Dodaj do ulubionych

Boze Narodzenie

16.12.08, 13:23
Doszukiwanie sie Zyda w Synu Bozym to najwieksza z mozliwych
herezja !

Mam kolezke Jozka, ktory tez lubi moczyc "kija". Jozek sam nie wie
dlaczego zostal w Kanadzie. Moze dlatego ze sierota, ze nikt na
niego w Polsce nie czekal. A moze dlatego ze chcial poprobowac
szczescia? Sam sobie pokazac co potrafi.
W Polsce mozliwosci wielkich nie mial. Chociaz i tu na poczatku
takze jakos niesporo mu szlo. Nigdzie miejsca na dluzej nie mogl
zagrzac. Wszystko takie inne, takie obce. No i ta dokuczliwa
samotnosc. Tyle tylko ze swiecie wierzyl, ze kiedys musza nastac
lepsze dni dla niego. Przeciez slonce i jemu musi kiedys zaswiecic -
rozumowal.
Wiodl zywot raczej koczowniczy - czasami, mialo to i dobre strony.
Dzieki temu poznal kawal Kanady. A ze w Polsce w technikum
przygotowali go dobrze do zawodu, na kazdej budowie zaraz na nim sie
poznawali. Jest ciesla-stolarzem. Zawsze o nim mowili ze ma zlote
rece, wiec na brak roboty nie narzekal.
Calkiem niezle zarabial i odlozyl sporo gotowizny. Nawet uzywanego
vana sobie sprawil, a jakze! Ale, do szczescia mu daleko bylo. W
przeciwienstwie do kumpli z
budowy - jemu najbardziej brakowalo wsi. Oni z niej uciekli a on do
niej tesknil. Do zapachu ziemi wiosna, do smaku jagod, do widoku pol
i ukochanych gor, do swojskich odglosow chudoby. Do tego powolnego,
nieskomplikowanego zycia, nawet jesli pelnego plotek i zabobonow.
Miasto, owszem jest oki, ale nie dla niego. W swoich wedrowkach po
kanadyjskich budowach zdazyl zjesc z pol tony pizzy, hamburgerow i
kurczakow z rozna. Opil sie colami i innymi swinstwami az mu sie
uszami przelewalo. A tymczasem, wolalby pajde razowego chleba ze
smalcem, kawal kielbasy pachnacej jalowcem, grochowke czy chocby
golonke z klakami.
Nie mial bliskich kolegow bo nie interesowaly go knajpy, dyskoteki
ani podrywanie dziewczyn. On ma czas - on poczeka na cos lepszego.

Doczekal sie. Poszedl na polski piknik. Przy stoisku z pierogami
poznal Marysie. Sympatyczna, mila w obejsciu ale powazna dziewczyne.
Zaraz sie zgadali ze sa z
Podkarpacia. Przegadali reszte dnia. Marysia pracowala na farmie u
starych Ukraincow.
Powiedziala ze smiechem, ze tylko z nimi moze sie tutaj dogadac bo
jezyk angielski wymyslil ktos tylko po to azeby ludziskom zycie
skomplikowac. Jozek nagle poczul sie strasznie wazny on juz calkiem
niezle dawal sobie z tym rade. Budowa to najlepsza szkola jezykow
obcych.
Wieczorem odwiozl Marysie na farme. Jej chlebodawcy, panstwo
Hrynczuki, przyjeli go jak starego znajomego. Zaprosili do stolu na
wspolna wieczerze. A on odrazu wiedzial ze ta farma to jest wlasnie
to! To, czego od lat daremnie poszukiwal. No i mial fart.
Bo Hrynczuki mieli duza hodowle kwiatow inspektowych, sady, duza
uprawe badyli i stale poszukiwali pracownikow.
Ich wlasne dzieciaki uciekly do miasta. Zamienily kombajn na
komputer.
Placili wprawdzie nie duzo, ale za to dawali mieszkanie, robocze
ubranie i jedzenia wbrod.
Zgodzil sie bez chwili wahania.

Maryska byla dla niego serdeczna, bezposrednia i uczynna. Prala i
naprawiala jego rzeczy. Nawet cerowala skarpety, czego dzisiaj nikt
juz nie robi. Po pracy chodzili na dlugie spacery. W niedziele
jezdzili razem do kosciola. Jozek szybko sie zorientowal, ze Maryska
chociaz sie smieje, przekomarza i zartuje, to jednak wyraznie
utrzymuje dystans. Co nie przeszkadzalo, ze przywiazal sie do niej
jak do rodzonej siostry. Byl na kazde jej zawolanie, i choc to
dziwne - ale podrywa jakos dziwnie nigdy nie przeszla mu przez
glowe.

Po kilku tygodniach, mimo, ze nikt tu nie bywal, nikt sie kolo niej
nie krecil, bylo juz widoczne, ze Maryska jest w ciazy. Chociaz
skrecalo go z ciekawosci, nigdy nie
zdobyl sie na odwage azeby ja zapytac kto jest ojcem dziecka. A
Maryska kwitla. I, nie tylko nie wstydzila sie swego stanu, lecz
wprost przeciwnie - glowe nosila
podniesiona wysoko - godnie, z dziwna i niezrozumiala, majestatyczna
duma.

Jozek cieszyl sie kiedy zachwycala sie cacuszkami, ktore dla jej
dziecka wystrugiwal z drewna. Grzechotki, wiatraczki i rozne
zwierzaczki jak zywe wyrastaly z pod jego zwinnych palcow. W "Toys-R-
Us" czy w Walmart sie takich sie nie kupi. Zrobil tez sliczna
kolyske na biegunach. Cala malowana w malwy, sloneczniki, maki i
blawatki. Tego tez dzisiaj nikt juz nie robi i pewnie zrobic by nie
potrafil.

Pozna jesienia odeszli sezonowi pracownicy. Hrynie zatrzymali tylko
Jozka i Maryske. Maryska pomimo zaawansowanej ciazy uwijala sie jak
w ukropie a Jozek od
pierwszej chwili zostal prawa reka starego farmera. Bylo mu milo
uslyszec od sasiada, ze stary Hryn wszedzie opowiada, ze takich
pracownikow jeszcze w zyciu nie mial. Ze gdyby w Kanadzie bylo
wiecej takich, jak ci jego Polacy to kraj oplywalby mlekiem i miodem
a w miastach nie byloby bezdomnych.

Maryska spodziewala sie rodzic gdzies pod koniec grudnia, ale uparla
sie rodzic na farmie. Za nic nie chciala rodzic w szpitalu. Liczyla
na pomoc starej Hryniowej i
przerazila sie nie na zarty, kiedy ta oswiadczyla, ze oni w polowie
miesiaca wybieraja sie na dwa tygodnie do corki w Manitobie. Dodala
jeszcze ze bez obaw i z
calym zaufaniem zostawiaja ich na swoim gospodarstwie.

Tak wiec zostali sami, nie liczac dwoch psow i kota Mruczka.

Maryska zrobila sniadanie, ktorego juz nie zjadla. Miala bole. Jozka
oblecial strach. Tyle nasluchal sie o komplikacjach porodowych, a
oni mieszkali przeciez na kompletnym zadupiu. Widzial wprawdzie jak
sie rodza zwierzeta, ale to przeciez nie jest to samo.
Poczal namawiac Maryske azeby, mimo niezumialych uprzedzen,
pozwolila zawiezc sie do szpitala. Przekonal, albo Maryska nie byla
juz tak pewna siebie. Dosc, ze sie zgodzila. Kiedy ona poszla
spakowac potrzebne jej rzeczy, Jozkowi zaczelo wszystko z rak
leciec. Zdolal jednak zrobic stos kanapek na droge, napelnic
termosy, nie zapomnial o kilku butelkach wody. Przygotowal zarcie
dla zwierzat. Spakowal swoja sfatygowana torbe, wzial radio na
baterie, nawrzucal mnostwo kocy i poduszek do vana. I liczac na to
ze pogoda sie utrzyma, ruszyli w droge. Maryska pojekiwala, psy
szczekaly, kot szalal w wiklinowym koszu na bielizne a radio ryczalo
jakims okropnym rockiem. Ta kakofonia nie dzialala kojaco na jego i
tak juz rozdygotane nerwy.

Po pol godzinie jazdy zerwala sie sniezna burza. Wycieraczki nie
braly. W mgnieniu oka biel pokryla droge. Musial zwolnic do zolwiej
szybkosci. Nie widac bylo gdzie konczy sie droga, gdzie row a gdzie
zaczynaja pola. Dobrze, ze znal te droge na pamiec i mogl jechac na
wech. Dojechal do bialego domu, w ktorym miescil sie urzad pocztowy.
Jozek nie mial komorki, chcial stamtad zadzwonic do szpitala po
instrukcje. Maryska, nie wiadomo po co, gramolila sie wlasnie z
vana, kiedy on
dzwonil do drzwi. Kobieta, ktora mu drzwi otworzyla, spojrzala tylko
na wykrzywiona bolem twarz Maryski i bez slowa zatrzasnela je
Jozkowi przed nosem. Niezrazony, przeskoczyl plotek i zapukal do
drzwi sasiedniego domu. Pospiesznie zaciagnieta kotara w oknie byla
niema odpowiedzia na jego kolatanie.

Pojechali dalej. Po nastepnej pol godzinie dobili do wioski. Teraz
chcial zapytac o lekarza bo czul ze do szpitala nie dojedzie.
Chodzil od domu do domu ale, jak
poprzednio, nikt mu drzwi nie otwieral. Domyslil sie ze tutaj tez
byl obserwowany zza firanek. I nawet sie nie dziwil. Obcy, brodaty
chlop jak dab, w kozuchu, jakiego tutaj nie znaja, sunacy w zadymce
w strone ich domu - mogl wzbudzac postrach. Stary, obity van tez nie
napawal zaufaniem. Wiec ruszyli w dalsza droge. Maryska jeczala
coraz glosniej. Dojechali do motelu, ktory w zimie powinien byl byc
pusty. Ale nie dzisiaj. Teraz nie tylko nie bylo w nim miejsca ale
nawet telefon nie dzialal. Po nastepnym kwadransie, ktory wydawal
sie wiecznoscia, dojechali do przydroznej restauracji. Tam telefon
Obserwuj wątek
    • harry_p_otem Re: Boze Narodzenie cdn. 16.12.08, 13:24
      Podziwial ja. Siedziala przeciez w takich bolach a usmiechala sie
      jednak promiennie.
      Podeszla kelnerka azeby powiedziec ze ze wzgledu na pogode zamykaja
      lokal wczesniej i ze oni musza go opuscic. Maryska poszla do
      toalety. Dlugo jej nie bylo a kiedy wrocila powiedziala z niepokojem
      ze odeszly wody. Nie bardzo wiedzial co to znaczy; wstydzil sie
      zapytac. Ale podswiadomie czul ze jest to cos bardzo waznego i ze
      teraz trzeba bedzie jeszcze bardziej sie spieszyc.

      Nie umial sie modlic. Jakos nikt go tego nie nauczyl. W kosciele
      zawsze powtarzal i robil to samo co inni. I jakos lecialo. Ale teraz
      sie modlil! Modlil sie zarliwie! W
      duszy, wlasnymi slowami prosil kogos, tego Kogos tam na
      wysokosciach, azeby nie pozwolil tej kobiecie i jej dziecku zczeznac
      marnie w zimnym vanie. Na tej obcej
      drodze, na tej obcej ziemi. O sobie nawet nie pomyslal. Patrzyl na
      nia z niepokojem.
      Maryska gryzla chustke aby nie krzyczec glosno, a lzy wielkie jak
      groch, splywaly po jej twarzy. Tymczasem van, na wytartych oponach,
      tanczyl na szosie niczym oszalaly derwisz. Jozek powoli tracil
      nadzieje.

      I wtedy stal sie cud! Przed nim, po lewej stronie drogi, na
      wysokosci kilkunastu metrow, nagle zablysla gigantycznej wielkosci
      zlota gwiazda. Reklama jakiegos
      produktu. Tak sie przerazil ze machinalnie nacisnal na hamulec.
      Vanem zarzucilo.
      Wykonal pare obrotow wokol wlasnej osi. Za czwartym moze obrotem,
      van stanal maska do prawej strony drogi i... silnik zgasl. Jozek
      odetchnal z ulga. Wyszedl z wozu. W swiatlach reflektorow, poprzez
      biala firanke sniegu, zobaczyl budowe. Niewykonczone osiedle. Kikuty
      domow w roznych fazach budowy. Przy jednym z nich stal prawie juz
      wykonczony garaz. Tylko drzwi brakowalo. Maryska krzyczala teraz
      bardzo glosno. Nie zastanawial sie dluzej. Odnalazl wjazd uklepany
      przez ciezarowki. Wjechal tylem vana przez nieistniejacy prog garazu
      i w ten sposob prawie zatarasowal wejscie. Szybko wyciagnal
      siedzenia z wozu. Biegiem wyciagnal koce, poduszki i prowiant.
      Sciagnal z siebie kozuch i bardzo ostroznie, boczkiem, wprowadzil
      Maryske do srodka. Bylo jasno. Gwiazda z naprzeciwka gorzala
      tysiacem watow! Maryska natychmiast kazala mu wyjsc.
      Zdazyl jeszcze tylko wniesc koszyk z kotem i na jej prosbe nastawil
      radio. Pewnie po to azeby nie slyszal jej krzykow. Spojrzal na
      Maryske z troska i niepokojem
      graniczacym z panika. Usmiechnal sie niepewnie. Narzucil na siebie
      jakis koc i poszedl z psami.

      Nie odchodzil daleko. Tylko dlugo przemierzal tam i z powrotem
      osiedle-widmo. Byl akurat po raz niewiadomo ktory na krancu osiedla,
      kiedy gwiazda na ulamek sekundy zgasla po czym trysnal z niej
      jeszcze wiekszy blask. Dziwna jasnosc zawisla nad osiedlem. Wiatr
      nagle ustal. Zrobilo sie straszliwie cicho. Myslal ze ogluchl.
      Przerazil sie. Wypuscil z rak smycze a psy z miejca pognaly do
      garazu. Pelen zlych przeczuc, biegiem puscil sie w slad za nimi. Tuz
      przed samym garazem zatrzymal sie gwaltownie. Bal sie.

      Kiedy po dlugim wahaniu zdecydowal sie wreszcie wejsc, jego
      przerazonym oczom ukazal sie dziwny widok! Kot siedzial pod sciana a
      w jego koszyku lezalo teraz nowonarodzone dziecko. Maciupki
      chlopczyk, ktorego Maryska jakas szmatka obmywala woda z butelki. W
      garazu niewiadomo jakim cudem bylo cieplo, pachnialo mlekiem i
      zwiedlymi liscmi. Psy przysiadly tuz przy kocie, a kolo kota, o
      dziwo! przycupnely polne myszki. Z pod vana ciagnal sznur
      zwierzakow. Szopy, wiewiorki, zajace, lisy, nawet skunks. I sarenka
      wslizgnela sie do srodka. Zwierzeta jakby wiedzialy ze w ta noc
      nawet odwieczny wrog bedzie im przyjacielem. W nieoszklonym okienku
      gile, wroble, rudziki i rzesza innych ptakow swiergotala jak
      najeta. Spiewala jakas nieznana nikomu piesn, jakby pochwalna.
      Jozek podszedl blizej. Zatroskany spojrzal na dziecko, Marie
      poglaskal po spoconych wlosach i zapytal jak sie czuje. Jestem
      bardzo szczesliwa - odpowiedziala
      cicho.

      Podal jej kanapki, nalal herbate. Teraz jadla z apetytem. Usiadl
      przy niej i zaczal tlumaczyc ze zadymke musza tutaj przeczekac, ze
      on nie moze ryzykowac powrotnej jazdy w takich warunkach
      atmosferycznych. Nie oponowala. Sniezyca dopiero po kilku godzinach
      nieco zelzala. A gwiazda z naprzeciwka nieprzerwanie lsnila zlotym,
      poteznym blaskiem.

      Jozek uslyszal nagle szum silnikow samochodowych. Cos sie dzialo na
      drodze. Ale, ku jego zdziwieniu, wszystkie odglosy milkly
      przed "ich" garazem. Przestraszyl sie ze ktos sie bedzie czepial o
      to ze nieprawnie sie tutaj zainstalowali. To sie chyba "trespass"
      nazywa, przypomnial sobie. Niespokojny ale i zaintrygowany wyszedl
      na
      zewnatrz. Znowu jego oczom ukazal sie niecodzienny widok. Trzy
      najdluzsze - jakie w zyciu widzial, rozciagane limuzyny staly przed
      garazem. W licznej, nadskakujacej im asyscie, z kazdej wysiadal
      jakis egzotyczny dostojnik. Jeden w burnusie. Drugi mial turban na
      glowie. A trzeci mycke. Podeszli do niego i wszczeli rozmowe.
      Rozmawiali jak rowni z rownym. Powiedzieli mu ze zdolali awaryjnie
      wyladowac na lotnisku w Collingwood jeszcze przed sniezyca i tam
      byli zmuszeni ja odczekac. Powiedzieli, ze jada na wazna
      konferencje "na szczycie" do Toronto i pomimo rozmaitych
      instrumentow elektronicznych ich kierowcy bali sie jechac dalej w
      tej potwornej zamieci. Dopiero blask gwiazdy skierowal ich w te
      strone. Zyczliwie wypytywali co on tutaj robi w tym garazu na
      odludziu, a on im powiedzial, ze Maryska wlasnie powila w nim syna.
      Bo nigdzie nie chciano ich przyjac. Nigdzie miejsca dla nich nie
      bylo.

      Zapytali czy mozna tam wejsc. Poszedl zapytac. Maryska milczaco
      skinela glowa. W miedzyczasie zdazyla sie juz ogarnac. Teraz
      siedziala wyprostowana, sliczna i
      promienna, wpatrzona w swego syna. Wcale nie wydawala sie byc
      zdziwiona ze ci mozni panowie, przyzwyczajeni do sluzby i przepychu,
      nie wstydzili sie ukleknac na betonie garazu azeby z pokora oddac
      hold dziecku lezacemu w wiklinowym koszyku na bielizne.

      Na zewnatrz, kierowcy i asysta tych notabli palili papierosy,
      przytupywali dla rozgrzewki i rozmawiali dziwnym gardlowym jezykiem.
      W garazu poczal unosic sie
      nieznany zapach podobny do kadzidla. To pewnie perfumy tych panow. Z
      malego radia plynela teraz cicha muzyka. Dostojnicy klaniajac sie
      nisko, wycofywali sie tylem, brudzac swoje drogie szaty o karoserie
      brudnego vana. Po chwili zawolali Jozka. Ociagajac sie poszedl za
      nimi. Czego oni moga ode mnie chciec, rozmyslal goraczkowo?

      Trzeci raz dzisiaj zaniemowil. Pan w burnusie kazal kierowcy
      przyniesc walizeczke. Wyjal z niej plik banknotow tysiacdolarowych
      (amerykanskich, oczywiscie), wcisnal je oszolomionemu Jozkowi do
      reki - mowiac, ze sa to pieniadze na wyksztalcenie malego.
      Ten w turbanie zdjal z szyi liczne grube zlote lancuchy, zdjal
      wszystkie branzolety i pierscienie wysadzane drogimi kamieniami i
      powiedzial ze to powinno matce i dziecku zabezpieczyc wlasny i
      wygodny dach nad glowa.
      Ten w mycce, ewidentnie mocno zazenowany, powiedzial ze nie jest
      niestety tak zamozny jak jego towarzysze. "Ropa, pan rozumie" -
      szepnal konfidencjalnie. Ale, on tez chce cos podarowac. Wiec azeby
      dziecie nie przeziebilo sie w tym starym vanie-klamocie, daruje im
      swoja limuzyne. Cos tam poszwargotal z innymi po czym kazal kierowcy
      przeniesc bagaze do limuzyny tego w burnusie a przyniesc dokumenty
      wozu i kluczyki. Po czym wcisnal to wszystko Jozkowi do reki,
      uklonil sie nisko - zyczac, bezpiecznego powrotu do domu i odszedl w
      slad za tamtymi.

      Jozek dopiero po ich odjezdzie uprzytomnil sobie ze stal jak ciolek,
      ze nawet tym dobrym ludziom za nic nie podziekowal. Ciagle,
      niedowierzajac wlasnym oczom, patrzyl na rece pelne pieniedzy i
      kosztownosci. Uradowany polecial do Maryski przekazac jej te skarby.
      Nie robila wrazenia przesadnie zdziwionej. Nie szalala z radosci jak
      on. Jego euforie skwitowala wyroz
      • harry_p_otem Re: Boze Narodzenie cdn. 16.12.08, 13:30
        Jego euforie skwitowala wyrozumialym usmiechem. Stal z tym
        majatkiem w reku, patrzyl to na nia to na dziecko i nie rozumial
        tego wszystkiego.
        Tylko podswiadomie czul, ze choc stalo sie cos cudnego,
        niesamowitego to ich dotychczasowe zycie uleglo nieodwracalnej
        zmianie. Juz nigdy nie bedzie takie
        beztroskie, takie bezposrednie, takie samo. Szkoda! Juz bez
        poprzedniego entuzjazmu wlozyl kosztownosci do platykowego pojemnika
        na kanapki i osowialy, wyszedl przed garaz. Spojrzal na gwiazde.
        Jarzyla sie tak wielkim blaskiem ze nawet nie sposob bylo odczytac
        co reklamuje.

        Z ciekawosci poszedl ogladnac ta wystrzalowa limuzyne. Czegos
        takiego nawet na filmie nie widzial. Co za komfort! Jaki luksus! Ile
        miejsca! Ucieszyl sie ze dziecko bedzie mialo tu wygodnie. Wsiadl za
        kierownice. Wlozyl klucz do stacyjki i przekrecil. Z wrazenia az
        podskoczyl. Tablica rozdzielcza wygladala jak tablica w kabinie
        nielichego odrzutowca. Nawet John Travolta, ktory nie tylko w filmie
        jest pilotem, nie powstydzil by sie takiej. Poskrabal sie w glowe.
        Wodzac palcem po tablicy, zaczal powatpiewac czy kiedykolwiek zdola
        opanowac, rozszyfrowac do czego sluza te wszystkie ekraniki,
        wykresy, liczniki, guziki i klawisze.
        Bo dla niego tylko trzy funkcje byly zrozumiale.
        Na ekranie, na mapce drogi z Collingwood do Toronto, strzalka
        stanela na miejscowosci
        Bethlehem, okolo 20km od Barrie.
        Zegar wskazywal godzine 08.00 PM.
        A pulsujaca zlotym kwarcem data glosila: 24-ty grudzien.
    • lobuz5 Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 13:33
      Ale o co chodzi??? Jezus był Żydem i co z tego?? Ktoś, kto pisze, że
      to herazja z góry zakłada, że słowo Żyd to coś obraźliwego. Urodził
      się w żydowskiej rodzinie, wychował się na żydowskiej ziemi i tam
      też umarł. W czym problem???
      • iguana1978 Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 13:37
        Harry ma ze sobą problem
        zwykłe spamerstwo
        • harry_p_otem Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 16:44
          Przypominasz mi - doslownie! - pewna moja znajoma, ktora twierdzila
          ze zaszla w ciaze... - bedac dziewica!

          W kaluzy krwi lezal trup swiezy, lecz sztywny, z wyrazem zasmucenia
          na twarzy, ktorej niewiele zreszta mu zostalo. Kula niezwyklego
          kalibru uczynila powazne spustoszenia w jego zebach trzonowych,
          malzowinie oraz w mozdzku, ktory wyciekal teraz miarowymi kroplami
          na lopuchy i zeszloroczny numer “Przyjaciolki.
          Pochodziwszy po ogrodzie, a nie doczekawszy sie wampira, wracala
          wlasnie stepa gdy Pegaz jej przysiadlszy na zadzie, zagryzlszy
          wedzidla i pierdnawszy ze strachu, poniosl.

          Bardzo mi przykro, ze wzdychasz ku mnie
          i chcesz byc zona koniecznie moja.
          Bo chociaz ciebie dobrze rozumiem,
          Jednak nie moge ciebie pojac.
      • harry_p_otem Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 17:11
        Motto: “Istota forum sa perly znajdywane w gownie”

        Historia szla mniej wiecej tak. Niejaki Lobuz wybrany zostaje na
        kierownika forum. W zasadzie przez aklamacje. Kolektyw, udac sie ma
        na polow perel, no i - chociazby z tego powodu - kierownik jest
        potrzebny, aby kierowal procesem oddzielania perel od… tej drugiej
        substancji. Oprocz kierownika niezbedna jest takze kaplanka: proces
        polowu perel wymaga koncentracji sil nie tylko fizycznych, ale i
        duchowych. Rekrutacja wylania niejaka Iguane. Zadaniem Iguany bedzie
        samotne zanoszenie modlow i pien, podczas gdy gremia forumowe zajete
        beda odlowem perel. Oprocz tego, pod zadnym pozorem Iguanie nie
        wolno sie rypkac (ryc’kac’ - copyright A.Waligorski), co jest akurat
        najtrudniejszym wymogiem, albowiem wykazuje ona ku temu sklonnosci i
        predyspozycje. Grozny starzec Ortopeda odbiera od Iguany sluby
        czystosci - klamka zapadla!
        W miedzyczasie trafia na forum niejaki harry_potem, w ktorym Lobuz
        rozpoznaje przyjaciela z lat mlodosci. Lobuz nie lowi perel, zajmuje
        sie natomiast mysliwstwem. Co ktory polglowek sie wychyli i napisze
        cos glupiego, Lobuz odstrzeliwywuje delikwenta, humanitarnie acz
        skutecznie (wszelkie podobienstwa najzupelniej niezamierzone).
        Przyjaciele bardzo przezywaja ponowne spotkanie, cieszac sie soba i
        spiewajac na ta okolicznosc i solo i w duecie. Jak mozna sie jednak
        domyslec, zarowno harry_potem jak i Lobuz maja chec zapylic Iguane.
        Ta wybiera - rzecz jasna - mysliweczka bardzo szwarnego.
        harry_potem, ze skrwawionym sercem usuwa sie w cien. Szczescie
        kochankow nie trwa jednak dlugo. Zawistny (tez chcialby poryckac!)
        Wersalik donosi na Iguane Ortopedzie. Potworny starzec wpada w
        gniew: skalana kaplanka oznacza nieudany odlow perel - wzmozony
        wysilek calego forum poszedl znow na marne (chcielismy jak
        najlepiej, a wyszlo jak zwykle). Zdemaskowani kochankowie zostaja
        napietnowani przez kolektyw i ogolnie robi sie nieciekawie.
        Aby odwrocic uwage od Iguany, Wersalik rozpala namietnosci
        forumowiczy kwestia zydowska. Spisek sie udaje: forum plonie, padaja
        sofizmaty, goreje lej logorei. Wystrychniety na dudka (a wydutkana
        na strychu Iguana) Ortopeda, rozkazuje zabic Lobuza: wyrok wykonuje
        Wersalik (chyba skutecznie?), stajac sie w ten sposob nastepnym
        kierownikiem forum.

        Ps. Zaczerpniete, z "Polawiaczy Perel"
        • iguana1978 Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 17:42
          jestem pełna podziwu dla Twojej twórczości

          masz coś jeszcze???
          • wers-alik Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 19:28
            IGA, NIE CZYTAJ TEGO.
            Harry, a chuja w zęby chciałbyś?
      • sauber1 Re: Boze Narodzenie 16.12.08, 19:35
        lobuz5 napisał:

        > Ale o co chodzi??? Jezus był Żydem i co z tego?? Ktoś, kto pisze, że
        > to herazja z góry zakłada, że słowo Żyd to coś obraźliwego. Urodził
        > się w żydowskiej rodzinie, wychował się na żydowskiej ziemi i tam
        > też umarł. W czym problem???

        Ale Judasz był chrześcijaninem i wszystko odbyło się zgodnie z planem, jak głosi
        legenda. Być może to czysta prowokacja, bo jakakolwiek dyskusja o ludziach
        wiadomego wyznania jest odbierana w naszym katolickim kraju jako działania
        antysemickie. Ja tam nie wstydzę się swojej narodowości i nie ma znaczenia gdzie
        jestem?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka