jkatnik
25.08.04, 09:25
Tak się ostatnio zastanawiam czy miłość małżeńska jest podobna do rodzicielskiej.
Oczywiście nie twierdzę, że męża czy żonę kocha się w ten sam sposób co
rodziców czy dzieci, ale zastanawia mnie czy ta miłość jest też taka bezwzględna.
Bo przecież rodziców ani dzieci sobie nie wybieramy. Kochamy ich takimi jacy
są, niezależnie od tego czy są brzydcy czy ładni, zarozumiali czy przemądrzali.
Natomiast o małżeństwie decyduje wiele spraw, nie tylko miłość. Ważne jest czy
się dogadujemy, rozumiemy, cenimy.
Mój mąż jest dla mnie ideałem. Chciałam żeby został moim mężem jeszcze zanim
go pokochałam. Jestem z nim nie tylko dlatego, że go kocham (choć kocham go
najbardziej na świecie) ale też dlatego, że jest mądry, dobry, uczciwy,
odpowiedzialny, inteligentny, ma poczucie humoru i wiele innych cech.
Zawsze mi się wydawało, że to jest ważne, żeby cenić drugą osobę za jej charakter.
Ostatnio mój mąż powiedział mi, że jestem zarozumiała i że mu się to we mnie
nie podoba. Później przy okazji wyszło, że mam jeszcze kilka innych
negatywnych cech, które on dostrzega i uważa za zle. Ale z drugiej strony
powiedział, że mnie kocha i to nie ma znaczenia jaka jestem.
Ja się popłakałam, że przecież miłość to nie wszystko i że jeżeli on teraz
widzi we mnie tyle wad, to co będzie jak za kilka lat już nie będzie mnie tak
kochał i wtedy mu to zacznie przeszkadzać.
A on się zdziwił, że niby dlaczego miałby mnie przestać kochac.
I tak sobie teraz myśle... Z jednej strony wydawało mi się, że to naturalne,
że miłość po jakimś czasie słabnie i ludzie przestają się kochać, ale może po
prostu za dużo się w ostatnich czasach mówi o rozwodach i nieudanych małżeństwach.
Bo przecież z drugiej strony żyłam przez 20 lat z rodzicami i siostrą i nie
przestałam ich ani trochę kochać. A mają mnóstwo wad, które dostrzegam i
uważam za złe. I nie wyobrażam sobie np. przestać kochać moją mamę. I nigdy by
mi nie przyszło do głowy zmienić moją siostrę na inną.
Więc może z małżeństwem też tak może być? Może podstawą jest świadomość
nierozerwalności więzów. Mój mąż pochodzi z rodziny, gdzie małżeństwo jest
świętością. Nie spotkał się wśród bliskich z żadnymi rozwodami. W ogóle nie
uznaje czegoś takiego jak rozwód (i to nie ze względów religijnych, bo jego
rodzina nie należy do bardzo religijnych).
Ja z kolei zetknęłam się z rozwodami. Moja ciotka jest obecnie w separacji.
Moi rodzice też nie są wzorowym małżeństwem. W ogóle z pokolenia moich
rodziców, znam tylko jedną parę, po której widać, że ciągle się kochają.
Więc może to wszystko jest uwarunkowane kulturowo? Więc może naprawdę można
się kochać bezwarunkowo do końca życia? Może po prostu miałam pecha, że nie
spotkałam zbyt wielu ludzi, którzy po 30 latach małżeństwa dalej darzą się
miłością?
Bo ja czasem sobie myślę, że przecież wszyscy dookoła przestają się kiedyś
kochać, więc co niby ma czynić moje małżeństwo takim wyjątkowym? Ale teraz
sobie pomyślałam, że może mam po prostu złe wzorce...
A co Wy o tym myślicie? Wierzycie w miłość do końca życia? Znacie szczęśliwe
pary z długoletnim stażem?
Pozdrawiam i czekam na Wasz opinie
Asia
P.S. Ale mi się zebrało na przemyślenia z rana:) Dziękuję, jak komuś się
chciało doczytać do końca.