prawy.pl
31.10.04, 22:45
prawy.pl/czytaj.php?id=2362&dz=felietony
Aleksander Kwaśniewski to człowiek wpływowy, gładki i wysoko notowany.
Wtajemniczeni powiadają o nim, że to sztukmistrz nad sztukmistrze. Nie bez
powodu, wszak onegdaj w jedną noc przemienił toporną i grubo ciosaną komunę w
światłą i nowoczesną socjaldemokrację. Wydarzenie to weszło do annałów jako
pierwszy cud lewicy. Od tego też momentu datują się w Polsce początki nowej,
żarliwej wiary, zwanej prezydencką, która szybko obrosła w dogmaty i stosowny
ceremoniał. Sam Kwaśniewski, choć agnostyk, wybraństwo przyjął i jął
wprowadzać stosowną celebrę, bez której żadna wiara, zwłaszcza lewicowa,
obejść się nie może. Przekonany o zbawczej roli wzniecił kult swojej osoby,
paląc w usłużnych mediach świeczki przed swoim obliczem, pielgrzymując po
najważniejszych salonach, lożach i redakcjach. Brylował wraz z First Lady na
łamach bulwarówek, gdzie nie szczędził jej platonicznych westchnięć,
powłóczystych spojrzeń, targania za uszkiem i fijołków do śniadania. I pewnie
Harlekin trwałby dalej, gdyby nie spuszczona ze smyczy lewicowa wataha, która
żrąc się między sobą, wrzuciła granat do własnego szamba. O dziwo, szambo
zamiast czymś dla szamba właściwym, bluznęło prawdziwą naftą made in Orlen. W
ten sposób lewica dokonała kolejnego w swojej historii cudu, zwanego drugim
cudem przemiany.
Jak tylko nafta trysnęła zdarzył się cud trzeci - otóż nikt z watahy nie
chciał się przyznać do nielegalnego odwiertu. Ten cud okrzyknięto cudem
skromności. I chyba pod jego wpływem wszyscy ogłosili, łącznie z
Kwaśniewskiem, zwanym od tej chwili Pierwszym, że nie wiedzą skąd w ich
szambie nafta, ani kto ją dostarczył. Przytomnie zawczasu dodali, że o
żadnych prowizjach nic nie wiedzą i pierwsze o nich słyszą. Jednym słowem
nabrali nafty w usta.
I byłoby im się udało, gdyby nie wysoka Komisja, która choć w większości
wierząca, to na lewicowe cuda nabrać się nie dała. Mało tego, zaczaiła się od
nawietrznej i huknęła z dwururki do watahy, kiedy ta chyłkiem robiła
przegrupowanie przed zmianą matecznika. Harmider i skowyt zrobił się
niesłychany, bo postrzałkam okazał się sam Pierwszy i jego egzaltowana
połowica. Myśliwym zadanie ułatwił zresztą sam Pierwszy, który miast w kniei
siedzieć, wolał przy paśniku się mizdrzyć i hulać, bruderszafty pić i łapy
ściskać, nawet wilkom syberyjskim, z których jeden nad morzem poznany, teraz
z Wiednia znacząco Pierwszemu zamrugał. I tylko stres wywołany perspektywą
utraty paśnika, wsparty wizją klatki i konstytucyjnego knuta, zdopingował
pierwszego obywatela RP do odszczeknięcia się. Za pośrednictwem mediów
zawezwał on do ukręcenia łaba „pełzającemu zamachowi stanu” i wykluczeniu ze
wspólnoty demokratycznej wścibskiej opozycji, która watahę otoczyła już
fladrami i zaczęła niepokojąco przeczesywać czerwony matecznik.
W tych bolesnych dniach w sukurs siedzącemu i pojękującemu na poduszkach
Pierwszemu przyszły dwa wyleniałe basiory - Borówa i Nałęcz, które nakłapały
w mediach, że nadchodzą dni ostatnie, bo strzela się do jedynego autorytetu,
jaki się ostał na lewicy. Zapowiedziały stworzenie szerokiego fołksfrontu do
walki z rosnącą w siłę dziczą kudłatą, która żadnych świeckich świętości nie
uznaje. Tym bardziej, że nie jest tajemnicą, że owym strzelcem, który
naszpikował śrutem półżyta pana prezydenta jest Giertych Roman, obiekt
nieprzytomnego ujadania i złorzeczenia rodzimej lewicy.
A Giertych, jak to Giertych, kompletnie niezrażony, spokojnie przeładował
broń i ponownie ruszył w knieję, z tą różnicą, że teraz zamiast śrutu do luf
naładował znacznie cięższą amunicję. Nie trzeba dodawać, że momentalnie wokół
paśnika zrobiło się pusto.
Łowy trwają więc w najlepsze, okresów ochronnych nie ma, a odstrzał
sanitarny, jaki nas czeka w najbliższym czasie, to rychła zapowiedź
przyspieszonych łowów parlamentarnych i prezydenckich. I kto by pomyślał, że
jeszcze trzy lata temu nikt o Giertychu nie słyszał.
Maciej Eckardt