harry_p_otem
16.12.08, 13:23
Doszukiwanie sie Zyda w Synu Bozym to najwieksza z mozliwych
herezja !
Mam kolezke Jozka, ktory tez lubi moczyc "kija". Jozek sam nie wie
dlaczego zostal w Kanadzie. Moze dlatego ze sierota, ze nikt na
niego w Polsce nie czekal. A moze dlatego ze chcial poprobowac
szczescia? Sam sobie pokazac co potrafi.
W Polsce mozliwosci wielkich nie mial. Chociaz i tu na poczatku
takze jakos niesporo mu szlo. Nigdzie miejsca na dluzej nie mogl
zagrzac. Wszystko takie inne, takie obce. No i ta dokuczliwa
samotnosc. Tyle tylko ze swiecie wierzyl, ze kiedys musza nastac
lepsze dni dla niego. Przeciez slonce i jemu musi kiedys zaswiecic -
rozumowal.
Wiodl zywot raczej koczowniczy - czasami, mialo to i dobre strony.
Dzieki temu poznal kawal Kanady. A ze w Polsce w technikum
przygotowali go dobrze do zawodu, na kazdej budowie zaraz na nim sie
poznawali. Jest ciesla-stolarzem. Zawsze o nim mowili ze ma zlote
rece, wiec na brak roboty nie narzekal.
Calkiem niezle zarabial i odlozyl sporo gotowizny. Nawet uzywanego
vana sobie sprawil, a jakze! Ale, do szczescia mu daleko bylo. W
przeciwienstwie do kumpli z
budowy - jemu najbardziej brakowalo wsi. Oni z niej uciekli a on do
niej tesknil. Do zapachu ziemi wiosna, do smaku jagod, do widoku pol
i ukochanych gor, do swojskich odglosow chudoby. Do tego powolnego,
nieskomplikowanego zycia, nawet jesli pelnego plotek i zabobonow.
Miasto, owszem jest oki, ale nie dla niego. W swoich wedrowkach po
kanadyjskich budowach zdazyl zjesc z pol tony pizzy, hamburgerow i
kurczakow z rozna. Opil sie colami i innymi swinstwami az mu sie
uszami przelewalo. A tymczasem, wolalby pajde razowego chleba ze
smalcem, kawal kielbasy pachnacej jalowcem, grochowke czy chocby
golonke z klakami.
Nie mial bliskich kolegow bo nie interesowaly go knajpy, dyskoteki
ani podrywanie dziewczyn. On ma czas - on poczeka na cos lepszego.
Doczekal sie. Poszedl na polski piknik. Przy stoisku z pierogami
poznal Marysie. Sympatyczna, mila w obejsciu ale powazna dziewczyne.
Zaraz sie zgadali ze sa z
Podkarpacia. Przegadali reszte dnia. Marysia pracowala na farmie u
starych Ukraincow.
Powiedziala ze smiechem, ze tylko z nimi moze sie tutaj dogadac bo
jezyk angielski wymyslil ktos tylko po to azeby ludziskom zycie
skomplikowac. Jozek nagle poczul sie strasznie wazny on juz calkiem
niezle dawal sobie z tym rade. Budowa to najlepsza szkola jezykow
obcych.
Wieczorem odwiozl Marysie na farme. Jej chlebodawcy, panstwo
Hrynczuki, przyjeli go jak starego znajomego. Zaprosili do stolu na
wspolna wieczerze. A on odrazu wiedzial ze ta farma to jest wlasnie
to! To, czego od lat daremnie poszukiwal. No i mial fart.
Bo Hrynczuki mieli duza hodowle kwiatow inspektowych, sady, duza
uprawe badyli i stale poszukiwali pracownikow.
Ich wlasne dzieciaki uciekly do miasta. Zamienily kombajn na
komputer.
Placili wprawdzie nie duzo, ale za to dawali mieszkanie, robocze
ubranie i jedzenia wbrod.
Zgodzil sie bez chwili wahania.
Maryska byla dla niego serdeczna, bezposrednia i uczynna. Prala i
naprawiala jego rzeczy. Nawet cerowala skarpety, czego dzisiaj nikt
juz nie robi. Po pracy chodzili na dlugie spacery. W niedziele
jezdzili razem do kosciola. Jozek szybko sie zorientowal, ze Maryska
chociaz sie smieje, przekomarza i zartuje, to jednak wyraznie
utrzymuje dystans. Co nie przeszkadzalo, ze przywiazal sie do niej
jak do rodzonej siostry. Byl na kazde jej zawolanie, i choc to
dziwne - ale podrywa jakos dziwnie nigdy nie przeszla mu przez
glowe.
Po kilku tygodniach, mimo, ze nikt tu nie bywal, nikt sie kolo niej
nie krecil, bylo juz widoczne, ze Maryska jest w ciazy. Chociaz
skrecalo go z ciekawosci, nigdy nie
zdobyl sie na odwage azeby ja zapytac kto jest ojcem dziecka. A
Maryska kwitla. I, nie tylko nie wstydzila sie swego stanu, lecz
wprost przeciwnie - glowe nosila
podniesiona wysoko - godnie, z dziwna i niezrozumiala, majestatyczna
duma.
Jozek cieszyl sie kiedy zachwycala sie cacuszkami, ktore dla jej
dziecka wystrugiwal z drewna. Grzechotki, wiatraczki i rozne
zwierzaczki jak zywe wyrastaly z pod jego zwinnych palcow. W "Toys-R-
Us" czy w Walmart sie takich sie nie kupi. Zrobil tez sliczna
kolyske na biegunach. Cala malowana w malwy, sloneczniki, maki i
blawatki. Tego tez dzisiaj nikt juz nie robi i pewnie zrobic by nie
potrafil.
Pozna jesienia odeszli sezonowi pracownicy. Hrynie zatrzymali tylko
Jozka i Maryske. Maryska pomimo zaawansowanej ciazy uwijala sie jak
w ukropie a Jozek od
pierwszej chwili zostal prawa reka starego farmera. Bylo mu milo
uslyszec od sasiada, ze stary Hryn wszedzie opowiada, ze takich
pracownikow jeszcze w zyciu nie mial. Ze gdyby w Kanadzie bylo
wiecej takich, jak ci jego Polacy to kraj oplywalby mlekiem i miodem
a w miastach nie byloby bezdomnych.
Maryska spodziewala sie rodzic gdzies pod koniec grudnia, ale uparla
sie rodzic na farmie. Za nic nie chciala rodzic w szpitalu. Liczyla
na pomoc starej Hryniowej i
przerazila sie nie na zarty, kiedy ta oswiadczyla, ze oni w polowie
miesiaca wybieraja sie na dwa tygodnie do corki w Manitobie. Dodala
jeszcze ze bez obaw i z
calym zaufaniem zostawiaja ich na swoim gospodarstwie.
Tak wiec zostali sami, nie liczac dwoch psow i kota Mruczka.
Maryska zrobila sniadanie, ktorego juz nie zjadla. Miala bole. Jozka
oblecial strach. Tyle nasluchal sie o komplikacjach porodowych, a
oni mieszkali przeciez na kompletnym zadupiu. Widzial wprawdzie jak
sie rodza zwierzeta, ale to przeciez nie jest to samo.
Poczal namawiac Maryske azeby, mimo niezumialych uprzedzen,
pozwolila zawiezc sie do szpitala. Przekonal, albo Maryska nie byla
juz tak pewna siebie. Dosc, ze sie zgodzila. Kiedy ona poszla
spakowac potrzebne jej rzeczy, Jozkowi zaczelo wszystko z rak
leciec. Zdolal jednak zrobic stos kanapek na droge, napelnic
termosy, nie zapomnial o kilku butelkach wody. Przygotowal zarcie
dla zwierzat. Spakowal swoja sfatygowana torbe, wzial radio na
baterie, nawrzucal mnostwo kocy i poduszek do vana. I liczac na to
ze pogoda sie utrzyma, ruszyli w droge. Maryska pojekiwala, psy
szczekaly, kot szalal w wiklinowym koszu na bielizne a radio ryczalo
jakims okropnym rockiem. Ta kakofonia nie dzialala kojaco na jego i
tak juz rozdygotane nerwy.
Po pol godzinie jazdy zerwala sie sniezna burza. Wycieraczki nie
braly. W mgnieniu oka biel pokryla droge. Musial zwolnic do zolwiej
szybkosci. Nie widac bylo gdzie konczy sie droga, gdzie row a gdzie
zaczynaja pola. Dobrze, ze znal te droge na pamiec i mogl jechac na
wech. Dojechal do bialego domu, w ktorym miescil sie urzad pocztowy.
Jozek nie mial komorki, chcial stamtad zadzwonic do szpitala po
instrukcje. Maryska, nie wiadomo po co, gramolila sie wlasnie z
vana, kiedy on
dzwonil do drzwi. Kobieta, ktora mu drzwi otworzyla, spojrzala tylko
na wykrzywiona bolem twarz Maryski i bez slowa zatrzasnela je
Jozkowi przed nosem. Niezrazony, przeskoczyl plotek i zapukal do
drzwi sasiedniego domu. Pospiesznie zaciagnieta kotara w oknie byla
niema odpowiedzia na jego kolatanie.
Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz
chcial zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie.
Chodzil od domu do domu ale, jak
poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez
byl obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty
chlop jak dab, w kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce
w strone ich domu - mogl wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie
napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w dalsza droge. Maryska jeczala
coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w zimie powinien byl byc
pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim miejsca ale
nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal
sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji. Tam telefon