwo mlodym malzenstwom, uwierz mi, jest wrecz tragicznie... wbrew
        pozorom. a poki co nic sie miedzy nami nie zmienia, bo i tak juz mieszkamy razem
        (mieszkalismy razem zanim zaczelismy ze soba chodzic:P) i jestesmy happy:)
        i ciesze sie ze ty tez jestes happy:)
        papa
        • dziewojka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 18:21
          Ech, Wy to chociaż razem mieszkacie...

          (dziewojka z wyostrzoną uwagą na wszystko, co może ją dziś zasmucić ;)
          • ilecka Re: użalam się nad swoim losem ;) 09.08.04, 18:45
            (dziewojka z wyostrzoną uwagą na wszystko, co może ją dziś zasmucić ;)
            hihihi, sorry ze sie smieje, tzn tak milo sie smieje... chyba mialas racje w
            ktoryms poscie ... chyba po prostu masz taki zly dzien, ze koniecznie musisz
            sobie pogorszyc... oj musisz o czyms innym pomyslec, albo przynajmniej zajac
            sie czym innym, przynajmniej dzisiaj... :) a jutro wszystko bedzie inaczej
            wygladalo
        • eve.hq Zawsze sa jakieś obawy.... 09.08.04, 18:28
          Życie byłoby o wiele piękniejsze i prostsze gdybyśmy dostawali zawsze to co
          chcemy, tak nie jest, ale możemy wpływać na nasze życie i powinniśmy to robić ,
          by nadać mu jakiś cel i sens...pewnie ,że każdy " przypadek " jest
          indywidualny , wszyscy wynosimy jakieś rzeczy z domu ,sporo dokłada się jeszcze
          własnych dośiadczeń, te różnice też trzeba brać pod uwagę ale myślę ,że możesz
          wspierać go jeśli jest mu trudno , wiesz zazwyczaj wiekszośc obaw ma korzenie w
          przeszłości i to tez od nas zależy co z tym faktem zrobimy, a u Ciebie
          słoneczko jest jeszcze różnica kultur:)) choć jeśli chodzi o mnie to ja od
          urodzenia mam temperament włoski i ten kraj jest mi bliski, choć moja uroda
          typowo włoska już nie jest:D:D
          powodzenia i główka do góry:):))on może się oświadczyć w najmniej spodziewanym
          przez Ciebie momencie:))))aha, przecież we Włoszech małżeństwa po 30- tce to
          norma:))choć wcale Twoj narzeczony nie musi się tym sugerować:))pozdrawiam i
          wszystkiego naj:))))

          Ewa.
          • ilecka Re: Zawsze sa jakieś obawy.... 09.08.04, 18:49
            :) no wlasnie te kultury...
            ale dla mnie wielkim sukcesem jest fakt ze on juz teraz (to znaczy za kilka,
            pare lat) chce sie pobierac, a nie za kilkanascie, tak jak wiekszosc wlochow.
            dlatego bardzo sie z tego ciesze, ze przynajmniej natrafilam na tego co chce i
            nie boi sie zakladac rodziny:) bo tu mnostwo nawet 30-40-letnich facetow
            mieszka jeszcze z rodzicami!!! to tak dla przykladu... ze pod tym wzgledem sie
            dogadalismy bez problemu:)
    • dziewojka zanim pójdę spać jeszcze parę słów 09.08.04, 22:08
      Moje kochane (że sobie pozwolę na spoufalenie..)
      Mój ukochany mieszka sam, nie z mamuśką, mieszka daleko od niej- 200 km,
      ostatnio przestał odbierać jej telefony, więc nie o wyrywanie go z jej szpon
      chodzi. Chodzi o to, że tak czy siak to jego matka i doskonale rozumiem, że
      trudno mu jest. Tak, umówiła go kiedyś z jakąś 'ułożoną, dobrą... LEPSZĄ
      dziewczyną' gdy akurat był u rodziców- był wściekły, wyjechał od nich,
      przyjechał do mnie i nie odbierał jakiś czas telefonów, a gdy zaczął odbierać
      opowiadał tylko o mnie, jak mu dobrze, jakie ma 'dziewcze złote'- wtedy oni
      odkładali słuchawkę.
      Rozmawiałam z nim, powiedziałam wszystko, powiedziałam, że czuję się jakoś
      oszukana, jak zabawka, że nie może tak więcej, przeprosił, wyjaśnił raz
      jeszcze, ale.. powiedział, że to wspominanie o ślubie jak najszybszym znaczyło
      pragnienie, a najszybciej ślub będzie, gdy będziemy mieli pieniądze i jako-taki
      spokój. Że się 'nie zrozumieliśmy'. Kiedy jednak będzie ten wystarczający pułap
      finansowy i gotowość- nie wiem. Moim tokiem rozumowania idąc- jest MIŁOŚĆ i
      PEWNOŚĆ. I wtedy ślub jest zaprawdę Uroczystością. I wtedy się go już chyba
      pragnie... Tym mocniej, że o dziecku także rozmawialiśmy. Dziewczynka- byłaby
      Maria, z chłopczykiem jeszcze nie mamy jasnej wizji :)
      Powołał się też na młody wiek (22 lata) uznając, że nie zna małżeństwa, które
      pobrawszy się w początku '20' byłoby szczęsliwe. Ja znam, cóż...
      Rozgoryczona jestem. Rzecz jasna- uszanuję. Ale więcej nie dam się nabrać. I to
      mnie też martwi- robię się zanadto przewidująca, nieufna, na prawie wszystko
      przymrużam oko.
      Zaczynam sama sobie wyrzucać, że co spotkanie ( tegorocznelato wyjątkowo
      spędzamy dość często będąc daleko od siebie) wyrzucam mu, że z tym ślubem tak
      wyszło. Teraz wszystko znów się wzmogło, bo za tydzień muszę iść przedłużac
      umowę o mieszkanie (także mieszkam sama), a miałam nadzieję przecież już z nim
      zamieszkac... (Razem przed ślubem nie zamieszkamy, szanuję jego zasady, po
      ślubie wprowadzę się do niego, bo on ma mieszkanie 'na własność')
      I po cóż ja się na początku, już w drugim TYGODNIU (!) związku dałam zbałamucić
      tym ślubem? Jeśli wtedy poprzestałabym na tym, że ślubu jeszcze nie chcę, to do
      dziś obyłoby się bez żalów. A tu, masz ci los!, ślubu plusy dostrzegłam i
      zapragnęłam całym sercem. Naiwna ta dziewojka, naiwna! :)

      Wiecie, bardzo mi się dobrze z Wami rozmawia.
      Skorzystam z pewnością z niejednej rady.
      (Dziś pewnie ryknę mu dzikim płaczem do telefonu na zakończenie tego "dnia-
      smutków" :)

      Pozdrawiam wieczornie.
      • woman-in-love Re: zanim pójdę spać jeszcze parę słów 09.08.04, 22:16
        Nie ma to, jak wyżalić sie przed kobitkami (ryknij z umiarem) i dobrych snów
        :-)))
      • morphea1 Re: zanim pójdę spać jeszcze parę słów 10.08.04, 00:35
        Dziewojko!
        Ja tez miałam takie przejścia- ja mówiłam, mówił On, potem to już tylko ja
        mówiłam...Ustaliliśmy nawet hipotetyczną datę:) I nagle przestał, wystraszył
        się... ?Ja zaczęłam naciskać- i w końcu wydusiłam z niego-On boi sie o naszą
        przyszłość, bał się że przyjdzie nam mieszkać w wynajętej kawalerce (on
        studiuje, ja już nie, teraz mam prace i zarabiam na reke az! 900zł)...Wiesz ja
        myślę że my dziewczyny w takich chwilach myślimy zupełnie inaczej- pełne
        jesteśmy miłości, uczuć.Zawsze Mu mówię ze to dobrze ze jedno z nas kieruje sie
        sercem a drugie rozumem... Bo On tak wlasnie ma! I im dluzej nad tym mysle to
        wiem ze nie zamienilabym Go na 1000 romantykow- jest cudny taki jaki jest - i
        kocham jego poukładany świat!
        Bał sie tez troche ze jego rodzice sie oburza ze studiow nie skonczyl a juz
        zenic sie chce- porozmawial i wszystko jest ok- jego rodzice to zaakceptowali.
        Dziewojka, ja tez sie tak meczylam jak Ty, i nadal płaczę na slubach w TV:) i
        nadal nie mam pierscionka na palcu, ale troszke odpuscilam...
        Ja tez nie chcialam brac slubu- moi rodzice sa po rozwodzie - ja przestalam w
        ta instytucje malzenstwa wierzyc..., ale poznalam Moje Slonko i wiedzialam ze
        to jest Ten.
        Poczekaj, poluzuj troszkę, wpusc troche swiezego powietrza...Odpusc temat slubu
        chocby nie wiem jak Ci chodzil po glowie..! Spedzcie czas razem!
        Trzymaj sie cieplutko!
        • dziewojka morphea1 10.08.04, 08:13
          Witaj Morphea :)
          To 'wredne' :) ale jest mi trochę raźniej wiedząc, że nie tylko ja mam
          ów 'problem' (brak mi innego określenia).
          Rozmyślałam trochę dziś rano i też wywnioskowałam, że całkiem zarzucę ten
          temat, że słowo ślub zniknie na dłuższy czas z mojego słownika. Bezustanne
          trucie mu o nim tylko pogorszy sytuację i z pewnością do radosnego, 'zdrowego'
          ślubu nie doprowadzi.
          Dziś zastosuję starą technikę wyładowującą- napiszę do niego 'nieocenzurowany'
          list, a później mu go nie wręczę, liczę, że podziała to na moje nerwy, które,
          świeżo po wieściach, że 'ślubu jeszcze długo nie będzie', są nieco postrzępione.

          Co do serca i rozumu- on odkłada ślub z powdów.. obu. A ja ślubu chcę, bo mój
          rozum mówi- nie ma co czekać :) Swoje serce za zaślubione uznałam już dawno,
          dawno temu.

          Pozdrawiam w ten gorący, upalny, duszny dzień :)
      • woman-in-love Re: zanim pójdę spać jeszcze parę słów 10.08.04, 06:11
        (Razem przed ślubem nie zamieszkamy, szanuję jego zasady, po
        > ślubie wprowadzę się do niego, bo on ma mieszkanie 'na własność')

        A, że sie spytam: jak to jest? Nie uprawiacie seksu? A jesli tak - to na czym
        polegaja te jego "zasady"? Na wpędzaniu Cie w koszty? Zwyczajnie boi sie
        mamuski, ot co! (no, chyba, że się myle i czekacie z seksem do dnia ślubu, to
        wtedy chylę czoła i przepraszam)
        • dziewojka dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 08:33
          Ano, dzień dobry!
          Tak miało być- seks i wspólne mieszkanie po ślubie (zgodnie z jego wolą).
          Pierwszą z tych zasad zdecydował się jednak złamać i wiem, że żałuje. Nie wini
          mnie za nic, ale koszty, jakie poniósł 'zgadzając się' są tak widoczne, że
          teraz to ja na seks nie mam już żadnej ochoty :( Więc na nowo rzec można, że
          seks będzie po ślubie..
          Obie jego zasady nie były i nie są moimi, ale nie było mi trudno je szanować,
          kiedy planowaliśmy szybko i w przyjemnym 'szale' zaślubiny. Tymczasem
          odkładanie ich na kolejny i kolejny rok i powracanie z rygorem do pierwotnej
          umowy- (cóż, zgodziłam się na jego zasady, on także poszedł na niejedno
          ustępstwo!) -spędza mi sen z powiek.

          Cała ta afera, całe to znów-odkładanie bardzo mnie zniechęciło do
          kontynuowania 'tych rozmów' z moim ukochanym. I pewnie trochę teraz pocierpię,
          trochę się otrząsnę, zdystansuję, wrócę powoli w ramach 'chronienia siebie
          przed smutkiem' do niechęci względem ślubów w ogóle i sama sobie KUPIĘ
          mieszkanie i kota. Może pomoże brak większych oczekiwań i jedynie proste, na-
          codzień ze sobą bycie (studiujemy na jednej uczelni, mieszkamy stosunkowo
          blisko siebie)? Może przecierpię brak planów i marzeń na dalszą wspólną
          przyszłość i skupię się na jedynie swoich marzeniach?

          Co do jego matki- już w założeniach jego strona rodziny miała być odseparowana
          od naszej miłości, bo wiele jej na Naszym Początku zaszkodzili. Wiedzą, że na
          ślub nie będą zaproszeni, że nie życzymy sobie po ślubie odwiedzin w naszym
          mieszkaniu, oni także oficjalnie zabronili mi u siebie bywać i, jak pisałam,
          usiłowali przedstawiać mojemu lubemu, gdy ich odwiedział, 'ułożone, dobre
          dziewczyny'. On jednak naprawdę mnie kocha, gotów jest zostawić rodzinę i
          wybrał wielokrotnie mnie, gdy szantażowali go lub stawiali przed wyborem.
          Czasem jednak znów wraca ślad działania ich niszczycielskiej ręki. Nie mogłabym
          uwierzyć, gdyby na decyzję lubego o odsuwaniu myśli o ślubie mieli też oni,
          poza tym, że sytuacja z nimi sama w sobie jest bardzo energochłonna i ciężka.
          A zresztą. Temat teściów to ci dopiero historie! :)

          Mam nadzieję, że dziś będę miała lepszy dzień!
          Pozdrawiam, dziewojka

          No faktycznie nie ma to jak z kobitkami pogawędzić ;)
          • woman-in-love Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 09:29
            Niesłychany fundamentalizm. I seks go nie "ciśnie", skoro raz spróbwał? Żebyś
            nie kupiła "kota w worku". Czy on jest żarliwym katolikiem? Z rodziną trzeba
            naprawić stosunki. Powoli zblizyć sie, jakoś zagrac, bo nikt nie udzwignie
            takiej presji. Zresztą, sama widzisz, co się dzieje. Pomyśl, gdybyś była na jego
            miejscu. Wyrzec się całej rodziny? Cięzka sprawa.
            • dziewojka Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 10:00
              Wiem, jak to ciężko z rodziną może być, wiem, że mu trudno. Oni jednak
              zdecydowanie nie chcą mnie znac i nie zgadzają się na mnie, jeszcze kilka dni
              temu przypomnieli mu, żeby przyjeżdżając przypadkiem nie przywiózł 'tej
              dziewczyny'..
              Kiedyś, kiedy mieli poważny wypadek, sama do nich przyjechałam, do szpitala i
              pomóc trochę mojemu chłopakowi, bo trzeba było wiele załatwiać spraw, pilnowac
              domu, wesprzeć lubego trochę, sytuacja była straszna. To było pierwsze
              spotkanie z 'teściami'. Dowiedziałam się wprost już w szpitalu, tuż po 'dzień
              dobry', że mieli wielką nadzieję, że nie przyjadę. Potem, raz jeszcze,
              poprosiłam mojego mężczyznę, żeby jakoś zainicjował nasze spotkanie. Spróbował,
              wściekli się. Nie ma sensu, naprawdę, znów wyciągać ręki.
              Seks go 'ciśnie'. A nie raz próbował :) Tyle, że on tak sobie marzył, że 'po
              ślubie', tak właśnie chciał (jestem jego pierwszą kobietą) i łatwiej mu było
              czekać niż mi.. Wszak on miał jakąś ideę. Nie jest katolikiem i nigdy nie był,
              ale trzymał się kiedyś Biblii, a potem tak już mu zostało, z założenia, z
              marzenia.. Długo łamał swoje przekonanie, tak to na niego wpłynęło, że już nie
              chcę, żeby łamał.

              Z teściami wyjścia nie widać, z seksem- oboje chyba już nie chcemy, z
              mieszkaniem- zaczynam marzyć o własnym, zamyślam się, gdzie je kupię, na jak
              długo muszę wyjechać, żeby wystarczająco dużo zarobić... Odseparowuję marzenia
              od niego, bo tamten wspólny grunt zbyt staje się niepewny :( I to mnie znów
              mocniej martwi.

              Miłość jest nie tylko najwazniejszym i najpiękniejszym co mam, jest też
              najtrudniejszą przesztrzenią życia.
              • woman-in-love Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 10:54
                Coraz bardziej mi szczęka opada. Podziwam Cię. Trzymaj się! :-)))) Dostajesz
                jakąś nieprawdopodobną lekcję od zycia. Zastanawiam sie, co z tego może być
                dobrego? (warto sobie przypomnieć: nie ma tego złego....)
                • woman-in-love Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:05
                  Czy oni sa jakiegoś ortodoksyjnego wyznania? Co własciwie maja do Ciebie??? do
                  cholery cięzkiej?!?!?!
                • anula36 Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:11
                  Mnie tez szczeka opada- jaki mezczyzna po deklaracji malzenstwa sie z niej
                  wycofuje na blizej nieokreslona przyszlosc? Mysle,ze w ogole nei ma ochoty sie
                  ozenic. Pozwala kobiecie wynajmowac mieszkanie chociaz ma wlasne i nic poza
                  jego zasadami nie stoi na przeszkodzie zeby razem zamieszkac i odciazyc sie z
                  kosztow,ktore mozna odkladac na wspolna przyszlosc a nie dawac wynajmujacemu.
                  Kupisz wlasne mieszkanie i co?? Bedziecie malzenstwem kazde u siebie??
                  Co moze byc z tego dobrego?
                  Mobilizacja do zakupu wlasnego mieszkania. To chyba wszystko. Bo na takiego
                  faceta to bym nie liczyla za bardzo.
                  • anula36 Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:13
                    oj pewnie tyle maja,ze jej sami nie wybrali= niesprawdzona przez rodzine= moze
                    byc felerna.
                    • woman-in-love Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:35
                      anula36 napisała:

                      > oj pewnie tyle maja,ze jej sami nie wybrali= niesprawdzona przez rodzine= moze
                      > byc felerna.


                      Qrka, jakbym czytała jakąś historię z zamierzchłych czasów, albo coś z rodzaju
                      "Spalona zywcem" (znacie?)
                      • anula36 Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:46
                        ooo wypraszam sobie:)
                        Ja tez tyo przerabialam na wlasnej 30 letniej skorze.
                        Rodzina bylego mnei tepila ,on najpierw obiecywal slub,ale jak po 7 latach
                        zarzadoalam konkretow to ukochany umknal aby po rok7u ozenic sie z panna ktora
                        sie mamusi bardzo podobala.
                        Nie zaluje tej historii ale tylko dlatego,ze teraz jestem z fantastycznym
                        facetem,ktorego bym nigdy nie spotkala gdybym jednak zostala zona mojego bylego.
                        • dziewojka Re: anula 10.08.04, 12:01
                          anula36 napisała:

                          > ooo wypraszam sobie:)
                          > Ja tez tyo przerabialam na wlasnej 30 letniej skorze.
                          > Rodzina bylego mnei tepila ,on najpierw obiecywal slub,ale jak po 7 latach
                          > zarzadoalam konkretow to ukochany umknal aby po rok7u ozenic sie z panna
                          ktora
                          > sie mamusi bardzo podobala.

                          !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

                          (odjęło mi mowę!!!!!!!!!!)
                          • ania.silenter_exunruzanka Re: anula 10.08.04, 12:07
                            Dlaczego? To czesto sie zdarza. Moja znajoma nie chciala slubu przez 9 lat, w
                            10 roku "chodzenia" zmienila zdanie na co ukochany stwierdzil, ze po co slub -
                            przeciez i tak sypiaja ze soba (wczesniej chcial sie ozenic, ale jego mamusia
                            sie nie zgodzila - nienawidzi tej mojej znajomej). Dalej sa w zwiazku
                            nieformalnym.
                            pozdrawiam
                      • dziewojka Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 11:59
                        Znów wyostrzam wzrok na beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam :)
                        Rodzice mojego faceta (w zasadzie cała rodzina od paru pokoleń) to świadkoie
                        Jehowy, mój chłopak zrezygnował z tego wyznania, co także określają jako 'jej
                        (czyt. mój) wpływ'. Jest w ich wierze powszechnie przyjęte, że świadkowie wiążą
                        się między sobą. Kiedy zaczynaliśmy być razem, mój luby był 'świadkiem' jedynie
                        z nazwy (ale był), już z resztą załatwiał sobie 'papiery' na odejście formalne
                        od organizacji, co jednak nie zmieniło faktu, że 'wszystko przez tą 'świecką
                        babę'.
                        Od początku, nie znając mnie i nie wiedząc o mnie nic, wojowniczo walczyli o
                        zniszczenie nas. Nie chcę podawać przykładów, bo się rozpłaczę :/
                        Było nam naprawdę ciężko- potajemne wyjazdy, potajemne spotkania, sieć
                        kłamstwa, brak pomysłu na normalność i bardzo silna pewność, że ta miłośc
                        zwycięży.
                        Z czasem zluzowali trochę- do czasu, kiedy.. teściowa dorwała gdzieś telefon
                        mojego kochanego i przeczytała wiadomości jakie mu wysyłałam (!!! pozostawiam
                        bez komentarza, brak mi słów, od tamtej też chwili mój chłopak ze znacznie
                        wzmożoną niechęcią z nią rozmawia i ją odwiedza). Było tam sporo, powiedzmy,
                        dość mocno erotycznych wiadomości :) Awantura wybuchnęła straszna. Znów
                        wyłączaliśmy telefony, bo dzwoniły bezustannie- czy jesteśmy teraz razem, co
                        robimy, czy ONA gdzieś tam jest? (rzecz jasna, żadne z nas nie podejmowało
                        dialogu).
                        Wtedy to ostatecznie poprosiłam mojego kochanego, by nie przyjeżdżali
                        przypadkiem na nasz ślub. Zapewnił, że nie miał zamiaru nawet słać im
                        zaproszenia. O ślubie jednak nie mówiliśmy od dawien dawna. Wtedy też szybko
                        zmienił temat.
                        Dzień po tym spytałam, co on teraz myśli o małżeństwie, dlaczego milczy wciąż,
                        dlaczego odciął się od wcześniejszych deklaracji. Wtedy powiedział mi to
                        wszystko, co skłoniło mnie, żeby tu przyjśc do was i wygadać całą złość,
                        pretensje i żal.

                        Mam jakiś felerny czas. Wiem, że naprawdę się kochamy. Poza tym- nic nie wiem,
                        marzę o normalności. O oświadczynach, kiedy serce szarpnie miłość, a nie kiedy
                        jest to już opłacalne i kiedy można być spokojnym o przyszłość. O zaślubinach,
                        bo kogoś kocham, a nie bo stać mnie już na wszystko, więc i na wspólne życie
                        możemy sobie pozwolić. Nie mam natury romantyczki, to mój kochany lubuje się w
                        poezji, uważam, że to jak najbardziej rozsądne poślubić kogoś, z kim chce się
                        być do końca. Bo życie nie jest zbyt długie. I już teraz moglibyśmy zacząć
                        czerpać z tego skarbca, jakim jest małżeństwo, szczególnie, gdy w naszym
                        przypadku wiąże się ono i z mieszkaniem ze sobą i z seksem.
                        • eve.hq No jak to???? 10.08.04, 12:32
                          Zawsze mi się wydawało ,że jak człowiek nie może się nacieszyć kimś bliskim,
                          chce być z nim cały czas, non stop color słyszeć go , przytulać się do niego i
                          widzieć go to, gdy tylko ma taką okazję ,by być już RAZEM i tego nie robi to ja
                          tego nie pojmuję... a moze to ja i mąż byliśmy "ten ,tego ,ten..." myśmy
                          pomimo nieciekawego finansowego startu tuż przed ślubem jak i zaraz na
                          początku małżeństwa chcieli być RAZEM,a po kilku dniach dreptania i poznawania
                          się moj luby razu pewnego wyznał mi" ja bez Ciebie to już żyć nie mogę,chcę Cię
                          widzieć codziennie , zasypiać przy Tobie i budzić się ,codziennie słyszeć Twoj
                          głos i patrzeć na Ciebie i nie wiem jak wytrzymam tych kilka miesięcy do dnia
                          ślubu, bo tak Cię KOCHAM!!" nie będę wam mówić, jaka była moja reakcja:D:D i
                          jak się na nas popatrzyli ludzie przy sąsiednich stolikach:)))mam wyrzuty
                          sumienia ,że tak wspominam , ale chcę przez tą moją i męża historię
                          powiedzieć ,że jeśli ktoś KOCHA mocno to góry może przenosić i żadna przeszkoda
                          do pokonania , by być RAZEM niestraszna:)))a co do świadków Jehowy to nie
                          chciałabym miec z nimi nic wspólnego, a nie jest to takie proste w Twoim
                          przypadku dziewojko, bo co jeśli kiedyś będą dziadkami?...będą chcieli widywać
                          wnuki i nie daj Boże urobić na własną chorą wiarę...Jestem katoliczką lecz w
                          mojej rodzinie są też i protestanci( kilka kobiet w rodzinie wyszło za mąż za
                          cudzoziemców)ale o świadkach Jehowy nikt nie ma dobrego zdania, a swoją drogą
                          to cud ,że Twojemu facetowi nic się nie przydarzyło , bo Jehowi nie uznają
                          np.transfuzji krwi i wielu jeszcze innych spornych sytuacji...eh dziewczyno
                          trzymaj się:))) głowa do góry:))) i pamiętaj ,że po burzy zawsze słońce
                          świeci,nawet jeśli ta burza trwa kilka dni i nocy z rzędu...powodzenia :):)))
                          • dziewojka eve.hq 10.08.04, 20:32
                            Droga eve.hq,
                            oj już czekam aż ta burza przeminie. Rozpłakałam się mojemu kochanemu dziś do
                            słuchawki, on ma dość moich 'pretensji', ja mam dość, że on ma dość, gdy to
                            niewyjaśnione.. jednak wyznaliśmy sobie miłość wielką, obiecaliśmy rozmowę, w
                            której powiemy wszystko, wyjaśnimy wszystko, a potem przytulimy się i wypijemy
                            lampke wina. Może nic się nie zmieni, poza tym, że wyrzucę z siebie wszystko,
                            wszystko, a i on wyjaśni mi dokładnie, wprost, bez ogródek. Bardzo go kocham.
                            Mam nadzieję wieeeeelgachną, że wszystko się ułoży. Może teraz długo już nie
                            przyjmę oświadczyn, ale ani o gram nie przestanę go kochać.
                            Zazdroszczę Ci związku Twojego (oj, ja chyba prawie wszystkim zazdroszczę :),
                            to piękne kochanie.
                            A co do religii.. Nie mam o świadkach ogólnie najgorszego zdania, choć
                            teściowie dali wiele powodów :) Sama nie jestem ani świadkiem, ani katoliczką,
                            ani protestantem.. Myślę, że z mężem stoimy na podobnym stanowisku i SAMI, bez
                            pomocy rodziców wychowamy nasze dzidzie. Jest prawdopodobne, że nasze dzieci
                            nie poznają nawet dziadków z męża strony, jeśli ci nie zaprzestaną wyznawania
                            religii z nutą niezdrowego fanatyzmu. A sam na sam z dziećmi nigdy nie pozwolę
                            im zostać :(
                            Przygnębiające.
                            Trzymam się kurczowo tego, że miłość zwycięży wszystko, doda sił do
                            wszystkiego, będzie moją wielką mocą na wieczory podobne do tego :((
                            Pozdrawiam mocno, dziewojka
                        • woman-in-love Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 12:56
                          dziewojka napisała: "

                          > Znów wyostrzam wzrok na beznadzieję sytuacji, w której się znalazłam
                          :)
                          > Rodzice mojego faceta (w zasadzie cała rodzina od paru pokoleń) to
                          świadkoie
                          > Jehowy, mój chłopak zrezygnował z tego wyznania, co także określają
                          jako 'jej
                          > (czyt. mój) wpływ'. Jest w ich wierze powszechnie przyjęte, że
                          świadkowie wiążą
                          >
                          > się między sobą. Kiedy zaczynaliśmy być razem, mój luby był
                          'świadkiem' jedynie
                          >
                          > z nazwy (ale był), już z resztą załatwiał sobie 'papiery' na odejście
                          formalne
                          > od organizacji, co jednak nie zmieniło faktu, że 'wszystko przez tą
                          'świecką
                          > babę'"




                          Tak czułam od samego początku, to przedziwne u Twojego M. zmieszanie zasad
                          religijno-sekciarskich z pragnieniem uniezależnienia sie i sięgniecia po własna
                          tożsamośc. Zbrodnicza ideologia! A dziwimy się muzułmańskim wybrykom. Defekt
                          mózgó!!! Kląć sie chce. Trzymaj sie, kochana i ucałuj czule lubego. Rodziny
                          sobie nie wybierał. Może jeszcze z tej mąki będzie chleb?
                          • woman-in-love I jeszcze jedno... 10.08.04, 13:10
                            Co was nie zniszczy, to was wzmocni, czego zyczę z całego serca! p.s. ciągle nie
                            mogę ochłonąć z wrażenia. No nie mogę!
                            • dziewojka woman 10.08.04, 20:36
                              Ja też ciągle nieochłonięta. Myśli tyle, niezrozumienia, zniechęcenia.
                              Tyle się już tego ponakładało na siebie, tych dodatkowych ciężarów!
                              Jeszcze niedawno myślałam, że weźmiemy ślub i wszystko będzie zdrowe, dobre,
                              udane, spokojne, że będzie bezpieczeństwo i szczęście niezmącone- jak teraz-
                              także przez rodzinę (wszak poślubinej oddalać nie można, będą na mnie
                              ostatecznie skazani :).
                              A tu się okazuje, że nie będzie ślubu.
                              A. Co za dni, co za koszmarne dni.
                              Jestem ZŁA.
                              Wrrr.

                              Pozdrawiam.
                        • morphea1 Re: dzień dobry woman_in_love 10.08.04, 18:19
                          Kurczę, nie masz lekko, ale wiesz , w tym wszystkim jest wspaniałe ,że ON tak
                          stoi po Twojej stronie!!
                          Z rodzicami nie musicie mieszkac- ważne jest że oboje widzicie jak świrują :)
                          WAM ma być dobrze.
                          Wczoraj napisałam , że ja odpuściłam sobie temat zaręczyn- o ja głupia nie
                          podejrzewająca niczego! Dzis się dowiedziałam że Jego najlepszy kumpel się
                          oświadczył! :( i nic go nie przerażało- ani to że nie mają pieniędzy bo oboje
                          studiują, ani to że nie mają gdzie mieszkać...:( A są ze sobą pół roku :(
                          A ja chodzę jak zbity pies...:(((( Czego ja nie mam a inne mają ze to tak łatwo
                          przychodzi? :(
                          Czy Wy też uważacie że faceci są czasem trudni do zrozumienia?

                          Dziewojka! Głowa do góry! Ja z Tobą jestem!
                          • dziewojka morphea1 10.08.04, 20:48
                            Tak, zawsze czuję, że jesteśmy 'po swojej stronie'.
                            Z maminsynkiem nie związałabym się ;) Stoimy za sobą murem.
                            Mieszkanie z rodzicami w ogóle nie wchodziło w grę, nigdy, nawet wtedy, gdy
                            jeszcze nie znałam teściów, mój kochany ma swoje mieszkanie i w nim mieliśmy
                            stawiac pierwsze kroczki (znów się zaraz rozbeczę, co za beksa matko jedyna :)

                            Ja też bardzo zazdroszczę tym, którym na drodze do całkowitej 'wspólności' nie
                            zważają na przeszkody, pobierają się i pomalutku potem wychodzą na prostą. Też
                            tak chciałam, nie wyszło, lata mijają, wszystko jest coraz trudniejsze.. Zbliża
                            się czas, że będę już musiała, po prostu, kupić dla siebie mieszkanie,
                            przygarnąć jakiegoś kota i przestać czekać jak głupia :( A niech mi sie mój
                            drań kochany wtedy oświadczy, oj, to dostanie w czapkę! :)

                            Mało rozumiem jego decyzję, boli mnie jak nie wiem, gardło mam ściśnięte,
                            rozpłakuję się bardzo szybko, bo to naprawdę wstrętne uczucie zakopywać
                            Największe Oczekiwanie, Największe Marzenie. Wstrętne uczucie. Brr..
                          • dziewojka Drogie Dziewczyny ! 10.08.04, 20:56
                            Zupełnie bezradna i trochę oszołomiona ostatnimi wydarzeniami postanowiłam
                            właśnie odetchnąć, nabrać dystansu, pocieszyć się. Pakuję już manatki, zabieram
                            koleżankę na Słowację, tak się jakoś wymyśliło.. Tatry, gorące źródła,
                            Bratysława, a potem Wiedeń tak przecież blisko.. Szybko, intensywnie z dobrym,
                            mam nadzieję, skutkiem dla ciała i dla ducha! Nigdy tam nie byłam, szykuję więc
                            sobie nie lada niespodziankę.
                            Wrócę za kilka dni i chciałabym się tu jeszcze z Wami spotykać, jeśli macie
                            ochotę oczywiście- dla paru słów otuchy, może 'kiedyś-tam' dla przeczytania "a
                            jednak się oświadczył!" :)
                            Bądźcie dzielne, silne, kochajcie, dawajcie się kochać, szukajmy dróg
                            porozumienia i niech wreszcie to życie da i mi i Wam poczucie pewności, spokoju
                            i spełniających się marzeń.
                            A jak macie ochotę to ryczcie, beczcie, płaczcie, szlochajcie, pochlipujcie i
                            wracajcie tu się wyżalić. Ja będę wracała. A ryczała będę pewnie jeszcze
                            częściej :-/
                            Tymczasem trochę świeżego powietrza w płuca. To chyba dobry pomysł.

                            Ściskam!

                            dziewojka
                            • woman-in-love wspaniałej eskapady!!! 10.08.04, 22:36
                            • ilecka Re: Drogie Dziewczyny ! 10.08.04, 23:56
                              hej, w ogole moze nie powinnam pisac, bo dczuje sie dziwnie, a mianowicie
                              popilam sobie troche. pracuje w hotelu jako barmanka, a jako ze dzisiaj nikogo
                              nie bylo, to sobie pilam, bo tez sie zdesperowalam... wczoraj pisalam ze
                              mieszkam razem z moim kochanym misiaczkiem... no niestety... moj kochany
                              misiaczek jest w wojsku i do tej pory mial pozwolenie na nocleg w domu,
                              (naprawde bliziutko do koszar) ale przedwczoraj zaspal, spoznil sie , i juz nie
                              moze spac w domu!!!! boze ja chyba sie zaplacze na smierc. ja nie potrafie spac
                              bez niego, boje sie, brakuje mi go ze szok... to dlatego sobie dzisiaj popilam
                              w pracy... wcale nie tak duzo... i teraz jeszcze bardziej chce za niego wyjsc,
                              bo wiem ile dla mnie znaczy, jak bardzo jest mi potrzebny, o boze chce zeby juz
                              skonczyl to glupie wojsko... ja nie jestem przywyczajona widziec go 10 min na
                              dzien albo nie widziec go w ogole. poznalismyu sie jako wspollokatorzy, czyli
                              od zawsze mieszkalismy razem, ja teraz juz chyba nie wytrzymam, ale wiesz co ci
                              powiem dziewojka, tak jak nie moge sie doczekac jak moj hipopotam(;P) mi sie
                              oswiadczy, tak nie moge sie doczekac jak twoj sie tobie oswiadczy!!! powaznie,
                              ja zawsze sie angazowalam w historie innych osob, naprawde chce zebys byla
                              szczesliwa...
                              :)

                              pozdrawiam najgorecej jak moge
                              iwona
                              • dziewojka wróciłam 16.08.04, 13:13
                                Dzień dobry, jestem znów. Byłam na wyprawie po Słowacji. chodziłam w nocy po
                                górach i oglądałam deszcz meteorytów, jeździłam okazją do wód termalnych,
                                sączyłam piwo z malinami i.. ciągle o nim myslałam. On jest na Łotwie,
                                zobaczymy się za parę dni. Obiecaliśmy sobie, że pogadamy raz jeszcze o naszym
                                ślubie, znów, z wciąz wiekszą otwartością i z wciąż mniejszą złością, że 'znów
                                masz jakieś pretensje'. Przynajmniej powiem, co mi na sercu leży. Że nie jestem
                                zabaweczką, że wielkich słów nie wolno rzucać na wiatr, bo boli potem.
                                To wszystko, co się stało, zniechęciło mnie do ślubu, bo bałabym się teraz, że
                                bierze go dla mnie, dla mojego szczęścia, dla mojego spokoju. To, że stracił
                                pewność (choć tu ma różne zdania w różne dni) jest jak perfidny kolec, kłuje i
                                dziobie do krwi, nie mogę nawet o tym myśleć, tracę grunt pod nogami. Lecz
                                jesli on traci pewność, to ja tym bardziej chcę ślubu później i później. Żeby
                                kiedyś nie powiedział mi, że przecież nie był pewien tak całkiem po naszej
                                kłótni, że poślubił mnie, bo tak patrzyłam tymi moimi oczkami, a teraz jednak
                                widzi, że nie tędy droga. Tego chcę uniknąć najmocniej.
                                Baaardzo mi trudno z czekaniem. Ze znoszeniem chwil zawahania. Z ciągłym
                                dawaniem czasu. A jednak słucham, jak do mnie mówi, czytam listy, zaglądam w
                                oczy i WIEM, że on chce dla mnie dobrze i że mnie kocha.
                                Musimy się podzielić ustępstwami, skoro w wielu kwestiach nie da rady
                                pogodzić "interesów" obu stron. Kocha się ze mną czasem, choć chciał czekać do
                                ślubu. Nie mieszkam z nim, bo on chce czekać do ślubu. Teraz żeby jeszcze ten
                                ślub omówić... Bo nie wiem, czy dam radę czekać kolejnych kilka lat.. Potrzebny
                                mi ciepły dom, obecność ukochanego faceta w mieszkaniu, wspólne plany, bardzo
                                mi potrzebne- inny poziom poczucia bezpieczeństwa. Teraz czuję się kochana,
                                potrzebna, nie jestem samotna, jestem chciana i ważna dla kogoś, ALE...

                                Myslałam, że z miłością jest łatwiej. Że miłość WYSTARCZA do szczęścia.

                                Droga ilecka. Ściskam Cię mocno. Też czasem popijam, kiedy spędzam
                                którąśdziesiątą noc sama. Albo gdy wracam do pustego mieszkania. I dziwię się,
                                że mojemu odpowiada ten stan.

                                I też razem z Tobą czekam, aż hipo ;) Ci się oświadczy. Kiedy tak zrobi, od
                                razu pisz tu, na forum, wyślę Wam kwiatka! :)
    • inka76 do dziewojki 16.08.04, 17:41
      ja uwazam , ze jezeli ktos kocha , naprawde kocha to nie ma dla niego zadnych
      przeszkod aby byc z ta druga osoba a wrecz do tego zmierza. tak jak teraz ty,
      prawda??? jest to twoim marzeniem i nie mozesz sie doczekac tego dnia kiedy
      formalnie bedziecie razem. przeciez on wie o tym a mimo wszystko nie stara sie
      jakos tego rozwiazac. nawet razem nie mieszkacie !!! czy aby napewno to jest
      milosc?? nie pisze tego aby cie zranic. zanam to z autopsji.jezeli chcesz
      pogadac zapraszam na skrzynke inka76@NOSPAM.gazeta.pl -pozdrawiam i zycze ci
      jak najlepiej
    • karina822 Re: do dziewojki i innych z podobnym problemem... 19.08.04, 12:32
      przeczytalam Wasza dyskusje...i stwierdzilam ze tez napisze...a noz komus
      poprawi nastroj...
      nie chce nic doradzac ani sie przemadrzac tylko podzielic sie moimi
      doswiadczeniami...
      otoz jestem mezatka od 3 miesiecy, przed slubem bylismy ze soba 2 lata, wiem ze
      to nie duzo...
      ON poprosil mnie o reke po 7 mies znajomosci, romantycznie z pierscionkiem,
      kwiatami, o polnocy w sylwestra w gorach...pieknie prawda?! Problem polegal na
      tym ze jest ode mnie starszy o 10 lat, a moi rodzice nie mieli nawet pojecia ze
      kogos mam...ukrywalismy sie bo balam sie co na to powiedza...ale nie w tym
      rzecz...
      po tych oswiadczynach ktore oczywiscie przyjelam...nie zaczelismy od razu
      planowac slubu, razem zdecydowalismy ze i owszem ale nie teraz...
      po 1,5 roku zaszlam w ciaze, to przyspieszylo bieg zdarzen, przedstawilismy
      sobie nawzajem naszych rodzicow...na poczatku szok wiadomo, ciaza ja dopiero
      zaczelam studia i wogole...ale ze moj maz ma dobra prace i mieszkanie jakos to
      przeszlo...
      Niestety chwile potem poronilam...od razu zaproponowal ze jednak nie bedziemy
      sie tak spieszyc, bo do wyznaczonego i zaklepanego w kosciele slubu zostalo
      tylko 2 miesiace i nie zdazymy wszystkiego poskladac...
      Nie spodobalo mi sie to z roznych powodow...najbardziej to dlatego ze wydalo mi
      sie ze w takim razie chcial sie zenic bo bylam w ciazy...poza tym pierwszym
      terminem byl 14 luty i tak bardzo chciallam zeby bylo takl romantycznie...
      No ale do sedna...slub odbyl sie 8 maja...i Wiecie co mam wrazenie i wtedy tez
      takie mialam, ze gdyby nie moja silna inicjatywa to nie doszloby do tego i
      teraz moglabym miec podobny problem, chociaz tak jak Ty wiem ze mnie kocha i ze
      chce byc ze mna...
      Serio musialam Go jakos tak troche namwiac na to zebyposzedl ze mna przelozyc
      date, zamowic sale itp.....czulam ze troche wymieka...boi sie ale nie chcial
      mnie ranic zwlaszcza ze juz wszyscy wiedziali...
      Na zakonczenie dodam tylko, ze kochamy sie z mezem bardzo i wszystko jest
      oki...mam czasami przeblyski ze nie bardzo chcial sie ze mna ozenic wlasnie
      wtedy, ale potem przypominam sobie oswiadczyny i wogole nasz zwiazek i tak
      sobie mysle ze ON poprostu taki jest...
      Mysle ze kazdy ROZSADNY facet ma watpliwosci, a im ten facet jest bardziej
      razsadny tym watpliwosci wieksze...
      Chyba bierze sie to z tego ze oni naprawde mysla powaznie o swojej przyszlej
      rodzinie, dzieciach...i zwyczajnie sie boja...nie znam recepty na ten strach bo
      chyba nikt jej nie zna...
      I mysle ze same wybralysmy takich mezczyzn...
      Bo w sumie to nie chcialabym miec na cale zycie faceta szalonego, ktory ozenil
      sie pod wplywem chwili, czulabym sie mniej bezpieczna (nie urazajac nikogo)...
      ps.Nie wiem czy to co napisalam jest spojne...? (mam z tym problemy)...
      Pozdrawiam serdecznie i zycze wytrwalosci...
      • karo_lina79 Re: do dziewojki i innych z podobnym problemem... 23.08.04, 20:45
        Karina,
        dzieki za tego posta, podniosłaś mnie na duchu, bo myslę, że mój chłopak jednak
        nie zechce się ze mną tak szybko ożenic i będzie kręcił i będą go gryzły
        wątpliwości...
        No ale wtedy nie pomyślę, że już mnie nie kocha... (mam nadzieję).
    • rriittaa Re: użalam się nad swoim losem ;) 23.08.04, 16:31
      witam Was serdecznie. A ja poniekąd nie mogę tego wszystkiego zrozumieć...
      Przecież oswiadczyny nie muszą oznaczać zamążpójścia... teoretycznie tak, ale
      praktycznie mozna się oświadczyć i dalej się poznawać. Przecież zaręczyny
      mozna zerwać, więc co Twojemu facetowi szkodzi kupić Ci pierścionek? Widzę trzy
      rozwiązania: 1) może wyznaję wiarę Jehowy, bo u nich zaręczyny to jak ślub 2)
      jest sknerą ???? żal mu paru złotych na wypadek, gdyby do ślubu nie doszło? 3)
      rzekoma miłość nie jest miłością???
      Wiem jedno - masz teraz trudny orzech do zgryzienia i lepiej żeby Twój facet
      teraz sie nie oswiadczał, bo zawsze może ci towarzyszyć przekonanie ze
      wymusiłaś to. Natomiast jeśłi odmówisz to kółko sie zamknie i on znowu nie
      będzie maiał ochoty sie zaręczać i historia sie powtórzy...
      A propo rodziców, zastanów się nad tym, bo on moze byc po prostu wściekły na
      nich że tak ingerują w jego życie, ale tak naprawdę może ich kochać i cierpieć
      bardziej niz Ci sie wydaje. a jak znam facetów - nie przyzna się do tego. A
      może czeka z tymi oswiadczynami, bo ma nadzieje że jednak stosunki z rodzicami
      jakoś sie ułożą??
      • jkatnik Re: użalam się nad swoim losem ;) 23.08.04, 20:17
        A moim zdaniem zaręczyny to już prawie ślub i zaręczenie się z założeniem, że
        przecież można je zerwać, to jak wychodzenie za mąż zakładając, że przecież w
        każdej chwili można się rozwieść.
        Dla mnie takie zaręczyny nie mają żadnej wartości.
    • dziewojka KRYZYS 23.08.04, 21:43
      Runęły misternie budowane pokłady optymizmu,
      cierpliwości, spokoju, radsnego oczekiwania.

      Mam dość.

      Chyba się sama oświadczę.
      • ilecka Re: KRYZYS 23.08.04, 22:04
        dziewojka co sie stalo??
        pisz szybko... jestem z toba!!
      • morphea1 Re: KRYZYS 23.08.04, 23:19
        Dziewojka- to po tym poście nowym? :)

        Sloneczko, zaciśnijmy zęby razem- i ja i Ty ... i poczekajmy...
        Ja też nie mam pierscionka na palcu a o nim słyszę już od zimy...już nawet
        poszliśmy je obejrzeć :( Za pierwszym razem to było nawet fajne- bo sobie myślę-
        pewnie na Walentynki! jak nic na Walentynki!
        Za drugim byłam podejrzliwa...ale zblizaly sie moje urodziny - On wystartowal
        ze slicznym malenkim pudeleczkiem - a ja ? Ręce mi drżały...a tam ...kolczyki :
        (
        za trzecim miałam dość- po co mnie zabiera na takie stoiska? Myśli że mi
        lepiej?!

        Dziewojka, sama nie jesteś- mi jest łatwiej odkąd jestem na tym forum, odkąd
        wiem ,że nie jestem osamotniona w swoich rozmyślaniach... I zbliża się kolejna
        data ważna dla nas i ja myślę znów- że może tym razem... :(
        Głupiutka ja... :(
        Głowa do góry , Dziewojka!
        Miałam Cie pocieszyć, ale chyba mi nie wyszło...
        • anula36 Re: KRYZYS 23.08.04, 23:27
          oswiadcz sie dziewczyno,on sie wykreci,albo wprost powie nie i moze ci wreszcie
          spadna klapki!!!
    • karina822 Re: użalam się nad swoim losem ;) 24.08.04, 10:24
      zgadzam sie z poprzedniczka...albo woz albo przewoz...
      zawsze to lepiej miec jasna sytuacje...a wogole to mysle ze jezeli az tak
      bardzo Ci na tym zalezy to powinnas mu to powiedziec bez skrepowania, ze
      bardzo, bardzo tego pragniesz...
      mysle ze to nie bylby taki duzy problem gdyby wlasnie nie rodzice, bo z Twoich
      wypowiedzi wynika, ze uwazasz ze cala ta afera z nimi nie szkodzi Waszemu
      zwiazkowi, ja jednak sadze (j.w.) ze to jednak jest powazny problem...Twoj
      chlopak napewno bardzo to przezywa...i bardzo by chcial zeby jednak bylo
      normalnie... niedzielne obiaki u tesciow itp. (moj maz tez kiedys nie
      przykladal wagi do tego co sadze o jego mamie, ale teraz widze jaki jest
      szczesliwy kiedy sobie z nia rozmawiam...swoja droga spoko kobieta)
      I jedyne co Ci moge poradzic to jednak to zebys moze jeszcze sprobowala,
      oczywiscie w miare mozliwosci...
      jeszcze raz pozdrawiam i nie lam sie...bedzie good
      • giovanita Re: użalam się nad swoim losem ;) 24.08.04, 15:43
        Dziewczyny, a może jednak nie nalegać? Może pokazać, że wam też nie zależy?
        Miałam w życiu dwa doświadczenia z tym związane. Jeśli pozwolicie opowiem.

        Miałam chłopaka, chodziliśmy ze sobą 5 lat. Jak ja nie chciałam z nim być to on
        strasznie nalegał, taki był zakochany. W końcu planujemy ślub, który oczywiście
        był moją inicjatywą bo ile można ze sobą chodzić. Dwa miesiące do ślubu a on mi
        mówi ze on jest pewien i może ślub odłużmy. Ja w ryk, no bo jak to wszystko już
        zorganizowane, ja go tak kocham on mnie więc na co czekać. Jego ojciec
        porozmawiał z nim i do ślubu jednak doszło. No cóż, jednak okazało się że nikt
        do ślubu przymuszany być nie powinien. Małżeństwo nasze nie przetrwało, choć
        wszyscy na około mówili - jak to możliwe, tak bardzo był w Tobie zakochany. No
        cż, widocznie nie aż tak bardzo.

        Po tym wszystkim było mi bardzo ciężko. Tym bardziej, ze zostawił mnie dla
        innej kobiety z którą ożenił się rok po naszym rozwodzie. Odbiłam się jednak od
        dna, poznałam cudownego faceta. Gdybym wiedziała, że go spotkam nie
        wychodziłabym za tamtego. Nie mniej jednak powiedziałam mu, że nigdy ślubu bo
        to do niczego nikomu nie jest potrzebne. Zamieszkaliśmy razem a ja uparcie
        twierdziłam - w żadnym wypadku ślub. A on mnie namawiał, prosił, tłumaczył.
        Zaczęłam się łamać. Jak ja w końcu zaczęłam o tym mówić to on zaczął używać
        moich wcześniejszych argumentów - do czego nam ślub, przecież niczego nie
        zmienia a skoro niczego nie zmienia to po co go brać. Ostatecznie oświadczył mi
        się pod naporem własnej matki i dziś jestesmy 3 miesiące po ślubie. On chciał
        być ze mną ale myślę, że najbadziej jednak bał się zobowiazania i tego braku
        możliwości ucieszki. Chyba dopiero spasował jak doszedło do tego, że małżeństwo
        to też nie jest taka umowa raz na zawsze, że zawsze trzeba o tego drugiego
        człowieka dbać i o to uczucie które jest między dwojgiem ludzi.

        Nie umiem nic doradzić. Czasami pomaga przymuszenie czasami nie.
    • dziewojka PO KRYZYSIE :) 01.09.04, 10:03
      Moje kochane Panie.
      Ileż to razy mądrowałam się tu, że to takie wazne rozmawiać, mówić sobie
      wszystko otwarcie, całkiem uczciwie opowiadac o swoich przekonaniach,
      uczuciach, przemyślunkach..
      Tymczasem sama nie wpadłam na to, żeby powiedzieć mu dokładnie jeszcze raz
      wszystko. Że dobrze, że przełżmy na nowo ślub, że dobrze, przedłużę swoją umowę
      o mieszkanie na kolejny rok, tylko że ja potrzebuję żeby mi się oświadczył, dla
      spokoju, dla radości, dla jakiegoś- z niewiadomych powodów tak ważnego dla mnie-
      gestu oddania.
      Miałam kryzys. Było mi smutno już za mocno. Wsiadłam więc do pociągu,
      pojechałam do niego (akurat byliśmy daleko od siebie), i powiedziałam mu całe
      moje wszystko...
      A on mnie pogłaskał i powiedział- nie wiedziałem, że tak bardzo to dla Ciebie
      ważne. I powiedział- nie mam pieniędzy na najpiękniejszy pierścionek, a mniej
      pięknego nie chcę Ci włożyć na rękę. I powiedział jeszcze- dobrze kochana,
      przyspieszę, nie czekam dlatego, że nie jestem pewien, czekam dlatego, że mam
      piękny plan. Ale skoro ponaglasz.. :)
      A potem nie oderwaliśmy się od siebie przez kilka dni.

      Jestem szczęśliwa. O tak, dzisiaj jestem naprawdę szczęśliwa :))

      Nie przestaję się uśmiechać, pomogło mi to już załatwić sprawy u dziekana i
      chyba dostać pracę, tym bardziej jestem szczęśliwa! I tak ciągle szczęśliwa
      czekam, aż padnie mi u stóp i zapyta .. "Czy zechcesz..?"
      Pewność tej miłości mamy oboje, nie nazywam więc tego oczekiwania naiwnym.
      Tylko.. przydługawym :))))

      P.S. A najchętniej to bym mu dołożyła do tego najpiękniejszego pierścionka,
      byleby już, byleby jak najprędzej :)))
      Jestem Bardzo- Zakochaną- Kobietą.

      Z niektórymi z Was już doczekałam oświadczyn, z niektórymi z Was czekam wciąż.
      Jeszcze trochę i wszystkie będziemy już opierścionkowane i oświadczone i to
      będzie Bardzo Dobry Czas!

      Ściskam i pozdrawiam najcieplej,
      Dziewojka
      • karo_lina79 Re: PO KRYZYSIE :) 01.09.04, 10:26
        Cieszę się, że jestem pierwszą, która może Ci pogratulować!
        Bardzo się cieszę, aż mi łzy ze wzruszenia w oczach błysnęły, gdy to czytałam.
        Życzę Wam obojgu wszystkiego najlepszego!!!
        I naprwdę pięknego pierścionka;)
        Buziaki,
        Karola
      • morphea1 Re: PO KRYZYSIE :) 01.09.04, 20:41
        Witaj Dziewojko!
        Alez milo przeczytać coś tak optymistycznego - wyczekwiałam kiedy się
        odezwiesz, bo na kilka dni zniknęłaś nam z forum- teraz rozumiem dlaczego... :)
        Dziewojko, cieszę się razem z Tobą- jesteś niesamowicie wrażliwą kobietką i tak
        się cieszę , ze sobie tak porozmawialiście słodko !
        A to co Twoj Mężczyzna powiedział- ach, łezka się w oku kręci!
        Jeszcze raz - cieszę się ogromnie Twoim szczęściem!
        Całuski przesyłam Ci gorące!
        • dziewojka do morphei 01.09.04, 21:26
          Ty nie myśl, moja droga, że ja nie pamiętam, że my to jakbyśmy razem czekały :))
          Dużo mi z tym raźniej i dzielna jestem, i przyznam, że całkiem przyjemne jest
          oczekiwanie także na cudze zaręczyny!! :)
          Jak pisałam, mój dobry humor po rozmowie z moim lubym i wyjaśnieniu kilku
          podstawowych kwestii taki mi wymalował rogal na buzi, że załatwiam wszystko od
          razu, że realizuję bez problemów każdy swój plan, m.in. dostałam pracę, więc
          znów zniknę na jakiś czas, bo doświadczenia w tej pracy nie mam najmniejszego i
          czuję, że może być opornie na początku :) Ale będę zaglądała na pewno co jakiś
          czas i mam nadzieję, że nie omieszkasz ogłosić wszem i wobec, gdy pierścionek
          będziesz miała na ręku zaręczynowy! Dobrze? Ja też ogłoszę, za miesiąc może,
          może za dwa, może za trzy.. :)
          Pozdrawiam ciepło!
    • jezdodomu Re: użalam się nad swoim losem ;) 01.09.04, 10:30
      Mój przypadek jest nico inny, bo mój ukochany nie chce ślubu i trudno
      powiedzieć dlaczego... Akurat na kłótnie nie reaguje w ten sposób, ale nie ma
      do mnie zaufania, a moim zdaniem to najważniejsze, taka podstawa związku.
      Myślę, że u Twojego mężczyzny to poprostu taki chwilowy bark zaufania, że mino
      jakis drobnych problemów związek sie uda. Jesli chodzi o ta kłótnie to sprawa
      jeste trudniejsza niz myślisz. 1. Gdy kłotnia jest o sprawę, do któtej
      doszliscie później do porozumienia to ok.
      2. Gdy kłotnia jest o sprawę, która nie została do końca wyjaśniona, lub
      wyjaśnona niedostatycznie - to Twój ukochany może czuc się niepewnie.
      Może spróbuj pogadać na temat "punktów krytycznych" Waszego związku. I pomaga
      jeszcze 1 - rozmowa na temat przyszłego domu - Podziału obowiązków, wystroju -
      będzie na początku mniej pretekstów do nieporozumień.
      Pozdrawiam :)
    • agnsoc5 Re: użalam się nad swoim losem ;) 01.09.04, 17:11
      Bardzo fajny watek. az lzej, ze jest nas tyle.
      ja mieszkam z facetem pol roku, znamy sie rok. Moze to za wczesnie by myskec
      konkretnie o slubie?? Albo o zareczynach?? ( mamy po 30 lat...)
      ale to upokarzajace zebym ja zaczynala ten temeat, no nie?? Jak sprawic by on
      zaczal???:)))
      • dziewojka agnsoc 01.09.04, 17:27
        Droga agnsoc!
        Znam Cię już z innego wątku i- według mnie- zanim zacznie się rozmawiać o
        ślubie, wspólnej przyszłości, dobrze jest ułożyć tą bazową, podstawową wizję
        już dzielonego życia- dzieci, zarobkowanie, odpowiedzialność... Z resztą, wiesz
        sama o tym dobrze :)
        Wtedy właśnie już wiadomo, czy z tą osobą można spędzić całe wszystko.
        A jeśli mozna, to cudownie i start ma sie pewny i bezpieczny, bo wiesz wtedy,
        że tuż po ślubie mąż nie posadzi Cię w domu, nie każe rodzić dzieci i gotować
        albo na przykład sam nie usiądzie kładąc Ci na barki cały ciężar utrzymania i
        wychowania rodziny. Bo wiesz, na czym stoisz i czy tego właśnie chcesz.
        Rzecz jasna, zawsze jest jakaś doza elastyczności w miłości, cżłowiek się
        zmienia, zmieniają się jego wizje, marzenia, ale podstawowa baza, podstawowe
        sprawy związane ze wspólnym zyciem, to ja myślę, że trzeba zanim powie się o
        ślubie.

        Achhhh, co ja sie tak mądruję.
        Mój kochany powiedział mi, że chce żebym była kiedyś jego żoną w pierwszych
        dniach znajomości :) A z ustalaniem podwalin do wspólnego życia (dzieci, praca,
        obowiązki) to dopiero mieliśmy problemy!
        Ale jednak podwaliny jako tako określone, chcemy żyć razem jak niczego innego,
        teraz tylko niech zapyta, czy zechcę... :)

        Pozdrawiam serdecznie!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka